18
Maj
2018
12:05

Uroda Życia, nr 6/2018

zobacz więcej zdjęć (5)

URODA ŻYCIA, nr 6/2018

Jestem dochodowym przedsięwzięciem

To już trzeci tom dzienników. Wyjątkowo gruby tom.

To prawda. Niby tylko dwa lata, ale dużo się wtedy działo w moim życiu.

2005 rok. Postanowiła pani wybudować teatr.

Co okazało się dużo trudniejsze niż myślałam. Mnóstwo problemów zwaliło mi się na głowę. To był czas wielkiej niewiadomej, chwilami wątpiłam, czy podołam. Nie jadłam, nie spałam…

…trafiła pani do szpitala. Z przemęczenia.

I stresu. Niby to wszystko w tych dziennikach jest, ale dziś jak to czytam, to widzę też jak wiele ukrywałam. Tak naprawdę nie pisałam o tym, co czułam. Czasami dawałam jakieś znaki, ale gdybym pisała o wszystkim, co się działo pod spodem codziennych wydarzeń, o ciągłych problemach z urzędnikami, pomówieniami, plotkami na mój temat. I jeszcze ciągłe donosy – że źle buduję, że za głośno, jakieś towarzystwo ochrony zabytków pisało skargę, chociaż ten budynek nie był zabytkiem. Pamiętam, jak bardzo bolało mnie choćby to, co prasa pisała, że robię teatr dla samej siebie, że to megalomania, gigantomania, narcyzm. Traktowano mnie jak kretynkę, która całe swoje życie spełnia wyłącznie własne kaprysy. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jaki to będzie teatr, ale ani przez sekundę nie myślałam, że będzie to teatr tylko mój, dla mnie, o mnie.

A dla kogo?

Od początku wiedziałam, że to będzie teatr dla wielu, teatr środka. Przede wszystkim dla kobiet, w którym będziemy opowiadali o kobietach i kobietom.

Dlaczego?
Bo kobiety chodzą do teatru. A nikt się wtedy nimi specjalnie nie zajmował.

Mężczyzn czasami ze sobą też zabierają.

Ale tylko do ślubu! (śmiech) Grając w Teatrze Powszechnym zorientowałam się, że 80 procent widowni to kobiety. Gdybym chciała robić teatr tylko dla siebie, tak jak pisały gazety, głównie resortowe, to założyłabym spółkę z o.o., wynajęłabym jakąś salę, robiłabym małoobsadowe sztuki i zarabiała pieniądze. Bo ja jestem dochodowym przedsięwzięciem – przynoszę dochód. A ja założyłam fundację, co oznaczało, że wpływy muszą zostawać w fundacji i ją utrzymywać. Nie ważne, w Polsce tego i tak nikt nie rozumie, ani nikogo to nie obchodzi.

Widzę w tym tomie dzienników kilka emocjonalnych wzlotów i upadków. Najpierw jest wspaniale, początek 2005 roku to jeszcze faza euforii – buduje pani teatr, będzie trochę pracy, ale później będzie pięknie…

…a potem się zaczęło. Liczba problemów, które się pojawiły absolutnie mnie przerosła. I opadam w tej euforii. To był stary budynek, pierwsze powojenne kino. Okazało się na przykład, że miasto ma niekompletną dokumentację, po wojnie budowano na hura, nie wiadomo, jakie kable idą pod budynkiem teatru – wojskowe, telefoniczne, czy jeszcze jakieś inne. Z tego powodu nie mogliśmy poszerzyć sceny, bo właśnie tam szła główna wiązka kabli różnego pochodzenia. Musiałam zsynchronizować cztery ministerstwa, które były właścicielami tych kabli, żeby uzyskać ich zgodę. Itd., itd., itd…Nie byłam przygotowana na tego typu problemy.

28 lutego 2005 roku: „Odkąd zdecydowałam się wybudować teatr, moje życie zamieniło się w koszmar”.

Dokładnie tak. Moje życie wtedy to był koszmar absolutny. Niech pani spojrzy na tę podłogę [siedzimy w gabinecie Krystyny Jandy w Teatrze Polonia]. Kupiłam tego drewna potworne ilości, żeby starczyło na cały teatr. I jak już zaczęliśmy je kłaść, okazało się, że ma co prawda atest na Polskę, ale nie do końca na budynki publiczne. Musiałam sama ten atest uzyskać, a to znaczy przeprowadzić spalanie kontrolowane w komorze spalania, śledzić, ile milimetrów tego drewna się w tej komorze spala, siedzieć tam, załatwiać te wszystkie formalności, certyfikaty. Pamiętam, że ten pan autorytet od spalania drewna nazywał się profesor Kosiorek – do dziś pamiętam wszystkie te nazwiska – i że powiedział mi, że jeżeli drewno, które położę na antresoli, będzie cieńsze niż ileś tam centymetrów, to na antresolę, czyli do kawiarni może wejść tylko 10 osób. I tak było z każdą pojedynczą sprawą. Nie umiałam sobie z tym poradzić.

Sama pani to wszystko ogarniała?

Wtedy jeszcze z mężem. Jego wkład w budowę Polonii był fundamentalny. Ja załatwiałam pozwolenia, a Edward budował. Wiele było takich nocy, kiedy ja wracałam do Milanówka do dzieci, a on zostawał w teatrze i nocował na łóżku polowym na tej budowie, żeby wstać o świcie z robotnikami i zacząć pracę. Gdyby nie Edward nigdy nie zbudowałabym tego teatru, wszystko co tutaj jest – zrobił on. Ja tylko załatwiałam papierki i pozwolenia. Ale niech sobie pani wyobrazi, że zdobycie pozwolenia na wjazd betoniarki do Śródmieścia zajęło mi tydzień a termin był miesięczny. I udało się cudem. Bo jakiś pan dyrektor lubił „Człowieka z marmuru”.

I opłacało się to wszystko?

Opłacało. Dzisiaj, po 14 latach, jest świetnie. W Polonii gra ponad 450 aktorów z całej Polski. A ja już tak nie gnam, zdjęłam ostatnio z afisza kilka spektakli, w których grałam, żeby nareszcie trochę odpocząć.

A co pani teraz sprawia największą radość?

Próby. Nie tylko moje. Lubię też patrzeć na próby innych, lubię codzienną prace w teatrze, rodzenie się spektakli i niepokoje artystyczne z tym związane. Resztę dyrektorowania, urzędowych obowiązków, korespondencji, załatwiam gdzieś przy okazji, między świtem i zmierzchem. Jestem też szefem literackim tutaj. W ogóle jestem tu na kilku strategicznych stanowiskach.

Zdziwiło mnie to, że mimo takiego nawału obowiązków i pracy w tym 2005 roku potrafiła pani jeszcze znaleźć czas na to, żeby pisać dziennik.

Bo w 2005 roku ten dziennik to już było zobowiązanie – 5-letnie zobowiązanie w stosunku do czytelników. To była pułapka, w którą wpadłam. Nie miałam już kompletnie na to czasu, ale wiedziałam, że ludzie na to czekają, więc siadałam do komputera w nocy, czy o świcie i jednak pisałam.

W 2005 roku uruchomiła pani na blogu forum – czytelnicy mogli do pani pisywać. Nagle zaczęła pani dostawać od ludzi odzew.

Tak, to była kolosalna zmiana. Ale już wcześniej wiedziałam, że mój dziennik jest czytany, że bardzo dużo ludzi zaczyna od niego dzień. Wszyscy wokół mi to mówili. Dzisiaj mój fanpage ma 350 tysięcy obserwatorów, a wtedy strona internetowa, to było jakieś 120 tysięcy. Wytworzyło się między nami coś w rodzaju przyjaźni, w każdym razie jakiś rodzaj związku. Na forum powstała grupa wspierających się przyjaciół – jedni byli chorzy, inni się rozwodzili. Jeszcze inni dzielili się doznaniami artystycznymi, swoim pisaniem. To było niesamowite. Takie miejsce, gdzie można wejść i opowiedzieć o swoich problemach, rozterkach i zachwytach, a inni wysłuchają i odpiszą. Mam wśród czytelniczek dziewczyny, które zaczęły mnie czytać, kiedy były w liceum, potem robiły maturę, szły na studia, w połowie zmieniały kierunek i przeprowadzały się do Warszawy, zaczynały chodzić do naszego teatru, a wreszcie oceniać spektakle. Znam je od kilkunastu lat, jeszcze z czasów Teatru Powszechnego, choć nigdy nie widziałam ich twarzy.

A co pani daje kontakt z nimi?

Po roku 2005 wiedziałam, że otwieram teatr, że to jest potencjalna nasza widownia. A wcześniej… na początku byłam tym zafascynowana. Bo aktor gra trochę do czarnej dziury i tak naprawdę brawa są jedynym znakiem, oceną. Aż tu nagle otworzył się kanał, w którym miałam bliski, bezpośredni kontakt z ludźmi – oceniali z dnia na dzień, zauważali, kiedy coś zmieniłam w rolach, może to głupie, ale czułam dzięki temu, że to co robię ma większy sens. I jest jeszcze jedno – mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się tabloidy, i przestało mi się podobać, w jaki sposób mój wizerunek był przez dziennikarzy kreowany. Dzięki dziennikowi nareszcie to ja decydowałam o tym, jaka jestem. I nie musiałam nic udawać. Nie miałam nic do ukrycia, skłamania. Pisanie, co się myśli, szczerze, to nie jest żaden wysiłek.

21 stycznia 2005 roku, wspomina pani w dzienniku swoich dziadków, ich dom na wsi pod lasem, życie z nimi. A kończy się ten wpis konstatacją, że nigdy nie będzie pani taką wspaniałą babcią dla swoich wnuków.

Świat moich dziadków był mały, bardzo uporządkowany. Czas w tym świecie biegł wolno i spokojnie, bez niepotrzebnego pośpiechu. Sprawy małe były ważne. Babcia i dziadek do dziś kojarzą mi się z ciszą w domu, pachnącymi podłogami, niedzielą z rosołem, popołudniową drzemką. Tacy dziadkowie dają miłość i poczucie bezpieczeństwa. Ja jestem zupełnie inną osobą. Pęd, ryzyko, przesada, wysiłek ponad miarę, założenia ponad siły – to jest moja codzienność.

A potem 18 lipca 2006 roku pisze pani o swojej wnuczce Jadzi, o tym jak spędzacie wspólnie czas – w trójkę z pani mamą. I zapisuje pani w dzienniku jej słownik, bo Jadzia jeszcze nie mówi całych wyrazów. Może to inna babcia, nie taka, jak by pani chciała, ale też wspaniała, uważna.

Momentami. Ja ciągle mam za mało czasu. A wtedy, kiedy budowałam teatr miałam ciągłe wyrzuty sumienia, że za mało czasu poświęcam rodzinie. Ale jak już się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć B.

Czasem, kiedy wszystko się pani waliło na głowę, kończyła pani wpis zdaniem „Jutro będzie lepiej”. Naprawdę pani w to wierzyła?

Oczywiście. Ja jestem chorobliwą optymistką.

W którym momencie poczuła pani, że to już ten moment, że jest lepiej?

Kiedy zaczęłam w Polonii pierwsze próby. Wszystkie problemy nagle straciły na znaczeniu. Nasz pierwszy spektakl, pierwsze próby, to była „Stefcia Ćwiek w szponach życia” w mojej reżyserii z oszczędności. Spotkałam się z aktorami i poczułam, że jestem szczęśliwa. Próby do „Stefci…” mnie uratowały. Poczułam, że te donosy, że za nisko strop, że kolejne pismo, że odstępstwo budowlane, nie mają już żadnego znaczenia. Wtedy na nowo złapałam równowagę. Przypomniałam sobie, po co to wszystko.

Pisała pani „Oprócz foniatry i laryngologa przydałby mi się jeszcze psychiatra”.

Dokładnie tak się czułam. Byłam na skraju załamania nerwowego. Dzisiaj nawet nie potrafię sobie przypomnieć, jak to wszystko wytrzymałam. Wiedziałam o teatrze wszystko, ale tylko od strony sceny i kulis, a nie biura i organizacji, tym bardziej finansów. Pamiętam, jak już po otwarciu teatru, jechałam samochodem i słuchałam, jak Żenia [Evgen Malinovskiy] śpiewa piosenki Wysockiego, które przygotowywał do spektaklu „Rajskie jabłka”. Byłam zachwycona tym, jak on to śpiewa tak strasznie, że zapomniałam o bożym świecie. I w tym momencie zadzwonił do mnie pan, który wtedy robił audyt w teatrze, wezwałam go bo mieliśmy problemy finansowe i inne, a ja nie rozumiałam dlaczego i nie umiałam sobie dać z tym rady. Powiedział „Krysiu, musimy się spotkać, muszę ci wytłumaczyć na czym polega EBITA i inne terminy finansowe i księgowe, bo muszę z tobą swobodnie rozmawiać na ten temat”. A ja odpowiedziałam „Błagam cię, Marcin (Gędziorowski), przestań o tym do mnie mówić. Spotkajmy się i posłuchamy Wysockiego”. Jak skończyliśmy rozmawiać, zatrzymałam samochód i się rozpłakałam – że ja nie tego chciałam w życiu, że nie po to robiłam ten teatr, żeby się uczyć co to EBITA i problemy z umowami i KRSem, i co najgorsze, żeby się przekonać, że ludzie mogą być nieuczciwi. A potem się podniosłam i kupiłam sobie książki na ten temat, i grzecznie zaczęłam czytać .

Zawsze pani płacze w samochodzie? W dziennikach są trzy takie momenty, a teraz jeszcze ten.

Jeśli już to w samotności. A samochód, to jedyny moment, kiedy jestem sama. Wśród ludzi nigdy nie płaczę. Przez te 13 lat w Teatrze Polonia nauczyłam się, że moi współpracownicy mają tyle spokoju, nadziei i entuzjazmu, ile widzą u mnie. Muszę być optymistką, przed każdą premierą muszę powiedzieć, że będzie dobrze lub jak wydaje mi się, że można by coś zmienić i tak będzie dobrze. Jestem tutaj barometrem na wszystko. Choć zdarzają mi się pomyłki, na szczęście czasem się mylę i jest lepiej niż zakładałam. Bo to teatr, a nie fabryka kabli.

Nie jest pani z nimi zawsze szczera?

Staram się być. Kiedy oglądam ich próby zdarza mi się powiedzieć: „To jest do dupy, ale to jest bardzo ważny spektakl, więc zrobimy wszystko, żeby go poprawić. Ale nawet jeśli nadal będzie do dupy, to będziemy to grać wychodząc ze skóry, jak najlepiej, bo to ważny temat. Będziemy poprawiać w trakcie”.

Wie pani z góry, który spektakl będzie ważny, który będzie sukcesem?

Chyba tak. Wiem, co będzie miało dużą widownię, co małą, ile spektakli będzie można zagrać w miesiącu, a nawet kto na nie przyjdzie. Czasem się mylę – nie doceniam aktorów, reżysera, aktualności tematu, spektaklu. Ale zdarzyło mi się też, że po obejrzeniu spektaklu już z widownią, kiedy widziałam owacje na stojąco, wychodziłam do aktorów i mówiłam „W ogóle nie rozumiem o czym to jest. Uważam, że to gówno, ale widocznie ludzie tego potrzebują. Grajcie dalej. Nie rozumiem, ale życzę nam nieusprawiedliwionego powodzenia”. Skoro ludzie kupują bilety, to znaczy, że spektakl jest potrzebny. Moje zdanie nie jest najważniejsze, liczy się dobro fundacji.

Ma pani poczucie, że ta praca, zarządzanie teatrem, odbiło się na pani karierze?

Nie, chociaż przez te 13 lat miałam poczucie uwięzienia. Może ze trzy razy pozwoliłam sobie przez ten czas zrobić coś poza teatrem. Generalnie odmawiam. Jestem stale do dyspozycji naszej fundacji.

Nadal wstaje pani o świcie, tak jak w 2005 roku?

Tak, ale teraz po to, żeby poczytać fajną książkę, a nie pismo urzędnicze. Różnica jest kolosalna. Teraz już jest miło.

W styczniu 2006 roku zadała pani czytelnikom pytanie: „Ludzie, czy wy pracujecie, żeby żyć, czy żyjecie, żeby pracować?”. I sama pani nie odpowiedziała.

Bo wiem, że żyję po to, żeby pracować i mam o to do siebie ustawiczną pretensję. Ale może praca to też życie? Do momentu budowy teatru i uruchomienia fundacji byłam „gwiazdą”. Liczyły się moje problemy, moje sprawy, moje interesy, mój odpoczynek, mój wygląd. Wyjeżdżałam na wakacje z dziećmi kiedy były małe, nawet na cztery miesiące. A teraz, kiedy jest fundacja, inni aktorzy są ważni, ich samopoczucie, ich wygląd, ich role, ich choroby, ich humory. Ja się przestałam jakby liczyć. Nawet role wybieram sobie nie te, które bym ewentualnie chciała, tylko te, które przyniosą korzyść fundacji.

Ta zmiana nigdy panią nie bolała?

Nie. To jak z kobietą, która ma dużo czasu, żeby zajmować się sobą i nagle rodzi dziecko i traci cały swój czas, ale też bardzo dużo zyskuje – dziecko staje się całym jej światem. Zmieniają się priorytety.

Co pani robi, jak pani nie pracuje?

O robię dużo rzeczy. Ale czytam naprawdę dużo, także z obowiązku fundacyjnego, nie traktuję tego jednak jak pracy. A czytam to co się ukazuje. Ostatnio biografię Larsa von Triera – mój mąż robił z nim film, chyba głównie dlatego po nią sięgnęłam. Przypominam też sobie klasykę, dla teatru.

Czytanie, pisanie – nawet dla 350 tysięcy odbiorców – to samotne zajęcia.

Lubię być sama. Lubię samotne zajęcia, w fundacji ciągle mam dookoła dużo ludzi. Jesteśmy też dużą rodziną, mieszkam z mamą, mam siostrę, dzieci, wnuki, przyjaciół, dużo zwierząt dookoła nas, no i jeszcze ponad czterystu aktorów i pracowników fundacji. Co chwila pukanie do drzwi – albo ktoś się rozwodzi, albo się zakochał, albo jest w ciąży (śmiech).

Swoje własne marzenia też się pani udaje czasami spełnić?

Robię sobie przyjemności. Ale, tak szczerze mówiąc, to ja już nie mam marzeń. Jak ładnie napisał ostatnio pan Zanussi w swojej książce „Strategia życia. Czyli jak zjeść ciastko i je mieć” : Nie warto mieć marzeń, których nie można spełnić.

To co panią teraz kręci?

Nic? A może po prostu życie. Kręci mnie planowanie w teatrze kolejnego sezonu. Kręci mnie myśl o wakacjach. Nowe zadania artystyczne.

Gra pani teraz główną rolę w nowym filmie Jacka Borcucha na podstawie scenariusza Szczepana Twardocha. To postać mieszkającej we Włoszech polskiej Noblistki. Zdecydowała się pani na tę rolę, bo…

…bo była duża. No i jestem w projekcie od pomysłu początkowego, kiedy panowie Borcuch i Twardoch, zaczęli się zastanawiać nad scenariuszem. Lubię opowiedzieć całość. Poprowadzić. A od lat reżyserzy proponują mi jakieś drobiazgi, do tego matki złodziejów czy narkomanów, a ja nie jestem aktorką do epizodów! Nie umiem ich grać.

Rozmawia Magdalena Żakowska
Fot. Krzysztof Opaliński

Uroda Życia, nr 6/2018

© Copyright 2018 Krystyna Janda. All rights reserved.