12
Wrzesień
2004
06:09

PASSION in PLAY – Poznań

ROZMOWA z Krystyną Jandą

Żonglerka emocjonalna

Krystyna Janda rozpoczęła pracę nad „Passion in play” Petera Nicholsa w poznańskim Teatrze Nowym. Rozmawiałyśmy w cafe Zapadnia tuż przed ostatnią próbą czytaną

Ewa Obrębowska-Piasecka: Powiedziała Pani, że robi ten spektakl dla siebie, także dla siebie. Taka praca to rekolekcje, uniwersytet, terapia…?

Krystyna Janda: To przede wszystkim w tej chwili dla mnie absolutny luksus, taka praca, to że można wspólnie „ niespiesznie” zastanawiać się nad pytaniami zasadniczymi, nad tym, dlaczego życie jest jakie jest, czy może być inne, jak nim kierować… Różni specjaliści twierdzą, że życie tak przyśpieszyło i zbrutalizowało się że takich pytań nikt już sobie dziś nie zadaje, ale ponieważ my pracujemy w teatrze i zajmujemy się sztuką, wierzymy, że one wciąż padają, że dotyczą każdego, że możemy uczestniczyć w dyskusji, która toczy się w głowach widzów, w ich sercach, duszach…ale jak powiadam to arystokratyczne duchowo zajęcie….

Więc nie chodzi o to, żeby wyprodukować przedstawienie, które zagwarantuje spędzenie miłego wieczoru w teatrze?

– Kompletnie nie interesuje mnie teatr, do którego ludzie przyszli, obejrzeli coś ładnego i sobie poszli. Zresztą zawsze tak było – nawet kiedy zajmowałam się czymś pozornie nieważnym. Sztandarową pozycja z tego gatunku jest „Shirley Valentine”, a przecież ta sztuka ma bardzo ważne funkcje społeczne, co zresztą zostało udowodnione. Przez dwanaście lat grania tego spektaklu mnóstwo kobiet mówiło mi, że dzięki niemu zmieniły swoje życie. Zajmuję „zaczepianiem” publiczności. Prowokuję, robię jej miło, robię niemiło – żeby wejść w dialog. Zawsze interesował mnie i ważny był powód dla którego coś robię w moim zawodzie…..

Podczas konferencji prasowej zapowiadającej Pani przedstawienie dotyczące zdrady mówiło się bardzo poważnie o schyłku naszej cywilizacji, o nieuniknionej – jak Pani twierdzi – konfrontacji dwóch światów: chrześcijańskiego i muzułmańskiego. O konieczności określenia się wobec tego konfliktu…

– Tak, i to codziennie, podczas zwyczajnych, prozaicznych zdarzeń, przy podawaniu albo nie podawaniu komuś ręki…

Powiedziała Pani, że kultura europejska, chrześcijańska, śródziemnomorska jest poważnie zagrożona przez zalew innej kultury, innych kultur… Czy nie jest tak, że mamy to na własne życzenie? Przez ostatnie dziesięciolecia konsekwentnie kwestionowaliśmy wszystkie wartości, które nas kształtowały, zaprzeczaliśmy im, relatywizowaliśmy.

– Być może. Ale to jest też piękne w naszej kulturze. Że jesteśmy otwarci, gotowi do dialogu, że bierzemy pod uwagę każdą opcję, siadamy do jednego stołu ze wszystkimi…

Ale przecież to, co się dzieje w Rosji, w Iraku przeczy temu. To cywilizowane światy wypowiedziały wojny.

– To prawda, ludzi, którzy mają świadomość, w jakiej kulturze żyją, kim są, jaki system moralny śledzą, jest coraz mniej. Dlatego ważne wydaje mi się określenie się na nowo nas Polaków, nas Europejczyków, nas demokratów. Zależy mi na tym, żeby przypominać o symbolach, o tym, że istnieją jakieś punkty odniesienia, jakiś system wartości. I tylko tyle mogę tak naprawdę zrobić. Choćby interpretując tekst o zdradzie, moralności małżeńskiej, etyce dnia codziennego.

Czy nie jest przypadkiem tak, że jedyna przestrzeń, w której możemy się dziś społecznie spotkać to lęk?

– Być może. Chociaż wie pani, po tym co się zdarzyło teraz w Osetii nie spotkałam dookoła mnie, bardzo wielu ludzi którzy płakali, i byli tak przerażeni jak ja, ludzie mówią trudno, to jest historia, los, będzie gorzej. To co ty przeżywasz to histeria mówią do mnie i to mnie dopiero przeraziło. Nagle za mojego życia stało się coś, czego się nie spodziewałam: zło czyste, zmaterializowane. Myślałam, że wszyscy dookoła są tym tak samo przerażeni. Tymczasem okazało się, że nie. Mówią mi, że to polityka, że to nie nasz problem, że to inny świat. A ja nie rozumiem ludzi, którzy próbują znaleźć dla tej tragedii jakieś racje: oni są mi obcy kulturowo, religijnie, na każdej innej płaszczyźnie. Przestraszyłam się także ich….Czuję potrzebę powrotu do elementarnych pytań i wspólnego samookreślania się na nowo w każdej najmniejszej sprawie…

Tematem Pani przedstawienia jest zło, które dzieje się w czterech ścianach i które prowadzi czy też może prowadzić do zła czystego, globalnego, totalnego. Jakie jest to małe, codzienne zło dzisiaj, jakie jest w tej sztuce?

– Trudno na to odpowiedzieć. Nie wymieniając Fausta, Dybuka czy jakiegokolwiek Szekspira które są tu grane w Teatrze Nowym czy będą robione właśnie, choćby w „Norze” Ibsena, bo taki mi nagle przychodzi przykład do głowy, jest ktoś, kto rani i ktoś niewinny, są egzemplifikacje czystego zła, czystej winy, czystej krzywdy. U Nicholsa czegoś takiego brak, nie możemy się więc odwoływać do emocji. Tu emocjami się żongluje. I żonglować trzeba będzie rzemiosłem, żeby to zagrać.

Wysoko stawia Pani poprzeczkę aktorom.

– To będzie bardzo trudne do zagrania i wymaga ogromnej dyspozycji. Poza tym ja sama jestem w pracy trudna, bo mam ten spektakl w głowie: sekunda po sekundzie – zmontowany z wielu planów. I obawiam się że będę wymagała, żeby na scenie aktorzy pokazali mi dokładnie to, co mam w wyobraźni.

Nie ma miejsca na niespodzianki? Na prawdziwe spotkanie w tej pracy?

– Co pani nazywa prawdziwym spotkaniem? Teatr laboratorium? Będzie prawdziwa praca, wspólne dochodzenie do rezultatu, oczywiście, i mam nadzieję że aktorzy zagrają piękniej i mądrzej niż ja to sobie wymyśliłam.

Rozmawiała Ewa Obrębowska-Piasecka

„Passion Play”

Sztuka Petera Nicholsa w przekładzie Elżbiety Woźniak, reżyseria Krystyna Janda, scenografia Maciej Maria Putowski, reżyseria świateł Edward Kłosiński, kostiumy Irena Biegańska, grają: Antonina Choroszy, Agnieszka Krukówna (gościnnie), Daniela Popławska, Maria Rybarczyk, Mirosław Kropielnicki, Aleksander Machalica, Mariusz Sabiniewicz. Premiera 8 stycznia 2005.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.