05
Kwiecień
2016
16:04

Matki i synowie -plakat

zobacz więcej zdjęć (48)

MATKI I SYNOWIE

Data premiery: 28 kwietnia 2016
Reżyseria: Krystyna Janda
Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska
Asystent scenografa i kostiumologa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska
Asystenci reżysera: Ewa Ratkowska, Rafał Mohr
Asystent producenta wykonawczego: Justyna Kowalska

Obsada:

Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Antoni Pawlicki, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz
Wielokrotnie nagradzana sztuka, grana z powodzeniem na Broadwayu. Matka nieżyjącego Andre odwiedza Michaela – byłego partnera swojego syna.
Kobieta jest pełna nienawiści i uprzedzeń. Nie może przyjąć do wiadomości, że jej syn był gejem. Sercem spektaklu jest konflikt między matką a dawnym partnerem syna, jego nowym towarzyszem i wychowywanym przez nich dzieckiem. Ważne. Aktualne. Wzruszające. Bezkompromisowe. O tolerancji.
RECENZJE:

Matki i synowie – recenzja (PREMIERA)

by Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny) | 28.04.2016

Miałem ostatnio wielkie szczęście znaleźć się na próbie generalnej spektaklu „Matki i Synowie” w reżyserii i z główną rolą Krystyny Jandy. Teatr Polonia na warszawskiej mapie teatralnej to moim zdaniem jedno z najważniejszych i najbardziej niezależnych miejsc. To teatr, który realizuje misję, wystawia sztuki trudne, ponadczasowe, głębokie. Jak było tym razem? Już mówię.

Spektakl „Matki i Synowie” opowiada historię pewnej zgorzkniałej kobiety, która pojawia się w życiu byłego partnera swojego zmarłego syna. Mężczyzna prowadzi jednak życie uporządkowane, spokojne i szczęśliwe – poślubił swojego partnera i razem wychowują dziecko. Kobieta nie może się z tym pogodzić.

W rolach głównych występują: Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Antoni Pawlicki, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz. Pierwszym zaskoczeniem jest występ „dziecka” czyli własnie Adama lub Antoniego – ja widziałem tylko jednego z nich, ale sztuka za pomocą takiego zabiegu zyskuje niesamowitej świeżości. Dzięki postaci chłopca jest głośniej, przyjemniej i bardziej swojsko – a trudne relacje fabularne nabierają subtelniejszej formy, już nie mówiąc o naprawdę niezłej grze aktorskiej – jestem oczarowany. Pani Janda jako aktorka to ewenement na skalę światową i powinna być naszym towarem eksportowym – jej naturalność po prostu rzuca na kolana, sprawiając, że przy praktycznie każdej jej kwestii zastanawiamy się „czy ona to mówi od siebie, czy naprawdę tak wygląda tekst?”. Efekt jest świetny, w ogóle nie czuć „napisanego tekstu” – wszystko jest jakby jej: delikatne, czasami nieskładne, proste, ludzkie. Dla mnie to absolutny majstersztyk aktorstwa i naprawdę jestem pełen podziwu. Jeśli chodzi o duet Ciołkosz/Pawlicki to muszę szczerze powiedzieć, że owszem, widać, że aktorami są dobrymi i absolutnie niczego im zarzucić nie można – w świetny sposób kontrolują to co robią na scenie, oraz wiedzą jak dawkować emocje. To niestety w ich wykonaniu tyle, ponieważ tekst nie pozwala wyróżniać się jakoś szczególnie i chociaż zagrali tak jak trzeba, to w moim odczuciu zawsze mogło być lepiej.

Dekoracja to apartament w którym mieszkają obaj panowie ze swoim synem. Nowoczesne meble przeplatają się z setkami książek i gazet, oraz dziecięcymi rysunkami na ścianach. Zwłaszcza te ostatnie dodają sztuce niesamowitego uroku i lekkiego mistycyzmu. To fantastyczna sprawa, że ktoś to tak doskonale zaprojektował i wykonał. Wspomniane przedmioty używane są jednak raczej rzadko i idąc na spektakl trzeba sobie jasno zdawać sprawę z tego, że chociaż scena wygląda wspaniale, to sztuka opiera się na rozmowach – nie akcji, czy gadżetach – a dialogach. Na zdjęciach mieszkanie może wydawać się odrobinę puste, ale tak naprawdę świetnie spełnia swoją rolę.

Pod względami fabularnymi Matki i Synowie są jednym z lepszych tekstów które w swoim krótkim jeszcze życiu słyszałem – chociaż postacie nie są jakoś szczególnie rozbudowane, to jednak fabuła zahacza bardzo często o tematy trudne i zakazane – jak homoseksualizm, AIDS, wychowywanie dzieci przez osoby tej samej płci, śmierć czy nietolerancję społeczną. Co wrażliwszych ludzi, o trochę mniej otwartych umysłach może ten temat drażnić i zniesmaczać – ale wystarczy tylko spojrzeć trochę szerzej, zastanowić się chwilę i postarać się zrozumieć, że wspomniana produkcja w prosty i przystępny sposób opowiada o miłości – czyli tym co dla każdego człowieka najważniejsze – obojętnie jakiej jest orientacji. Jestem nawet zdania, a na pewno wielkiej nadziei – że spektakl „Matki i Synowie” może leczyć z homofobii i jeśli wydaje się Wam, że wiecie już wszystko, ta sztuka udowadnia, że jeszcze dużo możemy się nauczyć. Warto wspomnieć, że produkcja ta była wielokrotnie nagradzana i po dziś dzień grana jest np. na Broadwayu.

Dźwięk w przepięknej sali teatru Polonia rozchodzi się bardzo płynnie. Nawet w najdalszych rzędach (wiem, bo zwykle siedzę z tyłu) wszystkie słowa są słyszalne i w pełni możliwe do zrozumienia. Jeśli miałbym się do czegokolwiek przyczepić, to może do chwalonych wcześniej młodych aktorów, którzy powinni być trochę głośniejsi, ale wyobrażam sobie, że to ich pierwszy raz, dostałem też informację, że to tylko kwestia wprawy/tremy i z pewnością się wyrobią. Dźwięków otoczenia jako takich nie ma, więc nie widzę potrzeby za bardzo o nich mówić – aczkolwiek, gdy już się pojawiają, nie zagłuszają akcji. Jak wspomniałem – jest to sztuka, w której głównym szkieletem jest rozmowa. Ta przebiega bez zakłóceń.

Matki i Synowie to tekst śmiały, bardzo szeroko obejmujący kwestie człowieczeństwa i miłości pod każdą postacią. Już teraz mogę to głośno powiedzieć – interpretacja Krystyny Jandy (jest też reżyserką) zachwyca. Pójście na spektakl polecam absolutnie wszystkim – także tym, którzy czują się niekomfortowo podczas rozmów o homoseksualizmie. A co więcej – sugeruje zabrać ze sobą do Polonii również nastoletnie dzieci, ponieważ pada tu kilka cennych odpowiedzi, które pozwolą im zinterpretować pewne kwestie i wyrobić sobie swoje własne zdanie. Nie są to odpowiedzi doskonałe, ale z całą pewnością ułatwią rodzicom rozpoczęcie rozmowy o tym – jak wygląda świat.

Sztukę Matki i Synowie zobaczyć możecie w Teatrze Polonia. Bilety kupicie w kasach Polonii/Och-Teatru oraz przez ich stronę www w cenie 52 do 105 zł. Najbliższe spektakle to: 29 i 30 kwietnia; 1, 2, 3, 4, 5, 27, 28, 29, 30, 31 maja oraz 26, 27, 28, 29, 30, 31 lipca i 1 sierpnia Ja ze swojej strony szczerze polecam!

http://www.niekulturalny.com.pl/matki-i-synowie-recenzja-premiera/

 

Wszystko zostanie w rodzinie

„Matki i synowie” Terrance’a McNally’ego w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Agnieszka Adamska na blogu Rude Rude Girl.

Muszę przyznać, że czekałam na ten spektakl jak na wielkie święto, albo niezwykłe wydarzenie, które być może znacząco wpłynie na moje życie. Nie przesadzam ani trochę. Podkreśliłam tytuł w kalendarzu na czerwono, zupełnie niepotrzebnie, bo termin i godzina wryły mi się w pamięć już dawno. „Matki i synowie” to pierwsza sztuka, w której miałam ujrzeć na własne oczy Krystynę Jandę, moją niedoścignioną mentorkę. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że moja rola podczas tego wieczoru będzie się ograniczała do zajęcia miejsca na widowni i kontemplowania wydarzeń na scenie, to denerwowałam się tak, jakby czekała mnie audiencja u samej królowej…

Większość z Was kojarzy Krystynę Jandę, jako wspaniałą aktorkę. Ja poznałam ją najpierw jako fantastyczną pisarkę o urzekającej wrażliwości. Pierwszą książkę Jandy, „Moja droga B”, przeczytałam jednym tchem i do dziś jest to jedna z moich ulubionych, a za razem najważniejszych pozycji na półce z literaturą (recenzję taj książki możecie przeczytać tutaj). Od Krystyny Jandy uczyłam się lekkości wyrazu, niewymuszonego humoru, dystansu do siebie, wrażliwości na świat i umiejętności ubierania uczuć w słowa. „Moja droga B” stała się dla mnie drogowskazem, gdy budowałam i kształtowałam swój własny styl. Wiedziałam, że chcę, żeby właśnie w tym kierunku podążał mój blog. Dziś bez wątpienia mogę stwierdzić, że to jak piszę i o czym piszę, jest w dużej mierze jej zasługą.

Oczywiście, wkrótce potem odkryłam Krystynę Jandę – artystkę. Nigdy nie zapomnę emocji, jakie towarzyszyły mi, gdy oglądałam w Teatrze Telewizji „Trzy siostry” Czechowa, w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Janda zagrała w tej sztuce u boku tak wybitnych aktorów, jak m.in, Jerzy Kamas, Zbigniew Zapasiewicz, czy Marek Walczewski. Uderzyła mnie powaga i dystynkcja, z jaką młodziutka Krystyna Janda podeszła wtedy do roli Maszy. Na tle doświadczonych artystów zupełnie nie było widać, że aktorka stawiała wtedy dopiero pierwsze kroki na scenie…

Już kiedyś napisałam, że „Janda to wrażliwa pisarka, świetny reżyser, wszechstronna artystka. Szczęście trzeba sobie wypracować – aktorka wierzy w te słowa i konsekwentnie się ich trzyma. Jest autorytetem nie tylko dla ludzi związanych ze światem teatru. Coraz więcej osób znajduje wciąż nowe powody by darzyć ją sympatią i podziwiać (…)”

Mnie Janda ujęła nie tylko ogromnym talentem scenicznym. Zachwyciła mnie jej ogromna empatia, którą widać w każdym z jej felietonów, w każdym z fecebookowych postów, w każdym jej geście. Aktorka od lat bacznie przygląda się wydarzeniom na scenie politycznej i komentuje je z właściwym jej dystansem, ironią, ale także troską. Bo Jandę wyróżnia ta wspaniała cecha, że będąc światowej sławy gwiazdą, pozostała człowiekiem. Mimo wielu przeciwności losu, wciąż znajduje w sobie siłę, by podejmować nowe wyzwania. Kto chciałby ujrzeć tę wielką diwę na scenie, albo doświadczyć jej geniuszu reżyserskiego, ten powinien jak najszybciej odwiedzić Teatr Polonia, albo Och-Teatr – dwie wyjątkowe instytucje kulturalne, które Janda sama założyła. Należę do grona dozgonnych wielbicieli Krystyny Jandy i mój zachwyt wzbudza wszystko, czego ta artystka się dotknie. Spektakl „Matki i synowie” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Janda jest w stanie wcielić się w każdą rolę i zawsze robi to fenomenalnie.

#1 Cierpienie matki

Sztuka Terrence’a McNally’ego jest dramatem wielowymiarowym. Na scenie widzimy trójkę bohaterów, każdy z nich zmaga się z własną tragedią… Katharine Gerard odwiedza Michaela, partnera swojego zmarłego syna. Pod pretekstem wręczenia mężczyźnie pamiętnika Andre, pani Gerard odbywa bolesną podróż w przeszłość, mierzy się z prawdą, której unikała przez tak długi czas i poznaje rzeczywistość, do której nie chce i nie potrafi się dostosować… Katharine straciła dziecko – i to na długo przed tym, zanim Andre faktycznie zmarł. Nasza bohaterka czuje, że poniosła sromotną klęskę – chciała wychować syna najlepiej, jak potrafiła, a on uciekł z domu, wplątał się w podejrzane, gejowskie towarzystwo, wreszcie zachorował na AIDS i odszedł w nieludzkich cierpieniach, z dala od rodzinnego domu. Od tych tragicznych wydarzeń minęło sporo czasu, ale dla Katharine ból po stracie syna wciąż jest świeży, a rana w sercu otwarta.

Kobieta pragnie zemsty. Nienawidzi Michaela, bo czuje że zabrał jej najlepsze lata z życia syna. Nie chce słyszeć o środowisku artystycznym, w którym obracał się Andre. Katharine cierpi, bo została na świecie sama – niedługo po śmierci Andre umarł także jej mąż. Człowiek pogrążony w takiej rozpaczy i pustce życzy sobie, żeby cały świat płakał razem z nim… Dlatego ogarnia ją wzburzenie, gdy widzi, że Michael, który przecież deklarował żarliwą miłość do jej syna, teraz wije sobie ciepłe, rodzinne gniazdko w luksusowym apartamencie w Nowym Jorku, z młodszym od siebie mężczyzną, którego nazywa swoim mężem i na dodatek – o zgrozo! – mają dziecko…

Katharine to typowa przedstawicielka małomiasteczkowego myślenia, gdzie czarne jest czarne, białe jest białe, a małżeństwa mogą zawierać tylko osoby odmiennych płci. Pani Gerard nigdy nie akceptowała stylu życia Andre i jego przyjaciół. Przez 15 lat nic się na tym polu nie zmieniło. Widząc Michaela z mężem – Willem, kobieta czuje oburzenie i niedorzeczność całej tej sytuacji. Kto jest w tym związku mężem, a kto żoną? Co powiedzą temu chłopcu, gdy kiedyś zapyta, dlaczego wychowuje go dwóch tatusiów? I czy to nie jest nieprzyzwoite, że podczas kąpieli dotykają go „tam”? Co z niego wyrośnie?! Katharine Gerard nie pasuje do scenerii, w której się znalazła. Nie rozumie tego wszystkiego, co ją otacza i nie chce zrozumieć. Wierzy, że Andre zmienił wyjazd do Nowego Jorku – wcześniej był normalnym, dobrym chłopcem…

Katharine targają sprzeczne emocje. Z jedne strony nie może odżałować śmierci syna i męczą ją wyrzuty sumienia, że nie było jej przy Andre, kiedy trawiła go choroba, z drugiej strony nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje inny świat, poza tym światem, który zna, akceptuje i uznaje za normalny. Pani Gerard nienawidzi ludzi, którzy w jej odczuciu zabrali i zabili jej syna, a za razem pragnie zbliżyć się do nich, ogrzać w ich cieple i odszukać wśród nich śladów po swoim dziecku…

#2 Samotność syna

Czy Katharine Gerard była złą matką? Po tym, jak skreśliła Andre, kiedy syn wyznał jej, że jest gejem, moglibyśmy śmiało wydać na nią wyrok: potwór, bezduszna kobieta, dla której bardziej niż szczęście dziecka liczy się opinia otoczenia. Z drugiej jednak strony, łatwo osądzać, kiedy nie jest się w sytuacji naszej bohaterki… Pani Gerard przeszła w życiu ciężką próbę i musiała odrobić trudną lekcję. Tą lekcją jest sztuka tolerancji, którą Katharine zaczęła chyba pojmować po tym, jak odwiedziła dom Michaela – on, Will i ich mały synek, Nick to zupełnie inna definicja rodziny, ale inna nie znaczy mniej szczęśliwa. Związek Michaela z Andre, a potem Michaela z Willem nijak nie pasowały do stereotypu, jaki uparcie tkwił w głowie pani Gerard. Czy jednak rodzice nie powinni choć starać się zrozumieć, poznać, zaakceptować drogę, jaką zdecydowały się iść ich dzieci?

Dla matki Andre, łatwiej niż zrozumieć, było wyrzucić syna z pamięci. Dlatego śmiem twierdzić, że Katharine jest w tej sztuce postacią najbardziej tragiczną… Tej kobiecie oprócz przejmującej pustki po stracie dziecka zostały jeszcze wyrzuty sumienia – przecież w ogóle go nie znała, nie było jej przy najpiękniejszych i najgorszych momentach jego życia. Nie towarzyszyła mu w cierpieniu, nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z chorobą, która go zabiła…

Andre poznajemy ze wspomnień Michaela i Katharine. Był wrażliwym artystą, utalentowanym aktorem, Hamletem swoich czasów. Miał kochającego partnera, oddanych przyjaciół, ale oni przecież nie zastąpili mu rodziców. Może oboje byli zbyt dumni? Katharine – żeby przyznać, że nie rozumiała wyborów syna, Andre – bo do końca udawał, że obojętność matki go nie rusza. Tyle lat zmarnowanych na granie kiepskiej farsy pod tytułem „Nie potrzebujemy siebie nawzajem”. Przykre, kiedy po latach rodzic zdaje sobie sprawę, że ten czas już nie wróci, a to dziecko nigdy już nie dowie się, że było jednak kochane – miłością trudną i pełną sprzeczności, ale jednak była to miłość.

#3 Wszystko zostanie w rodzinie

Krystyna Janda w roli Katharine Gerard gra fenomenalnie. Jej chłodna rezerwa, dystans, ból, jaki możemy dostrzec na twarzy, a także zdławiony płaczem głos, rzucają widzów na kolana. Trudno wyobrazić sobie bardziej autentyczną kreację tej postaci. Janda wciela się w swoją bohaterkę niezwykle przekonująco. Na scenie wyraźnie widać, że aktorka wydobywa z siebie wszystkie emocje, jakie w sztuce targają graną przez nią postacią. Niewielu artystów jest w stanie tak głęboko poruszyć publiczność – Janda z całą stanowczością należy do tego nielicznego grona. Jej zachowanie na scenie trudno momentami odróżnić od rzeczywistości. Gra tak, jakby cierpiała naprawdę…

Jestem również oczarowana Pawłem Ciołkoszem. Przypadła mu niezwykle trudna rola Michaela Portera, człowieka rozdartego pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, pomiędzy bólem z dawnych lat, a szczęściem, jakie daje mu rodzina. Dotąd widziałam tego aktora jedynie na ekranie telewizora, w serialu, w którym nie miał możliwości zaprezentować swojej charyzmy i talentu scenicznego. W roli Michaela podbił moje serce.

Nie ukrywam, że wybrałam się na tę sztukę również ze względu na sympatię, jaką darzę Antoniego Pawlickiego. Aktor w roli Willa wypadł trochę bezbarwnie, ale z drugiej strony, postać, w jaką się wcielił nie umożliwiła mu zaprezentowania widzom ekspresji, jaką możemy pamiętać z jego innych kreacji aktorskich. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Pawlicki pozostawił po sobie pewien niedosyt… Cóż, nie zostaje mi nic innego, jak wybrać się do Teatru Polonia na sztukę, w której mój ulubiony aktor zagra pierwsze skrzypce.

„Matki i synowie” to wspaniała sztuka, która w dosadny sposób pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny upór i brak tolerancji. Dramat Terrence’a McNally’ego opowiada też o przepaści pokoleniowej, jaka podzieliła matkę i syna… Śledząc fabułę sztuki, momentami nie kryłam przerażenia. Wychowałam się w ciepłym, pełnym miłości domu, w którym oczywisty fundament stanowiły akceptacja i zrozumienie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie piekła, przez jakie muszą przechodzić rodziny, w których nie ma dialogu i życzliwości. Niech ten spektakl będzie przestrogą, co może się stać, gdy przestaniemy ze sobą rozmawiać…

„Wszystko zostanie w rodzinie”
Agnieszka Adamska
18-01-2017

Sposób żeby pamiętać

Epidemia HIV trwa od 35 lat. Śledząc jej historię zobaczyć można spektakularne sukcesy medycyny i farmakologii, ale też porażki wyrażające się w ludzkich postawach i zachowaniach. O HIV wiemy już bardzo dużo. Znane są drogi przenoszenia oraz przebieg infekcji. Dokładnie wiadomo, które zachowania są ryzykowne, a które bezpieczne. Dostępne są leki, których przyjmowanie skutecznie poprawia stan zdrowia i sprawia, że AIDS nie jest już chorobą śmiertelną, ale przewlekłą. Zakażone HIV kobiety rodzą zdrowe dzieci. Wciąż jednak przybywa nowych zakażeń, głównie wśród młodych osób. Szacuje się, że spośród 33 mln zakażonych i chorych na świecie dostęp do leczenia ma zaledwie 18%. Mimo, że profilaktyka zakażeń odmatczynych jest bardzo skuteczna, co roku 370 tysięcy dzieci ulega zakażeniu w czasie ciąży, porodu lub podczas karmienia piersią. Dzieje się tak przede wszystkim w krajach najbiedniejszych. Raporty UNAIDS (Programu Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. AIDS) oraz inne organizacje międzynarodowe wskazują tymczasem, że zwiększenie dostępu do leczenia HIV jest istotnym czynnikiem spowalniającym tempo epidemii HIV. Leczenie jest drogie, stać na nie jedynie nieliczne kraje. Polska na szczęście do nich należy. Jak dotąd zdecydowana większość osób kwalifikujących się do leczenia (czyli spełniających odpowiednie kryteria medyczne), otrzymuje w naszym kraju bezpłatnie leki.

Problemem jest brak rzetelnej edukacji seksualnej i profilaktyki w zakresie HIV oraz dostęp do bezpłatnych anonimowych badań w kierunku zakażenia. Punkty konsultacyjno- diagnostyczne (czyli miejsca, gdzie można wykonać badanie w kierunku HIV bezpłatnei i anonimowo) działają jedynie w największych miastach. Polacy badają się niechętnie i wciąż zbyt wielu uważa, że „problem HIV mnie nie dotyczy”. Pokutuje myślenie, że HIV zakazić można się jedynie od przypadkowego, „podejrzanego” partnera – tymczasem ryzykowne zachowanie to kontakt seksualny z każdą osobą, o której nie wiemy czy jest zakażona czy nie.

Ale epidemia AIDS to nie tylko problem medyczny. To także bardzo poważne zgadnienie społeczne, w którym istotną rolę odgrywają postawy zdrowych wobec zakażonych i chorych. Ulegają one w Polsce pozytywnym zmianom, choć zmiany te nie są znaczące. Znaczącą przeszkodą jest to, iż osoby zakażone i chore boją się ujawnienia właśnie ze względu na negatywny wizerunek samej choroby i wszystkiego, co z nią związane. W efekcie bardzo niewiele osób w naszym kraju zna bądź znało kogoś w swoim najbliższym otoczeniu, kogo HIV/AIDS dotyczył bezpośrednio – przyznaje to zaledwie 3% Polaków. Osoby znane i popularne obawiają się wykonać test w kierunku HIV w miejscu powszechnie dostępnym. Żadna z nich, która zrobiła badanie i otrzymała wynik dodatni, nie ujawniła tego faktu publicznie.

Dlatego tak bardzo potrzebne są wszelkie działania, które pozwolą na głośne i otwarte mówienie o epidemii AIDS i mężczyznach i kobietach żyjących z HIV. W tym miejscu trzeba powiedzieć o największej kampanii społecznej na świecie – o Memorial AIDS Day (Międzynarodowy Dzień Pamięci i Mobilizacji w Walce z AIDS). Zaczęła się w 1983 roku w San Francisco, w czasach, gdy o AIDS nie wiedziano prawie nic. Chorobie towarzyszył strach wywołany głównie brakiem wiedzy ale także bezradnością medycyny. Padały hasła o tym, że AIDS to boża kara za grzechy a zakażonych i chorych trzeba izolować. W takiej atmosferze w czwórka młodych mężczyzn: Bobbi Campbell, Bobby Reynolds, Dan Turner i Mark Feldman, świadomych tego, że umrą najpóźniej w ciągu roku, postanowiła ujawnić twarze i zademonstrować swój sprzeciw wobec wrogich postaw społecznych i bardzo trudnej sytuacji ludzi żyjących z HIV i AIDS. Zorganizowali marsz, a jego mottem było hasło niesione na wielkim banerze „Walka o nasze życia” (Fighting For Our Lives). Od tego czasu co roku w maju w kilkudziesięciu krajach na świecie odbywają się imprezy związane z Memoriałem. Są to marsze, spektakle, teatralne, koncerty, happeningi, imprezy sportowe a zawsze towarzyszy im zapalenie świec i lampek oliwnych symbolizujących życia tych, którzy zmarli z powodu HIV i AIDS. Wszystkie te wydarzenia mają na celu upamiętnienie ofiar epidemii, demonstrację poparcia społecznego dla zakażonych i chorych oraz ich bliskich, zwiększenie społecznej świadomości epidemii, podkreślenie roli społeczeństwa obywatelskiego w przeciwdziałaniu dyskryminacji i uprzedzeniom oraz stwarzanie okazji do społecznego dialogu, edukacji, promocji dobrych praktyk, zaangażowania i twórczej ekspresji służących profilaktyce.

Jednym z takich działań jest Patchwork (w Polsce nazywany czasem chustą czy narzutą) – jako symbol pamięci o osobach zmarłych na AIDS został zapoczątkowany w 1987 roku w USA przez Cleve’a Jones’a, który w ten sposób chciał uczcić pamięć po swoim przyjacielu zmarłym na AIDS Marvinie Feldmanie. W Polsce projekt „Patchwork” był realizowany w latach 2009-2012 przez Zjednoczenie Pozytywni w Tęczy. Był to ogólnopolski projekt, mający na celu zjednoczenie we współpracy większości organizacji pozarządowych w Polsce, działających na polu profilaktyki HIV/AIDS, przeciwdziałania narkomanii oraz opieki nad osobami żyjącymi z HIV i chorymi na AIDS. Każda z grup lub osób biorących udział w projekcie szyła swój własny element patchworku o wielkości 1×1 metr. Później wszystkie elementy zszywane były w jeden duży patchwork. Gotowe patchworki były prezentowane publicznie w trzecią niedzielę maja (światowy dzień obchodów Memorial AIDS Day).

Od 2014 roku Zjednoczenie Pozytywni w Tęczy organizuje corocznie inną formę

akcji w postaci foto-patchworku symbolizującego naszą pamięć o osobach zmarłych na AIDS, do którego mogą przyłączyć się wszyscy. Foto-patchwork ułożony jest ze stu zdjęć zebranych w ramach internetowej akcji www.100zdjec.pl. Zebrane za pomocą strony internetowej zdjęcia drukowane są na dużym banerze, który prezentowany jest publicznie podczas akcji ulicznej. Istotnym elementem akcji jest zawsze bezpłatne rozdawnictwo materiałów edukacyjnych i środków zmniejszających ryzyko zakażenia HIV. Jest to sposób na upamiętnienie tych, którzy odeszli, umierając na AIDS. Pamięć o bliskich jest przecież istotnym elementem naszego świata. Wiedział o tym także Michael Porter ze sztuki „Matki i synowie”, przygotowując patchwork dla nieżyjącego Andre. Czasami tyko tyle – i aż tyle – możemy zrobić.

Robert Piotr Łukasik

Zjednoczenie Pozytywni w Tęczy

www.pozytywniwteczy.pl

www.100zdjec.pl

 

 

 (Nie)pamięć. Pomiędzy teraz i wtedy. Tu i tam.

 

 Joanna Mizielińska

 

„Delikatne dostosowanie. Odwróć role tych, co zmarli i zawróć bieg zegara. Dobrze jest zapomnieć. Jeszcze w małym łóżeczku powiercisz się zanim gdzieś w tylnych partiach głowy wszystkiego nie pojmiesz”. Wiersz George’a Szirtesa „Martwe dzieci (według Canettiego)” opowiada o niemożności pogodzenia się ze stratą i o tym, że w końcu trzeba to uczynić. Żyć dalej. Z tą świadomością. I choć zapewne istnieje miliony sposobów odczytania sztuki „Matki i synowie” to dla mnie jest ona o żałobie, która kładzie się cieniem na życiu. O stracie, o której trudno zapomnieć. O świadomości, że wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Zwyczajnie. Tak jak teraz. Tam.

Teraz vs. wtedy

Trudno pisać o sztuce, która z polskiej perspektywy wygląda jak bajka, choć wystawiana i oglądana na Zachodzie wcale bajką nie jest. Jest opowieścią o pewnej oczywistej i zwyczajnej w tamtej rzeczywistości rodzinie, którą tworzą Michael Porter, jego mąż Will Ogden i ich kilkuletni synek Nik Ogden-Porter. Jesteśmy w czasach, które można określić jako realizację marzeń o równości zachodnich gejów i lesbijek, erze postmałżeńskiej, kiedy to, co jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się niemożliwe, stało się codzienne i zwyczajne. Przynajmniej dla niektórych. Tę zwyczajność oglądamy przy okazji dziwnej i niecodziennej wizyty Katharine, matki Andre, byłego partnera Michaela. Andre i Michael byli parą przez 6 lat, do momentu śmierci Andre na AIDS w wieku 26 lat. Katharine po 15 latach przynosi partnerowi swojego zmarłego syna jego pamiętnik, ogląda jego mieszkanie, rozmawia z jego mężem i wspólnym synkiem. Mimo upływu tych 15 lat nic się nie zmieniła, tak jak wtedy nie akceptowała związku swojego syna z Michaelem, tak obecnie nie akceptuje faktu zakładania rodzin przez pary jednopłciowe oraz wychowywanie przez nie dzieci. Dla niej czas się zatrzymał. Jej dziś, to tamtejsze wczoraj, i nasze dziś. Podczas jej wizyty widzimy szczęście okupione stratą i śledzimy, w jaki sposób owa strata wpisuje się w trajektorię życia osób nieheteroseksualnych. Na naszych oczach ożywa pamięć o tamtych czasach, kiedy słowo „mąż/żona” było zarezerwowane wyłącznie dla heteroseksualnych małżeństw, kiedy nie było języka, by wyrazić łączącą relację, „kiedy nie myślano nawet o małżeństwie ani nawet o takiej możliwości”. Michael jest przedstawicielem starszej generacji gejów i wciąż zaskakuje

go, że jego obecny związek jest uznany prawnie, rozpoznany społecznie, że teraz już może wychowywać dzieci, być ojcem, podczas gdy dla młodszego pokolenia jego męża Willa to pewien oczywisty plan na życie. Następuje zderzenie różnych porządków (nie)pamięci. Różnych pokoleń. Każde na barkach dźwiga własną historię, ale przecież jest to też historia całej nieheteroseksualnej społeczności, której AIDS wyznacza pewien punkt kulminacyjny. Historia powoli zapominana. Jak mówi Will w rozmowie z Katharine: „Niech pani spróbuje uszanować Michaela. On stracił więcej niż pani syna. Stracił całe pokolenie. Ludzi, którzy mogli mieć znaczenie. Hamletów, Nurejewów, Melvillów i Whitmanów. Młodych ludzi, którzy chcieli napisać wspaniałe powieści. zbudować mosty, namalować obrazy […] „Co się stało z gejami w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku”. Najpierw to będzie rozdział w książce historycznej, potem paragraf, a na końcu przypis. Ludzie będą kręcić głowami, mówiąc: „Jaka to okropna rzecz, jakie to smutne”. To się zaczęło. Czuję, że to się dzieje. Ból jakby nie jest już taki ostry Zanika”.

Katharine jednak odmawia uznania tego wspólnotowego wymiaru, jej ból jest jednostkowy, być może jest jedynym motorem jej życia. Ona straciła syna. Ona nie chce spokoju i zapomnienia. Chce zemsty. Tylko nie wiadomo, na kim miałaby się mścić. Jej forma żałoby karmionej wściekłością, jest zupełnie inna od tej, którą żyje Michael, codziennie myśląc o Andre, zastanawiając się, jakby ich wspólne życie mogło wyglądać dziś. On nie pragnie zemsty, raczej pogodzenia. Ze stratą. Z matką Andre, której nie było przy umierającym synu, gdy tego najbardziej potrzebował. Której nie było przy Michaelu, gdy czuwał przy partnerze i stracił ukochanego. Ich krótkie spotkanie na uroczystości pożegnalnej tej roli nie spełniło.

Nie można zrozumieć tej sztuki bez cofnięcia się w czasie, bez wejścia w mroki (nie)pamięci. Splątanie w osobie Michaela, Willa, Nika i Katharine wielu perspektyw czasowych ukazuje, jak „teraz” jest obciążone przeszłością, jak przeszłość kładzie się cieniem na wielu życiach na raz. Sam tytuł „matki i synowie” sugeruje, że nie mamy tu do czynienia z czyjąś matką czyimś synem, ale z pewnym przeżyciem, które było doświadczeniem wielu. Przeżycie to stało się tematem wielu sztuk, opowiadań, filmów. Jednym z nich jest poruszający dokument „Silverlike life” rejestrujący dzień po dniu umieranie na AIDS Toma Josila przez jego partnera Marka Massiego. Owo rejestrowanie umierania staje się w tym filmie również sposobem radzenia sobie ze śmiercią w obliczu braku jakiegokolwiek wsparcia ze strony rodziny pochodzenia. Mark trwa przy Tomie do końca, opiekuje się nim w chorobie, podczas gdy matka i ojciec Toma odrzucają możliwość rozpoznania w nim rodziny, bliskiej Tomowi osoby

przez 22 lata trwania ich wspólnego związku. We wklejonym kadrze z wcześniejszego filmu Toma matka Toma stwierdza, że chciałaby, by miał rodzinę, wykluczając tym samym uznanie Marka. Gdy Tom umiera, matka spyta tylko Marka, czy to już wreszcie koniec i czy powinna przyjechać na pogrzeb. Toma aż do śmierci nie opuszczą jego partner Mark i ich wspólni przyjaciele. Zaś gdy Mark również umrze na AIDS, film dokończy student i przyjaciel Peter Friedman.

W sztuce „Matki i synowie” Katharine jest zatem jedną z wielu, karykaturą okrutnej matki, uosobieniem wszystkich najgorszych stereotypów na temat gejów, postacią z poprzedniej epoki, która dla nas, w Polsce jest postacią jak najbardziej współczesną. Reprezentuje brak tolerancji, postrzeganie homoseksualizm jedynie przez pryzmat seksu i stylu życia. Katharine brzydziła się i brzydzi związkami jednopłciowymi. Jest okrutna wobec syna, którego odrzuca, któremu odmawia miłości i wsparcia, któremu mówi w obliczu jego rozpaczy z powodu umierającego na raka ojca, że płacze, dlatego, że ich zawiódł. W odpowiedzi na jej pełne złości raniące słowa i gesty Michael również w imieniu Andre wypowiada zbiorowy żal (oskarżenie?) pokolenia (synów) do wszystkich matek (i ojców?), które w obliczu choroby, a nawet znacznie wcześniej, w momencie ujawniania własnej tożsamości przez dzieci, odwracały się od nich: „Miałem swój własny ból. Andre umierał. Nie mogłem go uratować. Wszyscy umierali. Nie mogłem nikogo uratować. Nic nie mogło. Coś nas zabijało. Coś okropnego. Wszyscy o tym mówili, ale nikt nic nie zrobił. Co by nam dało wzajemne zabijanie siebie? Było tak dużo strachu i złości w obliczu śmierci i nikt nam nie pomagał. To nie był czas, żeby nienawidzić. Nauczyliśmy się pomagać sobie wzajemnie. Pomagać w sposób, który przedtem nie istniał. Po raz pierwszy czułem się częścią czegoś, społeczności, i dziękuję za to. Chciałem zabić świat, kiedy zdiagnozowano chorobę u Andre, ale zamiast tego opiekowałem się nim. Kąpałem, ubierałem, mówiłem, że go kocham, kiedy wstydził się tego, co choroba z nim zrobiła. […] Oczywiście nigdy nie składaliśmy przysięgi małżeńskiej, bo nam nie pozwolono. Nie było takiej możliwości. Związki takie jak mój i Andre nie miały przetrwać. Nie zasługiwaliśmy na godność zawarcia związku małżeńskiego. I może dlatego pojawiło się AIDS”.

AIDS to punkt zwrotny dla stworzenia nowych społecznych relacji w społeczności gejów i lesbijek, którzy doświadczając odrzucenia ze strony własnej rodziny, bezczynności władz milcząco przywalających na śmierć, w swoich szeregach znajdowali wsparcie, miłość, opiekę, solidarność. Stanowi więc pewien sposób rytuał przejścia całej społeczności od

funkcjonowania poza rodziną (pochodzenia), która ich zawiodła do walki o uznanie i widzialność rodzin z wyboru, które sami zakładają. W latach 80 geje i lesbijki odkryli, że sami mogą tworzyć własne reguły dotyczące rodzin i podali w wątpliwość niezbędność więzi krwi dla nierozerwalności relacji. Zrozumieli, że rodzina, to coś co się robi, codziennie praktyki takie jak opieka w chorobie, troska, wsparcie; że trwałość, miłość, zaangażowanie to wartości najczęściej znajdowane poza rodziną (pochodzenia), we własnym środowisku, u partnerów (byłych i obecnych) i przyjaciół. Ów początek samodefiniowania się jako rodzina jest elementem „polityzacji pokrewieństwa”, która następnie stała się częścią walki o prawne uznanie tychże rodzin w wielu krajach.

Tu vs TAM

Obecnie w wielu krajach na świecie pary jednopłciowe są prawnie i społecznie rozpoznane czy to w formie małżeństwa czy też innych rozwiązań legislacyjnych takich jak rejestrowane związki partnerskie. Droga do małżeństwa osób tej samej płci przebiegała jednak stopniowo i podobnie – od wprowadzenia tzw. „lżejszych form partnerstwa” (konkubinaty, rejestrowane związki partnerskie) do małżeństw. Pierwszym krajem, w którym otwarto instytucję małżeństwa dla par tej samej płci była Holandia w 2001 roku, również tam wcześniej jako pierwszym kraju na świecie zalegalizowano konkubinat bez względu na płeć, a następnie uchwalono prawo rejestracji partnerstwa dwóch osób tej samej płci. W ślad za nią poszły inne państwa. I tak w 2003 roku była to Belgia, gdzie w 2005 uchwalono też ustawę zezwalająca na adopcję, zrównując całkowicie prawa osób nieheteroseksualnych, w 2005 Hiszpania, 2008 Norwegia, 2009 Szwecja, etc. Poza Europą były to między innymi Kanada (od lipca 2005), RPA (od listopada 2006), USA (od 2015, w niektórych stanach było to możliwe wcześniej).

W Polsce nie ma żadnych regulacji dotyczących związków osób tej samej płci, co czyni te relacje społecznie niewidzialnymi i naraża na wiele problemów w codziennym życiu. Tę niewidzialność często podtrzymują również rodziny pochodzenia. Nie rozpoznają one w partnerach dzieci rodziny, mimo iż zgodnie z wynikami badania „Rodziny z wyboru w Polsce” (rodzinyzwyboru.pl) to partner/ka stanowi dla osoby nieheteroseksualnej główne, często jedyne, źródło wsparcia i to partnera/rkę uważają za swoją rodzinę. Jedynie nieliczne osoby nieheteroseksualne są zapraszane ze swoimi partnerami/partnerkami na uroczystości rodzinne i święta. Rodziny pochodzenia (matki, ojcowie) najczęściej sami wchodzą do szafy

po tym, gdy ich dziecko ujawnia im swój związek. Nie dopuszczając do tego, by wiedza o „tym”, przedostała się dalej. Ich akceptacja, o którą pary jednopłciowe zabiegają, miłość, którą starają się odzyskać, podobnie jak Andre i Michael, jest często warunkowa. Borykanie się z tą niewidzialnością, brakiem praw, społecznym nierozpoznaniem, rodzinnym odrzuceniem to polska codzienność i zwyczajność rodzin nieheteroseksualnych. Być może matka Andre powinna przyjechać do Polski, poczułaby się tu jak w domu.

 

‚Matki i synowie’ w Teatrze Polonia: Krótka historia tolerancji /recenzja spektaklu/

Najnowsza sztuka w reżyserii Krystyny Jandy w Teatrze Polonia dotyka kwestii tolerancji w dzisiejszym świecie. 

W warszawskim Och Teatrze od 2013 roku jest wystawiany spektakl  „AlicjaAlicja”, który ukazuje życie dwóch kobiet będących w związku. Tym razem przyszła kolej na mężczyzn i to właśnie o nich jest nowy spektakl Krystyny Jandy w Polonii. Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach już nic nas nie zaskoczy. Związki homoseksualne wciąż jednak należą do sfery tabu i właśnie to milczenie próbuje w sposób doskonały przerwać Janda.

Matka, syn i… zięć

Akcja rozgrywa się w obecnych czasach, w nowojorskim apartamencie. Katharine (Janda), matka nieżyjącego Andre, odwiedza Michaela (Paweł Ciołkosz), byłego partnera swojego syna. Kobieta jest idealnym przykładem homofoba, nie wierzy w to, że syn był gejem i obwinia Mike’a o to, że jej jedyny syn zachorował i zmarł na AIDS. Potępia wszystko czego nie jest w stanie zrozumieć. Przyjechała żeby oddać pamiętnik syna, którego nie miała odwagi przeczytać.

Na miejscu dowiaduje się, że były partner Andre zaczął życie od nowa ze swoim mężem Willem (Antoni Pawlicki), początkującym pisarzem, i 7-letnim synem Nickiem (Antoni Zakowicz/Adam Tomaszewski). Kobieta jest zbulwersowana i nie rozumie, jak para gejów może wychowywać małe dziecko, a przede wszystkim jak wyobrażają sobie wspólną przyszłość. Ma żal do Michaela, że potrafił ułożyć sobie życie po stracie Andre’a, podczas gdy dla niej życie bez syna nie ma już sensu.

Smutno, ale i zabawnie

To opowieść nie tylko o życiu codziennym dwóch homoseksualistów wychowujących dziecko, ale również, a może przede wszystkim, historia kobiety, która z każdą chwilą dojrzewa do pogodzenia się ze swoją przeszłością i teraźniejszością. Najbardziej wzruszającym momentem jest chwila, kiedy Mike i Katharine wspólnie czytają pamiętnik Andre. Wtedy właśnie kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że straciła kontakt z synem tylko dlatego, że nie była w stanie zaakceptować jego wyborów życiowych. Dopiero, gdy traci, najpierw, syna, a później męża i zostaje zupełnie sama  widzi i rozumie błędy jakie popełniła. Na koniec dociera do niej, że dwóch mężczyzn może nie tylko być w związku małżeńskim, ale i stworzyć kochającą rodzinę dla małego chłopca.

Tekst Terrence’a McNally’ego zawiera w sobie wiele aktualnych prawd, przede wszystkim o tolerancji. Chwilami jest smutno, wzruszająco, ale i zabawnie. Ale czym byłby dobry tekst bez wspaniałej gry aktorskiej? Krystyna Janda w roli Katharine doskonale oddała ból i cierpienie matki po stracie jedynego dziecka. W rewelacyjny sposób ukazała metamorfozę swojej bohaterki. Natomiast panowie byli od początku swoimi przeciwieństwami; Michael, elegancki, powściągliwy i mimo wszystko kulturalna,  Will ubrany na sportowo, wygadany i niekryjący swojej niechęci do Katharine, cały czas miał poczucie bycia dla Mike’a tym „drugim” po Andre. Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki w doskonały sposób przedstawiają życie współczesnej pary homoseksualnej.

Premiera spektaklu odbyła się 28 kwietnia na deskach warszawskiego Teatru Polonia. 

2016-05-10

MAŁGORZATA KOCIUBOWSKA

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl.

http://kulturaonline.pl/matki,i,synowie,w,teatrze,polonia,krotka,historia,tolerancji,recenzja,spektaklu,tytul,artykul,25037.html

 

 

„Matki i synowie” – recenzja

Joanna Ulanowicz i Joanna Sieg, www.dlalejdis.pl

Tęczowy dom, pełen miłości i duchy przeszłości w reżyserii Krystyny Jandy.

Tolerancja – słowo, które pojawia się we współczesnym świecie bardzo często. Jednak nadal, bardzo mało osób rozumie to, czym tak naprawdę jest tolerancja i czym różni się od akceptacji. Temat żywy, nadal aktualny i na szczęście, coraz częściej poruszany. Możemy uznać, że kończą się czasy, gdy słowa: „gej” czy „lesbijka” wywołują konsternację? Oby… Na pewno pomaga w tym kulturalna przestrzeń publiczna, która w swoje progi coraz częściej zaprasza wątki homoseksualne. Wszystko po to, by przełamywać tabu i pokazywać, że osoby o odmiennej orientacji seksualnej są wśród nas. Przykładem prawdziwej lekcji tolerancji jest, wystawiane w warszawskim Teatrze Polonia, przedstawienie „Matki i synowie” wyreżyserowane przez Krystynę Jandę.

Spektakl wielokrotnie nagradzany. Spotkał się z wielką popularnością na Broadwayu. Katherine (Krystyna Janda) – matka nieżyjącego Andre odwiedza byłego partnera swojego syna – Michaela (Paweł Ciołkosz). Syn zmarł na początku lat 90 XX wieku, najprawdopodobniej w wyniku zarażenia AIDS. W ostatnim czasie odszedł również, chory na raka, mąż kobiety. Została całkowicie sama. Zgorzkniała i nielubiąca ludzi. Przeszkadza jej dosłownie wszystko. Przychodzi do partnera swojego syna, który przez 7 lat po śmierci Andre przeżywał żałobę. Dopiero po tylu latach założył rodzinę, poślubił Willa (Antoni Pawlicki) i razem wychowują synka (Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz). Czego oczekuje po tej wizycie? Chyba ona sama do końca nie wie. Pełna sprzeczności, nienawiści do świata i ludzi.

Gry aktorskiej Krystyny Jandy komentować nie trzeba. Ikona sama w sobie. Genialna i jedyna w swoim rodzaju. Perfekcyjnie wcieliła się w rolę matki pełnej uprzedzeń, ale i niezwykle samotnej, nieszczęśliwej kobiety. Nie może pogodzić się ze śmiercią syna, ale jeszcze bardziej z tym, że był gejem. Nie potrafiła zaakceptować jego odmiennej orientacji seksualnej, przez co nie okazała Andre wsparcia na żadnej płaszczyźnie życia. Nie przybyła na żaden spektakl, w którym występował, nie mogła pogodzić się z formą ostatniego pożegnania, jaką zorganizował Michael. Teraz pojawia się w jego domu, ale tak naprawdę sama zastanawia się, po co przyszła? Z jednej strony ukazuje się, jako kobieta niemogąca pogodzić się z orientacją syna. Zadaje sobie pytania, co zrobiła nie tak? Obwinia Michaela o to, że przez niego jej syn stał się gejem, bo przecież nim nie był… Natomiast po chwili ma pretensję, że ułożył sobie życie na nowo po śmierci Andre. Zszokowana patrzy na męża Micheala i ich synka.

„Matki i synowie” to nie tylko opowieść o trudnych relacjach na linii matka-syn. To także ukazanie rodziny, jaką stworzyli mężczyźni. Pełnej miłości i szczęścia. Ogromne brawa należą się zarówno Pawłowi Ciołkoszowi, jak i Antoniemu Pawlickiemu. Prawdziwa ekspresja i pełne zaangażowanie w odgrywane role, sprawiało, że były one prawdziwe. Spektakl ten pokazuje, że rodziny tworzone przez pary homoseksualne są takie same, jak te, które tworzy kobieta z mężczyzną. Szacunek, wzajemna troska, ale i wiele powodów do kłótni. Te ostatnie również są nieodłącznym elementem życia rodzinnego. Jednak prawdziwą sztuką jest umiejętność rozwiązania konfliktów. Właśnie nią wykazali się główni bohaterowie.

Mówiąc o tym spektaklu nie sposób pominąć najmłodszego aktora, czyli synka Michaela i Willa. Postać ta nadaje sztuce niezwykłego uroku. Chłopiec pełen dziecięcej ekspresji, nieustannie zadający pytania. Rezolutny i szczęśliwy. W domu, gdzie się wychowuje, panuje prawdziwa miłość, a każdy, nawet najmniejszy element życia jest w nim dostosowany do najmłodszego członka rodziny. Ojcowie poświęcają mu niezwykłą uwagę. Obraz ten ukazuje, co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu i wychowaniu.

„Matki i synowie” jest przedstawieniem z przesłaniem, stwarzającym przestrzeń do dialogu. Pokazuje zmiany pokoleniowe, trudności w podejmowaniu tematów tabu i akceptacją. Jednocześnie niosącym iskierkę nadziei. Aktualny, prawdziwy i bezkompromisowy. O sile miłości, która ma różne barwy. Momentami naprawdę wzruszający. Niskie ukłony dla Krystyny Jandy, zarówno za reżyserię, jak i grę aktorską. Godny polecenia osobom w każdym wieku.

TRUDNA RELACJA Z POLSKĄ RZECZYWISTOŚCIĄ

www.artaktywnie.wordpress.com

Ta recenzja będzie polityczna, ponieważ żyjemy w czasach, kiedy następuje próba upolitycznienia kultury wysokiej i trudno jest mówić o niezależnych instytucjach w naszym kraju w oderwaniu od poczynań rządu. Wobec odwołania Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, który został zastąpiony niechcianym przez publiczność i polskie środowisko teatralne Cezarym Morawskim, Teatr Polonia stał się bastionem wolności artystycznej i obiektywizmu, na który nie każda instytucja publiczna może się zdobyć.

Krystyna Janda przeniosła na deski polskiego teatru graną od kilku lat na Broadwayu sztukę ważnego, amerykańskiego scenarzysty – Terrence’a McNally’ego. Premiera „Matek i synów”, spektaklu wyreżyserowanego pierwotnie przez Sheryl Kaller, miała miejsce w 2013 roku. McNally oparł scenariusz na własnej sztuce, „Matce Andrew” („Andrew’s mother”), którą napisał wcześniej dla telewizji. (Trafiła ona na mały ekran w 1990 roku.) Spektakl„Matki i synowie” w reżyserii Krystyny Jandy doczekał się polskiej premiery w kwietniu 2016 roku. Dyrektorka artystyczna Teatru Polonia obsadziła siebie w roli matki homofobki.

W przedstawieniu niezapowiedziana wizyta kobiety, która straciła syna w wyniku epidemii AIDS, staje się pretekstem do dysputy na temat nieheteronormatywnych rodzin, miłości między mężczyznami oraz psychicznej traumy, jakiej doświaczyło pokolenie dzieci kwiatów po utracie bliskich zarażonych wirusem HIV. Główna bohaterka, Katharine Gerard, 20 lat po stracie syna zmarłego na AIDS, odwiedza jego partnera, Cala. Akcja rozgrywa się w mieszkaniu, które mężczyzna zajmuje wraz z nową rodziną – mężem Wilem oraz siedmioletnim synkiem.

McNally w pozbawiony uprzedzeń sposób porusza wiele ważnych dla środowiska LGBTQA kwestii. Dokonuje rozliczenia z latami siedemdziesiątymi oraz epidemią, która zdziesiątkowała społeczeństwo przez brak lekarstwa hamującego rozwój AIDS. Opowiada także o różnych odcieniach nieheteronormatywnego związku – poligamii i zdradzie, monogamii i wierności, miłości „aż po grób” oraz wychowywaniu dzieci przez pary jednopłciowe. Rozprawia się jednocześnie ze stereotypami na temat mniejszości nieheteronormatywnych. Pokazuje, że dwóch gejów może stworzyć dojrzały, wieloletni związek i mieć szczęśliwego potomka, ale opowiada o tym w kontekście obaw związanych z przyznawaniem parom tej samej płci praw przynależnych osobom heteronormatywnym.

Polska inscenizacja sztuki składa się na subtelną opowieść o żałobie, stracie i próbie zrozumienia homoseksualności dziecka . Błyskotliwe dialogi w tłumaczeniu Elżbiety Woźniak zachowują lekkość i zabawność, chwilami mają nawet komediowy charakter. Krystyna Janda traktuje z przymrużeniem oka negatywne osądy, którym daje upust tytułowa matka. Jednocześnie błądzi po smutniejszych rejonach ludzkiego doświadczenia, gdzie jest miejsce na samotność i żal do rodziców, którzy nie akceptują własnych dzieci. (Z dramatem partnera odrzuconego przez matkę geja zmierzył się Paweł Ciołkosz.)

Trzymając w ryzach swój nieposkromiony temperament, Krystyna Janda wciela się w postać pełną klasy. Odnajduje tonację, w której jest w stanie oddać głos kobiecie z depresją i matce okazującej niechęć wobec wszystkiego, nad czym nie ma kontroli.

W ślad za McNallym, dyrektorka Teatru Polonia obala mity na temat niestabilnego emocjonalnie pedała, który nie jest w stanie stworzyć trwałej relacji, a tym bardziej – wychować „normalnego” człowieka.  Jednocześnie zabiera głos w polskiej debacie na temat legalizacji związków jednopłciowych i adopcji dzieci przez nieheteronormatywne pary.

Krystyna Janda, której teatry pierwotnie miały nie dostać ani złotówki od ministerstwa kultury za rządów PiS, mimo trudności przystąpiła do wzmożonej pracy, aby poruszać tematy niełatwe, w dalszym ciągu wypierane przez polski dyskurs, prawodawstwo i system oświaty. Zadanie to jest tym trudniejsze, że Janda występuje w potrójnej roli – dyrektorki, reżyserki i aktorki. W każdej z tych ról opowiada się wprost za wolnością słowa i poszanowaniem praw człowieka. Obojętnie, czy krytykuje bohaterów narodowych (Lech Wałąsa w spektaklu „Danuta W.”), czy homofobię („Matki i synowie”), zabiera wyraźny głos w debacie społecznej.

Odtwórczyni roli Elżbiety w „Białej bluzce” jest także zaangażowaną blogerką, która obseruwuje na bieżąco polską scenę kulturalno-polityczną i regularnie na niej występuje. Zadeklarowała na Twitterze, że musi zobaczyć wystawianego w Zachęcie „Orestesa” Michała Zadary (spektakl, który podobnie jak słynne „Dziady” Kazimierza Dejmka, w zawoalowany sposób krytykuje polską władzę), a także poparła organizowane przez Dziewuchy Dziewuchom marsze przeciwko zaostrzeniu ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży „Requiem dla Praw Kobiet”.

Jako reżyserka „Matek i synów”, Krystyna Janda dokonała ciekawego zabiegu: wcieliła się w rolę matki homofobki, aby wyrazić głos poparcia dla rodzin LGBTQA. Jako aktorka – w przekonujący sposób odegrała postawę nietolerancyjnego rodzica. Jako dyrektorka artystyczna Teatru Polonia – oddała ważny głos w debacie na temat równouprawnienia osób nieheteronormatywnych. Postać pani Gerard można potraktować jako metaforę polskiego społeczeństwa.

 

Wszystko o moim synu

MALWINA GŁOWACKA, www.teatralny.pl

Apartament na Manhattanie. Matka odwiedza kochanka nieżyjącego od dwudziestu lat syna. Prawie nieruchomo patrzy przez okno wychodzące na Central Park. Widok przykuwa jej uwagę. Nie jest w stanie oderwać od niego oczu. Andre go uwielbiał, teraz matka próbuje spojrzeć na świat jego oczami.

Katharine stoi odwrócona tyłem do mężczyzny usiłującego nawiązać z nią rozmowę. Michael mówi za dużo, stara się przerwać niezręczną ciszę. Kobieta wyraźnie go ignoruje, odpowiada od niechcenia. Z trudem nawiązują ze sobą dialog, będący bolesnym powrotem do przeszłości, o której nie można zapomnieć i która kładzie się cieniem na ich obecnym życiu. Dzieli ich wszystko. 

Tak zaczyna się dramat Matki i synowie Terrence’a McNally’ego w reżyserii Krystyny Jandy, występującej także w głównej roli kobiecej. Janda świetnie rozgrywa tę scenę. Jej bohaterka Katharine Gerard nie pasuje do świata zastanego w nowojorskim mieszkaniu. Nie zamierza przyjąć do wiadomości jego istnienia. Każdym gestem, najmniejszym grymasem twarzy manifestuje swoją odrębność. Nie chce i boi się zerknąć w oczy kochanka syna. Traktuje go z nonszalancją i wyższością, choć chwilami wydaje się, że długa litania kierowanych pod jego adresem oskarżeń ma zagłuszyć jej wyrzuty sumienia. 

Katharine ubrana jest w długie czarne futro. Pod nim nosi sukienkę w ciemnym kolorze. To znak żałoby. Dowiadujemy się wkrótce, że właśnie pochowała męża i choć jej małżeństwo nie należało do udanych, straciła ostatnią bliską osobę. Ten fakt okazuje się czymś na kształt doświadczenia granicznego, które każe jej spojrzeć wstecz na własne życie. Uzasadnia też pomysł podróży z Dallas do Nowego Yorku, zrodzony z dojrzewającej tak długo potrzeby poznania prawdy o swoim dziecku. Spotkanie z Michaelem Porterem (bardzo dobra rola Pawła Ciołkosza) okazuje się w rzeczywistości trudną wyprawą w głąb siebie, rozliczeniem z własną obojętnością w obliczu śmierci najbliższej i najważniejszej osoby, którą bezskutecznie próbowała wymazać z pamięci. Towarzyszą jej sprzeczne stany i emocje: samotność, gorycz, nienawiść, chęć rozliczenia i wyjaśnienia przeszłości, konieczność konfrontacji z kochankiem syna, będącym w przekonaniu Katharine winnym jego śmierci, potrzeba zemsty. Mimo że minęło tak wiele czasu od śmierci Andrego, młodego, zdolnego aktora, matka nie chce przyjąć do wiadomości istnienia związku, w którym jej syn był szczęśliwy. Homoseksualizm uważa za chorobę, a AIDS taktuje jak karę za grzech sprzeniewierzenia się naturze. Recytuje dobrze znane frazesy, nie będąc w stanie pokonać społecznych ograniczeń i schematów. 

Czy Katharine, jak pisze Joanna Mizielińska w tekście zamieszczonym w programie, jest „karykaturą okrutnej matki”? To chyba byłoby zbyt proste. McNally pokazuje osobę skomplikowaną, rozbitą emocjonalnie, która za sprawą Krystyny Jandy wydaje się jeszcze ciekawsza niż literacki pierwowzór. Z pewnością oglądamy kolejną wybitną rolę wielkiej aktorki. Janda nie broni postaci, ale jednak próbuje ją zrozumieć, stara się dotrzeć do ukrytych głęboko, złożonych motywów działania Katharine. W jej interpretacji matka Andrego nabiera rysu tragicznego. Nie ogarnia świata, nie potrafi się w nim odnaleźć, a uczucie zagubienia podsyca narastający w niej gniew. W pewnej chwili zdobywa się na chwilę szczerości i wyznaje: „Nie rozumiem, jak to się stało, że tak wygląda moje życie. Już nie wiem, co mam myśleć i czuć. Wszystko mi się miesza. Czuję strach i jestem na wszystko zła. Wszystko doprowadza mnie do wściekłości”. Kiedy wkracza do nowojorskiego apartamentu Michaela Portera, zastaje świat uporządkowany, choć jej zadaniem wykraczający poza obowiązujące normy. Paradoksalnie to ona, orędowniczka tradycyjnej rodziny, której sama nie potrafiła zbudować, usiłuje zburzyć panujący tam spokój. 

Nie ulega wątpliwości, że Katharine bardzo mocno kochała Andrego, idealnego, jedynego syna, który zawiódł jej oczekiwania i nadzieje, rozminął się z zaprojektowaną przez matkę rolą. Jej urażone nadzieje i ambicje, wstręt do życia, jakie wybrał syn, wreszcie uprzedzenia społeczne okazują się silniejsze niż miłość. Katharine opuszcza syna w chorobie i w chwili śmierci. Choć zarzuca Andremu, że żył wbrew zasadom, sama dokonuje w rzeczywistości drastycznej ingerencji w obowiązujące wzorce. Dekonstruuje tak mocno wpisany w naszą kulturę wizerunek matki obejmującej ciało zmarłego syna. Jej miejsce zajmuje mężczyzna. Dla Michaela odchodzenie kochanka nadal jest świeżym, żywym wspomnieniem: „Chciałem zabić świat, kiedy zdiagnozowano chorobę u Andrego, ale zamiast tego opiekowałem się nim. Kąpałem, ubierałem, mówiłem, że go kocham, kiedy wstydził się tego, co choroba z nim zrobiła. Nie był piękny, gdy umierał, pani Gerard. Choroba o to zadbała”.

Michael mieszka dziś z Willem Ogdenem (Antoni Pawlicki) i ich synem Nikiem Ogdenem-Porterem (bardzo naturalny Antoni Zakowicz). Will jest pisarzem, wulkanem energii, bez ogródek mówiącym to, co myśli. Michael to doradca finansowy, wyważony, powściągliwy, usiłujący zrozumieć i pogodzić różne punkty widzenia, cierpliwie znoszący doświadczenia losu. Znakomicie się uzupełniają. Ich życie biegnie codziennym rytmem. Tworzą rodzinę, w centrum której znajduje się dziecko i obowiązki z nim związane: opieka, posiłki, spacery i masa innych drobnych spraw. Bez wątpienia Nik jest dla nich najważniejszy. Will stwierdza że „wielka amerykańska powieść może zaczekać”, wyrażając dystans do tego, co robi.

Oglądałam Matki i synów w środku tygodnia. Widownia wypełniona do ostatniego miejsca, przejścia zajęte przez osoby z wejściówkami. Krystyna Janda nie pierwszy raz zabiera głos na ważny, niewygodny temat, bierze udział w tak potrzebnej dziś dyskusji o tolerancji. Świetnie napisany i skonstruowany dramat McNally’ego, z powodzeniem grany na Broadwayu, trafnie diagnozę sytuację osób homoseksualnych. Autor unika przy tym płytkiej publicystyki. W sposób błyskotliwy dotyka trudnych relacji między osobami najbliższymi, między matkami i synami, między rodzicami i dziećmi. Pokazuje rozpad i zerwanie rodzinnych więzi, tak mocnych i kruchych zarazem, dających siłę i niszczących. Mierzy się z problemem dramatycznego rozmijania się oczekiwań rodziców z wyborami dzieci, wzajemnych niespełnionych nadziei, które często ranią, dzielą i doprowadzają do ostatecznego, bezpowrotnego rozstania.

MATKI I SYNOWIE

Rafał Turowski, www.rafalturow.ski

W Matkach i synach Krystyna Janda przypomina miastu i światu, że jest wielką aktorką. Owszem, jak sama przyznała  – zagranie suki nie stanowi dla niej wielkiego wyzwania, ale tutaj gra sukę naprawdę na całej pięciolinii. Grana przez nią matka, Katharine Gerard,  jest co prawda okropnie zgorzkniała, dojmująco samotna, żenująco nienowoczesna, ale także cudownie w swojej złośliwości i jędzowatości zabawna i gdzieś tam jednak mająca do siebie pewien dystans.

Historia jest prosta. Matka nieżyjącego Andre (zmarł na AIDS) odwiedza  jego byłego partnera Michaela, który wraz z Willem, swoim mężem (sic!) wychowuje syna. Tyle. Reszta jest w fantastycznych dialogach, w mądrych  bezkompromisowych rozmowach o życiu, śmierci, emocjach, szczęściu i pechu.

I myślę sobie, że ten i wzruszający i bardzo poruszający (oraz koncertowo zagrany) spektakl jest nie tylko głosem w dyskusji o tolerancji, nie tylko hołdem oddanym tysiącom ofiar choroby, na którą wtedy nie znano antidotum.

 

Jest przede wszystkim opowieścią o… matkach i synach, o niespełnialnych oczekiwaniach, o roszczeniach, o miłości matczynej, która nie mieści się w granicach sensu i logiki i która może wyrządzić nieprawdopodobne krzywdy. Która może zabić.

Krystynie Jandzie towarzyszą na scenie Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki. Obaj są świetni. Ale show kradną wszystkim Adam Tomaszewski  i  Antoni Zakowicz, którzy grają (w dublurze) Nicholasa, siedmioletniego syna pary gejowskiej.

Chłopaki, czapki z głów.

 

Okiem widza

 środa, 11 maja 2016

MATKI I SYNOWIE JANDA TEATR POLONIA

MATKI I SYNOWIE, ależ to trudny temat! Jak istotny. Zwłaszcza, że w tej sztuce ojciec nie uczestniczył w wychowaniu dziecka, ignorował żonę. Brak miłości w domu, komunikacji, która wytworzyłaby w sposób naturalny bliskie, serdeczne, szczere, mocne więzy pomiędzy rodzicami i dzieckiem powoduje, że rodzina będąc jednością składa się z samotnych, zamkniętych w sobie bytów, skazanych na własne siły w zmaganiu się z życiem i światem, bolesną walkę z samym sobą. I to nie mające zaspokojenia pragnienie miłości, które poza bólem, niezrozumieniem , ranieniem się nawzajem nic dobrego nie wnosi. Bo naturalne, instynktowne, bezwarunkowe uczucie dziecka do matki, matki do dziecka tu istnieje, nigdy się jednak nie rozwinie w dojrzałe, mądre, odpowiedzialne uczucie, które uświadomiłoby matce, że prawdziwa miłość, to bezwarunkowa akceptacja dziecka, jakim jest naprawdę, bez kłamstw, naginania go do matczynej woli i systemu wartości, jej planów i celów. Do rekompensowania swoich niepowodzeń. Realizowania się rodzica poprzez syna życie, sukcesy. Wychowywać trzeba tak, by dziecko miało szansę dojrzeć do samodzielności w wyrażaniu i tworzeniu siebie. I gdy stan ten osiągnie, należy mu pozwolić być tym, jakim się sam odkryje, kim jest w istocie. Należy pozwolić mu odejść, by żył na własnych warunkach w świecie, który jest jego najlepszym sprzymierzeńcem w rozwoju. Matka będzie szczęśliwa tylko wtedy, gdy dziecko będzie szczęśliwe. Inaczej jej miłość stanie się toksyczną, zaborczą, ubezwłasnowolniającą trucizną. Dla niej samej zabójczą męką, więzieniem, wiecznym umartwianiem, niekończącym się żalem. Miłość rodzicielska to potencjał czystego uczucia zaburzonego równie silnym lękiem, obawą, o szczęście, powodzenie dziecka.   Miłość dziecka do rodziców oczekuje przede wszystkim akceptacji, pomocy, wsparcia. Pewności, że na nich może zawsze liczyć. Czułej uważności, nienachalnej obecności. Zwłaszcza, gdy jest w fazie dorastania, poszukiwania własnej tożsamości, drogi życia, rozwoju. W fazie naporu buntu i podważaniu wszelkich norm i wartości.

W spektaklu matka, rozczarowana, niespełniona, zaniedbywana, pozostawiona sama sobie żona, obecnie już wdowa, zawiedziona, dojrzała kobieta, konserwatywny człowiek jest całkowicie niepogodzona z życiem, swoim i syna.  Kumulacja nierozwiązanych spraw, wątpliwości, pytań pozostających bez odpowiedzi jest dla niej nie do zniesienia. Desperacko szuka pomocy. Ostentacyjnie domaga się wyjaśnień, informacji, do braku których sama swoim zaniechaniem, wycofaniem się z życia syna dopuściła. Wtedy, gdy wydaje się, że na wszystko jest już za późno.  Nic nie może naprawić, zrobić. Nie da się zbudować więzi, odzyskać straconego czasu, utraconego życia. Może tylko zrozumieć ex post swoje błędy, opanować złość, poczucie krzywdy, przestać obarczać winą innych za swoje błędy zimnego wychowania, poznać ze wspomnień, relacji Michaela lepiej syna, Andre, którego odrzuciła i już na zawsze straciła. Może spróbować sobie samej wybaczyć zdradę syna. Zaakceptować ex post jego decyzje, wybory, środowisko, jego chorobę, życie i śmierć. Bo tylko to przyniesie jej ulgę i pogodzenie się ze światem, który jest jej tak obcy, wydaje się nie do przyjęcia. To da nadzieję i siłę na dalsze życie. Wydobędzie ją z depresji, wiecznego kontestowania.

 Wkracza więc Katharine Gerard/Krystyna Janda/ niezapowiedzianie w życie byłej miłości syna geja, Michaela /Paweł Ciołkosz/ i jego nowego partnera Willa /Antoni Pawlicki/, ekonomisty i pisarza wychowujących siedmioletniego syna Nicka,  staromodna, klasyczna, uzbrojona w tradycyjny, skostniały system wartości wpojony wychowaniem z pakietem pretensji, oskarżeń, pytań, pouczeń, obaw. Porusza się po tym obcym jej terytorium spięta, zdenerwowana, zdystansowana. Otulona w futro z norek miota się jak zwierzę w klatce zagubiona, niepewna, osaczona jakby chciała uciec z tego nowoczesnego nowojorskiego loftu. Bezsilna, zdezorientowana. Dusi się w tym przestrzennym miejscu obcego jej stylu życia. Ekstrawaganckiego minimalizmu, prostoty w pastelowych kolorach z mnóstwem książek przy siedziskach z poduszkami, lunetą, lampą, stolikiem, dwoma  fotelami w kolorach beżowo-niebiesko-zielonego dywanu, rysunków dziecka na ścianach. Wszystko ją denerwuje, przeszkadza, mierzi. Minęło siedem lat od śmierci jej syna a ona nadal tkwi w żałobie. W kryzysie macierzyńskiej miłości i troski, w punkcie wyjścia dla akceptacji wolności wyboru swego dorosłego dziecka. A teraz jeszcze widzi szczęśliwy gejowski małżeński związek troskliwie wychowujący bystrego, wrażliwego chłopca. Jej ból i cierpienie przez to wzmaga się, przyjmuje formę agresji i ataku. Brutalnych oskarżeń, ostentacyjnych zachowań. Czuje się nieswojo, niepewnie. Nerwowo długo przegląda zdjęcia syna, które Michael przechowywał w pudełku. Ciągle sięga po torebkę, grzebie w niej, coś wyjmuje, wkłada. Z czasem, prowadząc trudną rozmowę o synu, ich wspólnej przeszłości, jego karierze aktorskiej, ciężkiej chorobie, AIDS, śmierci Andre oswaja się z faktami z jego życia, których przecież nie znała. On czuł się odrzucony, nieakceptowany, niekochany. Podobnie jak ona, tylko z innych powodów. Nie chciała się z nim spotykać, bo była bezsilna wobec jego wyborów. I zła na niego, że jej nie słuchał i się nie podporządkował. Ale to tylko wzmagało jej cierpienie, frustrację i niezgodę na jego życie. Podobnie i z nim było.

 Krystyna Janda tworzy intrygującą, złożoną, niejednoznaczną postać matki. Wizualizuje sprzeczne uczucia, skrajne stany emocjonalne, pozwala wybrzmieć wiecznym lękom starzejącego się człowieka, kobiety, rodzica o przyszłość młodych ludzi/syna, Michaela i Willa, Nicka/. Może i nienawiści wynikłej z tego jak ją wychowanie, jej świat wartości ukształtował. Przede wszystkim z nierównej walki jaką matki toczą z partnerami swoich dzieci, kiedy one się usamodzielniają i na własny rachunek chcą żyć i kochać, odnosić sukcesy i popełniać błędy. Brak pewności, że alternatywna do jej stylu życia egzystencja, jest słuszna i nie skończy się katastrofą. Bezsilność argumentów, chłód uczuć, brak więzi, zaburzone relacje, brak otwartości, zaufania nie pomagają jej się porozumieć z młodym , myślącym i żyjącym inaczej niż ona pokoleniem. Kiedy zaborczość, upór, żal, rozczarowanie, zacietrzewienie nie chce słuchać, nie chce wiedzieć, nie pozwala tak naprawdę z dzieckiem już na jego warunkach być.

 Końcowa intymna, rodzinna scena przywraca nadzieję, że ortodoksyjne nastawienie można zmienić, przełamać. Jest ratunek, sposób, wyjście z tej patowej, wydawać by się mogło, sytuacji. Mimo ostentacyjnie demonstrowanej wcześniej wrogości. Wymaga jednak otwartości, naturalnej dziecięcej postawy podejmującej ryzyko. Nie obawiającej się tak różnym osobom do siebie nawzajem zbliżyć. Poddania się instynktowi, ufności, że wszystkie trudności będzie można jeśli nie przełamać, pokonać, to przynajmniej zaakceptować. Lęki oswoić. Cierpienie i ból wyciszyć. Nie osaczać swoją zaborczością tych, na których nam zależy,  nie więzić sobą tych, których się kocha. Bo należy się pogodzić z tym, czego nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy zmienić, na co nie mamy żadnego wpływu. Żyć w bezpiecznym, jednak emocjonalnie chłodnym dystansie do samego siebie i świata. Życia własnych dzieci.

 Spektakl, aktorstwo i reżyseria to cudownie pokazuje.  I uczy tolerancji, elastyczności, dystansu mądrej empatii i miłości. Pozwala przepracować trudne problemy, z którymi sami się zmagamy lub nawet jeśli nas one bezpośrednio nie dotykają, to jednak są obecne w życiu społecznym i wymagają rozeznania, przyjrzenia się im z bliska. W tej naszej polskiej, chrześcijańskiej, zachowawczej, konserwatywnej mentalności. Zamykającej się na INNEGO, OBCEGO, WYKLUCZONEGO. Teatr Polonia, Krystyna Janda podejmuje to wyzwanie. Z czułością. Z sukcesem.

 

MATKI I SYNOWIE   TERRENCE McNALLY

Reżyseria: Krystyna Janda

Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak

Światło: Katarzyna Łuszczyk

Scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska

Asystent scenografa i kostiumologa:Małgorzata Domańska

Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska

Asystenci reżysera: Ewa Ratkowska, Rafał Mohr

Asystent producenta wykonawczego: Justyna Kowalska

 Obsada:

Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Antoni Pawlicki, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz

 Data premiery: 28 kwietnia 2016

 http://okiem-widza.blogspot.com/2016/05/matki-i-synowie-janda-teatr-polonia.html?m=1

 

 

 

Matki i synowie, czyli lekcja tolerancji i aktorskie fajerwerki w Teatrze Polonia

chochlik kulturalny, Włodzimierz Neubart, 24 maja 2016

 Gdyby nie to, że w czasie spektaklu padają nazwy amerykańskich miast, a bohaterowie mają obco brzmiące imiona, moglibyśmy pomyśleć, że wcale nie jesteśmy w teatrze, a przypadkiem podglądamy sąsiadów. To nawet nie jest znak, że Terrence McNally napisał sztukę uniwersalną (choć to przecież oczywiste), ale przede wszystkim, że Krystyna Janda, reżyserując i grając w przedstawieniu, dokonała zadziwiającej rzeczy: mamy tu bowiem do czynienia z zatarciem granicy między sceną a życiem. Widz nie ma poczucia, że ktoś gra przed nim pewną historię, on uczestniczy w życiu prawdziwych ludzi. Zagrać tak, żeby nikt nie czuł, iż to „tylko teatr”, to ogromna sztuka. Od Krystyny Jandy wymaga dodatkowo wyjątkowego skupienia, aktorka musi wręcz zrezygnować z wielu tak typowych dla siebie warsztatowych rozwiązań. Oszczędność zastosowanych środków bardzo się opłaca. Nie tylko wytrąca przeciwnikom gry aktorki argument o „pewnej nadekspresyjności” (udowadniając jednocześnie, że Janda pozbawiona tego oręża staje się nawet silniejsza!), ale sprawia, że pewne zdarzenia, wątki, stają się wyrazistsze niż kiedykolwiek. W tej otoczce znakomicie odnajdują się też partnerujący gwieździe aktorzy. Całość robi  wielkie wrażenie!

Na krawędzi

 „Matki i synowie” to zaskakująco celny głos w dyskusji na temat problemów związków homoseksualnych. Terrence McNally i tak opowiada historię małżeństwa amerykańskiego, a więc już na wstępie obarczonego mniejszą ilością kłopotów niż w wielu krajach europejskich, w tym w Polsce (gdzie zawieranie małżeństw przez pary homoseksualne nie jest prawnie dozwolone). Problemy rodzin osób homoseksualnych są jednak podobne na wszystkich szerokościach geograficznych. Emocje rodziców, nie potrafiących pogodzić się z tym, że ich dziecko jest lesbijką czy gejem, są zapewne takie same (wiadomo, albo będzie to miłość i akceptacja, albo bolesny brak zrozumienia). W naszym kraju dyskusja o preferencjach seksualnych wciąż wywołuje nie wiedzieć czemu dyskusje, w których koronnymi argumentami są kwestie wiary i tego, że wszyscy mają być tacy, jacy my jesteśmy. Choć wiele się w tym względzie zmienia, wciąż uznawani jesteśmy za naród nietolerancyjny, we wszystkim, tak po prostu.

Wyrzuć swój gniew…

W „Matkach i synach” Katharine Gerard (Krystyna Janda) odwiedza wiele lat po śmierci syna jego byłego partnera, Michaela. Straciła swojego Andre wiele lat temu i to dwukrotnie, po raz pierwszy, gdy zerwała z nim kontakt na wieść o tym, że jest gejem, a po raz drugi, gdy zmarł na AIDS. Tym razem już nieodwołalnie. Minęło kilka lat, a ona wciąż nie może się pogodzić, jednak nie z faktem, iż bezpowrotnie utraciła możliwość uczestnictwa w życiu swojego dziecka, ale z tym, że syn w ogóle był gejem. Bo przecież to nie jej wina. To Nowy Jork, źli znajomi, sprawili, że jej wychuchane dziecko zeszło na „złą drogę”. Nieszczęśliwa matka nie jest w stanie zaakceptować orientacji seksualnej syna nawet wiele lat po jego śmierci (a – umówmy się – śmierć dziecka jest w zasadzie dla każdego rodzica jednak największym z dramatów, tutaj, przez zacietrzewienie Matki ma znaczenie drugoplanowe, przynajmniej na pewnym poziomie). Przyjeżdża, żeby wyśmiać całe towarzystwo, oskarżyć o odebranie jej czegoś cennego, powiedzieć, kto tu jest największą ofiarą – ona sama!

Matka wie lepiej

            Brak akceptacji, który wylewa się z Matki w każdym momencie, jest zrozumiały. Ostatecznie każdy rodzic ma względem swego dziecka pewne plany (cóż z tego, że zazwyczaj dzieci mają własne, często odmienne), dramat zaczyna się wówczas, gdy nie jest w stanie zaakceptować tego, że ukochany syn lub córka mogą pragnąć czegoś innego. To nawet nie jest kwestia tego, by rodzice ochoczo sekundowali dzieciom w ich poczynaniach, ale aby pozwolili im iść własną drogą. Nie zawsze to, co jest dobre dla nas samych, jest tym, co przyniesie szczęście innym. Trzeba to jednak zrozumieć.

Katharine Gerard nie zamierza rozumieć, a jedynie uzmysłowić Michaelowi (w tej roli fantastyczny Paweł Ciołkosz), że jest przyczyną jej bólu. Kiedy pojawia się w pięknym apartamencie z obłędnym widokiem, jest w spokojna, wręcz stonowana, choć czujemy, że gotuje się pod skórą. Będzie starała się jednak zachować klasę. Ma żal do wszystkich za to, iż jej własne życie nie ułożyło się szczęśliwie.

Niestety dla Katharine, nie wszystko idzie tak, jak by sobie tego życzyła. Nie ma się do czego przyczepić. Mieszkanie jest eleganckie, czyściutkie, trudno więc stwierdzić, że to atmosfera tego chlewu tak wpłynęła na jej dziecko… No nic, trzeba więc zacząć rozmawiać. Tylko jak? Zwłaszcza, jeśli się nie chce słuchać, bo i tak wszystko wie się z góry?

Ale rozmowa się rozpoczyna i jej kierunek daje Katharine punkt zaczepienia! Oto bowiem ten rozwiązły typ związał się już z kimś innym. Tłumaczenia, ze stało się to dopiero po siedmiu latach, nie mają znaczenia. Ci geje nie mają zupełnie wstydu – zdaje się myśleć kobieta. Informacja, że Michael ma nie tylko partnera, Willa Ogdena (granego przez Antoniego Pawlickiego), ale też wspólnie wychowują syna (Jak to, geje mają dziecko? Ktoś im je po prostu dał? Ukradli? Porwali?), ogłusza ją na chwilę. Po pierwszym szoku przypuszcza jednak atak, upatrując w upadku obyczajów i nadgniłej moralności mężczyzn przyczyn śmierci jej syna.

Tymczasem okaże się, że związek Mike`a i Willa uświęcony jest węzłem małżeńskim, a dziecko jest przez nich adoptowane. Co za czasy? Nawet Katharine nie może zaprzeczyć, że formalnie panowie mogą sobie tak żyć. Ale to przecież nie jest normalne! Wszystko jest do góry nogami! Kto zatem jest winny śmierci jej wspaniałego dziecka? To, że był aktorem, że ten cały Mike wmanewrował go w to towarzystwo, sprawiło, że został gejem, bo przecież kiedy wyjeżdżał z domu na studia, był jeszcze normalny. Normalny, słyszycie?

Jeśli ktoś walczy z prawdą, od prawdy zginie. Matka dowiaduje się więc, że to Andre zdradzał Mike`a z przygodnie poznawanymi mężczyznami, to on zaraził się śmiertelną chorobą, która rozwinęła się w AIDS. To jej własny syn naraził na ryzyko zachorowania także Mike`a, którego tak podobno kochał.

Która matka byłaby w stanie znieść te wszystkie rewelacje? A jest tego więcej i sytuacja będzie się rozwijać. Katharine pozna męża Mike`a, ich syna. To spotkanie zmusi ją do wielu przemyśleń. Wiadomo, że nie wszystkie pytania doczekają się odpowiedzi, a parę chwil spędzonych z ludźmi, którzy nawet radząc sobie z traumą (bo przecież to Mike stracił partnera, to on był przy nim w najgorszych momentach choroby), nie są w stanie zmienić kobiety tak do końca. A jednak – czemuś to służy.

Dlaczego spektakl podoba się wszystkim bez wyjątku

(chyba że na widowni pojawi się wojujący reprezentant jednej z frakcji politycznych, którego płomienne oburzenie wywoła co najwyżej uśmiech politowania)? Sprawa jest niezwykle prosta. Spektakl, co jest paradoksem, biorąc pod uwagę tematykę, nie epatuje homoseksualizmem, to, że Mike i Will są małżeństwem, nie szokuje, nie ma tu golizny, scen łóżkowych, tanich chwytów. Słowem – nikt tu nie gra geja! Są dwaj mężczyźni, których związek jest taki sam, jak każdy inny. Ameryka jest już wtedy po latach osiemdziesiątych, kiedy gejów traktowano niemal jak trędowatych. Ludzie żyją tak, jak chcą, nie będąc piętnowanymi za coś takiego, jak orientacja seksualna.

I tylko matka zmarłego Andre domaga się „sprawiedliwości”.  Jeśli nie można dla niej cofnąć czasu (syn nie żyje, mąż odszedł), to chociaż niech się przyznają ci, którzy „zawinili”, niech zrekompensują jej cierpienie, niech im też będzie źle. Ludzkie dramaty, które widzimy w spektaklu, są niczym innym, jak odzwierciedleniem tego, co widzowie dostrzegają wokół siebie w polskiej rzeczywistości. Tutaj również, jak wszędzie, czasem matki mają problem z zaakceptowaniem tego, że ich dzieci nie będą tym, kim one same by chciały. Smutne, ale prawdziwe. I tym wygrywa zespół Teatru Polonia. Nic tu nie jest grane fałszywie, ani pod publiczkę. Nikt nie wpadł na pomysł, by szokować, bo to nabije kasę, bo na to się przyjdzie do teatru niezależnie od wszystkiego (efekt spektaklu „Śmierć i dziewczyna”…). Wybrano drogę o wiele trudniejszą, ale tak właśnie rodzi się sztuka.

Zamiast przysłowiowej farsy, w której zmanierowany gej będzie śmieszył już samą swoją obecnością, a rozedrgana matka będzie krzyczała i histeryzowała, otrzymujemy wnikliwe studium charakterów. Uniwersalne, przejmujące i zmuszające do refleksji. Po spektaklu owację na stojąco zgotowali artystom wszyscy – starsze panie, eleganccy panowie w garniturach i młodzież. Wiek, płeć, podejrzewam, że wyznanie i orientacja seksualna widzów również, nie miały tu nic do rzeczy. Bo nie o skandal obyczajowy w przedstawieniu chodzi, a o mądry głos w dyskusji, która dotyczy  niemałej części społeczeństw całego świata.

Sam temat homoseksualizmu w teatrze nie wywołuje już wstrząsu. Niemal każda scena podejmuje ten wątek, z różnym jednak efektem, najczęściej karykaturalnym. Teatr Polonia „Matkami i synami” sytuuje się tu więc na najwyższej półce obok spektakli Krzysztofa Warlikowskiego (kto widział „Anioły w Ameryce”, ten rozumie) czy Natalie Ringler („Bent” w Teatrze Dramatycznym).

Krystyna Janda i jej nieograniczone umiejętności

Widziałem Krystynę Jandę w niezliczonych rolach filmowych, a i kilku teatralnych. Tym razem urzekła mnie całkowitą zmianą wizerunku. Nie chodzi oczywiście o kostium, a o świadome ograniczenie środków wyrazu. Aktorka tworzy Matkę delikatnie, wbrew wszelkim przypuszczeniom widza. Nie może znieść tego, że dawny kochanek jej syna jest szczęśliwy, ma męża i dziecko. Gej! Ma lepiej od niej, która wszystko straciła, a jest przecież normalna! Powie mu to, a jakże, ale gdy żachnie się na Mike`a, będzie to dyskretne i stonowane. Wiele razy będzie na granicy wybuchu, choć widz raczej to wyczuje niż zobaczy. Tłamsząc w sobie narastające latami rozgoryczenie własnym życiem, kobieta będzie raniła innych, tak słowem, jak i zachowaniem. Wie o tym, ale nie zamierza się zmienić.

Pokochają Jandę wszystkie matki gejów, które zobaczą ją w tym spektaklu. Dlaczego? Bo zobaczą na scenie siebie. Jest taki moment, gdy zmęczona kobieta pyta mężczyzn, u których gości, czy jest tu toaleta dla kobiet. Widownia pęka ze śmiechu (choć to taki śmiech przez łzy, a zarazem dowód uznania dla talentu aktorki), bo jej zachowanie jest takie typowe. Ona się przecież brzydzi. Gdy wróci z łazienki, czystej i pięknej, jak wszystko w apartamencie, nie byłaby sobą, gdyby dodatkowo nie wytarła rąk dezynfekującymi chusteczkami, które przezornie trzymała w torebce.

Relacje kobiety z byłym partnerem syna i jego rodziną przechodzą różne fazy. W każdej z nich Krystyna Janda buduje swoją postać na opozycji swojej dyskretnej gry w stosunku do tego, do czego przyzwyczaili się widzowie. Jej subtelność, maestria gestów, wymowne wykorzystanie torebki i rękawiczek, spojrzeń, przyprawiają o dreszcze.

Sukces jest zapewne efektem mądrego podejścia do problemu. Dzięki takim, a nie innym środkom wyrazu, widzowie przestają patrzeć na spektakl w kategoriach szokowania homoseksualizmem, a dostrzegają w nim prawdziwe życie, kobietę zżeraną emocjami, niezdrową zazdrością, nienawiścią, nieumiejętnością pogodzenia się z samą sobą. Nie po raz pierwszy okazuje się, że aktorka potrafi grać ciszą lepiej, niż ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić.

Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki, czyli o dobrym partnerowaniu wielkiej artystce

Przeczytałem gdzieś, że to dzięki stonowanej grze Krystyny Jandy możliwe jest dostrzeżenie pozostałych aktorów na scenie. Nic bardziej mylnego! Tutaj aktorzy tworzą po prostu zespół. Rozumieją się znakomicie, przegadali sztukę, wiedzą co robić. Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki są partnerami gwiazdy, nie zaś statystami.

W tym męskim duecie moim faworytem jest Paweł Ciołkosz. Widziałem go kiedyś w innym spektaklu w Teatrze Współczesnym. Bardzo się od tego czasu rozwinął. Jego Mike jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, co w dużej mierze rzutuje na odbiór sztuki. Wrażliwość Mike`a idzie w parze z życiową mądrością. On przepracowuje swoją traumę (która przecież gdzieś w nim dalej siedzi) zupełnie inaczej niż Katharine. Powie jej o tym, jednak kto inny uzmysłowi kobiecie, że jest śmieszna w rozpamiętywaniu własnego nieszczęścia. Will, ten bardziej nowoczesny, bardziej luzacki, wyjaśni: „On (Michael) stracił więcej niż pani syna. Stracił całe pokolenie (…)”. Wszystko to sprawi, że Matka spróbuje spojrzeć na świat, w którym się zamknęła z innej perspektywy. Grający Willa Antoni Pawlicki jest przeciwwagą dla spokojniejszego partnera. Nie porusza mnie może tak jak Ciołkosz, ale jego gra jest po prostu bardzo dobra. Taki Will jest po prostu wszystkim potrzebny.

Aktorzy, młodzi przecież jeszcze, stworzyli zaskakująco dobry duet. Tak od siebie różni, a znaleźli sceniczny język, który sprawia, że rozumiemy dokładnie, po co są występują.

Dodam tylko, że grający tego dnia postać dziecka Adam Tomaszewski jest rozkosznie barwnym promyczkiem. .Kiedy ojcowie rozmawiają z nim, przekazują zarazem nam wszystkim sporo rzetelnej prawdy o świecie. Brawo!

Widownia zawsze wie najlepiej

Gdyby spektakl nie był świetny, bilety na „Matki i synów” nie wyprzedawałyby się, tak jak teraz. Wszyscy już wiedzą, że nikt gołym tyłkiem nie świeci, a jednak ludzie garną się do teatru. Wiecie dlaczego? Żeby wziąć udział w tej potrzebnej nam wszystkim lekcji tolerancji.

Świata ten spektakl pewnie nie zmieni, ale wielu kobietom pozwoli pewnie zrozumieć ich własne błędy. To, że nie podano tu gotowych recept na to, jak żyć, a jedynie uwrażliwiono, by nie patrzeć na dzieci tylko przez pryzmat własnego rozgoryczenia, jest największą zaletą. Każdy sam powinien wyciągnąć wniosek, że w społeczeństwie jest miejsce dla wszystkich, a akceptacja różnorodności nie sprawia, że sami automatycznie stajemy się reprezentantami innej nacji. W pudełku kredek są bardzo różne kolory, nie jest tak, że wśród nich znajdują się lepsze i gorsze.

I jeszcze jedno – wszystko, co najmądrzejsze, płynie do nas w „Matce i synach” między słowami. Cisza tutaj nie zabija, a uczy i wzrusza. Kiedy Katharine zdecyduje się zjeść ciasteczko i popić je mlekiem, jeszcze nie wiadomo, jak potoczy się jej życie (mistrzowsko scenę tę potęguje gra świateł – to zasługa Katarzyny Łuszczyk). Ona zaledwie zaczyna rozumieć, ale co zrobi, nie wiemy. Tę historię musicie opowiedzieć sobie sami.

Włodzimierz Neubart

Przyznane Chochliki:

tekst sztuki: 6

gra aktorska: 6

reżyseria: 6

scenografia i kostiumy: 6

wrażenie artystyczne: 6

razem: 30

http://chochlikkulturalny.blogspot.com/2016/05/matki-i-synowie-czyli-lekcja-tolerancji.html?m=1

 

 

Dlaczego matki nie rozumieją?

Wiesław Kowalski, Teatr dla Was/7.05

Wątki homoseksualne pojawiają się w teatrze wcale nie tak rzadko, najczęściej jednak w formie bardziej karykaturalnej czy prześmiewczej. Wyjątkiem mogą tu być spektakle Krzysztofa Warlikowskiego, choćby „Oczyszczeni” czy „Anioły w Ameryce”. Czy dzisiaj poruszając te tematy można jeszcze mówić o naruszaniu polskiego tabu? Czy nasze społeczeństwo wciąż woli tych kwestii nie dotykać i zwyczajnie milczeć, czy wciąż jest stłamszone, ograniczone i zaczadzone? A może tylko łatwowierne i naiwne?

Być może na te pytania da odpowiedź spektakl Krystyny Jandy przygotowany w Teatrze Polonia. Póki co przedstawienie „Matki i synowie”, w kilka dni po premierze, ogląda publiczność bardzo zróżnicowana, również pod względem wieku, a czyni to z ogromnym zainteresowaniem, skupieniem, może nawet czułością, czujnie chłonąc to, co mówią nam bohaterowie spektaklu o swoich najgłębszych uczuciach i przeraźliwej samotności. Śmiech, jeśli nawet się pojawia, nie jest w tym przypadku nerwowym chichotem, który najczęściej towarzyszy motywom gejowskim ukazywanym na scenie. Trudno jednak przewidzieć czy wstający na brawach widzowie bardziej odnoszą się do skomplikowanej problematyki dramatu Terrence’a McNally’ego, dotyczącej udręki związanej z AIDS i traumy rozstań z najbliższymi, czy do świetnie zagranego spektaklu, a szczególnie koncertowej kreacji Krystyny Jandy.

Nauka tolerancji dotycząca mniejszości narodowo-społecznych nie jest sprawą łatwą. Uczą się jej wciąż, niezależnie od tego jak długie są ich doświadczenia w próbie umiejętności osiągnięcia dialogu, wszystkie narody. Nasze społeczeństwo jest na pewno bardziej zamknięte od amerykańskiego i zdecydowanie mniej otwarte na innych. Dlatego bardzo dobrze się stało, że Teatr Polonia podjął ten temat i że w publicznej recepcji przedstawienie zdoła być może zmniejszyć tę kłopotliwą dla niektórych przepaść. Zdoła wywołać refleksję nie tylko dotykającą sfery winy i przebaczenia, ale również par homoseksualnych, które egzystują z pozostałymi w tej samej przestrzeni, że można zaakceptować świat oparty na różnorodności i równowadze.

W dramacie McNally’ego, jako że rzecz dzieje się w Ameryce, bohaterowie nie mają żadnego problemu z ujawnianiem swoich seksualnych preferencji. Są zresztą małżeństwem i wspólnie wychowują siedmioletniego syna. Mają już za sobą lata osiemdziesiąte, kiedy o AIDS mówiło się jako o karze boskiej za sodomię, a homoseksualistów traktowano jak trędowatych. Konflikt pojawia się dopiero w momencie pojawienia się matki byłego kochanka Mike’a, która nie potrafi uporządkować swojego życia po stracie najpierw syna, a potem męża. Krystyna Janda na rzecz postaci Katharine Gerard rezygnuje zupełnie z mocnej i silnej ekspresji, która bardzo często charakteryzowała jej poprzednie role. Tym razem wszystko jest oparte na emocjonalnych półtonach, uczuciowych półcieniach, które posiadają dużą moc wzruszenia, niezależnie od tego, czy zgadzamy się z bezlitosnymi niekiedy sądami protagonistki. Janda rewelacyjnie wykorzystuje każdą pauzę, każdy moment kłopotliwej ciszy, w czym dzielnie sekunduje jej Paweł Ciołkosz jako Mike. Nieco inny koloryt wprowadza na scenę pojawienie jego partnera, w którego wciela się, nie mniej udanie, Antoni Pawlicki. Sporą dawkę humoru wprowadzają bez wątpienia jego rozmowy z małym chłopcem.

Półtoragodzinny spektakl w Polonii ogląda się z zapartym tchem, bo też i emocjonalne relacje matki z byłym kochankiem jej syna i jego nowym partnerem przechodzą różne fazy – wiele tu mówi się o fascynacji, miłości i przywiązaniu, ale nie mniej o nienawiści, porażającej samotności i odrzuceniu. O totalnej nieumiejętności pogodzenia się z samym sobą. Naprawdę warto zobaczyć, z jaką sugestywnością Krystyna Janda atakuje tę nie zawsze dramaturgicznie efektowną partyturę, jak koncertowo prowadzi dialog, w którym milczenie potrafi też być słowem.

CZY NASZ ŚWIAT JEST NA TO GOTOWY?

Iwa Poznerowicz, www.teatrdlawas.pl

Najnowsza premiera w Teatrze Polonia jest spektaklem poruszającym, ale i trudnym. To zasługa aktorów: Krystyny Jandy, Pawła Ciołkosza, Antoniego Pawlickiego i Antoniego Zakowicza, jak również tematu poruszonego w świetnym tekście autorstwa Terrence’a McNally’ego. Zastanawiałam się nad pytaniem, które nie pada ze sceny, ale pojawiało się w mojej głowie przez cały spektakl: kto bardziej cierpi po stracie syna i kochanka? Matka czy partner? I kto ma większe prawo do okazywania tego cierpienia?

Prawie pusta scena. Pod ścianami jakieś skromne kanapy, poduszki, trochę książek ułożonych w stosy. Na środku mały stolik i dwa fotele. W tej scenerii pojawia się Ona. Matka. Otulona w futro, milcząca, najeżona niechęcią. W każdym wypowiedzianym, czy wręcz wymuszonym słowie, ruchu głowy widać, że nie chce tu być – wizyta w tym mieszkaniu i rozmowa z byłym partnerem jej syna jest dla niej cierpieniem. Katharine Gerard to matka Andre – zdolnego młodego aktora, który piętnaście lat temu zmarł na AIDS. Michael Porter to były kochanek jej syna. Katharine jest od niedawna wdową, przyjechała żeby oddać pamiętnik syna, ale tak naprawdę pragnie obciążyć Michaela swoim cierpieniem. Jest zaskoczona, że ma on nowego partnera / prawdziwego męża – Willa Ogdena i że obaj wychowują swojego syna. To, że Michael ułożył sobie życie wyraźnie ją denerwuje. Za wszelką cenę stara się zdeprecjonować uczucia, jakimi mężczyzna darzył jej syna. Trudno jej przyjąć do wiadomości informacje o niewierności Andre (to on zdradzał i zaraził się AIDS), o oddaniu Michaela, czy siedmioletniej żałobie mężczyzny. To wszystko nie ma dla niej znaczenia. Ważne jest tylko to, że Ona – Matka straciła syna – jej cierpienie jest dla niej najważniejsze. Inni się nie liczą. Powrót do domu Willego z Nickiem – wspólnym synem pary – jeszcze bardziej wyprowadza ją z równowagi. Will to młody pisarz, który żyje w zupełnie innym świecie. Kocha Michaela, jest jego oficjalnym mężem, wychowują wspólnie syna. Ale podskórnie jest zazdrosny o Andre, czasami ma wrażenie, że żyje w cieniu mężczyzny, którego nigdy nie znał. Dla niego tamte czasy, kiedy homoseksualiści nie mogli oficjalnie zawierać małżeństw i mieć dzieci, to – jak sam mówi – okres, gdy „świat nie był jeszcze na to gotowy”. Teraz jest inaczej i właśnie w tym innym duchu wychowują swojego syna. Jest to wychowanie pełne tolerancji, otwartości, odwagi, zrozumienia dla drugiego człowieka i jego złożonej natury. Nick, jak na siedmiolatka przystało, zadaje mnóstwo zwyczajnych, prostych, pytań, które są bardzo trudne dla Katharine. Dla niego jest starszą panią, która odwiedziła jego ojców i mogłaby zostać jego babcią. Bo on nie ma babci, a chciałby ją mieć. I ten młody chłopczyk, nieobciążony żadną traumatyczną przeszłością, wprowadza cień nadziei w samotne życie Katharine, nadziei niewypowiedzianej słowami, ale zagranej poza nimi, przesłanej do widzów w ostatniej scenie.

Aktorzy w tym spektaklu zasługują na szczególne wyróżnienie. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie Paweł Ciołkosz w roli Michaela. Jego interpretacja roli była ascetyczna, ostrożna, delikatna, ale nie było w tym nic zniewieściałego. Każde jego słowo, wszystkie gesty uwidaczniały, jak bardzo kochał Andre. Po siedmiu latach żałoby ułożył sobie życie, ale nadal dawne czasy i tęsknota za poprzednią miłością są żywe w jego myślach. Ma świadomość tego, że nie mógł nic zrobić, nie mógł pomóc swojemu utalentowanemu partnerowi. Mógł tylko wybaczyć i być z nim do końca. Rola Ciołkosza to doskonała prezentacja tego, jak pięknie i prawdziwie można oszczędnymi środkami przekazać tak wiele trudnych do wyartykułowania emocji.

Krystyna Janda, jako Katharine, gra bardzo powściągliwie, emocje i nerwy trzyma prawie cały czas na uwięzi. Są momenty, kiedy pokazuje, że rozumie tęsknotę i żal Michaela, ale już za chwilę, gdy tylko ma wrażenie, że mężczyzna się troszkę otwiera, „atakuje”, by udowodnić, że jej żal, żałoba i tęsknota są zdecydowanie większe i głębsze. Nie rozumie Michaela, ale wie też, że ten mężczyzna, do którego ma żal, bo „zrobił z jej syna geja” jest ostatnim łącznikiem ze zmarłym jedynakiem. Tylko z nim może rozmawiać o Andre, tylko z nim może go wspominać. To rola, w której Krystyna Janda jest zagubioną, samotną kobietą, która nie rozumie i nie chce zrozumieć nowego życia. Nie chce się na nie otworzyć. Rola bez wątpienia wybitna, która dzięki prawdzie aktorskiego wyrazu na długo pozostaje w pamięci.

Zupełnie inny jest Willy w interpretacji Antoniego Pawlickiego. To facet na dużym luzie, trochę bezczelny, pozornie pewny siebie, ale jemu też jest ciężko żyć w cieniu Andre. Trochę się boi, że wizyta Katharine może zburzyć jego spokojne życie, choć może bardziej niepokoi go przeświadczenie, że może to osłabić miłość Michaela.

Jedyna rzecz, jakiej mi zabrakło w spektaklu to bliższej relacji między mężczyznami. Zabrakło tego czegoś, co by mnie utwierdziło w przekonaniu, że są szczęśliwym małżeństwem, że są w tym związku spełnieni. Oczywiście wyznają sobie miłość, ale miałam wrażenie, że tak mówią o swoich uczuciach pary mające wieloletni staż w byciu razem. Trochę to brzmiało jak wyznania na odczepnego, wypowiadane jakby dla świętego spokoju. Choć może wynikało to z faktu pojawienia się w ich domu kogoś, kogo się zwyczajnie nie spodziewali?

Nick to debiut dziewięcioletniego Antoniego Zakowicza, który jest szalenie naturalny, świetnie odnajduje się w trójkącie zawodowych aktorów. I to on otwiera Katharine na nowe życie. Ostatnia scena, grana bez słów, jest potwierdzeniem pozytywnej energii przepływającej pomiędzy obojgiem. Świat może się zmienić, ale oni już znaleźli nić porozumienia i wzajemnej akceptacji.

Jestem pod olbrzymim wrażeniem spektaklu, nie tylko gry aktorów, ale także – a może przede wszystkim – tematu jaki został w nim poruszony. Nie potrafiłam oderwać się od myśli rezonujących z otaczającą nas rzeczywistością. Śmiem podejrzewać, że do amerykańskiego przykładu innego modelu rodziny, jaki został przedstawiony na scenie w Teatrze Polonia, nigdy nie dojdziemy – i to jest konstatacja bez wątpienia bardziej niż przykra. A przecież każdy ma prawo być szczęśliwy, ma prawo kochać i być kochany. Niestety dzisiejszy świat, otaczająca nas rzeczywistość z pewnością nie jest na to jeszcze gotowa. I czy w ogóle kiedyś będzie?

Kolejna wielka rola Krystyny Jandy

Witold Sadowy

„Matki i synowie” Terrance’a McNally’ego w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Witold Sadowy.
Postać Matki w nagradzanej wielokrotnie, interesującej amerykańskiej sztuce Terrence’a McNally’ego „Matki i synowie”, granej z wielkim powodzeniem na Broadwayu, a obecnie w Teatrze Polonia, to kolejna wielka rola wybitnej aktorki Krystyny Jandy. Sztuka porusza aktualne problemy małżeństw homoseksualnych na gruncie amerykańskim. W Polsce także problemy te nie są obce. Budzą kontrowersje i wywołują niekończące się dyskusje na ten temat. Daleko nam jednak do tego co dzieje się w Ameryce. Krystyna Janda buduje z wielką maestrią postać nieszczęśliwej Matki nieżyjącego syna Andre, który okazał się gejem. Nie jest w stanie zaakceptować jego orientacji seksualnej nawet po śmierci. I choć kochała go miłością wielką i jedyną w swoim nieudanym życiu, to nie może w żaden sposób zrozumieć, że można być w związku z mężczyzną, a nie z kobietą. I być szczęśliwym. Kreśli tę postać delikatną kreską. Stara się być spokojna, ale podskórnie czujemy, że wszystko się w niej gotuje. Ma żal do świata i do ludzi. Do przyjaciela syna, którego odwiedza w jego domu i nie może znieść, że urządził sobie szczęśliwe życie małżeńskie z drugim mężczyzną, którego nazywa mężem, wychowując wspaniale syna.

CZŁOWIEK LEKARSTWEM NA DRUGIEGO CZŁOWIEKA

Anna Jankowska, www.teatrdlawas.pl

Teatr Polonia po raz kolejny wychodzi naprzeciw współczesnemu widzowi i być może dlatego zyskuje jego zaufanie. Spektakl „Matki i synowie” nazwałabym krótką lekcją tolerancji dla widza w każdym wieku. Wyreżyserowała go Krystyna Janda, która na scenie wciela się w jedną z głównych postaci. Choć nie ma ich wiele, wystarczy, by zrozumieć pewne uniwersalne prawdy dotyczące człowieka. Prawdy, które szczególne znaczenie zyskują właśnie w obliczu współczesnych niepokojów.

W rolach głównych: Antoni Pawlicki, Paweł Ciołkosz, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz oraz wspomniana już wcześniej znakomita Krystyna Janda. Jej bohaterka, Katharine, przyjeżdża do Nowego Jorku w odwiedziny do dawnego chłopaka swojego zmarłego syna (Michael). Choć nie jest gotowa na jakąkolwiek rozmowę, ta wizyta zmieni w jej życiu wiele. Kobieta opłakuje stratę syna Andre, zmarłego na AIDS, choć tak naprawdę nie o śmierć może tu chodzić, bo ich relacje były martwe jeszcze za życia chłopaka. Andre był gejem i zdaje się, że to zadecydowało o ostatecznym skreśleniu go z życia matki, choć od dziecka – jak to mówi – „był jakiś inny, zdystansowany”.

Teraz Katharine poznaje dwójkę młodych mężczyzn – małżeństwo z dzieckiem. A oni jak na złość wydają się być szczęśliwi. Kobieta nie akceptuje nowego porządku rzeczy, choć trudno jej się dziwić, kiedy sam Michael nie wierzy w zmianę, która zaszła w ostatniej dekadzie XX wieku w kwestii społecznej akceptacji par homoseksualnych. Partner Michaela – Will Ogden – w rozmowie z Katharine konstatuje: „On [Michael] stracił więcej niż pani syna. Stracił całe pokolenie. Ludzi, którzy mogli mieć znaczenie. Hamletów, Nurejewów, Melvillów i Whitemanów. Młodych ludzi, którzy chcieli napisać wspaniałe powieści, zbudować mosty, namalować obrazy”.

Choć Katharine wydaje się być niezjednana, coś jednak do niej dociera. Z czasem zauważamy w niej człowieka, który potrzebuje pomocy, rozmowy i zainteresowania ze strony drugiej osoby. Kiedy w końcowej scenie je herbatniki, popijając je jogurtem, zaczynamy dostrzegać w niej kobietę, która mogłaby kochać. I choć twierdzi, że nie ma powodu, by żyć, jej życie właśnie ma czemuś służyć. Nigdy nie jest za późno, by próbować zrozumieć coś, czego nie potrafiło się zaakceptować przez całe życie.

„Matki i synowie” to spektakl ważny pod wieloma względami. Po pierwsze, stanowi przestrzeń dialogu pomiędzy dwoma a nawet trzema pokoleniami. To dyskusja o naturze człowieka. „Co to jest ludzka natura?” pada z ust najmłodszego bohatera, 7-letniego Nicka. Świat dorosłych zbliża się tu do świata dziecka, brak tolerancji zderza się z nowoczesnym modelem rodziny patchworkowej.

Rzadko też zdarza się, by w sztukach tego rodzaju poświęcać uwagę matczyno-synowskim relacjom. Jesteśmy przyzwyczajeni do kolejnych inscenizacji czy filmowych interpretacji, które rozkładają na najdrobniejsze elementy relacje łączące matki z córkami. Pod tym względem spektakl Krystyny Jandy jest zupełnie wyjątkowy.

Wszystko rozgrywa się tu za pośrednictwem rozmowy, dialogu między bohaterami. Nic nie odciąga uwagi widza od konwersacji prowadzonych na scenie. Fragmenty arii Mozarta „L’amero saro costante” w wykonaniu Anny Moffo oraz utwory Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga stanowią doskonałe tło do refleksji.

Podobnie jest ze scenografią. Nowoczesne wnętrze bez zbędnych przedmiotów nie odciąga widzów od tego, co dzieje się na scenie. Jak każde wnętrze mieszkalne, także i to wiele mówi o swoich mieszkańcach. Stos książek leży obok dziecięcych kolorowanek i zabawek, na ścianie nie ma kolekcji obrazów nowoczesnego malarstwa, są za to dziecięce malunki.

Reżyserka spektaklu – Krystyna Janda – jak zawsze wchodzi w rolę totalnie. Nie łatwo jest poznać, czy wypowiada właśnie kwestie swojej postaci, czy mówi coś od siebie. Zawsze jest tak autentyczna, że trudno stwierdzić, czy gra, czy tak naprawdę jest sobą, bez względu na osobliwość bohaterki, w którą w danym momencie się wciela. Duet Ciołkosz – Pawlicki egzemplifikują bardzo poprawną grę aktorską, nie można im wiele zarzucić, choć świetnie angażują się w role pary gejów, nie można też powiedzieć, by zaskoczyli spektakularnym odegraniem którejś ze scen. I wreszcie największe zaskoczenie inscenizacji, najmłodszy aktor – Adam Tomaszewski (gra zamiennie z Antonim Zakowiczem) – który nie tylko wprowadza na scenę ruch, energię, dziecięcą radość, lecz także jest świetnym młodym aktorem, który całkowicie zaskarbia sobie serca publiczności.

„Matki i synowie” mogą stanowić lekarstwo na homofobię. Podane w przystępnej formie ma realną moc oddziaływania na widza. I nie ma tu żadnych gotowych odpowiedzi czy podziału na to, co złe i dobre. Zaczynamy widzieć w więcej niż dwóch kolorach i przekonujemy się, że wrogiem nas samych jest strach przed tym, co nieznane. Doskonała lekcja o meandrach natury człowieka. Trzeba to zobaczyć.

 

„Matki i synowie”, czyli Janda drąży skałę

Jakub Panek, Gazeta Wyborcza, 3.05.2016

„Matki i synowie” w Teatrze Polonia to ważny głos w debacie o tolerancji i dobrze zagrane przedstawienie dramatyczne
W ostatnich tygodniach imię i nazwisko Krystyny Jandy odmieniano przez wszystkie przypadki. Aktorka i szefowa Fundacji na rzecz Kultury prowadzącej w Warszawie Teatr Polonia i Och-Teatr była regularnie atakowana przez środowiska prawicowe. Na początku były insynuacje o jej złych relacjach z córką – aktorką Marią Seweryn. Potem zdaniem prawicowych portali Maciej Stuhr miał zostać „tłumnie wyklaskany” podczas przedstawienia „Boska!” w Polonii – to kara za wyśmiewanie się podczas gali Orłów 2016 z katastrofy smoleńskiej i „żołnierzy wyklętych”. Tłumaczenia Krystyny Jandy, że klaskała jedna osoba, były podważane. Aż do momentu upublicznienia filmiku wideo, który nagrał jeden z widzów. W końcu prorządowe media z satysfakcją nagłaśniały informację o drastycznie obciętej dotacji dla teatrów prowadzonych przez Krystynę Jandę. Na przyszły rok wnioskowała o 1,5 mln zł, Ministerstwo Kultury kierowane przez Piotra Glińskiego pierwotnie nie przyznało ani złotówki, a po odwołaniach dało 150 tys. zł. 

Janda i wątki LGBT

W tej atmosferze Krystyna Janda przygotowywała premierę przedstawienia „Matki i synowie” Terrence’a McNally’ego. To autor m.in. granego z sukcesem na świecie i w Polsce (w Och-Teatrze, wcześniej w Teatrze Powszechnym) tekstu „Maria Callas. Master Class”. Światowa premiera „Matek i synów” odbyła się w Pensylwanii przed trzema laty. W 2014 r. spektakl był już ponad 100 razy wystawiony na Broadwayu, zyskał duże uznanie publiczności i krytyków. Główny recenzent „The New York Times” napisał po premierze: „To ważny głos w debacie o tolerancji i akceptacji osób homoseksualnych w Stanach Zjednoczonych”. 

Wątki LGBT regularnie goszczą w teatrach Krystyny Jandy. Kiedy w 2006 r. PiS-owski burmistrz Śródmieścia zamknął klub Le Madame na Nowym Mieście, dyrektorka Polonii przygarnęła głośny spektakl Macieja Kowalewskiego „Miss HIV”. A potem także monodram Ewy Kasprzyk „Pathy Diphusa” prezentowany początkowo w Stolarni Teatru Rozmaitości. Sama wystawiła odważny „Dark-room” Jurany Jeger. Z kolei Maria Seweryn w 2013 roku na kameralnej scenie w Och-Teatrze pokazała sztukę „Alicja + Alicja” o miłości dwóch lesbijek. 

Kij w polskie mrowisko

Spektakl „Matki i synowie”, którym Krystyna Janda zafascynowała się kilka lat temu w Nowym Jorku, oglądamy w Warszawie w specyficznym okresie. To opowieść o matce, której syn był gejem i umarł na AIDS. Kobieta, nie akceptując jego homoseksualizmu, odwiedza nową rodzinę byłego partnera syna i wylewa swoje żale. Tekst McNally’ego, choć napisany „na amerykańskie warunki”, dopasowuje się do polskiej rzeczywistości nadzwyczaj dobrze. Postać matki wykreowana na scenie przez Krystynę Jandę obnaża polską nietolerancję, niewiedzę, nienawiść do odmiennych orientacji seksualnych. Z wielu trudnych słów, które padają ze sceny, bije przede wszystkim smutek. To smutek poza słowami, który Terrence McNally zaszył w swoim tekście, a który doskonale eksponuje Janda. Na scenie partnerują jej Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki. Partnerują, a nie towarzyszą, bo Janda ich nie zdominowała. Pozwala wykazać się niemałym talentem aktorskim. Dużo zachwytu wzbudza też gra dziecka – w tej roli zamiennie świetni Adam Tomaszewski i Antoni Zakowicz. Ich obecność nie służy nakręcaniu kontrowersji. Oglądając to przedstawienie, można w ogóle odnieść wrażenie, że Krystyna Janda chciała jej uniknąć za wszelką cenę – tak by inscenizacja „nie przykryła” bardzo dobrego tekstu. 

„Matki i synowie” w Teatrze Polonia to kij w polskie mrowisko. Społeczeństwo niezwykle nietolerancyjne i homofobiczne. To także lustro, w którym przegląda się dzisiejsza Polska – kraj zmierzający do izolacji, narzucający swoim obywatelom zasady moralne i religijne. W którym nie ma zgody na szczęście „tych innych”. W którym in vitro jest grzechem, a homoseksualizm dewiacją i zboczeniem. „Matki i synowie” w reżyserii Krystyny Jandy to słuszna kontynuacja linii programowej jej fundacji – tekst dobrze wybrany na dzisiejsze czasy i przedstawienie, które jest kolejną kroplą drążącą skałę.

 

OKIEM OBSERWATORA

 Teatr POLONIA

Matki i synowie – [reż. Krystyna Janda]

23 maja 2017 r.

Mówiąc bardzo delikatnie, Krystyna Janda nie jest ulubienicą obecnych włodarzy kultury masowej, nazywanych również narodową. Powodów jest kilka ale jednym z najważniejszych jest fakt, iż w swoich teatrach robi to, czego widz daremnie szuka w placówkach zarządzanych przez ministra kultury, prezydentów miast, czy wojewodów. Wystawiają one bowiem głównie „sztuki dla sztuki”, lub dzieła klasyczne, coraz bardziej przesiąknięte wątkami narodowymi, czy patriotycznymi. Takie sztuki powinny być w repertuarze – również! Ale oprócz nich, widz powinien mieć możliwość obejrzenia współczesnych sztuk, poruszających tematy z życia wzięte, aktualne, a w dodatku kontrowersyjne! Bo widz ma nie tylko obejrzeć sztukę, on ma również po wyjściu z teatru nad tym co widział i słyszał, pomyśleć, zastanowić się, przedyskutować, może nawet zweryfikować swoje poglądy, czy działania! Takich sztuk w teatrach nie prywatnych trzeba szukać ze świecą, a i tak wynik jest łatwy do przewidzenia.

A w Teatrze Polonia często grane są spektakle nie tylko bardzo aktualne ale również, co już nie mieści się głowach włodarzy „oficjalnych placówek” i jest nie do przełknięcia, w znakomitych obsadach aktorskich. Taka jest właśnie sztuka „MATKI I SYNOWIE” – Terrence McNally, w reżyserii Krystyny Jandy.

Poruszony jest w niej temat stary jak świat i ludzkość, do którego podejście zmieniało się na przestrzeni wieków w sposób diametralny, jednak w większości było negatywne. Chodzi o zwiazek homoseksualny dwóch mężczyzn. W MATKACH I SYNACH wpleciony jest jeszcze dodatkowy wątek, który czyni temat ekstremalnie trudnym do zaakceptowania przez otoczenie. Para gejów wychowuje dziecko od chwili jego urodzenia! Skąd się wzięło i w jaki sposób, jest dokładnie wyjaśnione w czasie spektaklu, więc widz nie musi łamać sobie nad tym głowy. Pozostaje do rozstrzygnięcia podstawowy, fundamentalny spór między Katharine (Krystyna Janda) – matką zmarłego geja i dwoma gejami (Paweł Ciołkosz – Michael i Antoni Pawlicki – Will ), z których jeden był w przeszłości partnerem zmarłego syna Katharine.

Cała sztuka jest pojedynkiem dwóch racji: pierwszej, która reprezentuje Katharine – rodzina, to Mama, Tata i dziecko i drugiej: płeć się nie liczy! Liczą się uczucia! + brak jest jakichkolwiek przeciwwskazań, aby para tej samej płci (gejów, bądź lesbijek), nie mogła wychowywać dziecka, szczególnie w przypadku, gdy jedno z nich jest biologicznym rodzicem.

Temat trafiony jest “w punkt”. Na widowni nie ma osoby, która nie miałaby wyrobionego na ten temat zdania. W czasie spektaklu od razu można zorientować się kto, jaką opcję reprezentuje. Ponieważ na scenie cały czas toczy sie pojedynek słowny, więc co i raz ktoś na widowni aprobująco kiwa głową, albo wprost przeciwnie, kręci z dezaprobatą. Oczywiscie są jeszcze śmiechy, brawa i inne reakcje.

Spektakl cały czas “żyje” i jest interaktywny! Nawet w chwilach, gdy zapada zupełna cisza i widzowie czekają na ripostę którejś ze stron, to oczekiwanie też odbywa się w największym, wręcz wyczuwalnym napieciu.

Należy podkreslić, że cała trójka dorosłych aktorów (Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki) gra rewelacyjnie. Janda jako matka zarażonego wirusem HIV i zmarłego kilka lat wcześniej syna, który był partnerem obecnego gospodarza mieszkania, jest znakomita w swym bólu, w chęci znalezienia odpowiedzi na pytanie, kto jest odpowiedzialny za jego smierć (ale nie w sensie kryminalnym – kto zabił? Tylko w szerszym kontekście – kto i kiedy “sprowadził go na złą drogę”?). Oczywiście, w swych poglądach jest tradycjonalistką. Dla niej ten układ jest “niezrozumiały”, “obrzydliwy”, “chory”, protestuje przeciwko sformułowaniu “dom”, bo dla niej “dom”, to coś więcej, a to jest “mieszkanie”, jak dodaje “bez rodziny”. Zadaje fundamentalne pytania dotyczące przyszłości i w ogóle psychiki siedmiolatka, wychowywanego przez dwóch tatusiów.

Zresztą chlopak też lgnie do niej, żaląc się, że nie ma żadnej babci, do której mógłby się przytulić.

Jednak argumenty drugiej strony też mają swoją siłę. Warto pójść do Teatru POLONIA, aby je poznać. Tym bardziej, że w pewnym momencie można usłyszeć krótki wykład o historii zarażeń wirusem HIV, o tragicznym żniwie, które w początkowym okresie spowodował spustoszenie w całym pokoleniu, o zmianach w procesach leczenia i o zmianach w sposobie podejścia społeczeństwa do par homoseksualnych. Dwóch gejów to nie są juz “koledzy” , “przyjaciele”, w najlepszym razie “partnerzy”. Już mogą oficjalnie mówić o sobie: “to mój mąż”. Reakcja Katharine (Jandy) – bezcenna! Jak zresztą w kilku innych przypadkach.

Ciołkosz i Pawlicki wyszli obronną ręką z tych bardzo trudnych do zagrania ról. W naszym społeczeństwie wizerunek geja jest jasno określony i bardzo głęboko zakorzeniony. W każdej rozmowie prywatnej, opowiadanym dowcipie, czy w filmach przedstawiany jest tak samo. Stąd ludzie często są zdziwieni, gdy w przestrzeni publicznej następuje jakiś coming-out. Można wtedy usłyszeć: Noo! W jego przypadku nigdy bym sie tego nie spodziewała! Albo: Ygrekowski jest ostatnim, którego bym o TO posądzał!.

Ciołkosz i Pawlicki nie szarżują, nie wykonuja “miękkich ruchów”, nie poprawiają zalotnie grzywek, nie spieszczają wyrazów i w ogóle zachowują sie jak “100% faceci”. Tyle tylko, że grane przez nich postacie są gejami. Dlatego wrażenie jest jeszcze większe.

Gorąco polecam ten spektakl, nie tylko do obejrzenia w czasie rzeczywistym (bo to jest oczywiste!), ale również dla późniejszych przemyśleń, zastanowień i jako punkt wyjścia do dyskusji. Ale kulturalnej, tak ja w spektaklu MATKI I SYNOWIE, w reżyserii Krystyny Jandy.

W roli siedmioletniego synka Michaele i Willa występują na zmianę Adam Tomaszewski i Antoni Zakowicz

TEKST: KRZYSZTOF STOPCZYK

FOTO: Materiały prasowe TEATRU POLONIA ( Katarzyna Chmura)

http://kulturalnie.waw.pl/artykuly/2502/okiem-obserwatora-matki-i-synowie.html

 

K/151: Dół

Łukasz Drewniak

 1.

To był rosyjski film z lat siedemdziesiątych. Tajga. Bagna. Lipcowy skwar. Wąziutką ścieżką przez las idzie obywatel w słomkowym kapeluszu i z dużym obwisłym plecakiem na grzbiecie; zbyt zdeterminowany jak na letnika, za spokojny jak na zbiegłego zeka. Zamiast karabinu niesie na ramieniu łopatę. Co będzie kopał w lesie? Jest już dawno po wojnie ojczyźnianej, kostium aktora podpowiada epokę Chruszczowa. Obywatel ma może ze czterdzieści lat, kawał chłopa – żylasty, silny bez wątpliwości. Tacy potrafią jednego dnia uratować cudze dziecko spod kół ciężarówki i wbić nóż pod żebro dobremu kompanowi, z którym od wieków chlało się samogon. Bohater zatrzymuje się – znalazł właściwą polankę i stary znak wycięty na drzewie. Odmierza kroki, kreśli w końcu jakiś znak na trawie, a potem zaczyna kopać. Mamrocze do siebie przy tym kopaniu: „Obyś nie kłamał, tato. Niechby to była prawda”. Odrzuca ziemię za plecy, ociera pot z czoła, podwija rękawy koszuli. Kopie. Długo. Dół jest już tak wielki, że wystaje z niego tylko jego głowa i wtedy łopata uderza w coś twardego. Głaz. Nie. Skrzynia. Zostawia łopatę i rozgarnia łapami ziemię. Wtedy widzimy przebitkę z przeszłości. Mały chłopiec siedzi przy łóżku umierającego ojca, wyglądającego jak stary, udręczony porażką carski oficer, który mówi tylko jedno słowo: „Skarb”. Nie wiadomo, czy chłopiec przy łóżku to nasz bohater, czy raczej jego tato, słuchający wskazówek dziadka, ale domyślamy się, po co on teraz przyszedł do tajgi, czemu miał ze sobą łopatę i ten pustawy plecak. Bohater rozbija zamek okutej żelazem skrzyni i drżąc na całym ciele, otwiera wieko. W środku – pięknie wykaligrafowane dokumenty, rodzinne zdjęcia z drugiej połowy XIX wieku, listy, litografie, drzewa genealogiczne, patenty, pieczęcie, medale wojskowe. Obywatel ze złością i rozczarowaniem grzebie w nich w poszukiwaniu czegoś naprawdę cennego. Gdzie złoto? srebro? diamenty? Wściekły wyłazi z dołu i kładzie się na ziemi. Zakrywa twarz brudnymi łapami. Chyba płacze. Po nieskończenie długiej chwili wskakuje jeszcze raz na dół. Znów przegląda papiery. Czyta podpisy na fotografiach i próbuje rozpoznać przedstawione na nich postaci: carskich dygnitarzy z synami-kadetami, panów w melonikach i z cygarami, kobiet o taliach os, spacerujących po parku w białych kapeluszach i z parasolkami w rękach. Uśmiecha się ironicznie. Znów zostawia zawartość skrzyni i wychodzi na powierzchnię. Rozgląda się dookoła, jakby się zastanawiał, co teraz z tym zrobi. Ile to jest warte w świecie, w którym żyje? Komu to pokaże? Las nic nie odpowiada. Drzewa szumią. Wtedy spostrzega, że na dno wykopu podeszła woda. Teren był podmokły, przecież w okolicy bagna. Zeskakuje na dół, ze strachem zamyka wieko i usiłuje podnieść skrzynię. Nie da rady – za ciężka. Zapiera się oficerkami w błocie, próbuje podważyć jej spód. Skrzynia ani drgnie. Woda jest już powyżej kolan, zaraz przeleje się do wnętrza, zniszczy zawartość. Na twarzy bohatera walka – wie, że za chwilę straci odnaleziony skarb albo ugrzęźnie w gliniastym dole na zawsze. Co zrobić najpierw? Otwiera wieko, żeby wyjąć parę zdjęć i dokumentów z wierzchu, ale wtedy do skrzyni wlewa się woda. Brudne strumyki wędrują po papierach, pożerają wilgocią papier, rozpuszczają się stare zdjęcia. Nic nie da się zrobić. Nic nie ocaleje. Obywatel opiera but na krawędzi skrzyni i podsadza się do góry. Skrzynia zostaje wessana w topiel z głośnym cmoknięciem. Dół wypełnia się błyskawicznie wodą po brzegi, a on leży wyczerpany na trawie i patrzy w muliste, bulgoczące bajoro, które sam stworzył, wykopał, napełnił. Wstaje, patrzy bezradnie na wodę, w otępieniu wrzuca do niej niepotrzebną już łopatę. Łopata, tak jak tamta skrzynia, idzie od razu na dno, w lej niepamięci. „Niczego mnie tato nie nauczyłeś” – mówi ze smutkiem. Ociera rękawem pot i łzy, ubiera się: słomkowy kapelusz, plecak i znika w tym samym lesie, z którego się wcześniej wyłonił.

Nie znam tytułu tego filmu, nazwiska reżysera, nie pamiętam – poza tą sceną – nic więcej z fabuły, ale dedykuję ten fragment wszystkim, którzy w tym roku z jakiegoś powodu przegrali. Zwłaszcza w teatrze.

2.

Niby już zaczęły się Opowieści z niepamięci Dudy Paivy z Teatru Animacji w Poznaniu, a ja dalej nie wiem, co weszło na scenę – ani co, ani jak. To mógł być ulepiony z wąskiej czerni ledwie dwuwymiarowy ptasio-ludzki stwór – z lalkowym łbem i dziewczęcymi nogami. Cienio-pierzasty przecinek. Drgnąłem – bo tak, jak to, co weszło, nic w tym świecie nie chodzi. Może tylko ożywiona litera, czarne cięcie na kolorowej kartce. Scenograf przeniósł nas do wewnątrz starego drzewa, w którym zmieścił się cały las albo tylko pojęcia „wewnątrz” i „na zewnątrz” zamieniły się miejscami i dlatego las był w środku, a drzewo poza nim. Julianna Dorosz przebrana za cienio-ptaka ślizgała się wysoko w powietrzu, ale przecież nie odrywała od podłogi, machała patykowatymi kończynami w jakby egipskim, płaskim tańcu na tle ciężkich sznurowych dekoracji udających pień. Inni aktorzy z Poznania powtykali twarze w dziuple i śpiewali ludowe piosenki. Potem weszli do wnętrza drzewa i powiedzieli nam, że to kłobuk tu wszedł przed nimi, że to on tak skacze, łamie się i scala, tańczy i frunie zarazem. To leśny duch udający ptaka. Kłobuk jest przekorny, spełnia życzenia na opak. Aktorzy nie mają opowieści, nie mają historii, którymi mogliby się podzielić. Co robić, z czego ulepić spektakl? Widok kłobuka przypomina im inne mityczne istoty – na przykład płanetnika, olbrzyma, pasterza chmur, który przechadza się po niebieskich łąkach. A co będzie, jak spadnie w dół? No i masz, kłobuk usłyszał i spełnił życzenie. Marcel Górnicki stoi na środku sceny i patrzy w górę, bo coś stamtąd leci. Gąbczasty korpus lalki zrzucony ze sznurowni nadziewa się na ustawionego pod nim aktora. Przeistoczenie dokonuje się w mgnieniu oka. Gdybym mrugnął, nie dojrzałbym triku. Był aktor, coś spadło i teraz przed nami stoi smutny olbrzym. Jest na dole, a miał być na górze. Teatralna magia w spektaklu Paivy polega na nieoczywistości uruchomienia lalki, znaku, obrazu. Jest przeistoczeniem bez tajemnicy, ale i bez szablonu, a to znaczy, że animacja zaczyna się jakby na sekundę wcześniej, przed zrozumieniem, co się w ogóle dzieje. Dlatego kłobuk przeciął mi źrenicę, dlatego płanetnik został stworzony w tak ryzykowny, niewiarygodny sposób. Kiedy coś spada z góry, uchylamy się instynktownie, jak przed możliwym bólem lub odpowiedzialnością. Tymczasem Górnickiego płanetnik trafił znienacka jak gołębia kupa, opętał go gąbką i bajkową mordą. Jednak płanetnicy nie mogą żyć na dole. Dół w poznańskim przedstawieniu to scena, teatr, aktorzy muszą znaleźć sposób na wyekspediowanie stwora do góry, do nieba i do fikcji. Przywołują do siebie kolejne fantastyczne istoty, które, być może, znają sposób na przywrócenie porządku świata. Bo póki co nie ma płanetnika, chmury nie wydojone, deszczu nie będzie.

Każda z postaci, która pojawia się na scenie, zaczyna swój żywot od triku. Mariola Ryl-Krystianowska dostaje na przykład do ręki dziwny naleśnik z dziurą. Podwija czarne getry i spódnicę, włazi gołymi nogami w to coś miękkiego, jakby przymierzała spódnicę z kałuży albo kisielu – i już ma na sobie grube ciało leśnej baby, brzydką, ogrową twarz, wymiona, łyse łapy; tupie i skrzeczy, daje aktorom nogi do wąchania. Taka to baba. W końcu mrugnąłem i dlatego nie wiem, jak i skąd wylazła polecana przez babę wiedźma z pudłem. Czy przyniósł je obie kłobuk, czy to samo się jakoś wtoczyło? Sylwia Cyris animuje wiedźmę w interakcji z dziećmi na widowni. Wyjmuje sobie z różnych miejsc w lalkowym ciele czekoladki, jedno jest bardzo ryzykowne, częstuje, szczebioce, cmoka i głaszcze kochanych chłopców. Ni to starucha-nimfomanka, ni to miła pancia od piesków z podwórka. Jak ona uprzejmie zaprasza młodego widza do wnętrza pudełka! „Mówię ci, kochaniutki, ile tam jest słodyczy, no chodź, skuś się, zajrzyj, przysiądź…” Na szczęście jeden z aktorów uprzedza dzieciaka, grzebie w pudełkowych rupieciach i znajduje w środku ludzką czaszkę. I na nic cała pułapka! Najdziwniejsze jednak, że wiedźma nawet wtedy nie przestaje być słodka i miła. Ona naprawdę kocha chłopców tak bardzo, że musi ich zjeść. A Sylwia Cyris jest w tej namiętności i improwizowanym dialogu z publicznością tak przekonująca, że na miejscu dyrekcji teatru na czas eksploatacji spektaklu nie zostawiałbym jej samej w jednym pomieszczeniu z żadnym Kubą, Jędrkiem czy Stefkiem. Internetowe pogłoski o przypadkach kanibalizmu w Teatrze Animacji zaczynają się niestety potwierdzać. Co się tam jeszcze nie dzieje w tym spektaklu: Krzysztof Dutkiewicz i Marcin Chomicki zdobywają miniaturową krowę, pomagają animować płanetnika, ścigają kłobuka. Marcel Górnicki mimo ostrzeżeń zespołu zamienia swą ogoloną głowę w jajo i toczy ją tu i tam, żeby coś mogło się z niej wykluć. Kłobukowa Julianna Dorosz odlatuje ze sceny z niezwykłą ukraińską pieśnią. Ten śpiew jest jak zasłona z mgły zarzucona na bohaterów. Wracają do nas, do realności. Teatr wydobywa się z pułapki drzewa, baśni i suszy. Ocalony płanetnik sypie w podzięce śniegiem z góry, a ja zostaję z poczuciem, że teatr kolejny raz oszachrował mnie dokumentnie. Stworzył istoty i rzeczy prawie wyłącznie z gąbki i sznura, zaprezentował technologię transformacji aktora w lalkę, zburzył i zbudował na nowo iluzję, a mimo to dalej wierzę, że przynajmniej ten teatralny kłobuk przyszedł z innego miejsca niż kulisy, że pierwszy jego ruch zaczęty sekundę przed zaistnieniem był naprawdę nie z tego świata. Z samego dołu.

3.

Jeszcze 15 lat temu ten spektakl nie miałby się mi prawa podobać, bo wtedy czytało się Anioły w Ameryce Tony’ego Kushnera, potem oglądało się zrobiony na ich podstawie genialny serial, wreszcie powstało przedstawienie Warlikowskiego. Dziś Krystyna Janda gra przy pełnej sali w Teatrze Polonia Matki i synów, sztukę weterana off-brodwayowskich scen, Terence’a McNally’ego, który dostał za nią Tony Award, tak jak swego czasu Kushner za Anioły. „Połowę tekstu wycięłam!” – uśmiecha się Janda, a i tak sentymentalizm tego gejowskiego melodramatu szczypie w oczy. Ale to dobre szczypanie, jakby zatrzymane na sekundę przed demonstracyjnym pochlipywaniem na widowni. Wiecie już chyba, o czym to jest. Stara kobieta wparowuje do nowojorskiego apartamentu homoseksualnej pary, żeby pogadać z dawnym partnerem jej zmarłego syna, aktora. Chłopak ma nowego męża, adoptowali dziecko, poukładali sobie życie, a ona przychodzi i chce rozmawiać o przeszłości, pamięci, wierności. Zastanawia się, co zrobiła źle. Karze sobie objaśniać uczucia i myśli zmarłego syna. Czemu to on się zaraził, a nie jego partner? Czy zgubiła go wrażliwość i bycie aktorem? Czemu kochał obcego mężczyznę bardziej niż ją, matkę? Bohaterka Jandy dręczy i obraża obu mężczyzn. Najpierw dziwi się, a potem roztkliwia na widok ich dziecka. W głowie kołacze jej myśl: „A co by było, gdyby to był synek mojego syna?”. Straszna baba, intruz, wróg, ikona nietolerancji nie powinna mieć racji w tym dramacie, a jednak trochę ją ma. Tylko że nie chodzi o potępienie seksualnych wyborów dzieci, a o prawo do życia w przeszłości, do rozmawiania z nią, roztrząsania jej na nowo.

 Nie ma takiej sceny w spektaklu Jandy, ale ja i tak ją sobie wyobrażam. Kobieta w czerni z zaciętymi ustami, zmaterializowana żywa kobieca rana wchodzi do windy na parterze luksusowego wieżowca i jedzie sama na któreś tam piętro. Z samego dołu na samą górę. Dół jest jeszcze w jej teraz, góra to już niewyparta przeszłość. Bohaterka Jandy wierzy, że Andre żyje w pamięci byłego kochanka w jakiś kaleki, więdnący sposób, ale jednak żyje. Może jak przyniesie jego pamiętnik, zobaczy zdjęcia, zderzy swoje wspomnienia ze wspomnieniami tamtego człowieka, duch syna pojawi się w jej głowie mocniej i wyraźniej.

 McNally pomyślał tę sztukę jako sequel do swojego scenariusza i filmu z 1990 roku pod tytułem Matka Andre. Wtedy oglądaliśmy pogrzeb syna bohaterki, byliśmy w samym środku kłótni jego matki i babki o to, kto jest winny śmierci chłopaka. Matka była tą nieprzejednaną, babka – tą wybaczającą. Siedzę na spektaklu Jandy i nie myślę o hołdzie McNally’ego wobec własnego środowiska, mniej interesuje mnie jego wspominanie nowojorskiego „wielkiego wymierania” z końca lat osiemdziesiątych. Patrzę z fascynacją, jak Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki grają związek idealny. McNally’emu udało się sprawić, że w jego sztuce ślepniemy na płeć partnerów. To przecież mogłyby być dwie dziewczyny albo chłopak i dziewczyna. Widać, że jest w tej parze zapisane marzenie McNally’ego, a może każdego widza, o gadaniu, wspólnym byciu, słuchaniu i zrozumieniu. Obaj aktorzy wyciągają swoich bohaterów z głowy. Ich miłosna relacja zbudowana jest nie w ciele, a na psychologii. Celowo funkcjonują jakby w oddaleniu. Może dlatego, że już między nimi jest dziecko. Ciołkosz i Pawlicki grają związek emocjonalny, a nie pożądanie. Czułość nie przejawia się w spojrzeniu ani w dotyku, raczej w jakiejś zaskakującej dystynkcji, oswojeniu z drugim człowiekiem. A może polega to na tym, że bohater Ciołkosza przed chwilą zdjął marynarkę, a bohater Pawlickiego chodzi na bosaka, że do jednego bardziej przytula się synek, a tego drugiego bardziej zaczepia. Z tych dwóch, trzech detali Ciołkosz i Pawlicki zbudowali dom.

 Najciekawiej w spektaklu wypada jednak motywacja matki. Janda przychodzi do ich mieszkania w czerni – nie wiadomo czy po niedawnej śmierci męża, czy może nadal nosi żałobę po synu. Chcemy zajrzeć jej pod maskę pretensji, złości i bólu, żeby zrozumieć, co trzeba mieć niezałatwione w samej sobie, żeby wprosić się po 15 latach do obcego w gruncie rzeczy faceta, oglądać stare zdjęcia, wciskać mu pamiętniki syna, rozmawiać o umarłym, dawnym partnerze, jak o kimś, kogo się zdradziło i porzuciło. Jak bardzo trzeba być samotnym, jak cholernie potrzebować rodziny, słuchacza, wspólnego doświadczenia! Janda trzyma pion i klasę silnej, niezależnej kobiety, która zawsze miała własne zdanie, ale gdzieś pod skórą jej bohaterki, pod suknią kołacze się rozpacz takich babć z przejść podziemnych i zieleniaków, które opowiadają ekspedientkom z Żabki o zdradach męża, przegranych procesach, dzieciach, które wyjechały i zapomniały, bo nie mają już komu, bo muszą skończyć myśl, rozpoczętą opowieść.

 Nie wiem, jak ogląda się Matki i synów w Nowym Jorku. Podobno wszyscy płaczą. Taka to kombatancka, afirmacyjna i zarazem politycznie poprawna sztuka. Przypuszczam, że Janda umieściła ten tekst w swoim repertuarze nie tylko przez sentyment dla autora Callas, ale i w tak zwanych celach misyjnych. Zwabieni jej marką i autorytetem straszni polscy mieszczanie przez godzinę z okładem oglądają normalne życie, a nie „gejowskie ekscesy”. Nikt ich nie namawia do tolerancji, nie cywilizuje, tylko w zwykły sposób pokazuje zwykłą rodzinę. I ta „zwykłość” Jandy działa tu jak grom z nieba. Ale jest jeszcze jedno przesunięcie i nie mogę od niego uciec. Janda chyba też nie chciała. Z polskiej perspektywy rzeczą najważniejszą wydaje się tu jednak nie śmierć syna, nie szczęście partnera, któremu udało się nie zachorować na AIDS, ale dramat matki. Bohaterka Jandy, czyli wszystkie jej blokady i żałości, przykrywają pozostałe obrazy i tematy przedstawienia. Nie tyle dlatego, że gra to Janda, ale z tego powodu, że widzimy w niej polskie matki. Wasze i nasze matki. Starzejąca się kobieta w czerni nie może wyjść z przeszłości, nie chce z niej wyjść. Tylko w przeszłości jest matką, czyli w ogóle jest. Dlatego jedynie dziecko, nawet obce, cudze, każde może pokazać jej światełko w tym mroku samotności i przegranej. I taki cud u McNally’ego wydarza się w finale. Dlatego matka Andre nie śpieszy się z wyjściem z obcego domu, nie potrzebuje na razie zjechać znów na dół.

 4.

A teraz opowiem, jak dobra zmiana dotarła nawet do naszego bloku. Niby stara sprawa, a ciągle boli. W środę 2 listopada około godziny 10 rano pewien nieznany sprawca zrobił kupę koło skrzynek na listy i przykrył filcowym dywanikiem. Zszedłem na dół i oceniałem skalę zniszczeń. Lokatorzy z miejsca podzielili się na dwa obozy: jedni oburzali się na symboliczny gest zbrukania przestrzeni wspólnej, drudzy usprawiedliwiali świętokradcę – przecież w pewnym sensie próbował po sobie posprzątać.

Tę anegdotę dedykuję Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędowi Marszałkowskiemu we Wrocławiu. I wiecie dlaczego.

29-05-2017

 http://teatralny.pl/opinie/k151-dol,1992.html

 

 

Wszędzie

 Maciej Stroiński, 11.09.2017

Komplementować Jandę to jak słodzić colę – czyli po co? No ale nie moja wina, że dobrze zagrała. W szpilkach, we futrze, w burzy siwych włosów jest trochę damą z Teksasu obrażoną na świat cały, trochę Meryl Steep z Diabeł ubiera się u Prady, trochę Cruellą de Mon ze 101 dalmatyńczyków, a trochę Krystyną Jandą. Rządzi na scenie do tego stopnia, że nawet przy dwóch partnerach, nie licząc chłopaczka, odgrywa monodram. Gdyby ktoś inny wypowiadał te zdania, nie byłoby śmiesznie, ona kontra nastolatek: „– Co się stało z twoim mężem? – Umarł, miał raka. – Gdzie? – (długa pauza) Wszędzie”.

Dobrze zagrała, ale wyreżyserowała chyba głównie siebie. Partnerzy sceniczni, Ciołkosz i Pawlicki, są tak niemożliwie spięci, że już nie wiadomo, czy jej osobą, czy też jej postacią spięci. Odpowiadają jak komputer HAL w Odysei kosmicznej, metalicznym, sztucznym głosem. Grają parę, ale tylko podobno, bo chemii w tym jednopłciowym pożyciu małżeńskim wcale nie wyczuwam. Takiego chłodu między dwiema formalnie kochającymi się osobami to nie widziałem od czasu księżnej Diany i księcia Karola. Choć związki gejowskie też mają prawo tworzyć się z rozsądku. Jak również być nieprzegięte, nudne i w ogóle normalne.

Tezą spektaklu – bo to spektakl z tezą – jest, że gay okay. Nie ma co zaprzeczać i mówić, że „o samotności”. Tekst jest polityczny i bardzo dobrze, zawsze lepszy taki niż jakiś o niczym.

Choć ja osobiście wolę prozę Witkowskiego, gdzie normalność gejów jest tematem śmieszków. W Matkach i synach sceny rodzajowe z dwójką ojców i ich dzieckiem wyglądają jak reklama płatków śniadaniowych. Ale rozumiem, że jest to jednak jakaś wersja szczęścia.

Główny chwyt dramaturgiczny to klasyczne can’t leave, znane choćby z Boga mordu. Postać ciągle „zaraz idzie”, ale jednak wyjść nie może i zostaje do oklasków. Główna bohaterka żeńska (mamy też dwie męskie) zostaje na chacie, ale raczej się nie zmienia, uparcie nie rozumie tematu wieczoru, tego homoseksualizmu, ale my nie rozumiemy, czego ona nie rozumie – co tu jest do nierozumienia? Uparła się i tyle, a że stara baba, to kto jej zabroni. Na koniec pije jogurt i wąsy jej się robią, co jest chyba znakiem pewnego przełomu.

https://przekroj.pl/opinie/recenzje/wszedzie

 

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.