20
Kwiecień
2009
00:04

Zbyt późno, za wcześnie

Zbyt późno, za wcześnie
Anna Kilian 20-04-2009

Jutro odbędzie się uroczysta premiera nowego – nagrodzonego w Berlinie – obrazu Andrzeja Wajdy „Tatarak”. Odważny dramat o śmierci i umieraniu wejdzie do kin w piątek.

Nagroda imienia Alfreda Bauera przyznawana jest na Berlinale obrazom innowacyjnym. W tym roku przyznano ją ex aequo „Tatarakowi” Andrzeja Wajdy i urugwajsko-argentyńsko-niemiecko-hiszpańskiej produkcji „Gigante” Adriana Binieza.

Bez znieczulenia

„Tatarak” to film rzeczywiście zaskakujący. Nie tylko trzema płaszczyznami narracyjnymi i dwoma planami czasowymi. Przede wszystkim widz jest tu konfrontowany z osobistą tragedią Krystyny Jandy. Śmierć męża, Edwarda Kłosińskiego, człowieka, który był jej najbliższy na świecie spowodowała, że aktorka zapragnęła opowiedzieć o umieraniu na raka płuc.

– Chciała podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi – powiedział Wajda, z którym Kłosiński współpracował jako operator przy „Człowieku z marmuru”, „Ziemi obiecanej”, „Dyrygencie” i „Człowieku z żelaza”. Podczas kręcenia zdjęć Krystyna Janda wręczyła reżyserowi dwie strony tekstu zapisane ekshibicjonistycznym monologiem. Wpleciony do „Tataraku” i odegrany przez aktorkę w ciemnym i pustawym pomieszczeniu tekst stanowi dopełnienie adaptacji prozy Jarosława Iwaszkiewicza. Jest jeszcze jedną opowieścią o śmierci. Obok tej filmowej, fikcyjnej – prawdziwą.

Zwierzenia Jandy odbiera się bez zażenowania, choć dotyczą spraw intymnych i ostatecznych. Tekst monologu pozbawiony jest emfazy, a aktorka wygłasza go spokojnym tonem, z twarzą ukrytą przed okiem widza. Odbiera się go mocno. Nie ma tu miejsca na dystans widz – aktor. W jego miejsce pojawia się relacja oparta niemal na przyjaźni, jakbyśmy słuchali kogoś, kogo dobrze znamy.

Miłość i pożegnania

Gdy kończy się pierwsza część monologu aktorki, nie od razu przechodzimy od bolesnej rzeczywistości do ekranowej kreacji. Pasażem staje się sekwencja z realizacji „Tataraku”, w której oglądamy aktorkę i reżysera na planie, czytających opowiadanie Iwaszkiewicza. Wyczuleni i odpowiednio nastrojeni przez aktorski monolog odbieramy wiele rzeczy już inaczej (na przykład ucieczkę aktorki z planu), niż gdyby został pozbawiony emocjonalnie brawurowego wprowadzenia.

Żałoba odtwórczyni głównej roli przydaje dodatkowych niuansów postaci Marty – bohaterce literackiego „Tataraku”. Żona małomiasteczkowego lekarza (Jan Englert) nie wie, że rozpoczynające się lato będzie ostatnim w jej życiu. Bo w fikcyjnej opowieści sytuacja się odwraca – to kobieta jest śmiertelnie chora na płuca, z czego nie zdaje sobie sprawy. Doktor postanawia trzymać chorobę w tajemnicy. Dziś, kiedy każdy pacjent świadomie podejmuje walkę z rakiem, taka sytuacja nie byłaby możliwa. Ale akcja opowiadania napisanego w 1953 r. została przeniesiona na koniec lat 50. – młodzi bawią się tu, słuchając orkiestry grającej wielki szlagier z filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Pożegnania”, który miał premierę w 1958 r. Od siebie Andrzej Wajda dodał tu powstańcze motywy wojenne – w Powstaniu Warszawskim zginęli obaj synowie Marty. Zapracowany mąż jest jej oddany całym sercem, ale oboje dzieli dystans przyzwyczajenia i kurtuazji – co Wajda kapitalnie pokazuje w dwóch scenach wspólnych posiłków. Może dlatego – szukając bliskości – a może przeczuwając zbliżającą się śmierć, Marta lgnie do 20-letniego Bogusia (Paweł Szajda), zwyczajnego chłopaka stojącego u progu życia. Ona widzi w nim młodość pozbawioną przygniatającego bagażu doświadczenia, on w niej dojrzałość. Młodość i starość przeglądają się w sobie także dosłownie – w dwóch mistrzowskich ujęciach kamery Pawła Edelmana obserwujemy, jak w salonowym lustrze odbijają się kolejno Boguś i Marta. Tych dwoje nigdy nie będzie razem, ich historia skończy się szybciej, niż zacznie – i to jest w „Tataraku” najsmutniejsze. Miłość przyjdzie do Marty zbyt późno, a Bogusia zabierze śmierć – zbyt wcześnie.

O śmierci od nowa

Kino zna efekt „filmu w filmie” nie od dziś (np. „Kochanica Francuza” Karela Reisza). Niczym nowym nie jest też fascynacja młodością kogoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, że znajduje się u schyłku życia – to już widzieliśmy choćby w „Śmierci w Wenecji” Luchina Viscontiego. Ale subtelna, psychologiczna proza Iwaszkiewicza, który jak żaden inny polski pisarz potrafił opowiadać o umieraniu i przemijaniu (m.in. sfilmowane przez Wajdę „Brzezina” i „Panny z Wilka”), w połączeniu z monologiem Jandy czynią z tego filmu dokonanie oryginalne i poruszające. Nostalgiczne wizualnie i piękne muzycznie ścieżką dźwiękową Pawła Mykietyna.

Krystyna Janda o osobistym tonie filmu „Tatarak”

Od początku było wiadomo, że współczesna część filmu, dopełniająca opowiadanie Iwaszkiewicza, będzie mówić o aktorce. Rozmawialiśmy z reżyserem, jak powinny różnić się te role i postaci. Jak powinnam na ekranie wyglądać, zachowywać się, grać jako aktorka Krystyna Janda a jak, gdy stawałam się panią Martą. Dlatego jako Iwaszkiewiczowska bohaterka mam zmieniony kolor włosów i oczu, trochę inaczej chodzę, w innym rytmie mówię. To rutynowe przygotowania. Nowy pomysł na część współczesną pojawił się nagle.

To był moment, chwila, kiedy postanowiłam opisać, jak życie doścignęło temat, o którym z Andrzejem Wajdą rozmawialiśmy przez prawie dwa lata. W naturalny sposób, którejś nocy siadłam i napisałam te 19 stron, wiedząc, że piszę je ewentualnie do filmu.

Potem nauczyłam się tego tekstu na pamięć – jestem przede wszystkim aktorką – i go zagrałam. Kiedy przed aktorem staje takie zadanie, kiedy temat jest mu tak bliski, musi wybrać drogę najprostszą. Większość mojego zawodowego życia spędziłam w teatrze. Grałam dużo monodramów i wiele godzin byłam sama na scenie. Wiedziałam, jaki ton mam przyjąć. Znam też relacje z kamerą, więc kiedy zobaczyłam przestrzeń, jaką mi dano, zagrałam. Najlepiej jak umiałam, czyli najprościej, prawdziwie.

Życie Warszawy

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.