18
Sierpień
2012
03:08

Edward Hopper, Nighthawks

zobacz więcej zdjęć (2)

TATARAK

DZIENNIK DLA ANDRZEJA WAJDY

Napisany dla filmu „ Tatarak”

Krystyna Janda

*

Mieliśmy ten film robić rok temu. Gdzieś w Polsce. Gdzie rzeka, most , przystań. Pamiętam jak przyszłam do Andrzeja powiedzieć,  że nie mogę. Że muszę być w Warszawie. Myślałam co prawda wtedy że udałoby się ewentualnie gdzieś tu w okolicy, że będę jednak w domu. Nocami, Porankami. Nie wiedziałam jeszcze  co nas czeka. Pamiętam jak powiedziałam Andrzejowi  że Edward ma raka. Że zaczął brać chemię . Że teraz nie mogę od Niego odjechać. Pamiętam skurcz na twarzy Andrzeja, i że dobrze , że się dostosuje – poszukamy plenerów dookoła , gdzieś blisko- powiedział.  Zastanawiam się teraz, przecież to w ogóle nie byłoby możliwe. Nie zdawałam sobie sprawy jak intensywne zaczną się dni. Nie wierzyłam że będzie źle , coraz gorzej. Lekarze mówili proszę próbować żyć normalnie. Nie miał siły. Nie miał siły chodzić .

*

Robiłam cały czas zdjęcia.  Na wszelki wypadek. Pozwalał.  Nawet był zadowolony. Za każdym razem myślałam,  jaki wpływ  na myślenie człowieka ma jednak zawód. Operator. Wie jaką ma wartość zatrzymanie chwili, obrazu, wyrazu twarzy.

Fotografowałam Go jak spał, otwierał prawie zawsze wtedy oczy i uśmiechał się z lekką kpiną. Nie wiem co wtedy myślałam. Nie miałam w sobie paniki. Spokój.

Dużo się śmialiśmy. Wymyśliłam remont. Malowaliśmy pokoje. Robiłam Mu zdjęcia w pustych pokojach.

Kiedy wracaliśmy po chemii ze szpitala do Milanówka za każdym razem musiał sikać około dziesięciu razy po drodze. Zatrzymywał się i sikał bądź gdzie. Śmialiśmy się i ja Go fotografowałam przez okna samochodu. Teraz  oglądam te wszystkie zdjęcia co chwila. To skarb który mi został.

*

Pamiętam w sierpniu zawiozłam Go na kolejną chemię, podawali Mu to a ja cały czas myślałam , przecież ja to grałam. Wszystko to opowiadałam w „ Małej Steinberg” – chemia to jest takie dziwne coś , taki jakby plastikowy worek i to leci z niego taką rurką do żył. I po tym chce się wymiotować i ma się rozwolnienie i wypadają włosy- wszystko to po kolei powtarzałam sobie w myślach. Pamiętam też że starałam sobie przypomnieć co było dalej. W tekście roli, czyli jak to będzie dalej w życiu. – Mama zabrała mnie do domu i dawali mi takie coś po czym wszystko słyszałam, jak mam mówiła ze Bóg to skurwysyn, bo zrobił mi takie coś i że tata może spać u nas na kanapie dopóki ja żyję. A któregoś dnia usłyszałam wiatr-
Pamiętasz Edward, mówiłam , pamiętasz ja to grałam wszystko, to jak sen. – Uchm- odpowiadał czytając spokojnie gazetę , a to coś leciało w niego. A potem tak źle się czuł.

*

Kiedyś poszłam z nim na badanie komputerowe mózgu. Lekarze zawołali mnie do ich pokoju. Widziałam na sześciu, dziesięciu monitorach Jego mózg. Kształt czaszki. Wsunęli go do takiej maszyny.
Jako Steinberg  mówiłam, – to jest takie wielkie coś jakby statek kosmiczny, ale jak się z niego wychodzi to dalej się jest w szpitalu i ma  się raka.
Jaką masz ładna czaszkę , mówiłam Mu potem. A w głowie tylko takie trzy ziarenka piasku. Nie więcej. Nie ma nowych przerzutów. Te ziarenka są takie jak miesiąc temu. Nie powiększają się , nic się nie zmienia. A może nawet to nie są przerzuty?

*

Chorował i umierał jak stu kowbojów z amerykańskich filmów na raz. Bez mrugnienia oka. Superman. Czasem jakieś małe westchnienie, skarga, właściwie drobiazg. A potem już w grudniu kiedy ja, z lękiem pytałam co chwila: – boli cię coś , powiedz czy coś boli? – uśmiechał się i mówił znając mój brak wytrzymałości i strach przed bólem – Nie . Nic. Dzwoniłam do lekarza i kazałam szykować coś gdyby Go bolało. Gdyby tylko zaczął cierpieć.

*

Nie wierzyłam że umrze. Do dziś nie wierzę . A umarł. Minęło siedem miesięcy, a ja nie wierzę.
Przecież często wyjeżdżał za granicę na siedem miesięcy, na dłużej, robić film. Zostawaliśmy bez Niego. Normalne. Jestem przyzwyczajona. Tylko codziennie dzwonił. Codziennie. Gdziekolwiek by nie był , cokolwiek by nie robił. Ani dnia bez telefonu. A ja, czasem , kilka telefonów dziennie, do Urugwaju, co chwila, o byle czym. – Krysiu nie dzwoń do mnie na plan tak często. Nie mogę z tobą rozmawiać. Wieczorem.
Nie zlikwidowałam Jego telefonu komórkowego. Leży w domu. Płacę abonament i go mam. Czasem sobie do Niego dzwonię. Jest tam nagrany komunikat , przez Niego, na sekretarce. Czasem się nagrywam. Nie wiem po co? Dlaczego.
Odsłuchuję wiadomości do Niego, co jakiś czas. Niektórzy z za granicy, nie wiedzą że umarł. Dzwonią . Po niemiecku, angielsku. – Będę w Warszawie przejazdem… Kiedyś odsłuchałam widomość,  jakoś tak po świętach. Nagrał się nasz przyjaciel, nocą, w Wielki Piątek
– Edward, pozdrawiam Cię . Ty wiesz już jak tam jest. Mam nadzieję że się spotkamy. Wszystkiego dobrego. Nikodem.
Telefon leży, jest, czeka, można sobie dzwonić.

 

Telefonowałam  do Niego zawsze , w każdej sprawie , z każdym kłopotem i zawsze mnie wyprowadzał z opresji.
Przysłowiowa anegdota krążąca nawet w środowisku,  na ten temat to, jak się zgubiłam nocą  w lesie , między Nadarzynem a Milanówkiem, odwoziłam panią która u nas sprzątała i nie umiałam wrócić . Pamiętam był we Frankfurcie.
– Edward stoję samochodem w lesie , pada deszcz , nie wiem gdzie jestem nie umiem wyjechać z tego lasu.
– Spokojnie. Masz parasol? Wyjdź samochodu, posłuchaj czy nie słyszysz jadących samochodów. Tam powinna być niedaleko szosa katowicka.
– Nie nic nie słyszę. Boję się.
– Wsiądź i jedz , opowiadaj mi co widzisz, choćby jakie drzewa. Wyprowadził. Spokojnie.
– Widzę figurę Matki Boskiej,
– Jakiego kolorytu, jak wygląda?
– Biała , cała biała, z dzieciątkiem.
– Jak tyś się znalazła pod Brwinowem? Teraz obok figury skręć w lewo i jedz,  ja ci będę mówił…

*

 

Nie chciałam cały czas nic pisać. Kiedy trwało bałam się  zapisywać. Po śmierci bałam się sobie przypominać. Zmusił mnie do tego ten film. Robię to z przyjemnością.

*

 

Umarł w sobotę 5 stycznia 2008 roku o godzinie . 15.10 między jedną łyżką zupy a drugą. Karmiłam go. Żyły miał porwane, nie można się już  było wkłuć z kroplówką.  Lekarz powiedział do mnie  – jeśli co minutę wleje pani mężowi łyżeczkę wody do ust to Go pani nawodni.
Co minutę. Był cierpliwy. Siedziałam przy łóżku. W salonie. W centrum domu, specjalne łóżko, tlen, szum podawanego tlenu. Od momentu kiedy Go przywiozłam ze szpitala do domu , ten ostatni raz, w poniedziałek Sylwestrowy, nie wyszłam właściwie z tego pokoju. Byłam przy nim, bez przerwy, spałam na kanapie. Niewygodnej, za krótkiej, myślałam, a to tylko jakiś czas, poprawi Mu się i wniesiemy Go na górę. Jakoś się przemorduję.
Nigdy nie zapomnę tych pięciu nocy.
To moje noce.
Budził się co chwila i patrzył czy jestem obok.
Uśmiechał się.

*

To był sierpień 2007 . Początek sierpnia. Noc. Myślałam wtedy że jeszcze zrobimy ten film tamtego roku. Od 12 czerwca wiedzieliśmy że jest chory. Był po drugiej chemii. Znosił to nieźle.  Nocą, obudziłam się . Nie spał.

-Krysiu a może byśmy jednak wyjechali do Włoch. Nie miałaś wakacji. Zrozumiałam że nie chce żebym robiła film. Chce być ze mną cały czas. Popłakałam się . On tylko spojrzał i powiedział:
– Andrzej na ciebie poczeka. Nie martw się.
Jeszcze wtedy Tatarak nie był dla mnie o śmierci, był tylko o przemijaniu, samotności, o konfrontacji młodości ze starością, potem już zawsze był o śmierci.

*

Powiedział mi że ma coś w płucach mijając mnie rano na schodach, w naszym domu, po śniadaniu, ot tak mimochodem. Krzyknęłam – Cooo? Skąd to wiesz.!?
– Uspokój się . Nie krzycz. Dzieci usłyszą. Odebrałem wczoraj zdjęcia. Prześwietlenie płuc. Dziś mam tomografię komputerowa płuc.
– O której?
– Po południu.
– Kiedy będzie wynik?
– Od razu. A może wieczorem.
– Ja gram.
– Spokojnie zdzwonię do ciebie.
Widzieliśmy się w ciągu dnia w Teatrze. Przywiózł kafelki czy coś , pojechał po jakieś rurki. Nie pamiętam. Zadzwoniłam po południu.
– Masz wynik?
– Będzie jutro. Dziś już nie było lekarza. Jutro odbierz ty, bo ja muszę rano być u hydraulika.
Od dwóch lat budował teatr. Często zostawał tam na noc , z robotnikami. Ja jechałam do domu do dzieci. Teatr już grał a On wciąż go budował i pokasływał. Mówił że to uczulenie na pył. W czerwcu 10 zrobił badania.

Rozłączyłam się . Wskoczyłam do samochodu i pojechałam do laboratorium. Był już tylko portier  i jakiś laborant.
– Błagam niech mi pan pokaże wynik mojego męża.
– Nie mogę. Mimo że  jest pani żoną. Ochrona danych osobowych. Nie mogę . Zresztą nie opisane .Wszystkie badania są dziś nie opisane bo nie było lekarza.

– Niech pan mi pokaże. Przecież pan się na tym zna.
– Nie mogę , nawet żonie nie mogę. Czy to był ten pan z brodą , po południu?
-Tak. Edward Kłosiński.

Poszedł. Wrócił.
– Jest źle – powiedział – jest bardzo źle. Jutro opiszemy to badanie jako pierwsze. Niech pani mąż przyjedzie odebrać z samego rana.
– O której można najwcześniej?
– Od ósmej, ale możecie być wcześniej.
Zadzwoniłam.
– Edward byłam w laboratorium. Widziałam wydruk. Jutro opiszą twoje badanie jako pierwsze , można odebrać  od siódmej.
– Ja ich podam do sądu! Wchodzi jakaś baba, i oni jej pokazują wynik! Mnie nie chcieli nic powiedzieć! Nienawidzę tego! Tobie pokazują co chcesz!
– Bo się nazywam Krystyna Janda – wiem. To okropne. Jutro odbierzemy razem ten wynik. Z samego rana.
– Odbierz sobie sama.  Ja mam pojechać do hudraulika.

*

Pojechałam rano, było jeszcze przed otwarciem . Opis badania czekał, do odbioru. Nikt mnie nie zapytał o dokumenty, o nic. Wydano mi go. Szłam z  tą kopertą w reku jak zahipnotyzowana. Wsiadłam do samochodu, wyjechałam przez bramę , znalazłam po drodze zatoczkę . Zatrzymałam się . Otworzyłam kopertę.

Guz 8×10 centymetrów w lewym płucu , w prawym pięć cieni.

Byłam  w szoku. Cieni? Jakich cieni?

Zadzwoniłam do Niemiec do przyjaciółki lekarki.
– Czytaj powiedziała. I współczuję.
– Co to znaczy pięć cieni?
– Przerzuty. Oba płuca zajęte. Trzymaj się teraz.
Nie zdzwoniłam do Niego. Płakałam głośno w samochodzie , nie mogłam się uspokoić. I to był ten jeden raz kiedy tak płakałam. Jeśli później zdarzyło mi się, to tylko przypadkiem , po kryjomu, albo kiedy byłam sama. Płakałam jakby przez nieuwagę . I tak płaczę do dziś. Jak mi się wymknie spod kontroli.
*

Spotkaliśmy się w teatrze. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do szpitala na Płocką gdzie był umówiony z lekarzem. Jak to zwykle, przyjacielem naszego przyjaciela , co to razem na narty itd.

Jechaliśmy w milczeniu. Ja wiedziałam wszystko, milczałam . On nie pytał. Nie zapytał co jest w kopercie . Jak wynik. Wiedział że to czytałam. Wolał nie pytać.
Po drodze zadzwonił do mnie Andrzej Wajda. Film. Cała drogę do szpitala rozmawiałam przez telefon. Że może młody asystent, wie lepiej niż Mistrz. Reżyseruje mnie na boku. Zawsze jest taki młody, na planie , co to wie lepiej niż reżyser. Andrzej miał wątpliwości. Edward milczał. Skończyłam rozmowę. Na skrzyżowaniu przed szpitalem, kiedy skręcaliśmy w Płocką , powiedział nagle – trochę sie boję, i dalej nie zapytał o wynik.

Weszliśmy. Do pokoju lekarzy. Energiczny , pragmatyczny lekarz, taki do jakich mamy zaufanie, wziął kopertę. Edward usiadł tyłem do ekranów w które lekarz wpinał klisze , zdjęcia. Ja siadłam do tego wszystkiego twarzą. Jedno spojrzenie wystarczyło. Lekarz spojrzał na mnie . Zrozumiał że ja wiem. Edward siedział tyłem. Lekarz spojrzał na opis.
– Czytał pan ten opis? Zapytał. Bo co miał powiedzieć.
– Nie. Żona niedawno odebrała wynik.

I lekarz zaczął czytać. Co miał zrobić? Wolał przeczytać.

Kiedy zrobiła się cisza , Edward całkiem spokojnie powiedział
– Co pan mi radzi?

– Leczyć się trzeba – odparł .

Zrobimy bronchoskopię. Zaraz przygotuję salę zabiegową.

Pamiętam jak byłam ubrana , w niebieskim kostiumiku, w wyszywanych cekinami atłasowych klapkach, jak królewna , jak powiedziała kiedyś moja wnuczka.
– Babciu ty masz buty jak królewna.

Mam w uszach do dziś  stukot moich obcasów, w tą i z powrotem, kiedy chodziłam  korytarzem szpitala, czekając.

 

*

Kocham go. Kochałam Go naprawdę , na śmierć i życie, od kiedy zrozumiałam kim jest.  Jaki jest. Od tego momentu był zawsze On i ja . Życie , dzieci, dom ,  praca , wszystko było później. Choć pozornie wydawało się że jest inaczej. Że  najważniejsza jest praca. Moja praca, bo jak kiedyś wyznał, zdecydował, że moja praca jest ważniejsza niż jego – ktoś musi ustąpić – powiedział na samym początku – ustąpił On. Nieproszony. Ja tego nie rozumiałam. Śmiałam się z tego. To była Jego świadoma decyzja. Dzieci, dom, obowiązki, wszystko  wziął na siebie , kiedy pracowałam. Zawsze było dobrze. Byliśmy oboje odpowiedzialni, skuteczni, zdolni, rozsądni, pracowici, pragmatyczni, mieliśmy zasady, no i wiedzieliśmy jedno , mamy siebie, cokolwiek by się zdarzyło ja mam Jego on ma mnie. Cokolwiek by się stało.

 

*

Nie wiem, nie rozumiem jak mogłam zagrać tego dnia. Umarł w sobotę w południe . Wiedział że po tygodniu przerwy zaczynam blok grania
„ Boskiej” Że wszystko sprzedane.
Umarł tak żebym zdążyła na spektakl. Tak jak robił całe nasze wspólne życie.

 

*

Była sobota. Karmiłam Go. Zupą. Obok , w lekkim oddaleniu siedziała Jego siostra, Kasia. Przyjechała właśnie z Wrocławia.  Skończyliśmy przed chwilą w jadalni obiad.  Był obok nas, widzieliśmy Go cały czas, przez przeszklone szerokie drzwi.  Dzieci pobiegły na górę do siebie, mama poszła do kuchni , zostałam z nim, jakby sama, Kasia usiadła dalej.
Tego dnia nie byliśmy sami od rana, był koło Niego kołowrót, przyjechała Magda, Jego córka, Kasia , rozmowy, lekarz, chłopcy, zwierzęta, masażysta, byłam wściekła, męczą go, przeszkadzają Mu , jest zmęczony. Usunęłam się, siadłam w jadalni obok, przynajmniej mnie niech ma z głowy.
To była pierwsza chwila wytchnienia i spokoju . Ciszy. Po ciężkim dniu i nocy.

W nocy, z piątku na sobotę, koło drugiej, siadłam koło niego, wydawało mi się że zasnął. Płakałam. Otworzył oczy.
– Edward, czy ja mam Cię znowu odwieźć do szpitala?  – Co mam robić? Powiedz mi co ja mam robić?
– Nie – powiedział spokojnie. Nic. Chcę być w domu.
Pod Jego łóżkiem przez ten  ostatni tydzień leżał pies. Nasz ukochany Oskar. Prawie wcale nie wychodził spod łóżka , z pokoju. Potem . Miesiąc po nim umarł.

Nad ranem . Nad ranem. Wołał mnie. Odwrócił się do mnie .
– Jesteś? Nie śpisz? .
Wstałam z kanapy. Siadłam obok Niego na łóżku.
– Czy ja już mógłbym pożegnać się i sobie pójść?

Zbyłam to. Udałam ze to żart. Jak zawsze. Nie przyjmowałam do wiadomości rzeczy których nie chciałam. Udawałam że ich nie ma . Pocałowałam Go.

 

*

Sobota . Karmiłam go, ucieszona że wreszcie wszyscy sobie poszli. Miedzy jedną łyżką a drugą. Otworzył oczy szerzej, były niewidzące. Westchnął głęboko , z ulgą . Zamknął oczy. Siedziałyśmy  z Kasią, jego siostrą cicho. Zastygłe.

– Krysiu czy On umarł? – zapytała Kasia.

– Nie wiem. Chyba tak- odpowiedziałam, nic nie rozumiejąc.

Wstałam poszłam do kuchni.

– Mamo, mnie się wydaje że Edward umarł. Tak mi się wydaje.

Mama zerwała się na równe nogi.

– Co ty mówisz?!

Pobiegła. Gosposia pobiegła. Poszłam za nimi. W pokoju wszystko stanęło w miejscu. Z góry, z pierwszego piętra,  na tę ciszę , zbiegli chłopcy. Stanęli pytająco. Wyglądał jakby zasnął.

– Tata nie żyje – powiedziałam.

Adaś rzucił się:

– Trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie. Natychmiast trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie. Ja to wiem!

– Uspokój się . Adasiu. Tata nie żyje.

– Ale mamo! Trzeba sztuczne oddychanie.

Jędrek zbiegł , spojrzał i uciekł. Zamknął się w łazience.

Pocałowałam Go. Poczułam na wargach że stygnie.

 

*
Gdyby nie gosposia, nie wiedzielibyśmy jak się zachować. Opuściła lóżko, położyła Go płasko, oczy miał zamknięte .

– Trzeba podwiązać szczękę. – powiedziała

Poszłam do szuflady w przedpokoju i wybrałam jedną z moich chustek. Przykryła Go prześcieradłem.

Nic nie wiedziałam. Nic nie czułam. Wzięłam aparat. Zaczęłam robić zdjęcia. Twarz. Wyglądał wspaniałe. Spokojny. Wspaniały. Piękny. Zaczęłam fotografować wszystko dookoła, łóżko, stolik z lekarstwami, Jego biurko, kanapa, szczegóły, drobiazgi, dokumentacja , tak samo jak zawsze robiłam zdjęcia dekoracji , żeby następnym razem postawić w wszystko tak samo, w tym samym miejscu. Jak w filmie. Za każdym razem po każdym ujęciu robi się dokumentację , jak było na końcu, żeby potem była ciągłość. Anchluss. Słowo jakiego często używał. Mówił świetnie po niemiecku.

 

*

– Niech pani zadzwoni do lekarza. Musi przyjść stwierdzić zgon.  – powiedziała gosposia.

Zadzwoniłam. Odezwał się telefon na biurku. Jego komórka. Matko! Co to jest? Kto dzwoni w takiej chwili!  Cisza. To ja zadzwoniłam. To ja zadzwoniłam do Niego. Bo spotkało mnie nieszczęście , bo mam kłopot. Jak zwykle najpierw do Niego. Chciałam Mu się poskarżyć że umarł. Że zostałam sama. Rozłączyłam się.

 

*

Byłam wciąż spokojna. Jak kamień.

Lekarz. Akt zgonu.

– Niech pani zadzwoni do jakiegoś Zakładu pogrzebowego. Jutro niedziela, ciało nie może zostać w domu – znów gosposia.

– Dlaczego?

– Nie może.

Mama przyniosła mi gazetę .

– Masz, tu są ogłoszenia . Zakłady pogrzebowe. Jak się nazywa ten przy cmentarzu?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

Zadzwoniłam do państwa którzy robili nasz pomnik.

– Przepraszam umarł mi mąż, czy pani wie jak się nazywa ten zakład…

– Bardzo mi przykro. Proszę przyjąć moje kondolencje. Znajdzie pani w gazecie.

– Przepraszam umarł mi mąż , co teraz trzeba zrobić ?-  zapytałam kogoś w Zakładzie Pogrzebowym.

– Czy jest już akt zgonu?

– Tak.

– Przyjedziemy za dwie godziny. Milanówek tak?

 

*

Weszłam z Adasiem do garderoby na górę , wybrać ubranie do trumny.

– Mamo, weź to nowe które sobie uszył. Ani razu go nie założył. Sztuczkowe spodnie. Żakiet.

– Powiedział że ty masz w tym iść na bal maturalny.

– Nie mamo. Daj to dla Niego.

Biorąc to ubranie do ręki, wybierając koszulę, buty, skarpetki, czułam że coś jest nie tak, że on by tego nie chciał. Ale uległam. Po tygodniu, długo czekaliśmy z pogrzebem, życzył sobie być skremowany, czekaliśmy na kolejkę do kremacji, zadzwonili z Zakładu Pogrzebowego , przed spotkaniem w kaplicy,  tuż przed kremacją , przed pożegnaniem.

– Przepraszamy. Mamy taką niezręczną sprawę. Musi pani przywieźć inne ubranie. To zniszczyło się podczas ubierania. Mąż miał wylew z żołądka.

To ta zupa, która Go karmiłam – przyszło mi do głowy. Nie podoba Mu się to ubranie. Te sztuczkowe spodnie.

–  Zaraz przyjeżdżam-  powiedziałam.

Nareszcie . Zawiozę Mu to co lubił. Klubowa marynarka i szare spodnie. Jasno niebieska koszula. Ulubiony krawat. Zaraz , jakie On do tego nosił buty? Są. Włożyłam nasze zdjęcia do kieszeni.
*

Podczas pożegnania w kaplicy, na koniec , otworzono trumnę. Ja nie mogłam spojrzeć , wyszłam. Dzieci dopadły do Niego. Mama.

Potem, ze  dwa miesiące później,  zapytałam:

– Opowiedzcie mi chłopcy  jak tata wyglądał w trumnie.

– Super mamo. Jakby żył. Wyglądał świetnie. Jakby był zadowolony.

– Mamo?

– Wyglądał bardzo pięknie.

– Urosła mu broda?

– Nie. Chyba nie.

– A ubranie?

– Pięknie. Taki spokojny. Dostojny.

 

*

Jak ja mogłam pójść grać potem? W tę sobotę? Przyjechali z Zakładu Pogrzebowego. Zabrali  Go o 18.00. Schowałam pościel w której umarł. To prześcieradło, myśląc- chowam całun. Poduszkę , wszystkie ściereczki, ręczniki, jasiek. Mam to nie ruszone na półce. Nie wiem czy kiedyś upiorę. Pewnie nigdy. Niech tak zostanie. A może już niedługo można będzie człowieka odtworzyć z włosa, z pyłku, płatka skóry?

18.15. Ubrałam się . Zadzwoniłam do Magdy Umer, zapytałam, czy może mnie zawieźć do teatru.  Podobno, bo tego wszystkiego już nie pamiętam. Zaczęłam pamiętać rzeczy i zdarzenia dopiero z końca stycznia , tak od połowy pobytu w Ameryce. Już po pogrzebie. Wcześniej dziura.
Więc podobno Magda odwiozła mnie o teatru w tę sobotę. Podobno nie płakałam. Siadłam w garderobie jak zwykle o 19.00. – Edward umarł -podobno powiedziałam wchodząc. Przytulali mnie – podobno. Umalowałam się i wyszłam, siadłam w kulisie. Nie miałam żadnych wątpliwości. Wszystko będzie dobrze. Jakoś zagram. Nawet przez moment nie pomyślałam o odwołaniu. Przecież umarł tak żebym zdążyła do teatru. To nasz wspólny teatr. On go zbudował. Na pewno chciałby żebym grała.
Publiczność tego wieczora jeszcze nie wiedziała o niczym. Zagrałam. Śmiałam się , śpiewałam , jak co wieczór. Wieczorem telewizje podały widomość o jego śmierci. Następnego wieczora grało mi się trudniej.

W spektaklu „Boska!” , jest taki moment , na końcu , podczas którego Maciek Sthur mówi monolog na przodzie sceny, miedzy innymi o tym jak umarła Foster Jenkins, którą gram.  Zawsze od czerwca, od kiedy wiedziałam,  w tym momencie stałam tyłem do widowni w ciemności i  modliłam się . Mówiłam- Panie Boże proszę Cię , nie zabieraj mi Go. Pomóż nam. Tak Cię proszę. Jeszcze nie.To był zawsze ten moment . Te trzy minuty. Mój kościół. Przez pół roku za każdym razem to samo myślałam i powtarzałam w głowie. Błagałam. Tego dnia , nic nie myślałam w tym momencie , miałam doskonałą pustkę w głowie.

Jak ja mogłam zagrać tego wieczora? Nie wiem. Zupełnie tego nie pojmuję.

 

*

Mija rok. Minął rok od wiadomości o chorobie. Siedem miesięcy od śmierci. Jestem w Włoszech. Zawsze tu byłam z Nim. Wszystko tu mi Go przypomina. Nigdy już nie pojadę na wakacje nigdzie indziej.

Teraz za każdym razem jak ubieram, kupuję czarną sukienkę , szal, ubranie, mam uczucie że jestem razem z nim.

*

 

Podczas przymiarki kostiumów, do Tataraku, ubrałam się instynktownie na czarno. Wiedziałam że Andrzej rozumie obrazy. Spojrzał tylko.

– Na czarno? No to byłoby wyraziste. Dzieci umarły dawno, ale dlaczego nie. To byłoby coś . Ubiera się w kwiecistą suknię tylko raz na spotkanie z Bogusiem.

Bo ja wiem- pomyślałam. A może nawet wtedy nie. Może i wtedy i nad rzekę też idzie na czarno. Czy ona chce mu się spodobać? Nie. Jest ponadto.

 

*

Mam w „ Tataraku” zagrać kobietę chorą na raka. Jest śmiertelnie chora. Nie wie  tym . Wie mąż lekarz i przyjaciółka. Ma kilka miesięcy życia przed sobą. Nawet jeśli togo nie wie. Przeczuwa to? Co to znaczy? Jak się zachowuje. Jakie to ma znaczenie dla roli?

Edward wiedział. Od początku. Powiedzieli Mu to  od razu.  Wiedzieliśmy od pierwszej chwili że to sprawa terminalna. Walka szła o to jak długo. Pół roku, rok. Może uda się dłużej.
Chorzy przy tym  stopniu zawansowania choroby przeżywają czasem do dwóch lat. Ale to tylko 3% przypadków.

Jak się zachowywał? Jak zwykle. Nie mówił więcej, nie robił nic więcej, zwyczajnie. Trochę nudził się w domu, pozbawiony aktywności do której był przyzwyczajony, kupił wielkie kucharskie książki po niemiecku i tłumaczył przepisy na dania które lubił. Leżą te przepisy, napisane ręcznie, jego starannym pismem, na biurku. Leżą . Ciekawe czy kiedyś te dania ugotuję. Głównie są to przepisy kuchni Toskańskiej. Staram się teraz tutaj podczas tego pobytu, jeść Jego ulubione potrawy, to też rodzaj lojalności, wierności. Wzdycham i żałuję że on nie może już tego zjeść. Tak lubił niektóre rzeczy. Jem je w Jego imieniu w jego ulubionej restauracji. Czuję się lepiej kiedy śledzę Jego ślad.

 

*

 

Mam problem z jedną rzeczą w tym scenariuszu, w Tataraku. Z pożądaniem. Ja nie odczuwam żadnego pożądania . Wydaje mi się to abstrakcyjne. Odkąd umarł . Przestałam być kobietą. Nawet pogardzam tym. Nie ma Go. Skończyło się . Byłam kobieta tylko dla Niego.
Pani Marta rzuca się jakby na  młode życie Bogusia.  Łapie ostatnią chwilę . Czy jest w tym pożądanie? Czy czuje się przy Bogusiu kobietą. Nie sądzę. Mnie szczególnie trudno to teraz zrozumieć. Będą z tym problemy na ekranie. Mam do tego rodzaj obrzydzenia. Jestem matką dwóch synów, w wieku Bogusia. Zawsze nie lubiłam młodych mężczyzn, nudzili mnie i denerwowali. Zbywałam ich zainteresowanie machnięciem ręki , jakbym się oganiała od much. Zawsze mówiłam że  na koniec życia wolałaby porozmawiać z kimś mądrym, niż być pocałowana i przytulona przez chłopca. Czy nawet  mężczyznę. No chyba że byłby to Edward. Ale w jego przytuleniach było coś zupełnie innego, było coś bezcennego, miłość, oddanie , ofiarność , gotowość, czułość , zachwyt, nie nad ciałem  jak u Iwaszkiewicza,  nad wspólnotą, nad razem istnieniem , nad porozumieniem także.
*

Co może rozumieć taki chłopak jak Boguś? Będą problemy. No ale od czego jestem aktorką.

 

*

Kiedy myślę o Tataraku , nie mogę oddzielić go od Niego. Od Edwarda. Śmierć krąży nad tym tekstem, z powodu Jego śmierci. Nie umiem myśleć osobno od tego.  Dlatego taką przyjemność sprawia mi to że gram osobę chorą , umierającą, nawet jeśli tego nieświadomą.

 

*

Spotkaliśmy się  trzydzieści dwa lata temu, u Andrzeja na planie. „Człowiek z marmuru”.  W trakcie filmie powiedział , to spotkanie jest niebezpieczne. Będę na panią czekał jak długo będzie trzeba. Cokolwiek pani zdecyduje to przyjmę.

Kiedy kilka lat późnej kiedy okazało się że jesteśmy razem, podczas kręcenia „ Dyrygenta” do którego zdjęcia robił Sławek Idziak,  Andrzej, wpadł w panikę. Edward był jego przyjacielem. Tłumaczył Mu – Edward, Krysia jest dobra na wszystko ,ale nie na żonę. Tobie potrzeba kogoś innego . Do mnie, powiedział – jak zrobisz mu krzywdę , będziesz miała ze mną do czynienia. A ja zamknęłam się w toalecie u Andrzeja w domu i płakałam.

Teraz kiedy Go nie ma , zaczynamy ten film. A Edward jest wciąż gdzieś tu koło mnie. Jest w tym filmie. W tej roli. Będzie trudno ją zagrać. Będzie trudno zrobić ten film. Jakkolwiek by nie było, ta rola będzie dla Niego. O nim. O tym czymś. O odejściu. O odchodzeniu.

 

*

To zdumiewające , jak odszedł , byłam pusta, nie miałam nic. Teraz  jestem bez Niego , mam coś, jakiś skarb. I z każdym dniem , im dłużej Go nie ma , im bardziej Go nie ma, mam to coś większe. Tego czegoś więcej.
Nie wiem co to jest. Jestem inna. Mogę być sama. Lubię być sama. Osobna. Jestem wciąż z nim. Spotykam się z przyjemnością tylko z tymi którzy Go znali. Reszta mnie nie obchodzi.

 

*
Opiekuję się  i martwię o nasze dzieci, muszę je wychować. Dwóch synów to wyzwanie. W tak trudnym wieku. U progu dorosłego życia. Nie rozmawiam z nimi o Tym,  najważniejszym. O śmierci. Czasem tylko, mówię  –  Tato by na to nie pozwolił-  i pozwalam. Bardzo ich kocham. Niezauważalnie zaczynam o nich myśleć i traktować ich trochę jak Jego. Prosić o pomoc, o radę, zapominam że to jeszcze dzieci.
Zawsze się śmiał ze mnie i z mojego stosunku do dzieci. Kiedyś pojechałam z nimi sama na wakacje, byli bardzo mali, On był w jakimś filmie , długo , jak zwykle, jak często. Dzwonił.

– Jak Wam tam jest? Zazdroszczę Wam. Chciałbym być z Wami. Jak dzieci?

– Edward ! Oni się w ogóle mną nie zajmują!

Długo się śmiał. Potem to wciąż  przypominał.

*

„Tatarak”

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.