16
Styczeń
2010
12:01

Wassa Żeleznowa wg. Maksyma Gorkiego

Premiera na otwarcie nowej sceny Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury – OCH- teatru

 

Wassa

Wassa Żeleznowa

Wassa Żeleznowa

Adaptacja Krystyna Janda
Reżyseria Waldemar Raźniak (debiut)
Muzyka Zbigniew Preisner
Scenografia Maciej M. Putowski
Asystent scenografa Małgorzata Domańska
Kostiumy Dorota Kołodyńska
Producent wykonawczy, inspicjent, rekwizytor – Jarosław Szowa

Obsada:
Krystyna Janda, Jerzy Trela, Jacek Beler, Tadeusz Chudecki, Monika Fronczek, Justyna Schneider, Joanna Kulig, Szymon Kuśmider, Dorota Landowska/Bożena Stachura, Lidia Sadowa, Anna Smołowik i inni.

Premiera 16 stycznia 2010 r.
Spektakle na scenie OCH – TEATRU, ul. Grójecka 65

 

Janda jako kobieta z żelaza
Jan Bończa-Szabłowski 17-01-2010

Na otwarcie Och-Teatru w Warszawie przygotowała nie amerykański hit, lecz rzadko graną sztukę Maksyma Gorkiego „Wassa Żeleznowa”

Adaptatorka Krystyna Janda i reżyser Waldemar Raźniak uznali, że kiedy chce się opowiedzieć o zagrożeniach dla dzisiejszej rodziny, o szantażu i korupcji, nie trzeba przenosić sztuki w nasze czasy ani realia. Analogie nasuwają się same.

Rolę Żeleznowej mają w dorobku legendy polskiego teatru: Stanisława Perzanowska, Wanda Stanisławska-Lothe, Jadwiga Chojnacka czy Anna Dymna. Wassa grana przez Krystynę Jandę przypomina bezwzględną biznes-woman. Powtarza, że w interesach nie ma sentymentów, wobec pracowników jest okrutna i nieufna. Rozsiewa wokół siebie sieć intryg.

Jednak podczas spektaklu przekonujemy się, że ta kobieta czołg jest istotą tragiczną. Od dzieciństwa doznawała w życiu bólu i upokorzeń. Rodzina, o której zawsze marzyła, przyniosła jej same rozczarowania. Jedynym sensem istnienia pozostał wnuk Kola i rodzinna firma. Dla ich dobra gotowa jest na wszystko.

Janda gra bardzo oszczędnymi środkami. Jej Wassa jest kobietą zamkniętą w sobie, mówi niewiele. Wszystko i wszystkich stara się mieć pod kontrolą. Nie rozstaje się z kluczami do sejfu i szuflad, w których trzyma pieniądze i weksle pracowników. Jest dumna i odpychająca. Ale patrząc na jej rodzinę i znajomych, ma się wrażenie, że to królowa w ulu pełnym trutniów.

Wielki kunszt zaprezentował Jerzy Trela jako Żeleznow. Kiedy tanecznym krokiem wchodzi na scenę i za nic ma reprymendę żony, od razu wzbudza sympatię jako jedyny, któremu udaje się wyrwać z domowej tyranii. Szybko się jednak okazuje, że ten z pozoru dobroduszny człowiek jest łajdakiem i sadystą od lat terroryzującym rodzinę, który nie liczy się z obowiązującym prawem. Jego zdaniem każdą nikczemność można zatuszować odpowiednią łapówką.

Przedstawienie w stylowych kostiumach Doroty Kołodyńskiej z muzyką Zbigniewa Preisnera i w ascetycznej scenografii Macieja Putowskiego toczy się niespiesznie jak klasyczny teatr rosyjski.

I ani przez chwilę nie nuży.

Rzeczpospolita
________________________________________________________________

Inauguracja Och-Teatru Krystyny Jandy

Dom nienawiści

„Wassa Żeleznowa” Gorkiego w reżyserii debiutanta Waldemara Raźniaka ma kilka niezłych scen, świetny epizod Jerzego Treli. Całość jednak zamiast przerażać, śmieszy.

Dobra wiadomość jest taka, że Warszawa zyskała nowy teatr. Najciekawszy w nim jest układ scena – widownia. Podest do gry znajduje się na środku sali, po obu stronach umieszczono fotele dla widzów. Taka aranżacja będzie mieć dla realizowanych tu spektakli znaczenie podstawowe. Wymusza bowiem na aktorach inny rodzaj ekspresji. Są jak na widelcu, bez oparcia w realistycznej scenografii. Dominować musi umowność, teatr zostaje obnażony, jego reguły zakomunikowane publiczności na starcie. Nie znam w stolicy podobnego teatralnego miejsca. Och-Teatr to wyzwanie.

Alternatywa dla Polonii

Druga wiadomość jest gorsza. Rozumiem, że za decyzją Krystyny Jandy, by nową scenę inaugurować rzadko grywanym dramatem, stoi potrzeba odróżnienia Och-Teatru od zadomowionej już w warszawskim pejzażu Polonii. W Polonii zostanie klasyka, na Ochocie ma być odważniej, ostrzej, mocniej. Utwór Gorkiego wyznacza symbolicznie profil nowego teatru. Na dzień dobry zostajemy zaproszeni do piekła. Próżno odnaleźć tu choćby jedną jaśniejszą barwę. Wassa Żeleznowa staje się ikoną tego świata. Twardą ręką trzyma dom, rodzinę i firmę. Dawno straciła złudzenia. Wie, że otaczają ją wilki w ludzkiej skórze. Dostosowuje się więc do ich reguł. A to usprawiedliwia każde zło. W adaptacji Jandy oraz interpretacji reżysera Waldemara Raźniaka wszystko staje się oczywiste po pięciu minutach. Janda gra Wassę na jednej monotonnej nucie. Jej bohaterka ma być, jak się zdaje, matką wszystkich matek, a jednocześnie symbolem Rosji. Dlatego pewnie nie zdejmuje ciężkiego płaszcza ani gigantycznej czapy. Mówi matowym głosem, z rzadka przechodzącym w krzyk. Ma w sobie brutalność i tylko w ostatniej scenie znać, że gotowa jest błagać o miłość. Niezła to rola, jednak brakuje jej zmienności.

Lepiej wypadają Szymon Kuśmider i Jerzy Trela. Pierwszy mocną kreską rysuje sylwetkę odrażającego pijaka, sknery i abnegata. Treli wystarczy jedna sekwencja, by dać pełny portret szubrawca. Wielki aktor połączył chrapliwy, niski głos z tanecznym niemal krokiem. Pozostałe role wydają się ledwie naszkicowane. Minuty mijają na pozbawionym napięcia dialogowaniu, inscenizacji brakuje wewnętrznego rytmu. Waldemar Raźniak wpada w pułapkę teatru na wskroś realistycznego, a taki wymusza na reżyserze dramat Gorkiego. To prawda, rosyjski pisarz zmieścił w nim prawdopodobnie wszystkie ludzkie skazy, nieszczęścia i patologie, a Janda w swej adaptacji grubą kreską je podkreśliła. Zrezygnowała przy tym z politycznego tła sztuki, co powoduje, że motywacje niektórych postaci (Rachela Bożeny Stachury) stają się niezrozumiałe.

Panie biją panie

Domyślam się, że skondensowane zło wpisane w dramat autora „Na dnie” miało szokować. Zagrane jeden do jednego, bez metafory, zaczyna nużyć. Na domiar złego fragmenty w założeniu najbardziej wstrząsające stają się mimowolnie zabawne. Najlepszym przykładem niezamierzenie groteskowy finał. Wassa umiera, innych ogarnia szaleństwo. Panowie biją się z panami, panie z paniam. Nie wątpię, że „Wassa Żeleznowa” to spektakl zrodzony ze szlachetnych intencji. Propozycja teatru traktowanego tak serio, że już bardziej się nie da. Tyle tylko że powaga też czasem bywa zabójcza.

Jacek Wakar
„Dziennik Gazeta Prawna” (18-01-10)
____________________________________________________________

Ochota na Jandę – Janda na Ochotę
Agnieszka Rataj 18-01-2010

Zima paraliżuje kraj, ale najwyraźniej Krystyny Jandy i ludzi z nią pracujących nic nie jest w stanie zatrzymać.

Mimo śniegu, mrozu i braku miejsc parkingowych (o czym aktorka sama ostrzegała widzów na swojej stronie internetowej) w sobotni wieczór Och-Teatr był nie tylko najbardziej oświetlonym, ale też najliczniej odwiedzanym miejscem na Ochocie.

Monodram „Shirley Valentine”, grany od wielu lat przez Jandę, doczekał się już naukowych analiz. Podejrzewam, że jeszcze trochę, a doczekamy się prac naukowych na temat fenomenu popularności przedsiębiorstwa teatralnego prowadzonego przez aktorkę. Dwie sceny w Polonii i jedna, letnia, na placu Konstytucji okazały się dla niej za małe. Widzowie błyskawicznie wykupują bilety i domagają się więcej, nic więc dziwnego, że fundacja Jandy wykorzystała natychmiast możliwość stworzenia jeszcze jednej sceny w starym, nieczynnym od lat kinie Ochota. W lipcu ubiegłego roku dowiedzieliśmy się o podpisaniu umowy na 20-letnią dzierżawę tego miejsca, w sobotę można było pierwszy raz zobaczyć wnętrze po błyskawicznym remoncie.

Ochota niewątpliwie zyska na przejęciu dawnego kina przez fundację, która już zapowiada maksymalne ożywienie tego miejsca. Nietypowa, ustawiona pośrodku widowni scena będzie przeznaczona nie tylko dla teatru. Na luty zaplanowano tutaj cykl koncertów, m.in. Marii Peszek czy Gaby Kulki. Pod wodzą Marii Seweryn kierującej teatrem ma powstać tutaj prawdziwe centrum kulturalne, z kawiarnią i kinem, działające od rana. Czy odniesie sukces? Tłumy na sobotnim otwarciu teatru i wyprzedane bilety na „Wassę Żeleznową”, inaugurującą działalność teatru, nie pozostawiają raczej wątpliwości. Przedsiębiorstwo teatralne Krystyny Jandy działa pełną parą.

Życie Warszawy

Otwarcie „Och-Teatru” Krystyny Jandy

„Wassą Żeleznową” – sztuką wg Maksyma Gorkiego w reżyserii Waldemara Raźniaka – swoją działalność zainaugurował „Och-Teatr” Krystyny Jandy.

Ten mroźny styczniowy wieczór na pewno pozostanie niezapomniany nie tylko dla właścicielki teatru i jej córki – Marii Seweryn, dyrektorki artystycznej tego miejsca, ale i dla wielu wybitnych gości, którzy ten wieczór spędzili w teatrze. A pojawiła się cała śmietanka towarzyska stolicy – muzycy, reżyserzy, aktorzy, politycy. Wśród nich nie zabrakło m.in. Agnieszki Holland, Ignacego Gogolewskiego, Andrzeja Strzeleckiego, Jerzego Owsiaka, Jana Kulczyka, Magdy Umer, Marka Koterskiego, Zbigniewa Praisnera czy Marii Peszek.

To był wyjątkowy wieczór także dla młodego, debiutującego reżysera, Waldemara Raźniaka, który zasypany został gratulacjami. „”Wassa Żeleznowa” to historia kobiety i jej zdegenerowanej rodziny. Degeneracja płynie od mężczyzn, bo wszyscy w tej rodzinie są pijakami stosujący przemoc w stosunku do kobiet i dzieci. Właśnie to zmusiło Wassę do przejęcia władzy w rodzinie i zajęciem się zarządzaniem firmą, która staje się dla niej obsesją” – opowiada reżyser.

Maria Seweryn, dyrektor artystyczna „Och-Teatru” twierdzi, że wybór sztuki inaugurującej działalność teatru był bardzo przemyślany.

Rolę tytułową w „Wassie Żeleznowej” kreuje Krystyna Janda, a na scenie towarzyszą jej m.in. Jerzy Trela, Joanna Kulig, Bożena Stachura, Tadeusz Chudecki czy Monika Fronczek.

Źródło: AKPA
http://www.sophisti.pl/artykuly/teatr/otwarcie-och-teatru-krystyny-jandy.html
____________________________________________________

Teatr piórem Temidy
Jeśli rodzina, to koniecznie toksyczna

Jak z rozprutego worka sypią się ostatnio na sceny teatralne w Polsce rosyjskie sztuki. Czyżby to sięganie po autorów rosyjskich, współczesnych i dawniejszych, w tym „radzieckich”, odbywało się na fali jakichś resentymentów? Teatr wszak nie jest już repertuarowo zobligowany przymusem politycznym, ale – jak widać – wieloletnia indoktrynacja społeczeństwa zrobiła swoje i pewne nawyki pozostały.

Prawdę mówiąc, „Wassa Żeleznowa” Maksyma Gorkiego w adaptacji Krystyny Jandy została całkowicie wypreparowana z kontekstu społecznego oraz politycznego i zredukowana do motywu przemocy w rodzinie. Mówiąc najkrócej – jest to adaptacja idąca w kierunku modnego dziś nurtu tematyczno-problemowego, czyli pokazania tzw. rodziny toksycznej, gdzie głównym winowajcą jest brutalny mąż utracjusz, alkoholik bijący żonę, a do tego jeszcze pedofil. Temat jakby żywcem wzięty z tabloidów, ze szpalt współczesnych gazet i mediów elektronicznych. Oczywiście z koniecznym w podtekście klimatem feministycznym. Tak więc „aktualność najaktualniejsza”. Uwolnienie głównego wątku sztuki od historycznego tła społecznego zmienia jednak interpretację tekstu oryginalnego i właśnie w ten sposób sytuuje go we współczesnej rzeczywistości kreowanej dziś głównie przez media.

Maksym Gorki napisał trzy wersje tej samej sztuki. Pierwsza nie była grana, znane są dwie następne, ta z roku 1910, jeszcze za caratu, i następna wersja napisana w 1935 roku, za bolszewików, czyli już w całkowicie innej rzeczywistości historycznej, politycznej i społecznej. I co najważniejsze, ta druga wersja aż kipi od socrealizmu. Zresztą nie ma co się dziwić, Gorki po powrocie w 1931 roku do Rosji był już ponownie nawrócony na nową ideologię i stał się jej skutecznym propagandzistą. Dzięki temu otrzymywał rozmaite przywileje od bolszewickiej władzy. Jego los jest pogmatwany. Kilka razy ideologicznie się zmieniał, w sumie pozostał jednak przy komunistycznych poglądach. Sztuki Gorkiego są pełne wyrazistych charakterologicznie postaci, jego bohaterowie tętnią życiem, aktorzy lubią grać w jego dramatach, znajdują tam znakomity materiał do budowania postaci.

Krystyna Janda wykorzystała obie wersje sztuki, dokonując kompilacji postaci i sytuacji. Na scenie obserwujemy dramat rodzinny. Centralną postacią jest Wassa (Krystyna Janda), żona i matka trojga dzieci, szefowa dużego przedsiębiorstwa, które jest źródłem utrzymania całej rodziny. Mąż Wassy, Żeleznow (Jerzy Trela), to marny jegomość. Zdegenerował rodzinę, przepija i przegrywa w karty majątek, jest brutalny wobec żony, używa przemocy, dzieci się go boją. Gdy się okazuje, że za pedofilię czeka go proces sądowy, Wassa przygotowuje mu trującą miksturę. I nie ma żadnych wyrzutów sumienia, bo robi to – jak twierdzi – dla dobra i zachowania rodziny.

Krystyna Janda gra kobietę silną, wychłodzoną z emocji, zasadniczą, skupioną na robieniu biznesu i zachowaniu ciągłości rodziny. Nie ma tu miejsca na żadne czułości. Przeciwnie. Relacje między postaciami są oparte na agresji, nienawiści i walce o dominację. Jej córka Natalia (Joanna Kulig) nie zwraca się do matki inaczej, jak tylko „warcząc” i stając wręcz z nią do bójki. Najmłodsza córka, Lubow (dobra, charakterystyczna rola Justyny Schneider), jest dziewczyną niepełnosprawną umysłowo, opóźnioną w rozwoju, dorosły syn także jest kaleką, wkrótce umrze. Jedynie w swoim wnuku Wassa widzi następcę, który po jej śmierci przejmie przedsiębiorstwo. Raz tylko Wassa uśmiechnie się tak szczerze, z radością, właśnie do wnuka. I raz tylko, przez krótką chwilę, zobaczymy w niej ludzkie, matczyne uczucie, kiedy do swojej ułomnej córki, która lubi przebywać w ogrodzie, mówi, że kupi dom z dużym ogrodem. To ładna, spokojna scena. Z czułością pokazaną nie wprost, a podskórnie. Ale, niestety, takie sceny należą tu do wyjątków.
Sztuka miałaby szansę na dobre przedstawienie, gdyby nie podstawowe błędy. Pierwszy to reżyseria. Budowanie spektaklu, gdzie każda zmiana sceny wymaga wyciemnienia, w którymś momencie zaczyna nużyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że specyficzne warunki architektoniczne widowni, gdzie pośrodku umieszczona jest scena, a po jej dwóch stronach siedzi publiczność, wymaga innej formy inscenizacyjnej. Ale to żadne usprawiedliwienie.

Ponadto większość tekstu wypowiadanego przez aktorów, a już zwłaszcza Szymona Kuśmidra w roli Prochora, nie jest słyszalna na widowni. A jeśli nawet coś słychać, to trudno zrozumieć, co aktor mówi. Ale to już sprawa dykcji, czego powinien dopilnować reżyser. Zresztą problem z dykcją ma tu większość aktorów. I nie ma co usprawiedliwiać tego budową sceny, bo kiedy swoje kwestie wypowiadają Krystyna Janda czy Jerzy Trela, to tekst dociera do publiczności. Dziwić tylko może, że tak doświadczeni zawodowo, z tak ogromnym dorobkiem artystycznym aktorzy, jak Janda czy Trela, nie zwrócili uwagi na dykcję młodszych aktorów.
Nie pomaga też przedstawieniu pomysł tzw. grania Czechowem. Te długie, niezagospodarowane pauzy, często zwolnione mówienie – wszystko to sprawia wrażenie niedopracowania. Może w miarę grania spektakl nabierze rytmu i będzie bardziej zwarty artystycznie. Bo są tu sceny, które mogą – po poprawkach – wybrzmieć interesująco. Na przykład scena śmierci Wassy, dość rozciągnięta, traci na dramaturgii i napięciu. Nie osiąga zamierzonego celu. Finałowa scena, gdy przy nieostygłych jeszcze zwłokach Wassy jej otoczenie brutalnie walczy o pieniądze, weksle itd., jest z kolei aż nadto ekspresywna. Szkoda, bo dochodzący z ciemności płacz Krotkicha (dobry, wyrazisty epizod Tadeusza Chudeckiego) ginie w tym chaosie walki. A tylko on jeden, Krotkich, zwykły, prosty, najemny pracownik zapłakał po śmierci Wassy. Tylko czy za nią? Czy z lęku przed tym, co z nim dalej będzie?

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
_________________________________________________________

Zemsta na Gorkim

Byłe kino Ochota od lat nie miato juz takie publiczności jak w ostatnią sobotę, gdy Mana Serweryn i Krystyna Janda „Wassą Żeleznową” Gorkiego zainaugurowały w nim Och-Teatr.

Teraz, gdy opadły już emocje związane z inauguracją nowej sceny i umilkły huczne ochy i achy – warto spojrzeć na chłodno i zastanowić się i nad nowym teatrem, a także przedstawieniem, które go zainaugurowało. Przestrzeń dawnego kina Ochota to twardy teatralny orzech do zgryzienia. Trudna akustyka kiszkowatej sali, już w tym przedstawieniu wspomagana mikrofonami, nie zapowiada aktorom łatwego życia. Scena na środku, widzowie patrzą na nią z obu stron. To bardzo ładny pomysł – ciekawe tylko, ile przedstawień da się wyreżyserować na takiej scenie. Ten bowiem układ – atrakcyjny za pierwszym razem, przy trzecim powtórzeniu może stać się pułapką. Dwie rzutkie antreprenerki uratowały od zagłady wartościową architekturę, zabytek socrealizmu, aby zagrać w nim na otwarcie… sztukę pisarza, którego ustami w roku 1932 otrąbiono socrealizm jako jedyną dozwoloną metodę produkowania literatury. Wybrały dramat, który swojej ostatniej realizacji doczekał się u nas kilkanaście lat temu, a na scenach nie gości od dekad. Czy warto było ekshumować sztukę Gorkiego? Przedstawienie Waldemara Raźniaka każe sądzić, że warto byłoby westchnąć na „Wassą Żeleznową”: niech na półkach bibliotecznych spoczywa w spokoju. To, co było w tej sztuce „rajcem” dla zaangażowanych politycznie reżyserów: kryzys burżuazyjnej rodziny, którym pióro i usta wcierał sobie pół wieku temu każdy partyjny propagan-dysta, patologiczny, toksyczny wręcz dom, w którym zanikły wszelkie więzi między ludźmi – to wszystko przerobiliśmy w teatrze i za socrealizmu, i za mody sprzed kilku sezonów, czyli teatru brutalistów. Już nawet bulwersująca kiedyś sprawa pedofilskich zapędów starego Żeleznową, coś, co było shockingiem, bo się o takich sprawach ze sceny tak wprost nie mówiło – i w tekście, i w przedstawieniu Raźniaka mają siłę rażenia tak nikłą, że nie zgorszyłyby nawet najgorliwszej wychowanki zakładu urszulanek. Krystyna Janda postanowiła otrzepać dramat Gorkiego z ideologicznej naftaliny, stuszować akcenty „krytyki burżuazji” i pozostawić rodzinny dramat Żeleznowów Zapłaciła za to cenę zbyt wysoką – trudno jest czasem się połapać, kto jest kim, czemu na przykład Rachela boi się wydania policji (u Gorkiego jest rewolucjonistką), kim są inne postaci… Zresztą – po 45 minutach widza ogarnia już zobojętnienie i spokój podobny temu panującemu na scenie. Dialog toczy się niespiesznie, ma się wrażenie, że spore partie przedstawienia to trzecia, no najdalej czwarta próba czytana. Spokój przerywa z zastanawiającą regularnością wybuchająca nie wiedzieć czemu awantura, która nie jest niczym podbudowana, bowiem gra się w tym przedstawieniu tak, że dialog bywa całkowicie unieważniony Czasem zresztą realizatorzy popadają w niezamierzoną śmieszność. Gdy Żeleznow grany przez Jerzego Trelę zabiera się do sprania żony – Krystyna Janda posłusznie podstawia się pod zadawane sznurem razy. Nie wygląda to na żadną „domową przemoc”, za to przywodzi raczej na myśl jakąś karykaturę seansu sado-maso. W tym przedstawieniu jest kilka niespodzianek. Jedna z nich to ewidentny ziąb w domku Żeleznowych. Trudno inaczej wytłumaczyć kostium pani Jandy, która całe przedstawienie przemawia dość słabym głosem osoby przemarzniętej do szpiku kości i nie zdejmuje ani na chwilę futrzanego kołpaka i solidnej szuby. Czemu jednak tego przenikliwego zimna nie odczuwają jej córki, ubrane zdecydowanie po domowemu, czemu nie marznie ani ubrany w marynarkę Żeleznow, ani odziany „do figury” Prochor, grany przez Szymona Kuśmidra znaną metodą „na ruskiego”, czyli z szerokim gestem? Jaką funkcję ma w spektaklu muzyka Zbigniewa Preisnera z łkającą wiolonczelą, która mogłaby łkać w każdym innym przedstawieniu, bo pasuje dokładnie do wszystkiego?

Jeśli to miała być zemsta na Gorkim – to fakt, ma za swoje. Tortura była okrutna i wyrafinowana. W socrealistycznej przestrzeni męczyć chrzestnego ojca socu – to jest coś. Zważywszy jednak na fakt, że ta zemsta trwa ponad półtorej godziny – to mąk tych jak na inaugurację jest cokolwiek za dużo.

Tomasz Mościcki
Dziennik Gazeta Prawna nr 15 – Kultura
22-01-2010

Przegląd nr 9 (531) 7 marca 2010

Żelazna Wassa

Gorki niemal całkiem zniknął ze sceny, a szkoda – przedstawienie inauguracyjne Och-teatru dowodzi, że wiele jeszcze w jego twórczości tajemnic i odkryć. „Wassa Żeleznowa” zawsze uchodziła za utwór ukazujący rozkład mieszczańskiej rodziny, a tym samym systemu, a tym samym dowód wprost na konieczność rewolucji. Tymczasem „Wassa” nie przestając być obrazem ery bezwzględnego kapitalizmu, w którym zysk jest bożkiem, a strata pieniędzy duchową katastrofą, jest także opowieścią o walce (za wszelką cenę) w imię dobra rodziny. Taką interpretację narzuca ten spektakl.
Scena należy tu do Krystyny Jandy jako tytułowej Wassy, na której barkach spoczywa odpowiedzialność za los nieodpowiedzialnych bliskich. Jest skupiona, milkliwa, skoncentrowana na mozolnej pracy, tylko w skrajnych wypadkach daje upust emocjom – pracuje (i wyzyskuje) na zimo. Tylko raz jej ukrywane ciepłe uczucia naprawdę wypływają na wierzch, kiedy widzi się i bawi ze swoim ukochanym wnukiem.
Poza tym wiedzie walkę – samotna, okradana, oskarżana o mróz serca i osaczona, ale także bezwzględna dla najbliższych. Obok niej kilka świetnych epizodów – brata, króla życia, którego gra Szymon Kuśmider, i podłego męża, nadętego i pewnego siebie pana życia i śmierci, który może deptać wszystkie zakazy. Ale i pozostali wykonawcy dają ciekawe portrety (Justyna Schneider jako niepełnosprawna Luba i Joanna Kulig jako jej siostra Natalia, alkoholiczka, a także znakomity mim Bartek Ostapczuk w roli Kuglarza). Aktorzy grają pośrodku sali, na długim podeście, podpatrywanym przez widzów z obu stron. To scena bez kulis, bez czwartej ściany, właściwie w ogóle bez ścian. To stwarza szczególny rodzaj umownej przestrzeni – dramat Wassy i jej dalekich bliskich rozgrywa się jak na dłoni, oglądany ze wszystkich stron.
To nie jest przyjemna lekcja kapitalizmu. Zwierzęca chęć posiadania, nieprzebierająca w środkach walka, na której końcu czeka śmierć na posterunku i rabunek. Wbrew pozorom odmłodniał nam Gorki.

Tomasz Miłkowski

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.