13
Październik
2012
00:10

Danuta Wałęsa, Krystyna Janda

zobacz zdjęcie

ZAGRAĆ TAK, ŻEBY UNIKNĄĆ BRAW

Specjalna premiera „Danuty W.” – monodramu w reż. Janusza Zaorskiego – odbyła się w czwartek w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Przedstawienie zaczyna się od krótkiej wyliczanki imion dzieci i dat ich narodzin. Janda przy tych datach zacięła się i przerywając spektakl, przyznała: – Emocje są za duże. Muszę zacząć jeszcze raz.


Dostała brawa. Na pomyłkę Jandy głośno zareagował Lech Wałęsa: – Niech się pani nie przejmuje, ja też tego nie pamiętam.

Danuta i Lech Wałęsowie przybyli tuż przed spektaklem i dostali owację. Po spektaklu wyszli na scenę. Lech podał rękę Jandzie, potem żonie. Ale Danuta Wałęsowa po prostu objęła męża i ucałowała.

– Tak mniej więcej wyglądało nasze życie – mówił Wałęsa. – Ale jestem przekonany, że wielu z państwa podobnie. Tylko żałuję, że od początku nie pilnowałem materiału, który powstawał, bo parę elementów bym poprawił. Ale mam nadzieję, że… – i tu zawiesił głos – że się państwu podobało.

– Wydawnictwo Literackie, które opublikowało „Marzenia i tajemnice”, zapytało mnie, czy nie pomyślałabym o spektaklu. Po tym liście aż krzyknęłam, byłam już po lekturze książki, ale na taką odwagę sama bym się chyba nie zdobyła – mówiła Janda.

Rozmowa z Krystyną Jandą

Paweł Smoleński: Wspomnienia Danuty Wałęsowej odniosły niebywały sukces; myślę, że gdyby prezydent Wałęsa coś dzisiaj opublikował, nie miałby szans na ułamek takiego powodzenia.

Krystyna Janda: Wszystkich interesuje historia od drugiej strony.

Stało się coś tym polskim mężczyznom? Kiedyś w awangardzie, macho i łowcy sukcesów, a dzisiaj…

– …nic się z wami nie stało, tylko przyszedł czas i pojawiła się moda, by kobiety opowiadały o sobie i o świecie widzianym swoimi oczyma. Zawsze takie byłyśmy i zawsze istniał nasz świat. Po prostu.

Chce pani – sama kobieta sukcesu – grać kobietę, która, choć w cieniu męża, też żyła na własny rachunek.

– Jej wspomnienia są tak obszerne i wielowątkowe, niemal na każdej stronie zmienia się ich nastrój, że można byłoby napisać kilka adaptacji. Moja ma 80 stron maszynopisu z prawie 600 stron książki. Wybrałam to, co moim zdaniem najmocniej koloruje, lecz równocześnie uniwersalizuje ten los. Postaram się tę historię opowiedzieć prosto, najpiękniej jak umiem. Nie mogę także uciec od moich emocji, to także nasze życie. Lubię panią Danutę, choć nie znam jej zbyt dobrze, spotkałyśmy się niedawno. A i tak byłam poruszona, jak bardzo jest bezpośrednia, jasna, zdecydowana. Miałam kłopot z miejscem, gdzie mamy się spotkać, a ona wybrała od razu, wzięła mnie za rękę, zaprowadziła, posadziła przy stoliku, powiedziała, jaką kawę mam zamówić…

Silna kobieta, dziś tak się mówi.

– Ośmioro dzieci, towarzyszenie Wałęsie w jego codzienności i w życiu publicznym, gdy był na wozie i pod wozem, wypełnianie funkcji np. jego rzecznika prasowego, kiedy go internowano. Życie z ośmiorgiem dzieci w biurze „Solidarności” przez wiele wiele lat, bo to w ich kolejnych mieszkaniach mieścił się Związek. Wieczna inwigilacja, obserwacja, szykany, prześladowania, obecność bezpieki w ich życiu. Oglądamy zadania niemal jak dla Antygony, Medei, Elektry.

Historia Danuty Wałęsy to historia uniwersalna, ale także wielka historia. Jeśli popatrzeć na jej życiorys z lotu ptaka, związany z losem współczesnej Polski, wszystkimi naszymi klęskami, sukcesami, przemianami, zawiedzionymi i spełnionymi nadziejami, mamy materiał na wspaniały antyczny dramat. Mam doświadczenie w opowiadaniu ze sceny historii różnych kobiet, ale ta jest niezwykła przez swoją wyjątkowość i zarazem uniwersalność, układa się w proste, krótkie zdania, po każdym wyraźna kropka, rytm – jak w białym wierszu.

Obrałam historię Danuty W. ze wszystkich ozdobników. Ważę każde słowo, zastanawiam się nad każdym faktem, o którym opowiem. Przecież ta książka pokazuje również wiele ludzkich słabości.

Czy pani zdaniem ta książka powstała, by opowiedzieć o słabościach, również mężczyzn?

– Myślę, że jej autorka po prostu chciała powiedzieć: „Niczego nie żałuję, choć wiele rzeczy nie ułożyło się tak, jakbym pragnęła. Jestem samotna i to mój dramat, ale jestem szczęśliwa. Mimo że noszę w sobie mały żal, bo życie tak szybko mija, a ja niedostatecznie zaznaczyłam swoją w nim obecność”.

W tym nie ma żadnego sprzedawania tajemnic, potrzeby rewanżu, powiedzenia zbyt dużo. Także o mężu. Jej wyznania „uczłowieczają” na nowo legendę. Lecha Wałęsę. Dawno nie mówiłam ze sceny o nikim z taką troską i czułością.

Moja bohaterka mówi prawdę. Często bolesną i boleśnie. Mówi, że uczestniczyła w historii, choć było to tylko spełnianie koniecznych obowiązków. Opowiada o kosztach, także fizycznych, o tym, jak kobiety płacą za takie życie. Mówi o samotności w tłumie, tęsknocie do ukochanego mężczyzny, obowiązkach ponad siły, że zdarzały jej się stany na granicy omdlenia i nikt tego nie zauważał i nie brał pod uwagę. I o tym, że pewnego dnia zrozumiała, że musi już liczyć tylko na siebie. Przełomowym momentem jest czas po Sierpniu ’80, narodziny „Solidarności” i ta szalona epoka w ich życiu do połowy lat 80. Kiedy narodziła się na nowo, niezależna, jak sama mówi.

Chce pani opowiedzieć o emancypacji?


– Nie. O wielkiej miłości. Moim zdaniem ta książka jest także właśnie o tym, jak można kochać. To wyznanie miłości do mężczyzny, który miał nad nią wielką władzę emocjonalną, a ona uważała, że powinna iść pół kroku za nim, ale jednak za nim i z nim. Życie, historia postawiły ją w sytuacji, gdy jedyny mężczyzna po prostu „zdradza”, emocjonalnie odchodzi, a jego kochanką staje się „Solidarność”, Polska i polityka.

Ona tęskni do tamtego mężczyzny sprzed wielkich czasów, sprzed Sierpnia. Po nich on zaczął się oddalać. Czy to nie jest wyznanie wielkiej miłości? W historii pani Danuty dotyka mnie jej serce, ciepło i prostota wyznań. Niech jakiś mądrala zdobędzie się na to.

W tym spektaklu musi również zabrzmieć historia Polski. Nasze życie. Jesteśmy z panią Danutą prawie równolatkami. Nie umiem powiedzieć tego tekstu, żeby moje własne prywatne życie nie przewinęło mi się równolegle w głowie, życie w konkretnej epoce. Zostawiłam w adaptacji wszystkie daty. Także daty wyznaczonych terminów porodów i daty porodów rzeczywiste. My, kobiety, wiemy, co to znaczy rodzić dzieci przed terminem, kiedy organizm nie daje rady, odmawia posłuszeństwa. Daty to podstawowy element.

Strajki, stan wojenny, Nagroda Nobla, prezydentura…

– W przedziwny sposób daty porodów rymują się z datami kluczowymi dla Polski. Te wszystkie rewizje, ubeckie najścia, listy z prośbami, ale też z pogróżkami; kiedy w 1984 r. zamordowano księdza Popiełuszkę, uświadomiła sobie, że żartów już nie ma. Zaczęła się bać o życie dzieci, męża.

A przy okazji jest we wspomnieniach pani Danuty zgoda na sytuację, ale bez rezygnacji. Nadzieja, że ludzie są lepsi. Opowiada, jak kłóciła się z ubekami. I nagle mówi – gdy modliła się w kościele za księdza Jerzego, pomyślała, że może nie chcieli go zabić, że to może był przypadek.

Jacy będą mężczyźni w pani przedstawieniu?

– Tylko jeden, bo innych nie było. On. Ona za nim tęskni, tęskni za życiem, kiedy w pierwszych latach małżeństwa była tylko żoną, matką, przyjaciółką, opiekunką. Kiedy opowiada o strajkach w Sierpniu, wspomina niekończące się dyskusje mężczyzn siedzących w stoczni i swoje tam odwiedziny. Mówiła mężowi, że dzieci dobrze, że wszystko będzie dobrze… i wracała do dzieci. Kiedyś, wychodząc ze strajkującej stoczni, przyglądała się przemawiającemu do tłumów mężowi, na bramie. Słuchała i myślała: Co ty mówisz? Nie przeczuwała, co ją czeka, co z tego wyniknie.

Ona nic nie udaje. Nie stara się być ani lepsza, ani mądrzejsza, niż była. To właśnie jest poruszające.

Dlaczego nie udaje?

– Bo jest dumna, odważna, ma poczucie, że jest wewnętrznie harmonijną kobietą, z własną perspektywą i prawem do oceny. Jest szczera, skończyła naukę, gdy miała 14 lat, a potem musiała po prostu zachować się, nie odpuścić. Jak sama mówi, życie zmusiło ją do wielu uniwersytetów. I egzaminy zdała.

Czyli to swego rodzaju coming out. No bo żona, zwłaszcza żona wielkiego przywódcy, w naszej katolickiej Polsce i w czasach heroicznych nie powinna wychodzić poza jego cień.

– Ale też pisze, że to, co zdarzyło się w jej życiu, trudno pojąć na „zdrowy rozum”, historia zaprosiła ją do pierwszego rzędu, choć nie było jej w tym rzędzie widać. Np. zrobiła Wałęsie zdjęcie podczas internowania przemyconym aparatem i ta fotografia poleciała na Zachód. Nosiła listy do niego i od niego. Przeszmuglowała nagrania z demonstracji w Gdańsku. Zaczęła słuchać Wolnej Europy, żeby wiedzieć, orientować się. Nie wychylała się, ale robiła to z pełną świadomością.

W sytuacji osaczenia, śledzenia, w końcu triumfów męża jest sobą, niezależna i świadoma. Niech pan przypomni sobie wyjazd do Oslo na ceremonię wręczenia pokojowego Nobla w 1983 r. Skromna, delikatna, godna, znakomicie reprezentowała Polskę, Wałęsę i po prostu kobiety, o czym dopiero teraz mówimy. Sam Lech Wałęsa wystawił jej ocenę trzy plus. Ale ona już wtedy doskonale wiedziała, że to kolejny etap uniezależniania się: może i musi decydować, rozumie, że nie tylko ważne jest, co zrobi, ale – jak to zrobi.

Można być niezależnym w tak wielkiej miłości?

– A kto mówi o miłości podległej? Taka miłość nie istnieje, bo nie ma miłości w niewoli.

Bywa, że ludzie, którzy kochają, podporządkowują się, redukują.

– I ciągle tak jest, dotyczy to właśnie kobiet. Ale jaka to miłość?

Kobiety, które przyjdą na spektakl, wyjdą z teatru bardziej wyprostowane, uśmiechnięte. Krzysztof Materna powiedział Danucie Wałęsowej: „Jest pani największą manifą w Polsce”.

A ja bym chciała to tak zagrać, żeby uniknąć braw.

Jak to?

– Chcę zejść ze sceny niezauważona, jakoś siebie pozamiatać. Kiedy ludzie zaczną klaskać, chcę, by brawa były dla Niej.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.