20
Październik
2009
00:10

Polonia cafe

Polonia cafe

– Jestem rzemieślnikiem. Jeśli coś trzeba wyreżyserować, to ja to zrobię. Tyle lat jestem w zawodzie, że nabrałam już wprawy. Jeśli trzeba zrobić Czechowa, musical czy komedię, to zakasuję rękawy i zabieram się za robotę – mówi KRYSTYNA JANDA, aktorka, reżyserka i producentka.

«Spore emocje, wielkie nadzieje i bilety wyprzedane na cały miesiąc. Krystyna Janda, aktorka ze Złotą Palmą na koncie, reżyser i menedżer, opowiada o przygotowaniach do pierwszego w historii swojego teatru musicalu. I dlaczego, choć sama świetnie śpiewa, tym razem głos oddała innym.

Zabierze nas pani do „Bagdad Cafe”?

– Z przyjemnością, na całe dwie godziny. Postaram się przenieść publiczność Teatru Polonia gdzieś na pustynię, do tytułowej Bagdad Cafe.

A co panią podkusiło, żeby wystawić musical?

– Nasza publiczność od jakiegoś czasu czekała na muzyczny spektakl. Od dawna szukałam takiego tytułu, który zmieściłby się na scenie Teatru Polonia. A tzw. małych musicali jest niewiele. Poza tym historia przyjaźni dwóch kobiet, opowiedziana w tej sztuce, wydała mi się jakby napisana dla tego teatru. „Bagdad Cafe” nigdy nie był w Polsce wystawiany. To opowieść o starciu dwóch silnych kobiecych charakterów, o konflikcie, z którego w efekcie rodzi się przyjaźń, wreszcie historia o tym, że bez pokonywania własnych słabości i niechęci nic się w życiu nie może udać.

Skąd zna pani tak dobrze oczekiwania publiczności?

– Choćby z internetu. Codziennie otrzymujemy blisko 50 maili. Stąd wiem, co się naszej publiczności marzy, co jej się podoba, a co nic.

Ale podobno szukała pani dobrej farsy do wystawienia w Teatrze Polonia, a znalazła musical…

– Farsę również znalazłam, ale na razie nie mamy praw do jej wystawienia. To arcydzieło gatunku. Opowieść jest tak zabawna, że co/chwila przerywałam czytanie ze śmiechu. Marzy mi się, żeby zobaczyć ten tytuł na scenie.

Jest pani literackim szperaczem?

Nasz teatr nie ma kierownika literackiego, więc dobór repertuaru jest siłą rzeczy moim obowiązkiem. Po czterech latach działalności Polonii mam już wprawę w ocenianiu tekstów. Praktycznie po pierwszych dziesięciu stronach wiem, czy to coś, co mnie interesuje, czy nie. Wiele tekstów leżakuje i czeka na swoją kolej. Nie starcza mi na wszystko czasu.

Ma pani jakiś klucz w doborze tekstów?

– Robię taki teatr, jaki sama chciałabym obejrzeć i jaki sprawiłby mi przyjemność. Nie ma w tym żadnej większej filozofii. Jedyną logiką jest poziom tekstów. Poza tym, mam przyjaciół, znajomych, którzy co chwila podsyłają nowości i ciekawostki z całego świata, coś co, ich zdaniem, jest warte

Film „Bagdad Cafe” należy do tak zwanych dzieł kultowych. Czy pani się nim inspirowała?

– Nie, bo film i opowiedziana tam historia różni się od jego wersji musicalowej. W filmie jest tylko jedna piosenka, w musicalu aż 20. Poza tym inaczej rozkłada się dramaturgia, trochę inne są relacje pomiędzy bohaterami. Magda Czapińska i Andrzej Poniedziclski zrobili fantastyczne przekłady piosenek. Dzień, w którym zgodzili się to robić, był najszczęśliwszym dniem w produkcji tego musicalu. Chciałam, żeby wszystkie elementy spektaklu były na najwyższym poziomie, i udało się. Musiałam być wierna opowiadanej historii i muzyce. Poza tym mieliśmy spore pole do popisu. Musical to bardzo trudna forma teatralna. Na szczęście otaczają mnie profesjonaliści – Emil Wesołowski zrobił choreografię, a Jacek Kita zajął się stroną muzyczną. Poza tym w spektaklu grają aktorzy, którzy mają już na koncie udział w musicalach. Oni wszyscy byli moimi doradcami.

W całej Warszawie wiszą ogromne plakaty informujące, że Krystyna Janda wyreżyserowała musical. Czy dla pani „Bagdad Cafe” to również przedsięwzięcie biznesowe?

– Wystarczy policzyć, ilu aktorów i muzyków jest na scenie, sprawdzić, ile osób pracuje przy tym spektakłu, żeby zrozumieć, że ta produkcja ma niewiele wspólnego z przedsięwzięciem komercyjnym. Zważywszy, że na widowni jest tylko 270 miejsc. Na pierwszy rzut oka widać, że do „Bagdad Cafe” będziemy dokładać.

Może wyruszy pani z tym musicalem w tournee po Polsce?

– Bardzo chętnie, o tym jednak decydują sceny i teatry, które nas zapraszają. Polska nie jest zresztą aż tak dużym i bogatym krajem, żeby marzyć sobie o tournee w stylu Madonny.

Ale nie ma pani na co narzekać, bo bilety na październikowe spektakle są prawie wyprzedane… W zasadzie tak . I to mnie bardzo cieszy. Stanęła pani za reżyserskimi sterami. Nie korciło pani, żeby siebie obsadzić w jednej z głównych ról?

– Nie. Nie jestem wokalistką. Ja śpiewam bardzo specjalnie, a „Bagdad Cafe” wymaga ogromnych umiejętności wokaJnych.

Ale przecież Pani śpiewa. Nagrywała Pani płyty, dawała koncerty…

– Tak, ale z „Calling You”, największym przebojem „Bagdad Cafe” mierzyli się już prawie wszyscy wybitni światowi wokaliści, a sam George Michael miał z nim spore problemy. Pytałam kierowników muzycznych w różnych teatrach, które aktorki w Polsce mogą zaśpiewać tę pieśń – wymienili tylko pięć nazwisk. Dwa z nich są na afiszu tego spektaklu, to Katarzyna Groniec i Ewa Konstancja Bułhak.

Jeszcze niedawno narzekała pani, że nie dostaje propozycji filmowych, a w tym roku zagrała pani aż w dwóch głośnych filmach. Ostatni, „Rewers”, zdominował festiwal w Gdyni i będzie polskim kandydatem do Oscara.

– Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć tego filmu. Mogę jedynie powiedzieć, że praca z Borysem Lankoszem, reżyserem, Marcinem Koszałka, operatorem, oraz wszystkimi aktorami i ekipą realizującą ten film była dla mnie ważnym przeżyciem.

Jakie zadanie przed panią postawili?

Spodobał mi się już sam scenariusz. Po pierwszej rozmowie z Borysem wiedziałam, że chcę robić ten film. Że podoba mi się jego myślenie o tej historii, i że to może być ciekawe doświadczenie. Nowe pokolenie filmowców, ludzie w wieku Borysa Lankosza czy Małgosi Szumowskiej, to ludzie, którzy wiedzą, jakie chcą robić filmy. I umieją to realizować. A co do filmowych propozycji, nie narzekam. Po prostu coraz trudniej jest mi się przełamać i przyjmować role, które kompletnie mi się nie podobają albo takie, z którymi się nie zgadzam. Poza tym, od pewnego czasu do niczego się nie zmuszam. Zresztą, ze względu na Teatr Polonia i nowo powstający Och-Teatr, nie do końca mogę sobie pozwolić na pracę poza fundacją. Niemało tu też reżyseruję.

Dobrze się pani czuje w tej roli?

– Tak, bo jestem rzemieślnikiem, (śmiech) Jeśli coś trzeba wyreżyserować, to ja to zrobię. Tyle lat jestem w zawodzie, że nabrałam już wprawy. Jeśli trzeba zrobić Czechowa, musical czy komedię, to zakasuję rękawy i zabieram się za robotę.

Jeden z największych polskich reżyserów – Andrzej Wajda – będzie reżyserował w Polonii…

– Wczoraj dostałam od niego list, że z powodów osobistych nie może się podjąć tęgo zadania i nie będzie reżyserował „Wassy Zeleznowej”.

W takich sytuacjach pęka pani serce?

– To wielka szkoda, a w zasadzie katastrofa. Jednak w pewnym sensie przywykłam już do takich sytuacji, więc działam dalej. Są większe i mniejsze kłopoty. Na szczęście ciągle ten teatr jest dla mnie wielką przyjemnością i zawsze traktowałam tę pracę jako przyjaźń z ludźmi i zabawę. Jaka może być tragedia w teatrze poza tymi, które gramy.»

Magdalena Rigamonti
Kaleidoscope Nr 10/10-2009
19-10-2009

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/80835.html
____________________________________________________________________________________________

I jeszcze temat nie nowy, pojawiający się „w kuluarach” Forum, ale który chyba warto tutaj oficjalnie przedstawić.

Uratujmy Sokołowsko!

Już dawno wokół urokliwego Sokołowska nie było tak pozytywnego klimatu. Mimo opłakanego stanu zabytkowej substancji architektonicznej czy zarośniętych parkowych alejek, „dolnośląskie Davos” ma coś czego wiele podobnych miejscowości w Polsce może mu tylko zazdrościć. I nie chodzi tu wcale o milionowe fundusze (choć tych potrzeba jak na lekarstwo), ale o miłość mieszkańców i przyjezdnych. Perełka położona w Górach Suchych czeka na drugie życie.

Mateusz Mykytyszyn

Hrabina Maria Von Colomb, która przyjechała do Görbersdorfu w 1849, zakochała się w miejscowości od pierwszego wejrzenia. Zachwycona lokalnym krajobrazem namówiła swojego szwagra dr Hermana Brehmera na utworzenie uzdrowiska leczącego metodą hydroterapii Vincenta Priessnitza. W 1855 r. we wsi zostało uruchomione pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików, którym zastosowano nowatorską metodę leczenia klimatyczno-dietetycznego. Na jego wzór został stworzony ośrodek leczenia gruźlicy w Davos. W późniejszym czasie Görbersdorf zyskał miano „śląskiego Davos”, chociaż to Davos powinno nazywać się „szwajcarskim Görbersdorfem (Sokołowskiem)”. Bliskim współpracownikiem dr Brehmera stał się prof. Alfred Sokołowski. Uzdrowisko nie należało do tanich, lecz było dobrze zagospodarowane. Już przed 1888 posiadało pocztę i połączenia telefoniczne. W 1877 przebywało tu 730 kuracjuszy. Pobyt dra Tytusa Chałubińskiego zaowocował pośrednio jego zainteresowaniem Zakopanem, gdyż rozpoczął poszukiwania okolicy zbliżonej do tego uzdrowiska dla zorganizowania w Polsce takiego samego ośrodka leczenia gruźlicy. Po kapitulacji Niemiec 8 maja 1945r., wieś została zajęta przez wojska radzieckie, a wkrótce przekazana władzom polskim. Dotychczasowa ludność została wysiedlona do Niemiec, zaś na jej miejsce przybyli polscy przesiedleńcy. Nie posiadające dotąd polskiej nazwy uzdrowisko nazwano Sokołowskiem dla uczczenia zasług prof. Alfreda Sokołowskiego. Po II Wojnie Światowej pozostało tutaj uzdrowisko o profilu przeciwgruźliczym. Pod naciskiem dr Stanisława Domina zmieniono profil leczenia w kierunku leczenia chorób dróg oddechowych. W latach 70. ubiegłego wieku miejscowość zaczęto przekształcać w ośrodek sportów zimowych dla potrzeb klubów wałbrzyskich, docelowo miał powstać Wojewódzki Ośrodek Sportów Zimowych. Jednak z braku pieniędzy nie wszystko udało się zrealizować. Pozostały tylko trasy biegowe (w tym nartorolkowa), które włączono do biegu Gwarków. W ostatnich dziesięcioleciach zaniedbane i pozbawione poważniejszych inwestycji uzdrowisko pogrąża się w upadku. Główne sanatorium, nazwane po II wojnie światowej „Grunwald”, znajduje się w ruinie, dewastacji uległ park zdrojowy oraz skocznia narciarska. Wiele budynków rozebrano. – Boli mnie to, że jedno z najbardziej znanych uzdrowisk na Dolnym Śląsku zostało zamienione w wielki szpital. Pierwsze 15 lat funkcjonowania w tym charakterze, doprowadziło do zagłady prawie polowy infrastruktury uzdrowiskowo -sanatoryjnej, zaniedbania parków, a nawet częściowego ich unicestwienia. -mówi Wiesław Mąka, właściciela jedynego gospodarstwa rolnego w Sokołowsku, w którym mieszka od urodzenia. Był on jednym z pierwszych przewodniczących Towarzystwa Rozwoju Sokołowska, które powstało w 2000 roku. Do głównych zasług stowarzyszenia należy zatrzymanie likwidacji dawnego sokołowskiego ZOZ-u. Dzięki staraniom organizacji, w jego miejsce powstał niepubliczny zakład opieki zdrowotnej, który do dziś jest głównym pracodawcą miejscowości.

Miejsce z klimatem

Jednak chyba najważniejszą zasługą TRS, jest wytworzenie pozytywnego klimatu wokół miejsca. – Jest u nas po prostu pięknie, dlatego nic dziwnego, że ludzie, którzy tu trafiają, zakochują się w Sokołowsku od pierwszego wejrzenia. Nie inaczej było w przypadku przedstawicieli fundacji In Situ z Warszawy, która nabyła w ubiegłym roku trzy zrujnowane obiekty, w tym najważniejszy czyli sanatorium dr Brehmera, bardziej znane jako Grunwald – mówi obecny prezes Towarzystwa Rozwoju Sokołowska, Zbigniew Kolanko. To właśnie ludzie tacy jak Mąka czy Kolanko sprawiają, że o malowniczym zakątku jest ciągle głośno. Ten ostatni był niedawno jednym z organizatorów międzynarodowej konferencji ekologicznej „Climat alert- all eyes”, w której wzięło udział 35 młodych ludzi z ośmiu krajów. Swoje miejsce na ziemi znalazła tutaj również nasza niegdysiejsza koleżanka redakcyjna Justyna Pichowicz. – Sokołowsko było początkowo jednym z punktów na mapie, które warto było odwiedzić wędrując po górach. Szybko stało się miejscem, w którym chcę żyć – mówi Pichowicz (mieszkanka Sokołowska od niemal 8 lat), od niedawna członek zarządu Towarzystwa Rozwoju Sokołowska. Młoda kobieta z myślą o miejscu w którym żyje i wychowuje swoje dzieci, zaangażowała się w realizację unijnych projektów w miejscowym Zespole Szkolno-Przedszkolnym. Działa też w Grupie Odnowy Wsi, skupiającej aktywnych mieszkańców sołectwa, którzy m.in. opracowali analizę SWOT miejscowości, a następnie stworzyli „Strategię” i plan projektów, które mają zostać zrealizowane w okresie długoterminowym (10 lat) oraz w najbliższym roku. Jednym z takich projektów jest Zagospodarowanie projektowanego Skweru im. Krzysztofa Kieślowskiego w Sokołowsku, na które gmina otrzyma dofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego. -Sokołowsko ma ogromy potencjał w postaci unikalnych warunków klimatycznych, przepięknej przyrody, ciekawej zabudowy, bogatej historii i wieloletnich tradycji uzdrowiskowych. Ale największym skarbem Sokołowska są ludzie skupieni wokół niego – niezwykle zaangażowani, pomysłowi i kochający to miejsce – przyznaje Justyna Pichowicz i po chwili dodaje – I często są to osoby, które przyjechały do Sokołowska z zewnątrz, jak ludzie z fundacji In Situ, czy Dolnośląskiego Ruchu Ochrony Przyrody.

Co dalej ze Śląskim Davos?

We wrześniu ubiegłego roku rada miejska Mieroszowa podjęła uchwałę upoważniającą burmistrza miasta do podjęcia działań zmierzających do reaktywowania Uzdrowiska Sokołowska. W 2008 roku wykonano monitorowanie otworu zlokalizowanego w Sokołowsku w celu dokonania jakości i składu wód oraz ustalenia stanu technicznego odwiertu. Polska Akademia Nauk po przeprowadzeniu w maju i czerwcu tego roku badań zróżnicowania klimatycznego oraz po analizie danych meteorologicznych i stanu sanitarnego powietrza przez wydała świadectwo potwierdzające właściwości lecznicze klimatu w Sokołowsku.

Podczas prac wiertniczych wykonywanych w Sokołowsku w 1980 w poszukiwaniu wód zwykłych, w skałach osadowych permu dolnego napotkano zasobny poziom wód podziemnych o podwyższonej mineralizacji. Powyższe prace wiertnicze prowadzone były w ramach dużego projektu, którego zasadniczym celem było udokumentowanie zasobów wód podziemnych Niecki Krzeszowskiej. W 1982 roku udokumentowano, a następnie zatwierdzono zasoby wód podziemnych obszaru zasobowego Niecki Krzeszowskiej Otwór 5p należy do Wałbrzyskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, jednak występujące w nim wody podziemne nigdy nie były eksploatowane. Przyczyną jest skład chemiczny nie spełniający wymogów dla wód pitnych, z uwagi na znaczne przekroczenia dopuszczalnych stężeń siarczanów, żelaza, manganu, oraz poziomu twardości.

– W pierwszym etapie, w celu uzyskania świadectwa potwierdzającego lecznicze właściwości. wód podziemnych podjęliśmy szereg działań. W ubiegłym roku zostało wykonane kamerowanie otworu. Zleciliśmy usunięcie tkwiącej w otworze na głębokości 95 m przeszkody oraz sprawdzenie drożności i określenie średnicy dolnej partii otworu – burmistrz gminy Mieroszów, Andrzej Laszkiewicz. – Planujemy podjęcie prac i badań dla pełnego udokumentowania składu fizyczno-chemicznego wód w otworze 5p, zgodnie z wymogami określonymi przez Ministra Zdrowia oraz określenia zasobu wód co pozwoli na uzyskanie odpowiedniego świadectwa wydawanego przez resort zdrowia – dodaje burmistrz, który zdaje sobie sprawę jaką perełką jest miejscowość.

Złoża solanek, wód leczniczych i termalnych oraz innych kopalin leczniczych określa rozporządzenie Rady Ministrów z lutego 2006. Ewentualne zaliczenie złoża wód podziemnych w Sokołowsku wymaga zmiany tego rozporządzenia. Wówczas możliwe stanie się uzyskanie koncesji na wydobywanie wód leczniczych z takiego złoża, udzielnej przez Ministra Środowiska. Aby stać się sanatorium, należy jeszcze wykonać szereg działań określonych w ustawie o lecznictwie uzdrowiskowym, uzdrowiskach oraz o gminach uzdrowiskowych oraz w rozporządzeniu ministra zdrowia w sprawie wymagań jakimi powinny odpowiadać zakłady i urządzenia lecznictwa uzdrowiskowego. Przed decydentami zatem jeszcze długa droga, ale już dawno nie było wokół Sokołowska tak pozytywnego klimatu. O „śląskim Davos” pisze się w ogólnopolskich mediach (m.in. duży reportaż w sierpniowej Polityce), a dzięki fundacji In Situ stało się ono oazą ludzi kultury. To dzięki szefom fundacji Bożennie Biskupskiej i Zygmuntowi Rytce, którzy przeprowadziła się do Sokołowska z podwarszawskiej Podkowy Leśnej, w powiecie wałbrzyskim zagościli twórcy z pierwszych stron gazet. Ogromnym sukcesem okazały się I Międzynarodowe Warsztaty Dokumentalistów. Pod koniec sierpnia w opuszczonym przed laty sokołowskim kinie, które również nabyła fundacja, spotkali się ze studentami z Polski i Czech wybitni reżyserzy, Maria Zmarz-Koczanowicz oraz Robert Gliński. Wówczas odbyła się także inauguracja działalności muzeum Krzysztofa Kieślowskiego, które ma mieć swoją siedzibę w dawnym sanatorium dra Brehmera. Wybitny reżyser spędził w Sokołowsku swoja młodość, co upamiętnia tablica na domu w którym mieszkał przy ul. Głównej. Dzięki zabiegom In Situ ponad dwieście osób podpisało list otwarty do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w sprawie odbudowy spalonego sanatorium sanatorium dra Brehmera. Akcję wspierają m.in. Krystyna Janda (http://www.vimeo.com/5694459) i Jerzy Sthur.
Jednak odbudowa majestatycznego obiektu to naprawdę tytaniczne i wymagające ogromnych nakładów finansowych zadanie. Dlatego fundacja stara się zabiegać o jak najszersze poparcie, zarówno ludzi z pierwszych stron gazet (Hanna Krall czy Zbigniew Praisner) jak i lokalnych samorządów (np. gmina Mieroszów i miasto Wałbrzych). Tak naprawdę każdy z nas może pomóc, liczy się każda nawet najmniejsza dotacja. – Fundacja In Situ podjęła się tytanicznego zadania. Jesteśmy jednak przekonani, że Sokołowsko, tak jak sto lat temu, stanie się wzorem dla innych ośrodków kulturalnych w Europie – czytamy w liście otwartym do ministra. Jego sygnatariusze – ponad dwieście osób – liczą na pomoc, która może nadejść z Warszawy. Każdy z nas może się do tego przyczynić. Uratujmy zatem Sokołowsko!

http://www.nww.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=16315&Itemid=47

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.