03
Kwiecień
1983
00:04

CHCIAŁABYM ZAGRAĆ HAMLETA

CHCIAŁABYM ZAGRAć HAMLETA…
Z Krystyną Jandą rozmawia Bohdan Gadomski

Kiedyś malowała obrazy, ukończyła liceum sztuk plastycznych. Tańczyła, uczyła się
tańca w Studiu Baletowym Operetki Warszawskiej. Spiewała, jest absolwentką szkoły muzycznej. Chciała zostać grafikiem żurnalowym, ale trafiła do warszawskiej PWST i została aktorką. Debiutowała na III roku – rolą Maszy w „Trzech siostrach” w Teatrze TV.
Po dyplomie (1975 rok) została zaangażowana do Teatru „Ateneum” w Warszawie (debiut – Aniela w,,Slubach panieńskich”). Dla filmu odkrył ją Andrzej Wajda, który powierzył jej rolę Agnieszki w „Człowieku z marmuru”.
Laureatka Nagrody Aktorskiej im. Zbigniewa Cybulskiego oraz Nagrody im. Leona Schillera przyznanej przez SPATiF w 1980 roku. Zdobywczyni „Srebrnego Asteroidu” dla najlepszej aktorki XlX Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fantastyczno – Naukowych w Treście (za rolę „Golem” Piotra Szulkina).
Aktorka Roku w licznych plebiscytach popularności.
Dwa lata temu rozpoczęła nowy etap aktorskiej kariery: zagrała dwie główne role kobiece w filmach francuskich – „To było piękne lato” i „Szpiegu wstań”. W lipcu rozpoczyna zdjęcia do fiilmu „Zawrót głowy”, później „Darling tenebus”. W RFN nakręciła „Pamiętnik zielonego ptaka”, ,,Mefisto” i najnowszy – „Belladonna”, w Szwajcarii – ,,Niepokój w sercu”. Po powrocie do kraju zagrała w „Syntezie”, w Teatrze „Ateneum” w „Niebie zawiedzionych”.
Nazwisko tej aktorki nie wymaga już żadnej rekomendacji.

BOHDAN GADOMSKI: – Po Pani pierwszej roli filmowej – Agnieszki w „Człowieku z
marmuru” obwołano Panią aktorką pokolenia. To chyba straszna odpowiedzialność być
kimś takim?

KRYSTYNA JANDA: – Przyznam się. że pierwszy raz o tym słyszę. Rola Agnieszki nie była
moim sukcesem, byłam za nią bardzo krytykowana i nie mam ani jednej dobrej recenzji na
jej temat. Zresztą wtedy jeszcze mało umiałam jako aktorka. Byłam tuż po szkole, nie potrafiłam oszukiwać, nie potrafiłabym tak całkiem poza sobą zbudować kreacji.

B.G.: – „Tylko ona to zagra” – powiedział Andrzej Wajda o Pani, „ona może zabić“. Taka ocena przez wybitnego reżysera określa Panią dość jednoznacznie…

K.J.: Jaka może być na to odpowiedź?…

B.G.: – A tymczasem mówiła Pani w wywiadach o swojej niepewności, stresach i nieśmiałości. Sądzi Pani, że miliony kinomanów uwierzą?

K.J.: – Nie mam wpływu na to, co myślą widzowie.

B.G.: – Lubi Pani role pasywne czy aktywne?

K.J.: – Aktywne. Z każdej roli pasywnej staram się zrobić aktywną.

B.G.: – Ale w filmie ,,Mefisto” nie udało się?

K.J.: – Nie miałam szans na jakiekolwiek pomysły i zmiany w sytuacji, w jakiej się znalazłam. Bardzo nie lubię tej roli…

B.G.: – Najlepszą Pani rolą filmową pozostaje wciąż Agnieszka w „Człowieku z marmuru”. Druga Agnieszka – w „Człowieku z żelaza” – była już innym rodzajem aktorstwa. Skąd tak odmienna, choć ta sama postać i w związku z tym niekonsekwentne jej prowadzenie?

K.J.:- Sądzę że jednak konsekwentne, jeżeli przyjmuje się pewien sposób myślenia. Agnieszka w „Człowieku z marmuru” była osobą, która do momentu zajęcia się swoim tematem pracy dziennikarskiej uczestniczyła jakby nieświadomie w historii swego kraju. Agnieszka w „Człowieku z żelaza” to już kobieta, która przeżyła cztery lata myśląc. Poza tym w drugiej części filmu i w jego temacie nie było miejsca na tamtą postać. Trzeba było kazać mojej Ągnieszce dojrzeć.

B.G.: – Jakie uczucie towarzyszyło Pani podczas kręcenia tego filmu?

K.J.: – Uczucie strachu i paraliżującego poczucia odpowiedzialności. A teraz – to już uczucie smutku.

B.G.: – Podobno grając tę rolę była Pani z siebie niezadowolona…

K.J.: – Tak, bo nie wiedziałam, czy naprawdę dorosłam, żeby ją zagrać, czy rozumiem dostatecznie dużo, żeby powiedzieć pewne rzeczy i pokazać pewne uczucia na ekranie.

B.G.: – Co pomogło w pracy?

K.J.: – Ogromne zaufaniem do reżysera, do tego, co on robi i jak myśli. Cały czas byłam
wsłuchana i wpatrzona w niego, przekonana, że wie i rozumie o wiele więcej niż ja.

B.G.: – Zygmunt Kałużyński napisał w „Polityce“, że „Janda jak najmniej nadaje się, aby grać liryczną, poświęcającą się męczennicę i mimo jej talentu, od roli jedzie jednym fałszem krzyczącym. Serce się ściska”. Pani też się ścisnęło po przeczytaniu takiej recenzji?

K.J.: – Pierwszy raz mam odwagę powiedzieć, że w przeciwieństwie do niego, jestem z
siebie zadowolona i szczęśliwa, że starałam się przynajmniej zagrać kobietę rozumiejącą a nie, jak twierdzi pan Kałużyński – „poświęcającą się”. Czy mi się to udało, to już inna sprawa.

B.G.: – A jednak taka ocena roli przez wybitnego krytyka filmowego mówi o aktorskim
niepowodzeniu.

K.J.: – Nie szukam przyczyn tego niepowodzenia. Film „Człowiek z żelaza” wykracza – moim zdaniem – poza kategorie zawodowej oceny i ludzie oglądający go ze wzruszeniem ocenili moją pracę nie w kategorii aktorstwa lecz na podstawie własnych skojarzeń i własnych powodów. Całość będzie można właściwie ocenić dopiero po latach.

B.G.: – ,,Kurczę, po co ja się urodziłam kobietą! Gdybym była mężczyzną, nie miałabym takich problemów. Nigdy nie mogę grać roli, którą naprawdę rozumiem. I to teraz, kiedy w Polsce narodził się prawdziwy mężczyzna, ja nie mogę go zagrać”. Zacytowałem Pani słowa z wywiadu w ,,Literaturze”. Wynika, że chciałaby Pani grać męskie role?

K.J.: – Myślę, że to moja jakaś głupia wypowiedź, nie wracajmy do tego.

B.G.: – Czy Pani wymarzoną rolą nadal jest Hamlet?

K.J.: – Bardzo chciałabym zagrać rolę Hamleta. Nie żartuję. Wydaje mi się, że wiem, jak
zagrać tę rolę. Ona mnie fascynuje. Hamleta wymieniłabym jako przykład i hasło. Chciałabym po prostu zagrać wielką rolę niosącą ważkie problemy, jakie niesie np. Konrad lub Kordian. Żeńskích ról tak skomplikowanych, zawierających takie bogactwo psychologiczne prawie nie ma. Stąd moje marzenie o Hamlecie.

B.G.: – Czy ma ono szansę spełnienia?

K.J.: – Myślę, że nie.

B.G.: – W Teatrze ,,Ateneum” gra Pani po długiej przerwie w „Niebie zawiedzionych” i znowu śpiewa. Tomasz Raczek napisał w „Polityce”, że słucha się tych songów w całkowitym skurczu. I nie ma Pani sobie równych w tej dziedzinie w polskim teatrze.
Jak Pani potraktowała to nowe zadanie w teatrze?

K.J.: – Bardzo lubię śpiewać songi Brechta. Fakt, że po roku spotykam się z polskim widzem
w bardzo bliskim kontakcie, miał dla mnie szczególne znaczenie. Powierzone mi zadanie starałam się wykonać najlepiej, jak umiem.

B.G.: – Po przerwie zagrała Pani także w filmie.

K.J.: – W „Syntezie” Macieja Wojtyszki zagrałam rolę aktorki XXI wieku; przedstawicielki
nieudanego pokolenia ludzi idealnych, którzy nie umieją naprawdę czuć i myśleć. Ale to
bardzo mała rola. Mam nadzieję, że przez najbliższe 4 miesiące, które spędzam w kraju, uda mi się jeszcze coś zrobić. Dostaję stosy scenariuszy z rolami dla mnie. Od czasu mojego przyjazdu do Polski czytałam już sześć bardzo interesujących scenariuszy filmowych, czekamy na decyzje.

B.G.: – Co decyduje o tym, że przyjmuje Pani rolę?

K.J.: – Scenariusz, temat, jego poziom oraz skład ludzi tworzących ekipę realizatorów.

B.G.: – A postać?

K.J.: – Zawsze bardziej interesuje mnie zbadanie postaci, jaką mogę wyczytać z tekstu,
niż przymierzanie do niej siebie. Widzę ją od początku, może na razie idealny obraz, marzenie o tym, co chciałabym zagrać. Jeżeli jest to postać przeciwna mojemu charakterowi, tym większa satysfakcja, gdy uda mi się ją ożywić.

B.G.: – Ma Pani sprecyzowane poglądy na to, co Pani zagra?

K.J.: – Tak, choć zdarzają się wyjątki. Taką rolą bez konstrukcji była Marta w ,,Dyrygencie”.
Tam po raz pierwszy nie miałam sprecyzowanego poglądu na to, co grałam. Jeżeli mam przed
Sobą zadanie, które rozumiem, potrafię znaleźć środki by zbudować postać. W „Dyrygencie“ było trudniej, bo nie miałam jasnej, klarownej linii.

B.G.: – Obecnie umie Pani sporo, posiada duże doświadczenie w pracy filmowej, gra dużo i role różnorodne. Ale mimo to, nie rzuca widzów na kolana, a krytyków nie zmusza do pisania pochlebnych analiz jej pracy…

K.J.: – Nie jestem genialna, a tylko tacy ludzie mogą rzucać innych na kolana. Myślę, że
po prostu jestem dość dobrą aktorką, która dość często się myli, ma wątpliwości, lubi grać, ale nie lubi siebie oglądać. Nie wyciągam wniosków z tego, co robię, może jestem zbyt intuicyjna i za głupia w stosunku do tego, co czasami przede mną staje.
Myślę, że ma znaczenie, jak się ten zawód wykonuje,co ma się w środku, jakie role, się przyjmuje, jaki ma się światopogląd, jakim jest się człowiekiem i jakich ma się przyjaciół.
Oraz świadomość – czym jest ten zawód.

B.G.: – Na planie filmowym lubi Pani być na pierwszym miejscu, nigdy z tyłu lub w tle,
tak mówią koledzy-aktorzy?

K.J.: – Może jestem niedelikatna, gdy pracuję. Jeżeli koledzy tak o mnie sądzą, to ich
przepraszam, ale nie wiedzialam, że tak to mogą odbierać. Zawsze chcę coś sama przeprowadzić, bez czekania na czyjąś informację i może to sprawiać wrażenie, że koniecznie chcę się wysunąć na pierwszy plan. Ale mnie to naprawdę nigdy nie przyszło. Do głowy. Po prostu pracuję.

B.G.: – Wkroczyła Pani na francuski rynek filmowy. Z jakimi nadziejami?

K.J.: – Traktuję to cały czas jak wielką przygodę oraz jako pewnego rodzaju sprawdzian dla
siebie jako człowieka i aktorki oraz jako dość interesujące i śmieszne studium kulturowo –
– socjologiczne.

B.G.: – Jak przyjęła Panią, obcą aktorkę, ekipa francuskich filmowców?

K.J.: – Początkowo nieufnie, ale po dwóch tygodniach, gdy zobaczyli, jak pracuję i jak mi
na tym zależy, a moje sprzeciwy, uwagi nie są wynikiem histerii czy fanaberii, okazywali
mi szacunek. Dowody tego mam do dnia dzisiejszego.

B.G.: – Filmy „Szpiegu wstań”, „To było piękne lato” są już po premierach. Jakie były recenzje?

K.J.: – Właściwie wszystkie dobre, tylko w jednym z tygodników jakiś krytyk zawołał
wielkim głosem po mojej drugiej roli: ,,Boże, dajcie jej coś na uspokojenie”.

B.G.: – A Pani jest z siebie zadowolona?

K.J.: – To zależy pod jakim względem, jeśli chodzi o sprawy zawodowe, zawsze mówię:
zagrałam tak, jakbym zagrała w Polsce i to na razie wystarczy jako kryterium własnej oceny.
Ale grać tam jest naprawdę bardzo trudno, w innym języku, wśród innych ludzi, z innej kultury. A przy tym zachować to, co jest osobiste oraz nie starać się zmieniać, aby przypodobać się nowym widzom w nowym kraju. Albo podoba im się, jaka jest Krystyna Janda – Polka, aktorka tak, a nie inaczej myśląca, o takim, a nie innym języku zawodowym, albo koniec. W każdym razie nie będę się dostosowywać. I to nie jest duma ani pycha, tylko staram się opierać ciągle na tym, co rozumiem, umiem i co jest moim jedynym kapitałem.

B.G.: – Przyszły już nowe propozycje filmowe na Zachodzie?

K.J.: – Tak, zagrałarn w filmie szwajcarsklm „Niepokój w sercu” – amerykańską dziennikarke. Premiera w tym roku na festiwalu w Cannes. Otrzymałam propozycję od amerykańskiego reżysera Alaina Paculi, ale z różnych względów nie mogłam jej przyjąć. W lipcu rozpocznę zdjęcia do filmu. „Zawrót głowy”, w którym zagram operową śpiewaczkę tracącą głos.
Spotkam się nasplanie z dwiema wielkimi gwiazdami: Jeanne Moreau i Jamesem Masonem.
Kolejną propozycję złożył mi Jacques Ruffio, który zrobił wiele filmów z Rommy Schneider.
W jego filmie zagram niewidomą kobietę, która stara się zdobyć prawa zdrowego, normalnego partnera w związku z mężczyzną. Kilka dni temu odbyła się kampania reklamowa filmu RFN ,,Belladonna”, w której gram piosenkarkę, dużo śpiewam po niemiecku na ekranie. Premiera – 10 marca w Berlinie Zachodnim.

B.G.: – Koleżanki – aktorki mówią o Pani: ,,Janda to ma szczęście“ i zazdroszczą oszałamiającej kariery za granicą. Czemu głównie przypisuje Pani swoje powodzenie?

K.J.: – Może szczęściu. Tylko że jemu trzeba pomagać.

B.G.: – Gorzej jest w teatrze, gdzie zabrakło dla Pani roli – wydarzenia. Kogo należy winić?

K.J.: – W teatrze nie miałam szczęścia.

B.G.: – Są już konkretne plany dotyczące Pani pracy w teatralnej Polsce?

K.J.: – Nie wiem, co będę grała. Ale na wiosnę chciałabym przygotować jeszcze jedną
rolę na małej scenie Teatru „Ateneum”.

B.G.: – A w telewizji?

K.J.: – Pracuję nad wspaniałą rolą w sztuce O’Neílla „Pożądanie w cieniu wiązów”, w
reż. Grzegorza Skurskiego dla Teatru Telewizji.

B.G.: – Czas, zdaniem Pani, pracuje na korzyść aktorki?

K.J.: – Nie, zawsze twierdzę, że przeżywam swoje „5 minut” i wszystko może się odwrócić.
Na ocenę każdej roli czekam z niepokojem i twierdzę: no tym razem jeszcze mi się udało. Każda przerwa, każdy rok jest dla kobiety-aktorki niedobry. Mam stale świadomość uciekającego czasu.

B.G.: – Zbilansujmy lata, które spędziła Pani w aktorstwie.

K.J.: – Mam 30 lat, siódmy rok w zawodzíe i nikt nigdy nie napisał o mnie: „obiecująca aktorka”. Zresztą, nigdy nie byłam rozpieszczana przez krytykę, która oceniła mnie już od
pierwszej roli, nie pozwalając na błędy młodości początkującej aktorki. Tych błędów nikt mi
dotąd nie wybaczył. O tym, że jestem przez niektórych lubiana, dowiaduję się z licznej korespondencji. Równie dużo listów zaczęłam teraz otrzymywac z Francji, autorzy listów życzą mi wszystkiego dobrego.

B.G.: – Na wirującej karuzeli w zawodzie musi Pani mieć czas na wytchnienie.

K.J.: – Wracam do Polski, jeśli tylko mogę. Zgody na te powroty, jak ,,choroba”, są zapisane w moich zagranicznych kontraktach. W Polsce mam rodzinę, dziecko, kota, psa. A poza tym, mam nadzieję, że tutaj zacznę robić rzeczy, które mnie interesują i z których będę miała satysfakcję, że zagram rolę równie emocjonującą jak poprzednie. Marzę o robieniu rzeczy, które będą znaczące nie tylko dla mnie.

„Tygodnik Kulturalny“, nr 14 z 03.04.1983

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.