25
Listopad
1994
17:11

Żeby się tylko nie zakochać

„Żeby się tylko nie zakochać”

«W minionym tygodniu gościnnie wystąpiła w Szczecinie Krystyna Janda. Zobaczyliśmy jej dwie znakomite kreacje w dwóch monodramach – „Kobiecie zawiedzionej” według prozy Simone de Beauvoir oraz „Shirley Valentine” Willy Russela. Prostota tematu i sposobu jego przekazania podniesiona została do rangi sztuki. Niezwykła osobowość aktorska Jandy sprawiła, że historię obu kobiet, opowiedzianą z ogromną wrażliwością, lekko ironicznie, ale też z dystansem wobec życiowych dramatów, oklaskiwaliśmy na stojąco.

Nasza korespondentka rozmawiała z artystką jeszcze przed jej przyjazdem do Szczecina.

– W swoim ostatnim monodramie sięgnęła Pani po adaptację prozy Simone de Beauvoir. Dlaczego?

– To wspaniały materiał do pracy, ale… Po pierwsze – ma się do czynienia z pamiętnikiem, który nie ma żadnej akcji dramatycznej. Po drugie – czekało mnie zadanie trudne – utrzymanie widza przez bite dwie godziny w skupieniu. Całą interpretację trzeba było zrobić – włącznie z moim śpiewem – wszystko, by uatrakcyjnić przedstawienie.

– Książka powstała w 1967 r., w okresie rewolucji obyczajowej, zalewu książek psychologicznych, poradników dla kobiet, które były i są porzucane, zawiedzione… Czy tekst się nie zestarzał?

– Myślę, że nie, a świadczy o tym szloch na widowni. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się ostatnio, że jakaś pani tak głośno zapłakała, że zwrócono jej uwagę. Była to przedziwna sytuacja, bardzo wzruszająca. Wiem, że sztuka jest aktualna. Trzeba również pamiętać, że nie jest taki sobie zwyczajny tekst. Uznaje go cały ruch feministyczny i od czasu powstania tej książki nigdy nic tak prostego, a zarazem głębokiego nie napisano o kobiecie, o jej niezależności. Uroda tekstu polega także na tym, że nie stara się on znaleźć winnych, lecz obiektywnie i to w sposób ładny, analizuje sytuację od strony bohaterki. W tym tkwi największa siła sztuki. Polubiłam bohaterkę. W moim wykonaniu jest to postać kolorowa. Simone de Beauvoir napisała pamiętnik spokojnie, bez autoironii. W spektaklu Magdy Umer tej lekkiej ironii jest dużo.

wszystkie panie myślą, że tak właśnie się trzeba zachowywać. A ja nie chcę nikomu niczego sugerować. Ale jest coś w tym tekście, w całym spektaklu, że mężczyznom zależy na tym, by ten spektakl zobaczyły żony i trochę się uspokoiły.

– Obawiam się, że tekst nie daje żadnej recepty. Sztuka pokazuje stan rzeczy, z którym należy się pogodzić. Pozostawia nas absolutnie bezradnymi wobec problemu, który jest, był i będzie. Wobec problemu kobiety porzuconej, zawiedzionej…

– Oczywiście, nie można dać recepty. Na tym polega uroda tej sztuki. Jest przecież o rozmiarach bólu, a nie o tym, że taki ból istnieje i co się z nim zrobi. Wszyscy jesteśmy mniej więcej fantastycznymi ludźmi, dobrymi, mądrymi, normalnymi. Nie chcemy nikogo skrzywdzić, ale zdarza się w życiu takie nieszczęście, jak miłość, na którą nie wolno sobie pozwolić.

– …która pozostawia kobietę samotną?

– Nie tylko kobietę. Przychodzą do mnie mężczyźni i pytają: „A co ja mam robić? Jestem mężczyzną zawiedzionym, porzuconym”. Nie wolno więc na ten problem patrzeć tylko z jednej strony.

– We Francji grano adaptację tej sztuki, lecz z dużo większą dozą niechęci do mężczyzn…

– To byłoby nie do zniesienia, gdybym miała tak zagrać. Przecież świat bez mężczyzn byłby okropny. Uwielbiam mężczyzn.

– Lepiej jednak zdradzać niż być zdradzaną.

– Tak pani myśli?! Nie wiem! Zdradzać? Cóż to znaczy? Kochać to jest dobre słowo! Słowo „zdradzać” – ma już w sobie coś niedobrego. Myślę, że gdzie indziej trzeba poszukać odpowiedzi. Zdarza się takie nieszczęście, że człowiek się zakochuje i to jest jak choroba, wielkie cierpienie, bo ta miłość jest niedozwolona, niemożliwa. Przez ostatnie lata w moim małżeństwie, zawsze na Boże Narodzenie z mężem składamy sobie takie życzenia: „Żeby się tylko nie zakochać!”. Przecież nikt nie chce źle! Tylko – niestety – miłość jest jak choroba!»

Lilianna Bartowska
Głos Szczeciński nr 274
27-11-1994

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.