01
Marzec
2010
18:03

Syrenka warszawska

zobacz zdjęcie

Syrenka warszawska

2010-03-01
Krystyna Janda Syrenką Warszawską Machiny

Boże kochany, po co mi być syrenką? – pyta retorycznie w wywiadzie dla „Machiny” Krystyna Janda. Przyznaje jednak, że – jak na syrenkę przystało – zawsze była „trochę z mgły i galarety”.

Janda została nową Warszawską Syrenką „Machiny”. Głosowali na nią czytelnicy magazynu i internauci.

Machinowa Syrenka przyznaje w wywiadzie, że Warszawa to straszne miasto, ale jednocześnie miasto fascynujące. Miasto, które ma energię. Nie zawsze przyjazną, ale odczuwalną. I za to lubi stolicę. Chociaż ze zdumieniem przyjęła werdykt czytelników „Machiny”, którzy jej właśnie przyznali tytuł Syrenki.

„Po raz kolejny plebiscyt na Warszawską Syrenkę Machiny wygrywa kobieta-instytucja” – komentuje wyniki plebiscytu Piotr Metz, redaktor naczelny „Machiny”. Jego zdaniem, to pokazuje, że Syrenka jest dla warszawiaków ważnym symbolem. Dodaje, że tegoroczna Syrenka nie jest co prawda warszawianką z urodzenia (Janda urodziła się w Starachowicach), ale z Warszawą związane jest całe jej życie zawodowe. „Warszawa zawdzięcza jej wiele wzruszeń i wiele znakomitych kreacji – kiedyś w Teatrze Powszechnym, a dzisiaj – w Polonii i Ochteatrze. I oczywiście obie sceny. Dzisiaj już trudno sobie wyobrazić warszawska kulturę bez teatru Polonia, a nowootwarty Ochteatr natychmiast wpisal się w kulturalny pejzaż Warszawy” – mówi naczelny „Machiny”.

Plebiscyt na warszawską Syrenkę redakcja „Machiny” zorganizowała po raz drugi. Rok temu Syrenką została Monika Olejnik. Wcześniej Syrenkę wybierała redakcja i na okładce „Machiny” znalazło się wtedy syrenie zdjęcie Edyty Górniak. Okładka wzbudziła wiele emocji, także politycznych. Redakcja „Machiny” zapowiedziała wtedy odświeżenie wizerunku warszawskiego symbolu.

*****

„Machina” to miesięcznik o profilu popkulturalnym, zawierający treści przede wszystkim związane z muzyką, ale opisujący również wiele innych zjawisk znajdujących się w centrum zainteresowań młodych ludzi. Magazyn ukazuje się od 12 lat. Wydawcą „Machiny” jest Media Point Group, spółka zależna Platformy Mediowej Point Group.
—————————————————————————————————

Krystyna Janda została Warszawską Syrenką 2010 w 3. plebiscycie miesięcznika „Machina”

Autor PAP – sprzed 47 minut

01.03. Warszawa (PAP) – Krystyna Janda została nową Warszawską Syrenką „Machiny” w 3. plebiscycie pisma.

Warszawa, 01.02.2010. Aktorka Krystyna Janda została ogłoszona przez miesięcznik Machina Syrenką warszawską 2010, 1 bm. w Warszawie. (pie) PAP/Jacek Turczyk

Głosowali na nią czytelnicy magazynu i internauci.
„Boże kochany, po co mi być syrenką?” – zapytała Krystyna Janda. Przyznaje jednak, że – jak na syrenkę przystało – zawsze była „trochę z mgły i galarety”.
„Ja jako syrenka? Wydało mi się to dość egzotyczne, ale skoro tak chcą czytelnicy i internauci, to bardzo dziękuję. Z punktu widzenia aktora – w Warszawie jest się wielkim aktorem, o ile się w zeszłym tygodniu zagrało wielką rolę, w Krakowie się wielkim aktorem jest do końca życia – ale nigdy nie było dla mnie innego miejsca niż Warszawa. Przyjechałam z miłego domu pod lasem w kieleckim w wieku 7 lat i od tego czasu próbuję się tutaj odnaleźć. Bardzo lubię to miasto, bo ono jest drapieżne i dzikie, ale dzięki temu inspirujące i trochę przypomina Nowy Jork” – powiedziała Krystyna Janda, Syrenka Machiny 2010.
„Warto syrenkę warszawską wypromować tak, jak tę z Kopenhagi. Jak się jedzie do Danii, to wszyscy chcą tamtej syrenki dotknąć, bo jest tak ′narobiona piana′ wokół tego, że ona przynosi szczęście, że niewidomi zaczynają widzieć, a niechodzący chodzić, że wszyscy za wszelką cenę chcą ją odwiedzić, mimo że dojście jest po kamieniach i można wpaść do wody. Ja sama wpadłam do wody próbując jej dotknąć. Trzeba to samo zrobić z naszą warszawską. Powiedzieć ludziom, że bez dotknięcia jej w ogóle nie ma życia” – dodała Janda.
„W Warszawie mamy trzy syrenki. Pierwsza najstarsza z końca XIX wieku, autorstwa Konstantego Hegla, znajduje się na Rynku Starego Miasta. Druga z 1905 roku, stanęła na wiadukcie Markiewicza na ulicy Karowej i najbardziej popularna – syrenka, która stoi nad Wisłą od 1939 roku. Autorką rzeźby jest Ludwika Nitschowa, zaś jej modelką była warszawska piękność – 23-letnia wówczas Krystyna Krahelska, poetka i harcerka. A od 3 lat razem z pismem „Machina” ogłaszamy syrenkę, która użycza swojego wizerunku patronce Warszawy i trafia na okładkę pisma” – powiedziała Katarzyna Ratajczak, dyrektor Biura Promocji Miasta.
„Przeczytałem statystyki, że wycieczki odwiedzające Warszawę odwiedzają w pierwszej kolejności Złote Tarasy, potem jadą pod Palmę, a syrenki ani widu ani słychu. Postanowiliśmy coś z tym zrobić i nasza inicjatywa spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony miasta” – powiedział redaktor naczelny „Machiny”, Piotr Metz.
„Po raz kolejny plebiscyt na Warszawską Syrenkę ′Machiny′ wygrywa kobieta-instytucja” – komentuje wyniki plebiscytu Piotr Metz.
Jego zdaniem, to pokazuje, że syrenka jest dla warszawiaków ważnym symbolem. Dodaje, że tegoroczna syrenka nie jest co prawda warszawianką z urodzenia (Krystyna Janda urodziła się w Starachowicach), ale z Warszawą związane jest całe jej życie zawodowe.
„Wybór Krystyny Jandy pokazuje, że syrenka jest kimś poważniejszym, w kim czytelnicy poszukują autorytetu. Dla młodych czytelników znaczenie ma z pewnością nie rola Jandy w ′Człowieku z marmuru′, ale jej działalność w Och-teatrze. Warszawa zawdzięcza jej wiele wzruszeń i wiele znakomitych kreacji – kiedyś w Teatrze Powszechnym, a dzisiaj – w Polonii i Och-teatrze. I oczywiście docenia obie sceny. Dzisiaj już trudno sobie wyobrazić warszawska kulturę bez teatru Polonia, a nowo otwarty Och-teatr natychmiast wpisał się w kulturalny pejzaż Warszawy” – mówi naczelny „Machiny”.
„Machina” wybrała syrenkę po raz trzeci. W zeszłym roku czytelnicy wybrali nią dziennikarkę Monikę Olejnik, zaś dwa lata wcześniej redakcja wybrała Edytę Górniak. Dla autorów pomysłu na wybór kobiety, która przeobrażona w syrenę staje się symbolem Warszawy, inspiracją były zmiany wizerunku Marianny – uosobienia Francji.

(PAP Life)
jmy/ dki/

 

Syrenka Warszawska ma od poniedziałku twarz Krystyny Jandy.

Od trzech lat symbol Warszawy zmienia wizerunek na współczesną twarz kobiety. Pierwszym wcieleniem syrenki była Edyta Górniak, w ubiegłym roku zwyciężyła Monika Olejnik. W poniedziałek ogłoszono, że w tym roku wcieleniem Syrenki będzie Krystyna Janda.

Aktorka przyznała, że jest bardzo zaskoczona wyborem internautów, Dodała, że choć na razie nie wie, jakie są obowiązki Syrenki, będzie je realizować. Wyraziła nadzieję, że -nie będzie musiała pływać w Wiśle, ale liczy na to, że w tym roku będa jakieś honorowe uroczystości w których weźmie udział – jako syrenka warszawska-. Krystyna Janda zapowiedziała, że -będzie rozsądną syrenką, chce realizować marzenia dotyczące miasta i swoich planów związanych z działaniem artystycznym-.

W plebiscycie organizowanym przez miesięcznik „Machina” kandydowało 15 kobiet. Krystyna Janda pokonała między innymi Agnieszkę Chylińską, Hannę Lis, Omenę Mensach i Otylię Jędrzejczak.

Jak podkreśla redaktor naczelny „Machiny” Piotr Metz, o tym, kto otrzyma tytuł „Syrenki Warszawskiej”, zadecydowali młodzi ludzie: Metz uważa, że konkurs pokazał, że syrenka – to symbol kogoś kto potrafi zmieniać rzeczywistość. Jego zdaniem w głosowaniu brali udział głównie młodzi ludzie, a jeżeli głosował ktoś z pokolenia 18-latków – to raczej ze względu na Och-Teatr, a nie na „Człowieka z marmuru”, czy „Tatarak”. Metz uważa, że ten plebiscyt pokazuje, że Krystyna Janda działa na wielu polach.

W Warszawie są trzy pomniki syrenki. Najbardziej znany wizerunek stoi nad Wisłą. Ma twarz poetki i żołnierza AK – Krystyny Krahelskiej. To do jej wizerunku podobny jest herb miasta. Syrenka stoi też na Rynku Starego Miasta, natomiast trzeci pomnik znajduje się na ślimaku ulicy Karowej.
__________________________________________________________________________________________

http://www.plejada.pl/17,30496,news,1,1,krystyna-janda-warszawska-syrenka-machiny,artykul.html

 

 

MACHINA nr 3 (48) marzec/2010

NIECH MI PANI POWIE,
DLACZEGO TO JA ZOSTAŁAM SYRENKĄ.
BOŻE KOCHANY. PO CO MI BYĆ SYRENKĄ?
MOŻE BĘDZIE PANI DOSKONALSZA?
KRZYSIEK MATERNA ZAWSZE MI POWTARZA:
„JESTEŚ ZAKAŁĄ WSZYSTKICH PLEBISCYTÓW”.
NIE CHCE PANI BYĆ SYRENKĄ?
NO DOBRZE, CHCĘ, JUŻ TRUDNO. TO MIŁE, TYLKO TAKIE JAKIEŚ…

Z Krystyną Jandą rozmawia: Hania Halek, ilustracje: Piotr Leśniak

Od czapy?

Nie, ale Marianną Francuską była Catherine Deneuve czy Brigitte Bardot, takie te różne, wie Pani, piekne kobiety.

Pani nie jest piękną kobietą?

Nie, w ogóle.

Bo?

Każda kobieta tak o sobie myśli, oprócz tych kilku, które się sobie podobają i to wyraźnie widać. Ja więc dziękuję bardzo. Myślę, więc jestem, rozumie pani. Zawsze najpierw lepiej pomyśleć. A potem zwątpić.

Czyli jeśli ktoś mówi, że ładnie pani wygląda, to pani myśli, że jest miły albo ma do pani jakiś interes?

Ale mnie nikt od dawna nie powiedział, że ładnie wyglądam! Nie pamiętam takich spostrzeżeń. Ludzie mówią mi tylko: „Boże, jaka ty jesteś zmęczona, jak to widać!”, więc ja myślę wtedy, że muszę wyglądać naprawdę beznadziejnie.

Dziś ładnie pani wygląda.

Ale ja wczoraj wróciłam z nart. To dlatego. Wypoczęłam jak nigdy. Przez dwa lata nie miałam urlopu, a teraz przez dwa tygodnie byłam na wakacjach.

Co panią fascynuje w nartach?

Nic absolutnie. Tylko dzieci je lubią, moje wnuki. Więc ja musze przypiąć narty i jeździć razem z nimi. Sprawia mi to przyjemność od czasu do czasu, ale bez przesady, wolałabym leżeć na słońcu i czytać.

Chciało się pani wracać do Warszawy?

Nawet tak. Tak, tak. Za dużo mam tu teraz spraw. Chciało mi się wracać, bo mam poczucie obowiązku, a poza tym to, co robię, jest dla mnie przyjemnością. W jakimś sensie może męczącą, ale należę do tego grona szczęśliwych ludzi, którzy robią zawodowo to, co lubią. Tak naprawdę moje życie to realizacja moich idei. I samorealizacja też. Uważam, że praca jest ciekawsza, niż zabawa. Dzisiaj w wiadomościach usłyszałam, że pewna para wygrała jakieś straszne pieniądze i oświadczyła, że już do końca życia nie będzie pracować. Pierwsza moja myśl brzmiała: „Boże, jakie to straszne! Co za koszmar!”. Gdybym miała dużo pieniędzy, zorganizowałabym kilka naprawdę dobrych domów dziecka. Bo problemy dzieci są wciąż moją największą słabością. Może niekoniecznie to ja powinnam zajmować się dziećmi, bo się do tego całkowicie nie nadaję, ale zorganizowałabym wszystko tak, żeby miały naprawdę dobrze. Czyli i tak bym pracowała.

Co pani najbardziej pozwala żyć? Tylko praca jest warunkiem pani świadomego istnienia?

Tak, ale w moim wypadku określenie „praca” jest w jakimś sensie fałszywe. Realizuję po prostu pomysły, które przychodzą mi do głowy i nazywam je pracą. Tak naprawdę myślę, że jeden z socjalistycznych ministrów Kultury i Sztuki, Janusz Wilhelmi, który mówił, że aktorom nie trzeba płacić, bo oni i tak będą grać, artystom też, bo i tak będą tworzyć, miał absolutną rację. Bo oni to lubią. Tu akurat się z nim zgadzam. Poza tym to był straszny zamordysta i cynik. Nie był lubiany przez artystów. Prawdziwych, bezinteresownych artystów.

Część tych artystów zamiast tworzyć nowe powieści ląduje w agencjach reklamowych i pisze ulotki.

Dlatego, że każdy chce żyć. Gdybym nie zarabiała pieniędzy na tym, co robię, robiłabym to, co teraz, a obok coś jeszcze, żeby zarabiać. Bo to, co można mieć za pieniądze jest bardzo przyjemne. Nie chodzi o posiadanie jakiś przedmiotów, tylko o realizację pasji. Ja na przykład zamiast sukienki kupiłam sobie teatr. Wiem też, że jeśli zrobię reklamę, to za zarobione na niej pieniądze mogę wyprodukować sztukę.

Wszystko jedno co pani reklamuje?

Nie. Ale wszystko zależy, jaka jest forma tej reklamy, jak jest zrobiona. Scenariusze dokładnie omawiam i wszystko dzieje się za moją zgodą. Nawet takie drobiazgi, jak jestem ubrana, umalowana. Akceptuję to albo nie. Nie zgodziłabym się, żeby zrobiono ze mnie kogoś, kim nie jestem. Bo prawdą jest, że w reklamach nikogo nie gramy. Firmy korzystają z naszego imienia i dorobku.

Przeczytałam kiedyś pani radę dla kobiet na temat postępowania z mężem: „Rzeczy kupione przez siebie wyciągać po kolei i wmawiać, że ma się już od dawna”. Takie małe kłamstewka.

To żarty.Pisałam to co najmniej 20 lat temu. Teraz nawet nie mam ochoty na ten temat żartować. Śmiejemy się tylko z mamą do dziś, jak oszukiwałyśmy wszystkich dookoła w sprawie naszego ogrodu w Milanówku. Zakopałyśmy w nim „miliony”. Wszystko, co sadziłyśmy, nam usychało. A ponieważ miałyśmy wielkie ambicje, następnego roku po kryjomu sadziłyśmy nowe rośliny, tylko odpowiednio większe. Kiedyś mój mąż złapał mnie w momencie, gdy wjeżdżałam samochodem z przyczepą, pełną kupionych za potworne pieniądze dużych tui, żeby po cichu wymienić na nowe te, które uschły. Natychmiast powiedziałam mu, że część dostałam w prezencie, a część była przeceniona. Mama zawsze była w tych sprawach moim sojusznikiem.

Ale wychowała panią babcia, a nie mama?

Do siódmego roku życia. Wracałam do niej potem w każdej trudnej sytuacji życiowej.

Kiedy?

Wiele razy. To bardzo przyjemne uczucie, być z kimś, dla kogo problemy, które mnie wydają się najważniejsze, nie istnieją. Gdy zostałam aktorką, kupiłam dziadkom ich pierwszy telewizor, ale włączali go tylko wtedy, gdy do nich dzwoniłam i mówiłam, że będę w telewizji. Dla nich czas inaczej płynął, ważne były inne wartości.

Czego najbardziej pani brakuje?

Zawsze byłam rozsądna i chciałam tylko tyle, ile mogłam mieć. Nie lubię rozczarowań. Wolę niespodzianki.

Co ma dla pani największe znaczenie?

Trzeba być przyzwoitym człowiekiem.. Bardzo lubię to przykazanie: „Nie rób bliźniemu, co tobie niemiłe”. Proste jak parasol. Zanim cokolwiek powiesz lub zrobisz, zastanów się, co by było, gdybyś ty byłą po tamtej stronie.

A jeśli ktoś jest chronicznym padalcem?

Takich, co czerpią energię ze złości jest wielu. To widać w internecie. Ale najbardziej zdumiewają mnie ci „prawdziwi Polacy”, którzy przy okazji mnie śmieszą. Wydaje się, że ktoś ich wyciągnął z jakiejś naftaliny i oni jak te gremlinsy ożyli i coś tam wykrzykują. Okropne. Spiskowa teoria dziejów. Robienie sensu życia z tego, że jest się przeciwko komuś?

Potrafi im pani wybaczać?

W każdym razie wiele. Pamiętam, jak kiedyś grałam „Kobietę zawiedzioną” Simone de Beauvoir. Opowieść o kobiecie, która została sama po 20 latach, oszukana przez męża, z pełną świadomością, że jest i była niekochana. Grałam ją jednak tak, jakby wina była po obu stronach. Myślę, że to dlatego ten spektakl miał takie powodzenie.

A pani babcia mówiła zawsze: „Nigdy nie przyznawaj się do niczego. Mężczyzna wierzy i tak tylko w to, w co chce, a nie w prawdę” Kim jest więc kobieta dla mężczyzny?

Oj, naczytała się pani moich starych felietonów! Trzeba się pozwalać kochać i robić tak, żeby temu, kto kocha, się to rymowało z tym, kogo kocha. Nie trzeba mężczyźnie zabierać tego, co sobie wymyślił na nasz temat, w czym się zakochał.

Jeśli ma się taką instrukcję obsługi to czar nie pryska?

Nie, broń Boże. To są drobiazgi.Tak naprawdę to dużo poważniejszy i boleśniejszy temat niż sobie teraz żartujemy. Dobrze jest zakochać się w kimś, kto imponuje, kogo się szanuje.

A czym można pani zaimponować?

Przede wszystkim wiedzą i inteligencją. Właściwie tylko to mnie kręci.

Spontaniczność? Entuzjazm?

Nie, to jest takie troszkę dziecinne. I męczące.

Pasja?

Tak, ale musi być prawdziwa. Już wyrosłam z tych zachwytów na chwilę.

Nie chciałaby się pani już nigdy zakochać?

Nie, broń Boże. Poza tym w mojej sytuacji to byłby chyba jakiś problem. Musiałabym się z takim zakochaniem jakoś mocować, coś ze sobą zrobić, ustosunkować się do niego. Nie, nie zakocham się. Nawet jak ktoś mnie tak trochę napastuje, co się zdarza, to uciekam i skreślam numer telefonu w komórce.

Na wszelki wypadek?

Przyjaźnię się z wieloma mężczyznami i to mi wystarcza. Kiedy mam problem, dzwonię i rozmawiam. Bogu dzięki, że mam dookoła siebie wielu przyjaciół.

Myśli pani, że tkwi nadal w swoim małżeństwie?

Myślę, że mój związek się jeszcze nie skończył. Mam nadzieję, że tak zostanie, bo jest mi z tym dobrze. Moją uwagę skupiam na dzieciach, mimo że obaj moi synowie zaczynają już dorosłe życie. Jeden jest przed maturą, drugi studiuje w Katowicach. W tej chwili jednak moje największe zaskoczenie i radość budzi współpraca z córką, Marysią, przy fundacji. Ona jest partnerem doskonałym, mogę na niej absolutnie polegać. Co więcej, dzięki niej widzę w jakiejś niejasnej perspektywie swój wolny czas… To, jakim okazał się partnerem przy budowaniu nowej sceny, Och-teatru, było dla mnie prawdziwą niespodzianką.

Dlaczego to panią zaskoczyło?

Marysia okazała się niesamowita. Spokojniejsza ode mnie, dużo lepiej zorganizowana, rozsądniejsza. Mniej emocjonalna, świetna, doroślejsza. Przy czym ma dwoje małych dzieci przy sobie, dom na głowie, własną karierę. Potrafi świadomie podejmować wspaniałomyślne decyzje, na które mnie nie byłoby stać. Wie dokąd idzie. Jest przy tym rewelacyjną matką. Mam przy niej kompleksy.

Jakie?

Wszelkie. Imponuje mi głównie tym, jaką jest matką. Rozumie dzieci, umie z nimi być, rozmawiać
i kierować nimi. Ja zawsze byłam trochę enfant terrible przy swoich dzieciach.

Jak to?

Na przykład zapominałam kupić benzynę. Moje dzieci szybko się nauczyły, że trzeba mnie sprawdzić,czy w samochodzie na pewno jest pełny bak. Marysia pytała: „Odwieziesz mnie jutro do szkoły? Pamiętałaś, żeby kupić benzynę?”. Taka byłam niestety, ale to dobrze, bo teraz moje dzieci są samodzielne. Zawsze byłam trochę z mgły i galarety. Szczególnie w pracy. Biorę coś z powietrza i robię, choć to zupełnie nielogiczne. A w dodatku nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Pracuję kierując się intuicją. Czasem trudno mnie zrozumieć. A ja wiem, że coś tak właśnie ma być.

Często na panią narzekają?

Tak, zdarzają się protesty, ale trudno. Nikogo do niczego nie zmuszam, ponieważ uważam, że nie ma takiej sztuki, próby czy roli, dla której warto byłoby zranić człowieka. Wolę, żeby wszystko zostało w dobrej kondycji międzyludzkiej, nawet kosztem rezultatów na scenie. Nie raz widziałam, jak strasznie obrażano i upokarzano aktorów. Nienawidzę tego! Jestem osobą, która uważa, że odzielenie życia od sztuki jest bardzo ważne. Konieczne.

A „Tatarak”?

W „Tataraku” wyznaczyłam sobie granicę. I miałam przy sobie Andrzeja Wajdę. Chciałam powiedzieć to, co powiedziałam z ekranu, ale nie dla siebie. Dla wszystkich. A mojego męża ocalić od zapomnienia.

Stworzyć alibi na jego nieistnienie. Dzieło więc powstało.

Tak, ale nie muszę za to dostawać nagród. Cel był inny i niech tak zostanie.

Pani przywiązuje się do tych młodych ludzi tu, w tym teatrze? Czy raczej daje im przyzwolenie na ulotność?

To jest młodzież. Teatr jest tylko częścią ich drogi życiowej. Są tu przez jakiś czas, my bierzemy od nich te cuda, które niosą: wiarę, naiwność, miłość, energię, a potem sobie idą dalej i zaczynają swoje życie. Niektórzy są z nami dwa, trzy lata, inni od początku siedzą z nami. Bardzo ich wszystkich lubię. Przy teatrze muszą być ludzie w jakimś sensie zakręceni, trochę nie do końca poukładani. Teatr i praca tu jest świetnym miejscem na początek. Ale i oni się przywiązują, i ja do nich. Bez nich nie byłoby codzienności teatralnej, która musi być świętem. Dlatego, że są młodzi, inni, zapaleni. Bardzo im jestem wdzięczna.

Sztuka jako taka jaki ma dla pani sens?

Życie bez sztuki nie ma sensu – mówiłam grając Marię Callas w monologu końcowym. Jeśli teatr to sztuka i to, co robię to sztuka, to jest to moja codzienność. Nie wyobrażam sobie innego życia. A publiczność? Przecież nie robię tego, nie gram dla siebie. Myślę, że dla publiczności sztuka ma sens, jeśli cokolwiek zmienia, uczy, wzrusza, śmieszy, martwi, uświadamia. Tylko tyle i aż tyle. Artysta bez odbiorcy jest nieszczęśliwy. To porozumienie, czy dialog przez sztukę ma sens. Sztuka dla sztuki mniej mnie interesuje. Odbiorcy sztuki to jednak specjalna warstwa społeczeństwa. My, Polacy, mamy dużo przywar i kompleksów.

A tymczasem pani została uhonorowana Orderem Odrodzenia Polski.

Wczoraj dostałam kalendarz od Związku Patriotów Polskich za służbę ojczyźnie. Bardzo jest to miłe, ale tak naprawdę ja pracuję i tyle.

Nie czuje się pani przez takie wyróżnienia zobowiązana?

Zobowiązuje mnie przede wszystkim początek mojej kariery. To, co „ze mnie zrobił” Andrzej Wajda. I tego nie chciałabym nigdy zniszczyć czy przekreślić, bo zostało to Polkom w głowach i ciągle gdzieś tam egzystuje.

Niemożliwe, żeby to zniszczyć.

Jestem tylko człowiekiem. Coś może mi się zdarzyć! Szczególnie przy tak drapieżnych i pozbawionych moralności mediach. A jeszcze gdyby to się stało w Warszawie? To byłby koniec! Co to za miasto, ta Warszawa! Jeśli w Krakowie zagrało się dobra rolę, to do końca życia jest się dobrym aktorem, a tutaj? Tu znaczy się tylko to, co zrobiło się ostatnio. Nikt nie pamięta tego, co było dawniej. Straszne to miasto, a jednocześnie fascynujące. Trochę jak dziki pies. Gryzie.

Toczy pianę.

Tak, ale to mi się też podoba. Ta wielka energia. Często wroga energia, ale jest. Podoba mi się to.

Stąd ta Syrenka dla pani.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.