25
Czerwiec
2006
21:06

Zygmunt Huebner

zobacz zdjęcie

Pan Dyrektor Zygmunt Hubner

W pomieszczeniu obok sceny w Teatrze Powszechnym , saloniku, w którym aktorzy czekają na swoje wejścia na scenę, wisi zdjęcie Pana Zygmunta Hubnera , wieloletniego dyrektora tego teatru. Nie pamiętam od kiedy tam wisi, pewnie umieścił je tam ktoś tuż po jego śmierci. Kiedy się przechodzi koło tego zdjęcia, ma się uczucie, że oczy śledzą idącego. Te oczy żyją i obserwują od lat wszystko, co się dzieje w tym budynku. Jestem tego pewna.

Jedenaście lat temu, w dniu premiery „Medei”, którą miałam zagrać a którą On reżyserował, przyszłam do teatru, nie mogąc wytrzymać z nerwów w domu, już koło czwartej po południu. Chciałam wejść na scenę i postarać się uspokoić. W saloniku natknęłam się na siedzącego samotnie, dokładnie w miejscu, nad którym dzisiaj wisi to zdjęcie, Pana Zygmunta. Siadłam obok niego . Wydawało się, że jesteśmy sami w teatrze. Po chwili milczenia zapytał – Boi się Pani? – Panie Dyrektorze, użył Pan w tym przedstawieniu prawie wszystkiego, czego można użyć w teatrze: zapadni, mikroportów, dymów, kurtyny świetlnej, muzyki na żywo, pochyłej sceny, czarnej lustrzanej dekoracji, efektów dźwiękowych, chórów śpiewających, a nie jak u Eurypidesa mówiących, itd, itd, jeśli nam się nie uda przynajmniej będziemy spadać z wysoka. Spojrzał na mnie – Tak, to nie będzie najszlachetniejsze przedstawienie , ale przynajmniej Pani niech nie płacze w scenie pożegnania z dziećmi. – zerwał się i wybiegł. Ja nie wiedziałam, że będzie to ostatnia jego premiera . On pewnie wiedział.

Miał skomplikowaną osobowość artystyczną, przy absolutnej dyscyplinie myślenia, wyjątkowym wyrafinowaniu w gustach artystycznych, nienawiści do taniego sentymentalizmu i schlebiania publiczności, miał jednocześnie pociąg do kiczu i złego smaku i myślę że ja wypełniałam z nadwyżką tę Jego potrzebę.

Praca nad Medeą, była dla mnie lekcją pokory i posłuszeństwa. Wyrywałam się moją znajomą drogą do publiczności a On stawał w poprzek tej drogi i mówił, nie tędy, za łatwo, proszę do nich wędrować innym, nie tak wydeptanym traktem. – Proszę zlikwidować to drżenie w głosie, rozdzierające pani zdaniem , załamania głosu w krzyku, a przede wszysrtkim precz ze łzami !. – Panie Dyrektorze, ja zaraz zabijam te dzieci ! Nie mogę nie płakać ! Płacze mi się samo ! Publiczność nie zrozumie braku łez ! Publiczność to lubi !!! Na każdym przedstawieniu pilnował mnie, surowo, jak mi się wydawało . Widziałam cały czas jego sylwetkę w prawym rogu balkonu. Jak zawieszony nade mną bat . A ja co wieczór jak koń realizowałam co kazał z najwyższym trudem opanowując prywatne egzaltowane wzruszenie, a On i tak przychodził do mojej garderoby każdego wieczora i machinalnie składając porozrzucane przeze mnie byle jak ,moje ubrania, nie patrząc nawet na mnie mówił ; – Jeśli pani nie zrozumie że to nie jest sala na 1400 osób a na 400 i nie przestanie tak grać… tak grać …tak graaaać…. – A niedobrze grałam ? – Dobrze ! Ale proszę skromniej, oszczędniej, bardziej sucho. Szlachetniej . – Ja gram szlachetnie ! , broniłam się zarzenowana wyrywając Mu jakąś część mijej garderoby. – Nie mówię o postaci mówię o sposobie porozumiewania się z publicznością, proszę przyjąć że są inteligientniejsi niż pani .

Kiedy Go czasem nie było, pozwalałam sobie na siebie i wydawało mi się że publiczność jest ze mną. Pewnego dnia powiedział mi że pisze sztukę dla mnie, o aktorce, a raczej o dytektorze – reżyserze, który nie ma siły walczyć ze złym gustem, popularnością, sposobem bycia gwiazdy w jego teatrze, o dyrektorze który umiera bo nie ma siły z nią, z tym „ czymś” walczyć. Dziś myślę że jeżeli pisał coś takiego to dlatego że miał przeczucie zbliżających się czasów w których utrzymanie idei kultury „wysokiej „ będzie zagrożone. O problemie, który go nurtował od dawna .

Są dni w których siadam na przeciwko Jego zdjecia w saloniku i patrzę Mu prosto w oczy. Ale są i takie kiedy po wieczornym spektaklu przemykam koło Niego po kryjomu . Ciągle wtedy mam ochotę zatrzymać się i krzyknąć : – Czego chcesz !? Wyszli zachwyceni ! Ale wiem dokładnie co myśli.

Panie Zygmuncie , Panie Dyrektorze, przecież Pan to rozumie, aktor teatralny istnieje tylko wtedy kiedy gra, kiedy się wieczór kończy nie zostaje nic , wrażenie publiczności, kilka pozowanych zdjęć i aroganckie, nierzetelne recenzje ,bez serca. Ta walka o pocałunek publiczności jest ludzka i zrozumiała . Niech Pan nie będzie taki surowy i niech Pan zrozumie że bez Pana jest dużo trudniej !

Za chwilę w rocznicę Pana śmierci premiera Fedry, dla Pana. Nie wiem czy bedzie Pan zadowolony. Będę się starała, ale chyba bez łez się nie obejdzie. Donoszę że nawet Piotrek Machalica tym razem płacze na próbach , nie mówiąc już o innych. Bardzo Pana przepraszamy.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.