08
Sierpień
2013
00:08

"Co czytali sobie, kiedy byli mali?"

zobacz zdjęcie

A oni cały czas mi czytali

Czy była Pani molem książkowym?

Od pewnego momentu tak. Mieszkałam nad biblioteką publiczną w Ursusie i czytałam, co podpadło. Każdego dnia jedną książkę, a czasem w nocy drugą.

 

Już od wczesnego dzieciństwa?

Nie, trochę później. Wychowywali mnie dziadkowie i byłam jedynym dzieckiem na ulicy pod lasem. Kobiety miały tam dużo czasu. W domu była babcia, dziadek, który pracował i ciocia Elżbieta, najmłodsza siostra mojej mamy. Była wtedy panną i miała bardzo dużo czasu. Nie pracowała, tak jak moja babcia. Miała za to narzeczonego, który do niej przychodził. Babcia, ciocia, narzeczony – wszyscy czytali mi książki. To było ich główne zajęcie. Spędziłam tam całe dzieciństwo, do siódmego roku życia, a potem każde wakacje i wszystkie wolne chwile. A oni cały czas mi czytali.

 

To głównie dzięki ciotce poznałam wszystkie lektury, które dzieci czytały w szkole i od kiedy uświadomiłam to sobie, byłam jej za to bardzo wdzięczna. Wśród nich znalazły się: „Timur i jego drużyna”, „Tajemniczy opiekun”, „Mała Księżniczka”. Poznałam całą twórczość Makuszyńskiego, z której szczególnie „Awantura o Basię” zapadła mi w pamięć; wszystkie wiersze Brzechwy, Tuwima; „Króla Maciusia I ”, „Sindbada Żeglarza”, „Anię z Zielonego Wzgórza” – oczywiście wszystkie tomy; całą kolekcję Szklarskiego; „Małego Księcia”, no i rzecz jasna „W pustyni i w puszczy”. To są takie typowe lektury powojenne, ale był jeszcze cały zestaw książek, które moja ciotka czytała na początku wojny czy tuż przed nią, na przykład: Maria Buyno Arctowa, Amicis. Dzięki temu, że ona się nudziła i z przyjemnością wracała do swoich lektur z młodości, mogłam poznać naprawdę szeroki wachlarz tytułów.

 

Potem, jak już byłam troszeczkę starsza, okazało się, że w bibliotece u babci jest cały Wańkowicz, cały Prus, cały Sienkiewicz. „Pan Tadeusz” i inne wielkie dzieła były pod ręką, a że tam właśnie spędzałam większość czasu, stały się one moimi lekturami.

 

Po powrocie do rodziców, gdzie była wychowywana moja młodsza siostra, okazało się, że mieszkamy nad biblioteką publiczną. Dzieliła mnie od niej dosłownie minuta, więc gościłam tam codziennie i codziennie wypożyczałam coś nowego. Wtedy stałam się molem książkowym. Nie orientowałam się, co mam czytać, więc czytałam po kolei. Pani w bibliotece nie miała czasu, żeby mi podpowiedzieć, więc najpierw sięgałam na chybił trafił, ale pewnego dnia powiedziałam sobie: „Nie umiem wybrać, to zacznę po prostu od A”. I tak po kolei, co tam stało na półce.

 

Potem zaczęła się szkoła muzyczna, liceum plastyczne i szkoła teatralna. Wszystkie z nich wymagały wielu lektur specjalistycznych, np. historia sztuki, historia muzyki, historii tańca, życiorysów wielkich w tych dziedzinach itp. W szkole teatralnej otworzyła się cała literatura związana z teatrem. Oprócz tej obowiązkowej była historia filmu, biografie artystów i dramaturgów. Mimo że jest to bardzo szeroki i bogaty dział literatury, w pewnym momencie wszystko to zaliczyłam, głównie dzięki temu, że czytam bardzo szybko i bardzo sprawnie. Od lat mam nawyk czytania czegokolwiek, co jest zadrukowane i leży w pobliżu. Czytam nawet wtedy, gdy maluję się w teatrze przed wyjściem na scenę… Te półtorej godziny, gdy mnie czeszą, spędzam na lekturze. Czytam sztuki teatralne, scenariusze. Mam po prostu absolutny przymus czytania.

 

Myśli Pani, że to rezultat doświadczeń z dzieciństwa i wczesnej młodości?

Być może. Później czytałam wiele książek, które mnie zupełnie nie zachwycały. Podobnie jest teraz. 60-70 proc. lektur, z którymi mam do czynienia, to istna nuda i koszmar, taki przymus, ale muszę je przeczytać.

Od ośmiu lat jestem szefową artystyczną 2 teatrów w kraju zamieszkiwanym przez wielu grafomanów. Wielu z nich przysyła mi swoje dzieła i wspomnienia, albo jakieś dziwne pomysły na filmy. Ponieważ mam krótki staż jako dyrektor, przyjmuję wszystkich na rozmowy i czytam wszystko, co mi przysyłają. Na szczęście powoli się z tego leczę, a dodatkowo nauczyłam się poznawać dosłownie po kilku pierwszych linijkach, po kilku pierwszych scenach sztuki, że nie mam po co dalej tego czytać. Już patrzę tylko z punktu widzenia przydatności do naszych teatrów, a nie z ciekawości czytelniczej.

 

Uważam, że lektura potrafi być prawdziwą torturą i przypuszczam, że niejedna „trauma” jest wynikiem jakiejś koszmarnej książki, tego, co się kiedyś przeczytało.

 

A ma Pani takie wspomnienie z dzieciństwa?

Były takie książki, jak np. „Słoneczko” Arctowej, których wolałabym, żeby moja ciotka mi nie przeczytała. Ja potem przez dwa miesiące w ogóle nie mogłam spać w nocy. Pamiętam to jako jeden z największych koszmarów dzieciństwa. Nie mówiąc już o „Sercu” Amicisa, które jest okrutną książką, czy konkurujące z nią w tej kwestii bajki barci Grimm. Zdecydowanie zbyt wiele jest okrutnych, ciężkich książek dla dzieci. Przekonałam się o tym, gdy moje dzieci musiały je czytać.

 

Zdarza się, że gdy zostajemy rodzicami, wracamy do książek z dzieciństwa i czytamy je naszym dzieciom. Jak to było w Pani przypadku?

 

Kiedy Marysia była mała, miałam wyrzuty sumienia, że jej nie czytam, ale nie miałam możliwości, pracowałam tak dużo.  Synów wychowywałam z pomocą mamy, więc było nieco inaczej. A dla Marysi nagrywałam nocami książki, żeby mogła ich słuchać. Nagrywałam jej Brzechwę, Tuwima, te wszystkie Słonie Trąbalskie, Lokomotywy i całą klasykę dla dzieci. Pamiętam też piękne bajki białoruskie.

Dopiero przy Marysi natrafiłam np. na „Marry Poppins”. Tak jak na wiele tytułów, które były tłumaczone i wydawane w latach 70. i 80.

 

A wracając do Pani wspomnień z dzieciństwa i młodości…

W liceum znów okazało się, że wszystko mam przeczytane, cały ten kanon literatury, który każdy człowiek powinien teoretycznie znać, bo inaczej nie jest w pełni człowiekiem. Sięgałam więc po wszystko, jak leci, co oczywiście musiało skończyć się tym, że przeczytałam bardzo dużo złych książek.

 

Dlaczego ten kanon jest taki ważny?

W książkach zostały opisane wszystkie sytuacje trudne moralnie, wszystkie charaktery, wszystkie decyzje życiowe – i to właśnie w tym podstawowym kanonie, który składa się z około 100 książek. Czytałam je wszystkie. Wiele z nich, choćby „Dzieje grzechu” Żeromskiego, po które sięgnęłam w wieku 14 lat, było dla mnie zbyt trudną lekturą. Czytałam też autorów socjalistycznych. Pamiętam, że gdy niewiele do nas docierało z literatury światowej, zapanowała moda na twórczość Francois Muriac’a. Jego bardzo trudne dywagacje chrześcijańsko-filozoficzne były prawie nie do przeczytania, a ja przez nie przebrnęłam. Ale to była tortura, przyznaję otwarcie.

 

Gdy w moim życiu pojawiła się literatura amerykańska, zaczęłam czytać Steinbecka i Fitzgeralda. Niedawno była premiera „Wielkiego Gatsby’ego”, który dla mnie był jedną z najtrudniejszych lektur, najbardziej bolesnych. Cała twórczość Fitzgeralda była dla mnie okropna, nie mogłam tego czytać. Tak jak z wielką przyjemnością przeczytałam całego Stendhala i Zweiga, tak tutaj po prostu nie dałam rady.

 

Literatura, tak jak teatr i film, potrafi być czymś bardzo nieprzyjemnym, odciskającym piętno. W ciągu 60 lat życia wiele rzeczy widziałam i zrozumiałam i muszę powiedzieć, że nie dziwię się ludziom, którzy nie dają rady – to po prostu jest ciężkie doświadczenie. W pewnym momencie nawet twórczość Claudela, która miała być przyjemnością, okazała się zmorą. Dzisiaj mam odwagę odłożyć książkę po 20. stronie czy po 50.

 

A kiedyś nie? Kiedyś trzeba  było do końca?

A kiedyś nie, bo byłam bardzo porządnym dzieckiem, zjadałam wszystko, co było na talerzu i czytałam książkę do końca. Byłam dobrze wychowana. Zjadam też wszystko z talerza, mimo że nie mam już apetytu.

 

Wygląda na to, że czytanie traktowała Pani i nadal traktuje bardzo emocjonalnie.

 

Bo literatura wywołuje ogrom emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Dajmy na to taki Dostojewski – on mnie jednocześnie zachwycał i przerażał.

Czytanie jest nie tylko przyjemnością, ale przede wszystkim ciężkim doświadczeniem. Jeśli człowiek jest wrażliwy, to każda przeczytana strona staje się częścią jego życia – wszystko, co przeczyta i co  przeżyje, bo każdą książkę trzeba w jakimś sensie przeżyć.

 

 

Niezwykłe, jak dobrze pamięta Pani te wszystkie książki. A czy wśród tych z dzieciństwa też są takie, które szczególnie zapadły w pamięć?

Wszystkie te, które wymieniłam, zapadły mi w pamięć. Dlatego potrafiłam wyrecytować ich tyły jak litanię. Nie umiem, a nawet nie chcę wybierać, które były najważniejsze.

Książka to nie tylko treść, ale też przedmiot, który budzi skojarzenia, wspomnienia.

Jest jedna książka, którą zapamiętałam właśnie jako przedmiot. W domu dziadków zawsze na wierzchu leżał „Pan Tadeusz”, gdyż dziadek zwykł go czytać zimą. To była taka tzw. książka stołowa. Pamiętam to wydanie dokładnie, rozpoznałabym je natychmiast – w formacie A4, z pięknymi ilustracjami.

 

 

Na koniec proszę o wypełnienie – z przymrużeniem oka – kwestionariusza osobowego:

Imię Krystyna

Nazwisko Janda

Przezwisko z dzieciństwa Anda

Zawód Aktorka

Ulubiona książka w dorosłym życiu W poszukiwaniu straconego czasu Prousta

Ulubione zajęcie granie

Największy autorytet od jakiegoś czasu Ja sama nawet jeśli lekceważony przeze mnie i ze świadomością jak jestem niedoskonałą i niedouczona.

Największe marzenie Długo żyć.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.