02
Listopad
2014
00:11

Nowy związek? Ale po co?

KRYSTYNA JANDA: Nie będzie pani przeszkadzało, że zapalę?

 

PANI: Nie.

 

KJ: Staram się ograniczyć, ale dziś od rana nie miałam okazji zapalić. Byłam w Łodzi, reżyseruję „Straszny dwór”, w samochodzie nie palę, w operze oczywiście nie mogę, więc przyznam, że trochę brakuje mi „momentu uspokojenia” . O czym będziemy rozmawiać?

 

I.K.: O pani. Jeden z byłych ministrów kultury powiedział, że Janda jest dobrem narodowym i powinna być pod ochroną. A ostatnio zostało to można powiedzieć urzędowo potwierdzone. Została pani wybrana „Człowiekiem Wolności” w plebiscycie „Gazety Wyborczej” i TVN.

 

K.J: To jest dla mnie ważna nagroda, może nawet najważniejsza.

 

I.K: Szkoda, że nie odebrała jej pani osobiście.  Jak zwykle.

 

K.J.: Rzeczywiście tak jest, że prawie zawsze kiedy dzieje się coś ważnego ….gram.  Repertuar teatrów ustala się trzy miesiące wcześniej, a rozstrzygnięcie takich konkursów następuje góra miesiąc wcześniej. Nie mogłabym odwołać spektaklu, ludzie kupili bilety. Co miałabym im powiedzieć?

 

I.K : Na przykład, że spektakl odbędzie się w innym terminie.

 

KJ: Takich rzeczy się nie robi.  Chyba że zdarza się jakiś wypadek losowy. Obowiązuje mnie zwykła etyka zawodowa. Między innymi mam wrażenie dlatego także dostałam tę nagrodę. A wracając do niej, udzieliłam wszystkich wywiadów, podziękowałam komu trzeba, przyjęłam między spektaklami wszystkie telewizje i portale. Tylko o sam akt odbioru poprosiłam córkę, ale wydaje mi się, że wszyscy wiedzieli już, ile ta nagroda dla mnie znaczy. Poza tym jest coś takiego jak żołnierz na posterunku (śmiech). Ja po prostu jestem żołnierzem teatru, jeśli mam wyznaczone, to idę i gram. Trzy dni temu weszłam do bufetu i powiedziałam „Gdyby była wojna, to  gramy. Zastanowimy się tylko, które spektakle będą jeździć na front.” (śmiech). Niby żartuję, ale tak naprawdę wcale nie żartuję. Aktor, bez względu na okoliczności, jeśli się zobowiązał powinien grać.

 

IK: Pani nie jest zwykłą aktorką. Pani jest w encyklopedii!

 

KJ: (śmiech). Rzeczywiście kiedyś tak sama o sobie powiedziałam. Na gniewny zarzut – kim pani jest!? Ktoś chciał mnie, albo raczej mój teatr zdeprecjonować i dlatego zareagowałam tak emocjonalnie. Natomiast przyznaję, było mi przyjemnie, gdy pan minister Zdrojewski nazwał mnie dobrem narodowym (śmiech). On, zresztą poprzedni ministrowie także, bardzo sekundowali, jak mawiali mojej donkiszoterii, bo uznali że tak można było nazwać pomysł założenia teatru. To było rzeczywiście trochę, porwanie się z motyką na słońce. Potem, kiedy widzieli, jakie problemy muszę rozwiązywać, ile papierów podpisać i śledzić ich los, ile spraw banalnych a nierozwiązywalnych rozwiązać, byli zaskoczeni i zaniepokojeni. Pamiętam rozmowę z ministrem Zdrojewskim na temat kaloryferów, spojrzał na mnie i powiedział: „Co to jest za kraj, który każe takiej aktorce zajmować się kaloryferami”. A ja spokojnie odpowiedziałam: „Panie ministrze, to był mój wybór. To ja się zgodziłam na to, że się zajmuję między innymi kaloryferami mojej fundacji. Zaprotestował: „Ale ja bym wolał żyć w kraju, w którym pani stałaby na scenie i grała wielkie role, bo każdy rok, w którym pani nie gra i nie robi kolejnej roli z dużej literatury jest o tę rolę uboższy. To jest strata dla wszystkich”. Miły minister. Bardzo mi to wtedy pochlebiło i …poszłam walczyć dalej.

 

I.K.: Pięknie powiedziane. I co pani na to?

 

K.J.: Że to była rzeczywiście wyłącznie moja decyzja. Jestem aktorką spełnioną, nie mam niezrealizowanych marzeń artystycznych. Tak dużo grałam i wciąż gram, że  szczerze mówiąc, nie jestem „obsesyjnie” głodna tego grania. Kiedy ktoś pyta, co chciałaby pani zagrać, mówię – na razie nic (śmiech). Dlatego, chociaż bez grania nie wyobrażam sobie życia, już nie planuję ról z myślą o sobie, robię je dla Fundacji. Teraz gram w dziewięciu naszych spektaklach, to za dużo,  ale niektóre z nich są bardzo „stare”, niestety….dopóki jest publiczność, póki te spektakle się sprzedają, zdjąć je byłoby grzechem.

 

I.K.: Z jednej strony ma pani komfort, że gra pani u siebie, z drugiej…

 

K.J.: …to słodka niewola.

 

I.K.: Nie byłoby wygodniej i prościej zagrać dwie duże role w ciągu roku i resztę czasu spędzać przyjemnie, na przykład podróżując. A nie zajmować się doborem repertuaru, angażować innych, martwić się frekwencją, prosić o dotacje.

 

K.J.: Nie, dlatego, że fundacja daje mi jeszcze inne radości i satysfakcje, takie, które trudno opisać w kilku zdaniach. Dajemy dziesięć premier rocznie. Jestem w centrum tygla, grupy, która liczy ponad stu dwudziestu aktorów i kilkadziesiąt innych osób, które z nami stale współpracują. Cały czas coś się dzieje, trzeba się spotykać, planować, rozmawiać. Działać, podejmować decyzje itd….W gruncie rzeczy, kiedy byłam tylko aktorką, byłam samotna, teraz nie jestem nigdy. Co więcej, przebywam cały czas z młodzieżą. Jest kilku kolegów w moim wieku, ale większość moich bezpośrednich współpracowników ma po dwadzieścia kilka lat. Strasznie mi z tym dobrze. Dowiaduję się od nich wielu nowych rzeczy, także wiele im daję. No i mam poczucie że warto. Że robimy coś  ważnego, cennego, potrzebnego, bez egzaltacji o tym myśląc.

 

I.K.: Chce ich pani czegoś nauczyć?

 

K.J.: Muszę nauczyć.  Teatru. Mojego teatru, naszego gustu, sposobu myślenia, systematyczności, stosunku do aktorów, do gwiazd, przede wszystkim do publiczności. . Tego, jak ważne jest, żeby aktor, który wchodzi na scenę czuł się dobrze, a to zależy także od nich. Uczę ich, że jeżeli ktoś dobrze gra, wart jest każdego wysiłku żeby mu pomóc w spokoju wejść na scenę.

 

I.K.: To nie wydaje się być prostym zadaniem.

 

K.J.: Jednak się udaje. Aktorzy, reżyserzy, lubią tu pracować, ci którzy tutaj grają, są traktowani przez naszych pracowników trochę jak „dzieci”. W zamian dostajemy od artystów rzeczy niezwykłe na scenie. My i publiczność. W zamian sale są pełne.

 

I.K: Można by powiedzieć, że pani fundacja to ośrodek pomocy.

 

KJ:  Bez przesady. Mówimy o pierwszych nazwiskach w Polsce. Gra u nas polska „czołówka” jeśli można to tak nazwać. Ale przychodzą także artyści, aktorzy, scenografowie, muzycy, mniej znani, początkujący, opowiadają o swoich zawodowych losach. Liczą, że  gdy dołącza do nas, ich problemy znikną. Mają rację. Praca jest lekarstwem na wszystko. I nieważne, czy to będzie większe czy mniejsze zadanie. Możliwość tworzenia, kreacji, sensowne działania są ratunkiem, sposobem na ten świat i życie , które warto przeżyć interesująco.

 

I.K.: I co pani robi potem? Jak reaguje na te prośby?

 

K.J.: Różnie. Jeśli mogę, zawsze pomagam. Rynek w tej chwili jest skomplikowany. . Debiuty trudne. Kryteria zatarte. Autorytety niedostępne. A my nagle w środku tego wszystkiego zbudowaliśmy dwa teatry.  I to teatry niezależne od struktur państwowych, układów środowiskowych bez konieczności wiszenia na klamkach decydentów. Wielu przychodzi tu po ratunek.

 

I.K.: Zazwyczaj ci, którym się nie udało osiągnąć tego, co chcieli, tłumaczą, że zabrakło szczęścia, albo nie dostali szansy.

 

K.J.: Wiele osób dostało szansę i nie umiało jej wykorzystać. Żyję i pracuję już w zawodzie naprawdę  długo, widziałam wiele. Także wiele niczym nieusprawiedliwionych sukcesów. Z drugiej strony byłam świadkiem także wielu niesprawiedliwych pominięć. Nie zawsze jest tak, że wartość jest odpowiednio oceniona lub choćby tylko dostrzeżona. Znam też historie, kiedy ktoś, kogo nikt nie podejrzewał  o sukces, kto sam siebie już nie podejrzewał, rozkwitał jak kwiat na który wszyscy czekali. Warto dawać szansę czy zabiegać o szansę.  Talenty rzadko  rodzą się na kamieniu.

 

IK: Pani dostała szansę już na samym początku.

 

K.J.: Tak, wyjątkową szansę. Zgadzam się. Tylko, że to trwa już 40 lat.( śmiech) Tyle szans?

 

I.K.: Może to kwestia konsekwencji?

 

K.J.: Nie wiem. To także chyba umiejętność współpracy z ludźmi, bezpośredniość. No i pewna, nawet nie wiem jak to nazwać…zawodowa inteligencja. W szkole teatralnej pisałam pracę pod tytułem ” Recepta na sukces”, była to praca marna bo pisałam ją w połogu, mając dziecko u piersi i ważniejsze rzeczy na głowie, ale wyszło mi, że trzeba być czterema pancernymi i psem Szarikiem równocześnie, żeby w Polsce odnieść sukces. Ale mówiąc poważnie, w moim życiu nie było rzeczy przypadkowych. Większość rzeczy była i jest przemyślana. Jestem spontaniczna i lubię improwizować, ale bez przesady. Z drugiej strony tez nigdy nie musiałam walczyć o propozycje, o role. Same przychodziły. A potem zaczęłam reżyserować i to ja prowokowałam zdarzenia.

 

I.K.:  Czyli nie ma w pani lęku, czy niepewności, że dokonuje pani właściwych wyborów?

 

K.J: Niepewność jest zawsze. Ale potrafię też ocenić ryzyko. Czasem mówię: „To będzie miało taką i taką frekwencję, ale robimy to dlatego, że temat jest ważny”. I moje prognozy prawie zawsze się sprawdzają. Albo oświadczam: „Teraz robię rolę, która jest nam ( fundacji) potrzebna, tylko nie liczcie na to, że to będzie sukces frekwencyjny”.  Mogłabym zagrać to tak, żeby to było bardziej atrakcyjne, ale chcę inaczej, bo tak w konsekwencji będzie lepiej. Po tylu latach pracy, wiele rzeczy zwyczajnie wiem. Nie ma chyba w naszym kraju aktorki, która by grała tyle, co ja. I stąd też wiem, rozumiem, jaka jest publiczność. Niezależnie, czy to jest Cieszyn, czy Warszawa, czy nie wiem – Wilno, pewne rzeczy są uniwersalne.  Wiem, co ich śmieszy, co ich zainteresuje, co znudzi. Czuję to. Jestem blisko życia i ludzi, ale to też podstawa w tym zawodzie.

 

IK: To rzeczywiście wydaje się paradoksalne. Bo jest pani wielką gwiazdą, a równocześnie nie buduje pani dystansu.

 

KJ: Szanowaną gwiazdą niech pani doda, bo są przeważnie nieszanowane, po prostu gwiazdy. Jestem aktorką. Realistyczną. Moją siłą jest prawda. Widzom więc wydaje się, że jestem podobna do kogoś, kogo znają, albo do nich samych. Najlepszym przykładem jest tu choćby Shirley Valentine. Gram  tę rolę od… 24 lat. Wiem, że są kobiety które widziały ten spektakl kilkadziesiąt razy i że moja Shirley stała się ich wierną przyjaciółką. Przychodziły, gdy były młodziutkie, teraz przychodzą z dorosłymi córkami.

 

IK: Takie kobiety piszą do pani listy. Z pytaniami?

 

KJ: Piszą. A ja odpowiadam na łamach tego miesięcznika. Odpowiadam jak umiem. Jestem zadaniowa, jak to się brzydko nazywa. Z automatu, czy nawyku szukam zawsze odpowiedzi, rozwiązania. Wczoraj w Łodzi stałam w kolejce po gazety i za mną dwie panie rozmawiały o jakimś problemie córki jednej z nich. Zabrałam głos, bo uważałam, że sprawa jest prosta i nie ma się nad czym zastanawiać (śmiech). To było silniejsze ode mnie. Natomiast jeśli chodzi o listy, na które odpowiadam w „Pani”… Przez te wszystkie lata w zawodzie miałam różne zakręty, osobiste problemy: rozwody, małżeństwa, śmierci. Czytelniczki wiedzą, że nie zwracają się do kogoś, kto zaczął myśleć, działać, rozważać, podejmować decyzje od wczoraj. A poza tym jestem nieuleczalną optymistką. A to zaraźliwe i ludziom potrzebne.

 

I.K.: I pani doświadczenie jest gwarancją.

 

K.J.: Wcześniej pisałam felietony na tematy z pogranicza kultury, czy spraw społecznych i szczerze mówiąc, zawsze miałam wątpliwości, czy moje spostrzeżenia, czy to w ogóle kogoś zainteresuje. Nagle dzięki PANI, skonfrontowałam się z prawdziwymi problemami kobiet i to mnie zafascynowało. To trwa już lata Wiele się zmienia. Listy są coraz lepiej pisane, ciekawsze. Kobiety się zmieniają, maja dziś zupełnie inne problemy niż kilka lat temu. Kiedyś były skromniejsze w  swoich oczekiwaniach, czy prośbach. Teraz zaczęły korzystać z życia: wolnego czasu, przyjaźni, dostępu do kultury. Są samodzielne, niezależnie, utrzymują się same, mają własne poglądy i oczekiwania od innych.  Jeśli miałabym powiedzieć o kolorach, to kiedyś te listy były szare, teraz są troszkę „pawie”. Mam czasem wrażenie że niektóre z tych kobiet myśli o sobie zbyt dobrze, przeceniają własną wartość i kompetencje. W większości jednak piszą kobiety nieszczęśliwe. I piszą o tym wzruszająco i inteligentnie.

 

IK: W pani fundacji też pracują głównie kobiety.

 

KJ: Tak się samo ułożyło. Lubię z nimi pracować. Wiem, że one wszystko sprawdzą, dopilnują i to daje mi spokój. Dużo o nich wiem. Kobiety mówią o sobie, są otwarte, zwierzają się, mówią dlaczego są zdenerwowane, opowiadają o swoich partnerach, dzieciach. O naszych panach z Fundacji wiem wiele mniej. Staram się wiedzieć. Wyciągam na rozmowy. Ich ewentualne problemy to także moje problemy.

 

I.K.: A pani do kogo się zwraca o pomoc?

 

K.J.: Do nikogo. Czasem o coś pytam, ale bez przesady. Drobiazgi „konsultuję publicznie”. Kiedy naprawdę mam jakiś problem,  rozwiązuję go sama.

 

 

IK: Swoim dzieciom pani doradza?

 

KJ: One nie chcą moich porad. I dobrze. Mają innych doradców życiowych. Nieprawda. Na końcu, w sytuacjach najtrudniejszych , jestem ja. Ale to oczywiste.

 

 

IK:. Wszyscy wiedzą, że pracuje pani z córką. Synowie nie mają na to ochoty?

 

KJ: Nie, poszli kompletnie w inną stronę. To młodzi mężczyźni, jeden ma 23 lata, drugi już prawie 25. Dawno wyprowadzili się z domu, studiują amerykanistykę i fizykę. Teatr ich nie bardzo interesuje. Zresztą mojego męża też teatr specjalnie nie zajmował. Lubił go budować , był, robił światła do spektakli, ale…kiedy były premiery, siedział w gabineciku na zapleczu  i czytał gazetę. Synowie owszem wpadają czasem z kolegami na spektakle. Ale bez przesady. Nie widzieli nawet wszystkich moich ról. Oczywiście byłoby mi miło, gdyby bywali w teatrze częściej, ale skoro nie mają ochoty, to ich nie namawiam. Chodzą do innych teatrów z taką samą częstotliwością.

I.K.: Mam wrażenie, że zaangażowanie pani córki w działalność teatrów jest z każdym rokiem coraz większe. Gra, reżyseruje, zarządza. Przygotowuje ją pani na przejęcie całej odpowiedzialności?

 

K. J.: Tak bym to chyba ujęła. Kiedy zakładaliśmy z mężem  fundację, poprosiłam Marysię, żeby do nas dołączyła. Obserwuję swoją córkę każdego dnia i widzę, jak zmieniła się przez te wszystkie lata. Dojrzałą. Uspokoiła. Zarówno jako aktorka, jak i  człowiek. Jak wile umiejętności nabyła „w biegu” i okazała się nadzwyczajnie skuteczna. Pracowała w Fundacji w każdym miejscu, także sprzedawała bilety w kasie. Jest dziś zrównoważoną, harmonijną osobą i fajnym człowiekiem.

 

I.K.: Jest podobna do pani?

 

K.J: Nie, jesteśmy zupełnie różne. Myślę, że ona jest stabilniejsza ode mnie, niekoniecznie emocjonalnie ale….. bardzo dużo gra, reżyseruje, wychowuje samotnie dwie córki i ze wszystkim daje sobie radę. Zawsze podziwiałam jej stosunek do dzieci, nigdy nie chciała mieć pomocy, w przeciwieństwie do mnie, ja zawsze miałam przy sobie cały sztab ludzi no i mamę, mamę na co dzień.

 

I.K.: Z drugiej strony trudno u nas znaleźć aktorkę, która tyle pracowała jak pani i urodziła troje dzieci. Ma pani poczucie, że coś panią ominęło w ich wychowaniu?

 

K.J.: Nie, ponieważ po pierwsze moje dzieci były wychowywane przez mojego męża i moją matkę i ojca. Mój mąż oddawał cały swój wolny czas dzieciom, a miął tego czasu jednak o wile więcej ode mnie.  Mnie zresztą też wychowywał. Trochę się czułam przy nim jak w poprawczaku. (śmiech). Był wymagający, surowy. Wiedziałam, że on jest, czuwa, podejmie najlepsze decyzje dotyczące naszego życia. Było mi z tym dobrze i dlatego nigdy nie protestowałam. Tak naprawdę dorosłam dopiero wtedy, kiedy odszedł. Ale muszę powiedzieć, że to wielki luksus, że mogłam być tak długo osobą „niedorosłą”. Wolno mi było bardzo wiele rzeczy. Byłam enfant terrible całej rodziny.

 

 

I.K.: Trudno być głową rodziny.

 

 

K.J.: W naturalny sposób zaczęłam podejmować decyzje, przejęłam odpowiedzialność. Ale to nie jest nic wielkiego, tak naprawdę nic nie zmieniłam. Dalej żyję w tym życiu, które zostało jakoś tam urządzone.

 

IK: Nie chce pani niczego zmieniać? W grudniu skończy pani 62 lata.

 

KJ:   To dużo? Oczywiście zależy w jakiej sytuacji (śmiech). Czuję, że jestem w wieku, kiedy muszę zacząć  gospodarować siłami. Do niedawna w ogóle o tym nie myślałam.

 

I.K.: Energii pani nie brakuje.

 

KJ:  Pracować mam siłę. Aktorka w moim wieku jest potrzebna, są różne tematy, które dalej mogę opowiedzieć.

 

I.K.: Ale ja myślałam o życiu prywatnym. Dziś kobieta 60-letnia jest wciąż uważana za atrakcyjną.  Zmieniło się postrzeganie wieku.

 

K.J.: Zmieniło się, ale moim zdaniem to dotyczy tych góra pięćdziesięcioletnich. Chociaż kiedy ostatnio zobaczyłam na kremie „+70”, to doszłam do wniosku, że rzeczywiście się coś zmieniło (śmiech).

 

I.K.: Wszystko się może jeszcze wydarzyć.

 

K.J.: Tylko co znaczy wszystko? Bo zależy, co pani ma na myśli.

 

I.K.:  Myślałam o miłości, związku, czyli o ułożeniu sobie życia.

 

K.J.: Ależ ja mam życie ułożone! Perfekcyjnie.  Jakiś związek? A po co?  Trzeba mieć na to ochotę, a ja nie mam. Ani ochoty, ani potrzeby.

 

I.K.:  Dlaczego?

 

K.J.: Polubiłam to życie, jakim żyję i nie dam sobie tego odebrać.

 

I.K.: Nawet gdyby ktoś bardzo się starał?

 

K.J.: Będę go broniła i bronię. Zaręczam panią, że kilka razy naprawdę musiałam się mocno starać.

 

I.K.: Wierzę.

 

K.J.:  Żyję po swojemu, w domu, przedmiotach, zwyczajach,  z poprzedniego życia. Swoim rytmem, ze swoimi myślami, ze swoimi nawykami, mamą, dziećmi, przyjaciółmi. Nie mam ochoty tego oddawać komuś jednemu.

 

I.K.:  A może nie oddać, tylko na przykład się podzielić?

 

K.J.: Ani nawet się dzielić. To nie jest żadne założenie, przysięga, deklaracja. Tak się ułożyło i tak jest dobrze. Zresztą znam wiele osób żyjących podobnie. Mam takie przyjaciółki.

.

I.K.:  Szczęśliwe?

 

K.J.: Wie pani, kobiety dzielą się na takie, które szukają i takie, które nie szukają. Naprawdę atrakcyjne są te, które nie szukają. I są naprawdę atrakcyjne , jako towarzystwo. Inteligentne, z poczuciem humoru, wyobraźnią , gustem, umiejętnością życia, sztuki życia. Bardzo cenię sobie przyjaźnie. Także z mężczyznami.

 

I.K.: Przyjaciołom też trzeba poświęcać czas.

 

K.J.: Stare przyjaźnie charakteryzują się tym, że nawet rok przerwy w kontaktach nic nie zmienia. Jest tyle wspomnień, wspólnych tematów, rozmów, obejrzanych razem rzeczy. Nowych spostrzeżeń. Najczęściej są to ludzie, którzy myślą podobnie, mają podobną wrażliwość, wiedzę. Nie trzeba się ich od początku uczyć. W takim towarzystwie czuję się dobrze i bezpiecznie. Nie lubię zwracać na siebie uwagi. Poza sceną. Prawie „nie bywam”.

IK: Nie chodzi pani na zakupy?

 

K.J.: Nie, chodzi mama i gosposia. (śmiech)

 

I.K.: Na eleganckich imprezach też pani nie bywa.

 

K.J.: Prawie nie. Ja naprawdę mam kupę zajęć a jak mam chwilę wolną to jeszcze musze coś przeczytać.

I.K.: Czuje pani, że powinna pani sprostać pewnym oczekiwaniom, zachowywać się w określony sposób?

 

K.J.: Uważam wręcz, że to jest mój obowiązek. Jestem osobą publiczną i w publicznych miejscach nie powinnam mówić i robić rzeczy, które szkodzą mojemu wizerunkowi.

 

 

I.K.: Czyli jakich?

 

 

K.J.: Bardzo  chciałabym iść do ciucholandu, ale mi nie wypada. (śmiech). Żartuję oczywiście. Sama nie wiem jakich, zastanawiam się teraz, co to takiego mogłoby być.  Jeżdżę na traktorze, koszę trawę, chodzę do sklepów ogrodniczych, w Milanówku chodzę na spacery,  nie maluję się. Ale też Milanówek traktuję specjalnie, trochę jak rozszerzenie mojego domu. Poza tym gdybym była osobą, która szaleje, pije, wywołuje jakieś skandale, to może czułabym się ograniczona. Ale ponieważ nie prowadzę takiego życia, to nie czuję też ograniczeń.

 

IK: Jaki ma pani plan na przyszłość?

 

KJ: Kiedyś myślałam, że uda mi się przez pięć lat zbudować taki repertuar, że fundacja nie będzie mnie potrzebowała na co dzień. W jakimś sensie mi się to udało. Mamy ponad pięćdziesiąt tytułów w repertuarze, ja gram tylko w dziewięciu, chociaż szczerze mówiąc wiele z pozostałych reżyserowałam, więc mam w nich swój udział. Natomiast chcę dodać jeszcze jedną rzecz. Muszę zarabiać. To jest fundacja. Zarabiam jako aktorka, szefowa artystyczna i reżyser. Gdybym przestała to robić, to tracę dochody.

 

I.K.: A co z emeryturą?

 

K.J.: Jest taka, że nie mam wyjścia, dopóki będę mogła, to będę pracowała. Nie chcę tylko na dłużej zostawiać fundacji. Muszę więc odmawiać propozycjom z zewnątrz, dużych rzeczy za granicą, nie mogę sobie pozwolić nawet na miesiąc nieobecności. No i nie powinnam grać gdzie indziej niż w naszych teatrach. Jednak nie. Ja nie.

 

I.K.: Nie żal tych propozycji? Dla wielu osób jest pani wielką aktorką ze słyszenia. Sama pani to potwierdza.

 

K.J.: Nie. Naprawdę dużo w życiu zrobiłam. Tęsknię za filmem, ale poważną rolą  a nie drobiazgami. Ale to prawda, rosną nowe pokolenia, które mnie nie kojarzą z konkretnymi rolami. Przyjmuję różne drobiazgi, które mnie trochę bawią, tak jak ostatnio w „Pani z przedszkola” (reż. Rober Krzyształowicz). Tak naprawdę przez te wszystkie lata żałuję tylko dwóch propozycji, jednej z Niemiec, drugiej z Francji. Były jeszcze inne z zagranicy, ale według mnie to były filmy antypolskie, a ja nie po to pracowałam całe życie, żeby nagle grać osobę niemoralną, antysemitkę, głupią Polkę, źle zachowującą się w Ameryce. Jest cała pula ról, których po prostu nie przyjmuję, bo nie muszę. Już w ogóle coraz mniej muszę. I na szczęście największą przyjemność sprawiają mi  rzeczy najprostsze.

 

IK. Na przykład?

 

KJ: Nic nie jest przyjemniejsze niż myślenie, czytanie, rozmowa, spotkanie z dziećmi, z przyjaciółmi, dobra herbata, film, spektakl, muzyka, kaszmirowy szal, inteligentne towarzystwo, wiedza, jesień, wiosna, lato, dobre, wygodne  łóżko, wyrafinowane zapachy, piękne przedmioty, wspomnienia, spokój, uśmiech, śmiech, spacer z moimi psami.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.