19
Sierpień
2004
07:08

Wywiad ” Weiser”

Rozmowa z Krystyną Jandą, odtwórczynią roli Elki w „Weiserze”

17 stycznia 2001

Krystyna Janda szykuje się do zrealizowania swojego drugiego filmu fabularnego. Miałby on powstać na podstawie „Luster” Małgorzaty Saramonowicz. W „Weiserze” Wojciecha Marczewskiego, który wchodzi do kin w najbliższy piątek (19.01), Krystyna Janda wcieliła się w postać dorosłej Elki, najbliższej przyjaciółki Dawida Weisera.

Grzegorz Wojtowicz: Co sprawiło, że zdecydowała się Pani przyjąć rolę Elki w filmie Wojciecha Marczewskiego „Weiser”?

Krystyna Janda: Zaproponował mi tę rolę Wojciech Marczewski, a takim ludziom się nie odmawia. Poza tym, znam książkę Pawła Huelle od dawna i uważam ją za jedną ze wspanialszych książek, jakie w życiu przeczytałem.

Grzegorz Wojtowicz: „Weiser” jest między innymi podróżą w przeszłość, w lata dzieciństwa. Czy podczas jego realizacji Pani również udało się odbyć taką podróż?

Krystyna Janda: Nie, ponieważ ja grałam postać Elki już w wieku dorosłym. Zanim weszłam na plan obejrzałam najpierw, to co zagrała Olga Frycz. Ona grała Elkę w scenach dziecięcych. Dowiedziałam się od reżysera, że on nie chce żebym ją naśladowała na siłę. Podobieństwo miała zapewnić odpowiednia charakteryzacja, ufarbowano mi włosy, zmieniono kolor, a ja miałam się skoncentrować na zagraniu tematu.

Grzegorz Wojtowicz: A tym tematem była tajemnica.

Krystyna Janda: To było wspaniałe, że Marczewski postawił przede mną takie niesamowite zadanie. Reżyserzy naprawdę nie często stawiają przed aktorami takie zaskakujące zadania. Zrozumiałam nagle, że to co mówię i to co widać na ekranie, jest jedynie cieniutką skorupką, pierwszą warstwą, za którą kryją się jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Z wielką przyjemnością starałam się sprostać temu zadaniu. Strzegę tajemnicy do końca, bo przecież tak naprawdę nie wiadomo, czy ja jestem żywą istotą, czy tylko zjawą. To było jedno z ciekawszych zadań aktorskich, jakie przede mną stanęło.

Grzegorz Wojtowicz: W swoim internetowym dzienniku napisała Pani, że zna takich ludzi, którzy po obejrzeniu „Weisera” wyszli rozczarowani, bo chcieli wiedzieć, gdzie się ten Weiser podział i co się tak naprawdę z nim stało, a tego się nie dowiedzieli.

Krystyna Janda: Zaskoczyła mnie taka prosta potrzeba zdefiniowania i wyjaśnienia wszystkiego do końca. Ci ludzie zdawali się kompletnie nie rozumieć głównej idei „Weisera”, to coś niebywałego.

Grzegorz Wojtowicz: Podobno Pani samodzielnie prowadzi swoją stronę internetową www.krystynajanda.com?

Krystyna Janda: Teraz już praktycznie robię to samodzielnie. Na założenie strony namówili mnie znajomi. Początkowo podeszłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Nie chciałam takiej sztampowej strony, gdzie byłaby wymieniona moja filmografia oraz znajdowałoby się kilka zdjęć. Okazało się jednak, że ci ludzie są dużo bardziej ambitni. Na początku w ogóle nie rozumiałam, co oni do mnie mówią, ale z dnia na dzień zaczęłam się w to coraz bardziej wciągać. Założenie było takie, że ja codziennie coś tam napiszę. Ponieważ od lat piszę i przychodzi mi to dość łatwo, to zgodziłam się na to bez problemu. Mam laptopa oraz aparat cyfrowy i dzięki tym urządzeniom prowadzę swoją stronę.

Grzegorz Wojtowicz: Robi to Pani rzeczywiście na bieżąco.

Krystyna Janda: Piszę codziennie rano. Wstaję o szóstej i piszę. Tak robię od września ubiegłego koku. Muszę jednak przyznać, że chociaż sprawia mi to ogromną frajdę, to jednocześnie zabiera mi to za dużo czasu i energii. Jeżeli nie jestem systematyczna, to nadrabiam to w weekendy, kilkugodzinnym seansem przed komputerem. Nie dość, że poświęcam tej stronie tak dużo czasu, to jeszcze kosztuje mnie ona bardzo dużo, bo przecież muszę płacić za połączenie z Internetem. Za te pieniądze mogłabym utrzymać sporą rodzinę (śmiech).

Grzegorz Wojtowicz: Kilka dni temu w warszawskim Teatrze Komedia miała miejsce premiera sztuki Donalda Marguliesa „Opowiadania zebrane”. Występuje Pani w niej wspólnie ze swoją córką Marią Seweryn. Jest Pani również reżyserką spektaklu oraz jego producentką.

Krystyna Janda: Zrobiłam przy tej sztuce praktycznie wszystko. Szukałam takiej sztuki dwa lata. Byłam w Londynie i ten tekst bardzo mi się spodobał. Bardzo chciałam zagrać z córką, ale nie mogłam zrobić tego w normalnym systemie finansowania teatru, bo natychmiast zostałabym oskarżona o nepotyzm. Musiałam wyprodukować ją samodzielnie. W ten sposób zostałam producentką teatralną. Wystartowałam od bardzo drogiej produkcji. Finansowo bardzo pomogła mi Nokia, która wspierała mnie już przy spektaklu „Marlene”. Wydawało mi się, że fakt, iż zagra to matka i córka, to przedstawiony tam problem staje się poważniejszy niż w normalnej wersji. I tak właśnie jest. Pomijam fakt, że za każdym razem jak na scenie mówię do niej „dziecko”, a tak jest w tekście, to ogrania mnie wzruszenie. W sztuce nie jesteśmy rodziną. Jesteśmy pisarkami. Ona jest początkującą, a ja już utytułowaną. Jednak wszystkie te relacje doskonale się zgadzają.

Grzegorz Wojtowicz: Czy trudno jest występować z własną córką, reżyserować ją?

Krystyna Janda: Nie, to przecież doświadczona aktorka. Zdecydowałam się wyreżyserować ten spektakl, ponieważ jest to współczesna realizacja i nie była potrzebna rozbuchana inscenizacja. Poza tym, wydawało mi się, że lepiej będzie, kiedy sama wyreżyseruję tę sztukę ponieważ mnie będzie łatwiej wytłumaczyć Marysi te skomplikowane relacje zachodzące między obiema bohaterkami. Nie potrzebowałyśmy obcej osoby między nami. Te rozmowy i próby bardzo dużo nam dały. Ja zorientowałam się między innymi, jakiego rodzaju problemy zawodowe ma Marysia, starałam się jej pomóc. Myślę, że ktoś z zewnątrz raczej by nam przeszkadzał.

Grzegorz Wojtowicz: Była Pani jej pedagogiem?

Krystyna Janda: No tak, jestem nim cały czas, każdego wieczoru. Po spektaklu mamy poważne omówienie ról. To jest taki repertuar, który doskonale uczy rzemiosła. Trzeba realistycznie zagrać postać, która wychodzi z punktu A i podążając do punktu B przechodzi transformację.

Grzegorz Wojtowicz: Zupełnie niedawno spędził Pani dwa dni w Baku na planie „Przedwiośnia” Filipa Bajona. Jak Pani wspomina tamten pobyt?

Krystyna Janda: Samo kręcenie było bardzo miłe. Ja już jednak odwykłam od trudnych warunków. Chyba zapomniałam już, że można żyć po harcersku. Te niedogodności nie były winą producentów, a raczej warunków panujących w Baku. Dochodziło do takich śmiesznych sytuacji, że wożono mnie taksówkami, żebym mogła załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Jak na warunki panujące w Baku, miałam na sobie bardzo specyficzny kostium. Biały, koronkowy, wypożyczony za ciężkie pieniądze. Nie mogłam w nim siadać, ponieważ nie było możliwości wyprasowania go, nie było garderoby. Wytrzymać w tym kostiumie i nie zniszczyć go, to było dla mnie duże wyzwanie (śmiech).

Grzegorz Wojtowicz: Sześć lat temu miał miejsce Pani debiut fabularny „Pestka”. Podobno przygotowuje się Pani do kolejnego filmu. Miałby to być obraz oparty na prozie Małgorzaty Saramonowicz „Lustra”.

Krystyna Janda: Bardzo bym chciała nakręcić ten film, ale ciągle jestem na etapie zbierania pieniędzy. Podpisaliśmy niedawno listy intencyjne. Producent złożył scenariusz na pakiety. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam prawie skompletowaną ekipę jednak nie mogę nikomu nic powiedzieć dopóki nie będę miała zatwierdzonego budżetu.

Grzegorz Wojtowicz: Głównym tematem książki jest eutanazja, czy w filmie będzie podobnie?

Krystyna Janda: Chciałabym przeakcentować znaczenie tego filmu. Mnie interesuje znowu wymiana pokoleń, relacje między nimi i taka bezwzględność młodości, która ma czelność zamienić się w rękę opatrzności. To nieprawdopodobny temat, który porusza mnie również od strony estetycznej. Chciałabym pójść bardzo daleko, jeśli chodzi o formalną stronę tego filmu i odważyć się na dość dużą brutalność. Zastanawiałam się na przykład, czy przy okazji tego tematu nie podjąć współpracy z Katarzyną Kozyrą. Chciałabym żeby zdjęcia zrobił mój mąż (Edward Kłosiński – przyp. red.) ponieważ jest to bardzo wygodne, kiedy operator jest w domu. Rozmawiamy o tym filmie prawie półtora roku. Cały czas przychodzą mi do głowy różne pomysły, które możemy szybko skonfrontować. Od czasu do czasu wyrywam jakieś zdjęcie i pokazuje mężowi. Jakieś dziwne perspektywy, kolory i obrazy, które kojarzą mi się z tym tematem.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.