14
Kwiecień
2017
00:04

Krystyna Janda: Na bankiecie po przedstawieniu najczęściej słyszałam: Pani bardzo zyskuje przy bliższym poznaniu

Krystyna Janda: Na bankiecie po przedstawieniu najczęściej słyszałam: Pani bardzo zyskuje przy bliższym poznaniu

 Krystyna Janda

 Urodziłam się o drugiej w nocy, ale były jakieś kłopoty z porodem, mama opowiada, że właściwie to pielęgniarka uratowała mi życie. W podziękowaniu mama zaproponowała jej, żeby wybrała dla mnie imię. Ta podobno powiedziała: Danusia albo Krysia. Danusia to imię pierwszej narzeczonej mojego ojca, więc mama „złapała” Krysię – pisze Krystyna Janda w „Dziennikach 2000-2002”, które właśnie się ukazały.

 

12 grudnia 2000, wtorek, 9.02

 Obliczono! Trzydzieści tysięcy widzów!!! Podczas tego tournée, podczas tych ośmiu weekendów, obejrzało nas trzydzieści tysięcy osób!!! Nieprawdopodobne!!! Teraz dopiero, jak to wiem, czuję się zmęczona!!!

Od wczoraj wieczór siedzę w Częstochowie i skaczę po stołach z Janosikiem, zbójnikami i żandarmami. Ta prosta muzyka, wspaniałe piosenki, zabawne dialogi to antidotum na wszystkie problemy*. (…)

 Wczorajsze popołudnie po powrocie z Gdyni zeszło mi na rozmowie z Hanną Krall, spotkaną tuż po Jej sztokholmskich sukcesach. Cóż to za żywy umysł! Ciekawość wszystkiego. Oczy przeszywające, to znów rozbiegane, uważne, nieruchome, zamyślone i znów dalekie. Jaka umiejętność opowiadania. Żywej rozmowy. Bardzo, bardzo ciekawe. Uwielbiam ludzi, którzy potrafią wybuchać takim szczerym, żywiołowym śmiechem. A jeszcze bardziej tych, którzy wszystko, co słyszą, interpretują pozytywnie! Co to za przyjemność? Rozmawiałyśmy o problemie „Opowiadań zebranych”. (To ten tekst, który teraz próbuję z Marysią, moją córką, w teatrze Komedia, premiera ma się odbyć 13 stycznia). Zapytałam panią Krall, co ona by zrobiła, gdyby ktoś, z kim się zaprzyjaźniła, studentka, której opowiadała o sobie, o swoim życiu, napisała z tego książkę. Wypaczając i deformując jej życie. Jej zwierzenia. A czytelnicy mogliby rozpoznać, że chodzi o nią. Co by zrobiła, gdyby ktoś jakby zabrał jej życie, zinterpretował po swojemu i podarował światu kłamstwo o niej. O niej, pisarce, która przecież mogłaby to życie opisać sama. Odpowiedziała mi, że prawdziwemu talentowi wybaczyłaby wszystko. Że najważniejsza byłaby jakość literatury. Zdumiewające i łatwe do powiedzenia, gdyby się to zdarzyło, byłoby pewnie trudniej być tak wspaniałomyślnym. Ale piękne jako idea.

To jest problem tekstu, którym się zajmujemy. Bardzo ciekawy problem. Oczywiście niejedyny.

 Pozdrawiam i idę zbójować! Przezbójować! Hej!

PS Przed chwilą mój syn zadzwonił: – Mamo, przekazuję ci tragiczną wiadomość, drukarka przy komputerze nie ma tuszu.

 13 grudnia 2000, środa, 6.08

Ale data! Zapomniałam, że to dziś. Uświadomiłam sobie też nagle, że czas płynie i coraz mniej osób traktuje tę datę tak emocjonalnie i osobiście jak ja. Że prawie cała obsada „Szkła”, młodzi ludzie, w ogóle nie wiedzą, o co chodzi, skąd to wzruszenie. Tak, to już dwadzieścia lat. Chryste!!! Miałam dwadzieścia osiem lat. Tego poranka chciałam odespać, wróciłam nocą z Paryża po ostatnim dniu zdjęciowym we francuskim filmie „Espion l?ve-toi!” („Szpiegu, wstań!”), dzisiaj to klasyk wideo, film akcji z Lino Venturą i Michelem Piccoli, w Polsce ten film miał tytuł „Szczur”.

Wracałam jak najszybciej, bo w Warszawie kręciliśmy jednocześnie „Przesłuchanie” i została mi do nakręcenia jeszcze jedna scena. Oba filmy robiłam równocześnie. Praca wyglądała tak, że grałam tu w „Przesłuchaniu” i jechałam na kilka dni zdjęciowych do Paryża. Francuzi musieli za każdym razem, zanim mnie sfotografowali, cały dzień mnie regenerować. Myć, czyścić, czesać, klepać. I ciągle pytali: – Ale ty tam grasz, że siedzisz w więzieniu, czy naprawdę w nim siedzisz, bo przyjeżdżasz w takim stanie, jakbyś siedziała naprawdę! Mieli rację. To była niestandardowa praca, grubo ponad tylko zawodowy wysiłek, te zdjęcia do filmu „Przesłuchanie”.

 Kiedy 13 grudnia dowiedziałam się, że telewizor i telefon nie zepsuły się jak zwykle, kiedy mnie nie ma, tylko wprowadzono, tuż po moim przyjeździe z lotniska, stan wojenny, pierwsza myśl była taka… co z filmem? Co z „Przesłuchaniem”? Jak to zrobić i co zrobić, żeby go uratować, ocalić? Udało się dzięki odwadze i rozwadze Ryśka Bugajskiego, reżysera filmu i kilku wtajemniczonych osób, między innymi wysiłkom mojego męża. Bugajski przypłacił to potem prawie dwudziestoma latami emigracji. Ja? – mam glorię i chwałę. Trochę zamieszania z przesłuchaniami naprawdę, zakazem angażowania mnie w telewizji i w filmach, trochę nieprzyjemności, Anioł Stróż z UB przydzielony do mnie, jak się potem okazało, śledzenie tego, co robię, mówię itd. Ale dostałam potem za tę rolę Złotą Palmę w Cannes. A dziś, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego pamiętam tylko, jak wyjrzałam przez okno na Ursynowie. Zobaczyłam dwa czołgi stojące na skrzyżowaniu i pomyślałam: – co będzie z filmem? Tylko tyle! Okropne. Potem były inne refleksje, łzy, wiele perturbacji z wyjazdem zgodnie z podpisanym wcześniej kontraktem francuskim, uporem, że bez dziecka nie wyjadę itd. itd., ale… A dziś ta rocznica.

Cały czas siedzę w Częstochowie. Wczoraj pierwszy raz zobaczyłam całość przedstawienia. Ze śniegiem, góralami, w kostiumach. Jest nieźle. Ten sam ogień i żar, co przed ośmiu laty w Warszawie. Mój mąż zaczyna powoli ustawiać światła. W piątek pierwsza oficjalna publiczność, dzisiaj rodziny i przyjaciele na widowni. W sobotę oficjalna premiera. Boże, żeby oni mi tego nie zepsuli, jak wyjadę i przestanę ich pilnować!

 Sytuacja z moim mężem, który tu siedzi i robi światła, a udaje, że jest gdzie indziej, przed kilkoma produkcjami filmowymi, śmieszy mnie cały czas, telefon szaleje, Austriacy czy Niemcy – jakaś zdeterminowana i zdezorientowana, zagraniczna produkcja – dzwonią co chwila, każą mu jechać do Wiednia, krzyczą, że powinien zacząć dokumentację z reżyserem w Nowym Jorku, i nic nie rozumieją, gdzie on jest, co się z nim dzieje, że nie przyjeżdża. A on spokojnie ustawia światła w teatrze w Częstochowie, i do tego zamknął się tu ze mną na cały tydzień. A im mówi, nie mogę, nie mogę! Niech sobie poczekają.

Wczoraj opowiadałam jednemu z aktorów o swoich dzieciach, a on w rewanżu uraczył mnie taką opowieścią. Jego czteroletnia córeczka w lecie powiedziała mu przez telefon moje!: – Tatusiu, jakie piękne kwiatki zerwałam dla ciebie dziś na łące! Jaka szkoda, że są. Genialne, że ja na to nie wpadłam! To zdanko, ta myśl, przydałoby mi się wielokrotnie w życiu, ale nie znałam go wcześniej. Pozdrawiam. Mimo że dzień nie najweselszy. Pada. Jest szósta rano. Ciekawe, co tam sobie dziś pomyśli, jak się obudzi w swoim łóżeczku, generał Jaruzelski? W tę rocznicę? (…)

15 grudnia 2000, piątek, 5.29

Co to były za krzyki, co to były za brawa! Sama się darłam i biłam brawo jak opętana. Bufetowa z teatru, pani Czesia, zakłada fanklub „Na szkle malowanego”, koleżanki pani Czesi chcą chodzić na spektakl codziennie. Pojawiły się już pierwsze „trafione”, „ofiary”, młode dziewczynki, niezrównoważone emocjonalnie, co rozhisteryzowały się na mokro na zakończenie z radości. Będą stałymi bywalczyniami na sali. Zespół nie może uwierzyć, że taka reakcja po spektaklu jest w ogóle możliwa. Janosik, Jurek Michalski, który grał wczoraj, znakomity!!! Prawie zemdlał między zakończeniem a bisami. Był po trzech kroplówkach w szpitalu. Zatrucie. Pani Czesia na widowni, a w garnkach salmonella.

Przed nami trzy uroczyste premiery. Dwie, dzisiejsza i jutrzejsza, dla sponsorów. Ten spektakl kosztował kupę pieniędzy. Żeby go móc grać, dla teatru dodatkowo kupiono mikroporty, nowe reflektory itd. Jest to pierwszy spektakl muzyczny w tym teatrze od niepamiętnych czasów. Maciek Prejer, scenograf, znów przyjechał i także tu zbił wielkie granatowe góry z desek. Cudne.

W niedzielę premiera oficjalna. Przyjeżdża Warszawa, jak oni tutaj mówią. Mój mąż dokonał cudu ze światłami. Tak więc „Na szkle malowane” stoi! Jest! O Matko, żeby tylko trzymali ten spektakl w dyscyplinie po moim wyjeździe. Ale na razie trzy dni premier, radości i bankietów ofiarowywanych przez sponsorów. Radość z sukcesu.

 Ja powoli, już wczoraj podczas braw, zaczęłam myśleć o „Opowiadaniach zebranych”. „Szkło” za mną. Teraz „Opowiadania”. Nie umiem ani słowa na pamięć, premiera 13 stycznia. Moje emocje, myśli powoli przenoszą się w tamtą stronę. Ten typ tak ma. Od wtorku próby całodzienne w Warszawie. W tak zwanym międzyczasie święta, sylwester – Paryż ze słuchaczami Radia Zet, zwycięzcami konkursu „Sto twarzy Krystyny Jandy”. Premiera. Tydzień grania. A potem narty! Narty! Z dziećmi! Z dziećmi! Mężem! Mężem!

Co to za podsumowanie mi wyszło! Dobrego dnia!

16 grudnia 2000, sobota, 6.31

Chciałam dla Was wczoraj nakręcić bisy, ale po pierwsze, to byłoby samochwalstwo, a po drugie, bisy i brawa trwały tak długo, że ta strona otwierałaby się wieczność. Za ciężki materiał.

Podobno jedna z wielkich śpiewaczek operowych wyprodukowała płytę, na której była jedna aria przez nią śpiewana i same brawa, z obu stron płyty, z opisem: „Aria taka i taka, z niemontowanymi brawami z dnia tego i tego”, zawsze mnie ta historyjka bawiła. Nieważne. Jednym słowem wczorajsze przedstawienie, pierwsza premiera, jak my to nazywamy, udana, mimo że zespół słania się na nogach z powodu jakiegoś zatrucia. Mój mąż zresztą też. Cały dzień wszyscy leżeli na marach, ale wieczorem jednak zebrali się do lotu! I to jak! Janosika zagrał wczoraj Rafał Ostrowski, bo Jurek Michalski znów pod kroplówką. Złośliwa damska część zespołu zauważyła, że dolegliwość dopadła tylko mężczyzn, bo wszystkie panie i górale w zdumiewająco dobrej formie. Na bankiecie po przedstawieniu najczęściej słyszanym przeze mnie zdaniem było: „Pani bardzo zyskuje przy bliższym poznaniu”. To urocze zdanie skierował do mnie kiedyś także pan Marek Piwowski po długim siedzeniu obok mnie i wspólnych rozmowach przy stole na jakimś przyjęciu. Powiedziałam mu wtedy, że jestem bardzo ciekawa, jakie w związku z tym wyznaniem były jego wyobrażenia o mnie. Zamilkł. Rozkoszne zdanko.

 Przyjęcie po premierze wspaniałe, przypomina mi się tutaj jeden żart: Baca przysiągł sobie, żonie i kolegom, że nie będzie więcej pił. Następnego dnia spotykają go na Krupówkach kompletnie pijanego. – Baco! Mówiliście, że nie będziecie pić! – Eeee! Wstałek rano. Popatsyłek w lustro i pomyślałek: Góral trzeźwy to je pretensjonalne!

Żegnam! Dziś druga premiera dla kolejnego sponsora. Jutro oficjalna z autorami dzieła na sali. – Aktorka i reżyser w dniu premiery trzeźwi – to jest pretensjonalne. Chyba jutro się upiję. Dziś nie, bo dziś przyjeżdżają na przedstawienie moje dzieci.

Dobrego dnia.

17 grudnia 2000, niedziela, 10.21

Żałuję, że nie słyszeliście tych braw, tych krzyków, tych bisów. Sala zwariowała. Gdyby jeszcze dyrektor teatru pan Marek Perepeczko na koniec podziękował aktorom za ich sześciomiesięczną morderczą pracę, zamiast przedstawiać widowni cudną żonę, która przyjechała na chwilę z Warszawy i która z nami nie ma nic wspólnego, byłoby perfekcyjnie. Co za maniery! Skandaliczne! Dziś premiera oficjalna. Ernest Bryll, pani Gaertner i wielu przyjaciół na sali. Dziś kończy się moja rola i zostawiam ten spektakl w spokoju, żeby żył własnym życiem. Ale jestem dziwnie spokojna. Najgłośniej oczywiście na widowni darłam się ja. Wczoraj byłam szczęśliwa. Wdzięczność, jaką odczuwam w stosunku do aktorów, zespołu technicznego, Małgosi Wójcik, zastępcy dyrektora i Anioła w tym spektaklu, nie ma granic. No nic, jeszcze moja dzisiejsza radość, a potem mam nadzieję, że te wieczory będą sprawiały równą przyjemność publiczności i aktorom. Mam też wielką słabość i wdzięczność dla zespołu góralskiego, który jest z nami. Przywódcą ich jest Piotrek Majerczyk, który też grał na pierwszych skrzypcach w naszym przedstawieniu warszawskim. Wszyscy oni należą do tych, którzy z instrumentami nie rozstają się nigdy, granie sprawia im tylko i wyłącznie radość. Artyści z Bożej łaski, prawdziwa arystokracja wśród nas. Patrzę na nich z nieustannym zachwytem. Myślę, że Piotrek, śpiąc, nie przestaje grać na skrzypcach. (…)

18 grudnia 2000, poniedziałek, 8.25

Dziś są moje urodziny. Tak naprawdę jutro. Urodziłam się o drugiej w nocy, ale były jakieś kłopoty z porodem, mama opowiada, że właściwie to pielęgniarka uratowała mi życie. W podziękowaniu mama zaproponowała jej, żeby wybrała dla mnie imię. Ta podobno powiedziała: Danusia albo Krysia. Danusia to imię pierwszej narzeczonej mojego ojca, więc mama „złapała” Krysię. Pielęgniarka zdenerwowana, nie zauważyła, że już jest następny dzień, 19 grudnia, i zapisała 18 grudnia, a nie 19. Tak opowiada mama. Wszystko jedno. Jestem. To moje czterdzieste ósme urodziny.

Kilka dni temu jedna z moich przyjaciółek przeczytała mi przez telefon „modlitwę” autorstwa anonimowego. Coś mi się wydaje, że mogę ją sobie tutaj przytoczyć jako moje życzenia dla mnie samej.

 Panie, Ty wiesz, że robię się coraz starszy. Wstrzymaj mnie od gadulstwa i od chęci wypowiadania się w każdej sprawie. Uwolnij mnie od żądzy załatwiania cudzych kłopotów. Wstrzymaj mnie od wyliczania mnóstwa szczegółów i pomóż mi trafiać od razu w sedno. Zapieczętuj moje usta, kiedy zbiera mnie ochota mówić o moich dolegliwościach i bólach. One rosną z latami i moja przyjemność mówienia o nich rośnie w miarę postępu lat. Naucz mnie wspaniałej prawdy, że czasem mogę nie mieć racji. Uczyń mnie współczującym, ale nie wścibskim. Z moim ogromnym zapasem wiedzy i doświadczenia żal mi nie podzielić się tym z innymi. Ale Ty, Boże, wiesz, że chciałbym jednak mieć kilku przyjaciół pod koniec życia.

Może to jeszcze za wcześnie na taką modlitwę, ale pierwsze symptomy się pojawiają. Wy, czytając ten dziennik, wiecie o tym najlepiej. Na razie mnie wiele rzeczy denerwuje, a to pierwsza oznaka.

Wyjeżdżam z Częstochowy z poczuciem sukcesu. Oddałam im wszystko, co rozumiałam i umiałam na temat tego tekstu, muzyki, tematu. Wpompowałam w nich całą moją nadzieję i radość. Dałam wiarę i poczucie, że teatr i dla nich, i dla publiczności może być radością. Kazałam im strzec tego „dziecka” jak oka w głowie, to znaczy, co wieczór wykonywać precyzyjnie to, co zostało ustalone. A spektakl ten, wyglądający z zewnątrz na spontaniczny, gorący i jakby przypadkowy, jest precyzyjnie ułożony, i każde odstępstwo, każda zmiana rytmu mówienia, sytuacji go „zakłóca”. (…)

Odjeżdżam spotkać się w domu z rodziną i moimi urodzinowymi gośćmi. Dobrego dnia.

19 grudnia 2000, wtorek

Zamieszczam serce z rysunku mojego syna, bo piękne.

Obaj napisali w swoich życzeniach, żebym była wyspana, to miłe. (…)

21 grudnia 2000, czwartek, 5.59

Wczoraj przypadkowo spotkałam koleżankę ze szkoły podstawowej. To znaczy ona mnie spotkała, bo ja jej w ogóle nie poznałam.

Spotkałyśmy się na Żoliborzu w sklepie. Krzyknęła: – Kryśka! Kopę lat, co u ciebie słychać? Co porabiasz? Jak żyjesz? Zdziwiłam się i zatrzymałam w swoim szumnym locie. Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Natychmiast przypomniała mi się historyjka opowiadana w środowisku, nie wiem, czy prawdziwa, ale za to cudna. Dotyczy pana Gustawa Holoubka. Pan Gustaw przyjechał pewnego dnia do Krakowa, miasta swojej młodości i początków kariery. Kiedy przechodził przez rynek, nagle z kawiarni wybiegł gruby jegomość obwieszony złotem, krakowski mafioso, sądząc z wyglądu, i rzucił się na pana Gustawa z uściskami i krzykiem: – Gutek, kopę lat! Co porabiasz? Co się z tobą działo? Ja tu cały czas w Krakowie, król życia! A ty? Po maturze, kamień w wodę! Ślad po tobie zaginął! Gdzieś ty się podziewał?

No więc, co ja robię? Moja koleżanko z podstawówki? Słucham jazzu całymi dniami i tresuję kota. Muzyka jazzowa mnie uspokaja i wycisza, kot denerwuje, bo musi być ze mną cały dzień, a on nie lubi Warszawy. Poza tym nic, wszystko w porządku. Koleżanka z podstawówki powiedziała, że dobrze wyglądam. Ona żyje w Australii, tam nie pracuje zawodowo, nigdy nie pracowała. Tu przyjechała do znajomych na święta. Ma dwoje dzieci, synów, urządzonych, wykształconych, dom z basenem, męża, dużo pieniędzy i uważa, że życie jest proste i fantastyczne. Co za ulga. Lubię spotykać ludzi szczęśliwych i zadowolonych. Ale i tak ją przebiłam, bo ja jestem babcią, a ona jeszcze nie!

Życzę Wam dobrego dnia, to życzenia dla Was także od mojego kota.

 

*Fragment książki „Dziennik 2000-2002”

 Krystyna Janda. Aktorka teatralna i filmowa, reżyserka, pisarka i piosenkarka. Ma na koncie ponad sześćdziesiąt ról teatralnych i ponad pięćdziesiąt filmowych. Wielokrotnie nagradzana w kraju i na świecie. Uznana za aktorkę stulecia polskiego kina i Człowieka Wolności w kategorii „Kultura” z okazji 25-lecia przemian ustrojowych. W 2004 roku stworzyła fundację, a w jej ramach dwa teatry: Teatr Polonia i Och-Teatr, które prowadzi do dziś.

 

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,21636413,krystyna-janda-na-bankiecie-po-przedstawieniu-najczesciej-slyszalam.html#TRwknd

 

 

 

 

 

 

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.