09
Październik
1977
00:10

KRYSTYNA JANDA

Panorama Północy, Nr 41 z 09.10.1977r.

Krystyna Janda

Krystyna Janda to aktorka coraz bardziej znana szerszej publiczności. Znana nie tylko z ról w warszawskich teatrach – Ateneum i Małym – ale i z telewizyjnach spektakli oraz z filmu. Na ostatnim festiwalu w Opolu dała się poznać jako utalentowana aktorka śpiewająca.

– Czy w życiu prywatnym jest Pani osobą energiczną, zdecydowaną i silną psychicznie?

– Mając piętnaście lat i ucząc się w liceum plastycznym, lubiłam ekstrawagancję, która była czymś zupełnie normalnym w środowisku młodzieży tegoż liceum, jedynego wówczas w Warszawie. Dzisiaj jestem oczywiście inną osobą w sposobie bycia, ale także dość energiczną i chyba z dużym życiowym temperamentem. Ostatnio skończyłam „Granicę” – film w reżyserii Jana Rybkowskiego, zrealizowany na podstawie powieści Zofii Nałkowskiej, w którym gram Elżbietę. Prywatnie jestem zupełnie inną osobą niż ta postać. Nigdy nie zgodziłabym się przeżyć tak życia jak Elżbieta. W związku z tym miałam ogromne problemy w pracy nad tą rolą. To się nazywa – zdaje się – „brak warsztatu”. Mój temperament, szybkie reakcje musiałam temperować, zwalniać, nadać im inny rytm. Decyzje Elżbiety dotyczące małżeństwa z Ziembiewiczem, ochranianie Justyny są dla mnie (prywatnie) obce. Wiem jednak, że istnieją kobiety, dla których tego rodzaju zachowanie jest normalne i naturalne.

– Myślę, że nie boi się Pani zaszufladkowania, gdyż zdążyła się Pani już pokazać reżyserom, krytykom i widzom w różnorodnych rolach. Były już jednak z ich strony takie próby. Po telewizyjnym spektaklu „Dla szczęścia” – St. Przybyszewskiego napisano, że stworzyła Pani postać kobiety twardej, silnej psychicznie, pozbawionej sentymentów i litości, podobną do dziennikarki w „Człowieku z marmuru”.

– Kiedyś o sobie znalazłam takie zdanie: „Silna blondynka o klasycznej urodzie”. Zdarza się, że reżyserzy nie silą się na zobaczenie w aktorce, zwłaszcza młodej, nie dysponującej jeszcze opanowanym warsztatem aktorskim, innych cech. Nie wierzą, że może coś innego zagrać. Nie chcą ryzykować. Rozumiem to. Trudno bowiem wymagać od reżysera, który zobaczył mnie tylko w jednym filmie czy w przedstawieniu telewizyjnym, aby obsadził mnie w innej psychicznie roli.

– Pracowała Pani już z kilkoma reżyserami. Czy łatwo poddaje się Pani ich woli?

– Film czy spektakl to właściwie dzieło reżysera. On ma bowiem swoją wizję, aktor ją tylko uskrzydla. Zdarza się, że jestem przeciwna koncepcji reżysera zwłaszcza dotyczącej mojej roli. Trzeba długich dyskusji z reżyserem abyśmy wspólnie doszli do porozumienia. Ja bowiem już po pierwszym czytaniu scenariusza wiem, jak chciałabym zagrać powierzoną mi rolę. Moi przyjaciele mówią, że reżyserzy powinni czytać ze mną teksty, jeśli chcą abym zagrała tak jak oni sobie tego życzą. Przy każdej roli walczę o nią w szerokim znaczeniu tego słowa. Ale zdarzyło się, że w jednym ze spektakli telewizyjnych pozwolono mi zagrać według własnej koncepcji i coś mi się wydaje, że pośliznęłam się na własnej skórce! Po zobaczeniu gotowego spektaklu stwierdziłam, że trzeba mieć jednak nad sobą zimne oko reżysera, który na wszystko nie pozwoli. Człowiek nie potrafi siebie sam ocenić a to co czuje nie zawsze jest dobre.

– Czy strój jaki Pani ma na sobie w jakiś sposób pomaga budować rolę?

– Tak i czasem się z siebie śmieję, że gram zależnie od tego co mam na sobie. Sukienka z falbankami powoduje, że inaczej się zachowuję, niż gdy jestem w dżinsach.

– Dlaczego została Pani aktorką?

– To przypadek, bo miałam już złożone papiery na ASP. Nie żałuję jednak, że zrezygnowałam z uczelni plastycznej, bo już w pierwszych dniach na PWST uległam fascynacji tym zawodem, atmosferą uczelni. Zauważyłam, że aktorstwo skupia wszystkie moje dotychczasowe zainteresowania.

– Czy często ulega Pani fascynacjom?

– Bardzo często.

– Co Pani sądzi o typie aktorstwa jaki reprezentowała Marilyn Monroe? Czy zagrałaby Pani role, które ona kreowała w takich filmach jak np. „Pokochajmy się”, „Pół żartem pół serio” lub „Książę i aktoreczka”?

– Oczywiście, natychmiast! Wszyscy ją przecież uwielbiamy! To było wielkie zjawisko w filmie!

– Szalenie spodobał mi się Pani debiut w Opolu. Zaśpiewała Pani piosenkę p.t. „Guma do żucia”, propnując niebanalną interpretację, pełną ekspresji a także pokazując… wspaniałe plecy o czym doniosła prasa! Czy kreacja była własnym pomysłem?

– Śpiewać uczyłam się w szkole teatralnej na wykładach piosenki u prof. Bardiniego. Marek Grechuta, autor muzyki do „Gumy”, miał oczywiście inną koncepcję interpretacji piosenki, zwłaszcza, gdy zobaczył co ja wyprawiam, ale potem się pogodziliśmy. Dobrze jednak, że był obok mnie człowiek, który patrzył chłodnym okiem i mówił: Oj, to nie tak! i skłaniał do zastanowienia. Sukienka była moim pomysłem i łączyła się z interpretacją piosenki.

– Czy przygotowuje Pani dalsze piosenki?

– Jedna pochodzi jeszcze ze szkoły teatralnej i jest to „Strój” – Leśmiana a druga to „Knajpa” – Czechowicza z muzyką Marka Grechuty. Tę ostatnią zaśpiewam w RFN po raz pierwszy w trakcie obchodów Dni Polski.

– Czy ma Pani jakieś marzenia, niekoniecznie związane z teatrem czy filmem?

– Chciałabym mieć ogromny dom a wnim dużo dzieci, kotów i psów… Myślę, że uda mi się te marzenia choć w części zrealizować.

Rozmawiała: IWONA RAJEWSKA

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.