06
Styczeń
2003
00:01

Gram prawdę o człowieku

5 stycznia Krystyna Janda obchodziła swoje 50 urodziny na scenie Teatru Studio w Warszawie. Grała Irenę Arkadinę w spektaklu Zbigniewa Brzozy „Mewa” wg Czechowa. Był to równocześnie jubileuszowy spektakl artystki. 25 lat temu na scenie Teatru Ateneum w Warszawie grała Ninę Zarieczną – tytułową postać dramatu. Arkadinę grała wówczas legendarna aktorka Aleksandra Śląska – żona dyrektora i reżysera Ateneum Janusza Warmińskiego

Magda Kuydowicz: Obserwowałam jak Pani buduje rolę Arkadiny na próbach a przed tą rozmową słuchałam Pani płyty i uderzyło mnie to, że nawet te kilkanaście lat temu śpiewając „Dancing” i „Pocałunki” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej miała Pani już cechy Arkadiny. Dystans ironiczny – nawet wobec tak sentymentalnych tekstów…

Krystyna Janda: Ja to bardzo cenię w Czechowie. Ten dowcip, ironię. Wcześniej grałam rolę Raniewskiej w „Wiśniowym sadzie” – postać podobnie skonstruowaną do Arkadiny. Znałam więc już ten typ kobiety przystępując do prób „Mewy”.

MK: A mnie się zawsze wydawało, że to utrudnienie dla aktora, gdy ma zagrać kogoś tak mu bliskiego…

KJ: To zupełnie inne zagadnienie, rozumieć postać i być do niej prywatnie podobną. Takie zjawisko tu nie występuje. A podobny ton ironii czy poczucia humoru jak w zapisie autora, to tylko drobiazg. Ale przyjmując pani sposób myślenia, wszystkie kobiety, postaci, które gram, są w rezultacie mi bliskie i są częścią mnie. W rezultacie pewnego dnia je rozumiem, albo podejmuję decyzję jak je rozumiem i zaczynam wypełniać także sobą, tym jak ją rozumiem. Nie można w tej chwili chyba znaleźć aktorki, która by jednocześnie grała postaci bardziej różne od siebie, jednocześnie. Ale i Callas, i Shirley Valentine, Marlena i Marta z „Kto się Boi Virginii Woolf” i Karla z „Nocy Helvera” i Ruth z „Opowiadań zebranych” i teraz Arkadina, choćby te, które gram teraz w teatrach …. wszystkie one są mi bardzo bliskie. Nawet Mała Steinberg, dziecko, dziewięcioletnia dziewczynka, która jest nawet bardziej mną, bardziej mi bliska niż inne. Obcuję z tymi postaciami – problemami – osobowościami wiele miesięcy, czasem lat. Jestem nimi. Jest w tym coś naturalnego.

Z Shirley jestem już kilkanaście lat. Bardzo się ta postać zmieniła, bo i ja się zmieniam, a ona musi być żywa, żyć. Jesteśmy już tak zaprzyjaźnione, że nie zauważam nawet granicy między sobą a nią, kiedy dziś wchodzę na scenę jako ona. To specjalnie przyjemne. To jak oddychanie. A przecież ona to nie ja, nawet trudno znaleźć bardziej odległe życiorysy, sposoby myślenia, osoby.

Niektórych ról co prawda uważam, że nie powinnam grać, że są już nie dla mnie. Najczęściej dlatego że jestem już za „stara”, za dojrzała. Taka rola była ostatnio zaproponowana mi przez reżysera Janusza Kijowskiego – rola pięknej „Pani Seidenman” w jego spektaklu telewizyjnym, adaptacji „Początku” Szczypiorskiego. Nie chciałam tego grać. Ale dyrektor Jacek Weksler i reżyser przekonali mnie wspólnie, abym spróbowała. Że oni gotowi są podjąć „ryzyko”, że adaptacja jest bardzo specjalna…. Rezultaty są, jak słyszałam, zadowalające, ale ja Panią Seidenman wyobrażam sobie zupełnie inaczej, ma inną fizyczność, jest bardziej niewinna, dziecinna, naiwna, zachwycająca w moim pojęciu w związku z tym, ale ja tego zagrać już tak nie mogłam, determinuje mnie wiek, oczy, to jak mnie fotografuje kamera i w związku z tym czego spodziewa się widz………

MK: A czy da się porównać sytuację Pani sprzed 25 lat, kiedy grała pani Ninę Zarieczną w „Mewie” Antoniego Czechowa w reżyserii Janusza Warmińskiego z Aleksandrą Śląską jako Ireną Arkadiną w Teatrze Ateneum, z tym co przeżywa teraz Agnieszka Grochowska, która gra Czajkę w Pani jubileuszowym przedstawieniu w Teatrze Studio w reżyserii Zbigniewa Brzozy? Bo ona uważa, że nie można…

KJ: Ciekawe, a dlaczego tak sądzi? Pewnie ma rację…..

MK: Ponieważ zmieniła się, jak twierdzi, hierarchia w teatrze. Dystans jaki dzielił Panią i Śląską jest inny niż ten pomiędzy Panią a nią.

KJ: To prawda. Kiedy obserwowałam jak gra Aleksandra Śląska, oceniałam to, ale nigdy nie odważyłabym się słowa na ten temat powiedzieć. Teraz stosunki między aktorami zrobiły się prostsze, zwyklejsze. Można wszystko otwarcie powiedzieć, przekazać wątpliwości, poprosić kolegę, koleżankę o pomoc, niezależnie czy jest na scenie od roku czy 20 lat. Pamiętam jak wtedy przypatrywałam się Śląskiej, analizowałam jej decyzje, fascynowałam się tym jak jakąś wielką tajemnicą ….. Ale dziwiłam się im.

MK: Dlaczego?

KJ: Dla Śląskiej najważniejszy był problem wieku. Także prywatnie. Było w tym coś wtedy – w moim mniemaniu, ocenie – histerycznego. A przecież, gdy grała Arkadinę, była dużo młodsza niż ja w tej chwili. Miała 43-44 lata i czuła już ogromną presję uciekającego czasu. Ja mam 50 i czuję pełnię sił – zawodowych i życiowych.

Teraz wyraźnie przesunęła się granica wieku dla kobiecej witalności i aktywności. Jednak wszystkie aktorki budują wokół słynnej kwestii z 2 aktu – gdy Arkadina staje obok 23-letniej Maszy (w tej roli Maria Peszek – przyp. red) i pyta kokieteryjnie doktora Dorna (Jerzy Kamas), która wygląda młodziej – jakąś gigantyczną piramidę.

Ja podchodzę do sprawy wieku lekko. Interesują mnie zupełnie inne problemy tej kobiety. Chwilę potem usiłuję przeczytać fragment „Na wodzie” Maupassanta i odsuwam książkę daleko od oczu, dając znak publiczności, że już nie najlepiej widzę, publiczność reaguje tu śmiechem, znaczy to, że rozumie mój żarcik na temat wieku. Załatwiam to szybko i wyraźnie, jakby na boku. Jestem dużo mniej egoistyczna w całości opowieści. Mniej zajmuję się sobą, a bardziej innymi. Przede wszystkim synem i jego tragedią. Gram w mej roli jego problem i buduję jego samotność i powody samobójstwa.

Dla mnie ta skomplikowana relacja Arkadiny z synem jest w tej roli najistotniejsza, wyrzuty sumienia, okrucieństwo, brak porozumienia, lekceważenie. Mam troje dzieci. Ciągłe myślenie o nich, ich przyszłości, szczęściu, jest moim problemem, nie zapominam o tym nawet kiedy jestem na scenie, gram, pracuję. Rozumiem to jak nic innego. To mnie interesuje. To jest dla mnie ważne.

MK: Wiele lat mówiło się „Jak ta Janda współcześnie gra”. A teraz?

KJ: Jestem de mode? Naprawdę? (śmiech) Bo ja gram realistycznie? Bo najważniejsza jest dla mnie prawda o człowieku? A jak to jest teraz grać nowocześnie? Kto na przykład gra nowocześnie? I co to znaczy? Nowoczesna forma czy interpretacja? Mnie samo poszukiwanie formy nie interesuje zupełnie. Nigdy mnie nie interesowało. Sama forma nic nie znaczy. Potrafiłabym grać inaczej. Oczywiście. Bawić się formalnymi pomysłami. Mam opanowane rzemiosło, ale mnie to nie obchodzi. Formą zajmuję się dość poważnie i szczególnie, robiąc spektakle dla Teatru Telewizji, reżyserując je. Tu poszukiwania języka telewizyjnego języka opowieści zajmuje mnie nadzwyczajnie. Tu mi się przydaje i moje Liceum Plastyczne, i malowanie, i zajmowanie kolorem i kompozycją w młodości. Teraz kolejny mój spektakl, myślę że bardzo ciekawy w zamyśle formalnym wynikającym zresztą z założenia reżyserskiego, interpretacyjnego i treści, czeka na premierę, tekst Krzysztofa Bizio – „Porozmawiajmy o życiu i śmierci”. Ale aktorstwo w środku, w tym spektaklu jest realistyczne, wręcz werystyczne, opowieść o ludziach prawdziwa i przejmująca. Czy nowocześnie grana? Chyba tak. A zresztą to głupie, bo co to znaczy. Jest aktorstwo dobre i złe. Tyle.

MK: David Mamet robi w Nowym Yorku na Manhatannie współczesną filmową wersję „Wiśniowego sadu”. Czy wzięłaby Pani udział w takim przedsięwzięciu?

KJ: Nie wiem. Z radością, gdyby mi wyjaśnił, dlaczego tak ma być. Dlaczego opowiada się Czechowa zapisującego i opowiadającego o wciąż aktualnych, uniwersalnych problemach człowieka, o losie ludzkim przez szczegół, pozbawiając go tego szczegółu, albo zastępując innym….. Nie znam pomysłu Mameta na jego Czechowa. Może w jego pomyśle jest jakiś pomysł, nie wiem… Może da się w ten sposób lepiej wyekspikować jakąś myśl zawartą w tej literaturze, która jego zdaniem jest mniej wyraźna niż gdyby robić to tradycyjnie. Dla mnie zawsze najważniejsza jest myśl. Powód, dla którego się coś chce opowiedzieć. Z tego dopiero rodzi się wszystko inne..

MK: Podobno odgraża się Pani, że będzie grała i po śmierci. To prawda?

KJ: Tak, to oczywiście żart, miał ten żarcik powiedzieć, że lubię grać i wciąż mi to sprawia przyjemność, bez której na razie nie wyobrażam sobie życia….

MK: Policzmy…

KJ: „Mewa”, „Callas”, „Mała Steinberg”, „Kto się boi Virginii Woolf”, „Opowiadania zebrane”, mój „Koncert”, „Noc Helvera”, „Shirley Valentine”… Coś będę chyba musiała zdjąć…. za dużo…..

MK: Wszystkie postaci z „Mewy” Czechowa poszukują sensu i smaku życia i go nie odnajdują. A Pani?

KJ: Wie Pani… ja żyję w harmonii ze sobą i światem. Nie mam problemów emocjonalnych. Ale szczerze mówiąc, mała w tym moja zasługa. Gdyby nie mój mąż, który sprawia, że mogę sobie wybierać i przebierać w rolach, nie byłabym w tak komfortowej sytuacji. Mieszkamy w dużym domu, gdzie stworzyłam i zorganizowałam azyl dla moich bliskich. Mieszkamy tam z moją mamą, siostrą, liczną rodziną . Panują nad wszystkim, gdy mnie nie ma. A ja gram codziennie. Dużo jeżdżę. Mogę sobie na to pozwolić, bo wiem, że w domu wszystko w porządku. Dla wielu moich koleżanek sprawa organizacji życia domowego z zawodowym jest podstawowym problemem. Ja go nie mam. Udało mi się pogodzić obie sfery życia. Dzięki moim bliskim. A jeśli chodzi o moje sprawy zawodowe…. ufam sobie, swoim wyborom. Zawsze tak było.

MK: Wspominała Pani ostatnio, że organizuje sobie starość. Na czym to polega? Na starannym kompletowaniu biblioteki?

KJ: No tak, jak nie pracuję i mam wolne, to organizuję sobie starość. Tak się ułożyło moje życie, że po raz trzeci kompletuję bibliotekę. Dwukrotnie wyprowadzałam się i od nowa kupowałam książki. Teraz kompletuję bibliotekę dla moich dzieci i wnuków. Chcę im zostawić to, co najcenniejsze – kanon światowej i polskiej literatury. Tego się niestety teraz nie wydaje. Słowacki, Szekspir, Mickiewicz, Norwid, Prus, Żeromski, Stendhal, Proust, Dostojewski i wielu innych już są na półkach. Teraz szperam w antykwariatach i dokupuję. Sama mnóstwo czytam. Teraz do „Mewy” „doczytuję” znów Czechowa, jego listy, biografię. No, ale to mój zawodowy obowiązek. Na wakacjach odrabiam zaległości z całego roku czytając nowości. Chcę dzieciom dać ten luksus, że będą miały najlepszą bibliotekę, to co powinno się składać na wiedzę i wrażliwość człowieka, w domu, na wyciągnięcie ręki. To dla mnie bardzo ważne. A że i ja będę z tego miała frajdę na starość to już zupełnie inna sprawa…

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.