21
Wrzesień
1999
00:09

Szepty, krzyki i emocje.

Szepty, krzyki i emocje. Rozmowa z Krystyną Jandą

Śpiewanie Krystyny Jandy budzi kontrowersje. Jedni szaleją na jej koncertach, biją się o autografy i płaczą, słuchając jej płyt. Inni wzruszają ramionami albo grymaszą: „czy ta wspaniała aktorka musi koniecznie śpiewać?”

«W przyszłym tygodniu mamy okazję zobaczyć w Teatrze Powszechnym kolejne wcielenie Jandy śpiewającej. W jej wykonaniu usłyszymy piosenki z repertuaru Marleny Dietrich. Przedstawienie „Marlene” według sztuki Pam Gems w reżyserii Magdy Umer miało premierę na ostatnim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. W Warszawie pokazane zostanie po raz pierwszy.

DOROTA WYŻYŃSKA: Czy pamięta Pani najbardziej oryginalny komplement, który wiązał się z Pani śpiewaniem?

KRYSTYNA JANDA: Pewnego dnia po koncercie podszedł do mnie mężczyzna i bez wahania wyznał: – „Dziś zrozumiałem, kim pani jest”. Byłam zaniepokojona.

-„No i co pan zrozumiał?” – zapytałam odważnie. -„Że jest pani rozkosznie wyemancypowana”. Zaniemówiłam. Nie sądziłam, że kiedyś dane mi będzie usłyszeć coś równie niekonwencjonalnego i w dodatku, że można to odczytać z mojego śpiewania. Do dziś nie daje mi spokoju, co tak naprawdę miał na myśli. Wyemancypowana? Ale dlaczego rozkosznie?

Często słyszy Pani uszczypliwe uwagi na temat Jandy śpiewającej?

– Kiedyś zadzwoniła do mnie pewna kobieta: – Błagam, ja panią kocham, ale niech pani nie śpiewa – prosiła miło. – Dlaczego? – zapytałam. – Bo mi się tak nie podoba, jak pani śpiewa – odpowiedziała wprost. Próbowałam być uprzejma. – A kto się pani w takim razie podoba? – Eleni… – powiedziała krótko. – A to przepraszam – wycofałam się. Na próbie koncertu w Opolu poprosiłam Marylę Rodowicz: – Czy mógłbym zaśpiewać za ciebie referen „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”? Bez słowa dała mi mikrofon. Szczęśliwa zaśpiewałam na cały amfiteatr. Kiedy skończyłam, Maryla wzięła ode mnie mikrofon i spokojnym głosem podsumowała: – „Krzyczała Krystyna Janda”. To moja ulubiona krytyczna recenzja.

Czy po kąśliwych recenzjach, bo takie też się zdarzały, myślała Pani, żeby skończyć ze śpiewaniem?

– Uwielbiam śpiewać. Przez pewien czas mówiłam: trudno, nawet jeśli niektórzy tego nie lubią, to zaśpiewam, póki choć jeden człowiek siedzi na widowni. Ale przyznam się, że za każdym ra zem mam pewnego rodzaju poczucie winy – po sukcesie w Opolu, kiedy wystąpiłam z „Gumą do żucia”, taktownie przez jakiś czas nie śpiewałam. Z drugiej strony skończyłam szkołę muzyczną, przez 11 lat grałam na fortepianie i… wiem, co robię. Ale widocznie coś w tym musi być, że od 20 lat mimo wyraźnych sukcesów muszę się tłumaczyć ze swoich wokalnych występów, nawet teraz przed panią. Trudno. Moje dzieci też nie znoszą mojego śpiewania. Jak tylko zaczynam coś nucić, proszą, błagają: „mamo, przestań”. Inna sprawa, że w domu najczęściej śpiewam sentymentalne, banalne kawałki. Bardzo często nucę też kolędy. Aleksander Bardini, który był moim profesorem „od piosenki” w PWST, zawsze mnie chwalił. Na egzaminach z piosenki odnosiłam największe sukcesy i zawsze powtarzałam – nie jest moim celem ściganie się z instrumentem, od tego są wokaliści, dla mnie najważniejsze jest słowo. Ale może to za mało.

Podczas jednego z koncertów we Wrocławiu – czego nie omieszkała odnotować prasa lokalna – zapomniała Pani tekstu znanej piosenki „Ogrzej mnie”. Ponoć Wiktor Zborowski powiedział wtedy: „Pierwszy raz nie zazdroszczę, że nie jestem Jandą”. Inne osoby komentowały: „To wszystko zapewne wyreżyserowane”. A jak się Pani wtedy czuła?

– Fatalnie. Zapomniałam tekstu piosenki, którą znam świetnie. Na domiar złego orkiestra grała bardzo poważny, pompatyczny wstęp. Grała go cztery razy. Stałam bezradna w ekstrawaganckiej sukni, co musiało potęgować groteskowość. Nagle, kiedy byłam już gotowa skapitulować, przypomniało mi się, że tekst zapisany na kartce mam w kieszeni. Zaśpiewałam tę piosenkę z kartki. Publiczność w sposób niezwykły nagrodziła mój upór, to, że nie ustąpiłam z placu boju. Takie brawa dostałam może dwa razy w życiu: raz, kiedy przewróciłam się w ukłonach po „Balu manekinów” i wtedy we Wrocławiu.

Starannie dobiera Pani swoje piosenki: wspaniali tekściarze, wielcy kompozytorzy. Co musi mieć w sobie piosenka, na którą się Pani decyduje?

Przy doborze piosenek zdaję się wyłącznie na Magdę Umer. To ona decyduje, z jakimi muzykami mam pracować, jakie wykorzystamy aranżacje, kto zrobi przekłady i jakich piosenek. Całkowicie zdaje się na jej gust muzyczny i literacki. Przy „Marlenie” po raz kolejny uwierzyłam Magdzie i znowu jestem jej wdzięczna. Magda nie skorzystała z piosenek wybranych przez autorkę sztuki „Marlene” Pam Gems, ale poszła za moją miłością do Dietrich. Stwierdziła, że powinnam zaśpiewać swoje ukochane piosenki Błękitnego Anioła.

Co takiego musi być w piosence, żeby stała się przebojem, żeby publiczność ją pokochała?

Nie wiem, czy ktokolwiek zna odpowiedź na to pytanie. Dlaczego przebojem stała się „Guma do żucia”? Nie potrafię powiedzieć, może dlatego, że zaśpiewałam ją siedem razy szybciej, niż była napisana.

Wyobraża Pani sobie spektakle:- „Biała bluzka”, „Kobieta zawiedziona”, „Marlene” bez piosenek?

– Nie. Kiedy pierwszy raz przeczytałam „Białą bluzkę”, bez skrępowania powiedziałam Agnieszce, że to się nadaje do radia, ale nie na scenę. Moim zdaniem piosenki zastąpiły tam prawie nieistniejącą dramaturgię i uzupełniły rysunek psychologiczny postaci. Z kolei piękno przekładów, czy raczej nowych tekstów piosenek napisanych do „Kobiety zawiedzionej” przez panów Przyborę i Młynarskiego, nie tylko stało się wielką wartością, ale pozbawiło tę historię, taniego melodramatycznego sosu. Sztuka „Marlene” jest, jak myślę, napisana z powodu piosenek, czy jakby dopisana do piosenek, które śpiewała Dietrich. I tym razem przekład czy teksty Wojtka Młynarskiego daleko przerastają oryginały, które nigdy nie były tłumaczone i są właściwie nieznane w Polsce.

O głos trzeba dbać. Ma Pani swoją metodę pielęgnowania głosu: surowe jajka, siemię lniane, częste wizyty u foniatry?

– Prawdziwe kłopoty z głosem miałam właściwie tylko raz. Wiele lat temu we Wrocławiu śpiewałam „Judytę” Gintrowskiego – bisowałam wielokrotnie i całkowicie straciłam głos. Następnego dnia dyrektor Zygmunt Hubner musiał odwołać przedstawienie z moim udziałem i wywiesił w teatralnej gablocie naganę za nieprofesjonalne zachowanie oraz nakaz zapłacenia kary pieniężnej. To prawda – nie dbam o głos, nie oszczędzam się. Przyznam się, że lubię swój głos trochę chory, trochę zmęczony. Jest wtedy dużo bardziej plastyczny, a Fedra bez chrypy i załamań jest trochę gorszą rolą. Śpiewanie do mikrofonu nie kosztuje tak dużo, co np. granie Callas dwa razy dziennie w sali dla tysiąca osób, co mi się zdarza. Po czterech takich dniach zawsze trafiam na ostry dyżur do foniatry, żeby następne przedstawienia mogły się odbyć. I mimo że lekarze każą mi przestać grać, nigdy nie odwołam z tak błahego powodu przedstawienia, choć wszyscy dookoła pukają się w głowę.

-Skąd bierze się tęsknota aktora dramatycznego do śpiewania?

– Śpiewając, zdarzyło mi się osiągnąć cel najwyższy – sala oszalała. Udało mi się rozpalić u widzów takie emocje, których nigdy nie widziałam w teatrze dramatycznym. Po zagraniu żadnej roli nie usłyszałam tylu ciepłych słów. Są wiersze, których nie jesteśmy w stanie przeczytać, bo w tle słyszymy już muzykę. Nie umiem przeczytać: „Mimozami jesień się zaczyna”, bo zaraz zaczynam to śpiewać. A poza tym aktorzy uwielbiają mikrofon. Śpiewanie to jedynie alibi, usprawiedliwienie. Nagle za pomocą techniki stają się supermanami. Ta siła, która jest w mikrofonie, jest porażająca. Zaczynamy fruwać. Mówię szeptem, a słyszy mnie kilka tysięcy osób. Szeptem śpiewam od niedawna. To Magda Umer tłumaczy mi, że śpiewać głośno każdy głupi potrafi, że intymne śpiewanie jest piękniejsze i trudniejsze. To ona i „Kobieta zawiedziona” zmusiły mnie do szeptu przez mikrofon, mój temperament zawsze niósł mnie do „Gumy do żucia”.»

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.