01
Listopad
2014
00:11

zdjęcie z premiery spektaklu DANUTA W.

zobacz zdjęcie

Wywiad dla pisma Teatr

Rozmowa z Krystyną Jandą
– Prowadzeniu Polonii, która jest teatrem autorskim, towarzyszy pewnie poczucie spełnienia, ale czy nie czuje pani również pewnych ograniczeń, nie rezygnuje z innych projektów?
– Polonia nie jest teatrem autorskim. Taki teatr prowadzili Kantor, Szajna i Grzegorzewski.

– Ale to pani decyduje o linii artystycznej Polonii.
– I Och -Teatru. Co decyduje? W zasadzie mój gust.

– I jest pani ich właścicielką.
– Właścicielką  nie jestem,  jest nią Fundacja. Moja jest odpowiedzialność – jak się coś stanie. Moja i mojej córki, bo jesteśmy zarządem fundacji.  Gwarantujemy posuniecia fundacji własnym majątkiem takze. A poza tym  można powiedzieć, że to właściwie instytucja społeczna. Zyski idą do Fundacji. Celem statutowym fundacji jest popularyzacja kultury , prowadzenie dwóch teatrów. Zyski ida do funadcji, na cele statutowe. Ja, zarabiam jako aktorka, reżyser i dyrektor artystyczny.

– To jednak są ograniczenia.
– Oczywiście. Odpowiadamy za wszystko co dzieje się w fundacji i dbamy o jej bezpieczeństwo. Także finansowe. Kazda decyzja artystyczna ma na to wpływ.

– I jak pan to znosi, przeżywa?
– Nie przeżywam! Nie przeżywam tego w ogóle. Trudno. Niech inni robią „Wesele” i Szekspira. Dla nas jest to zbyt drogie.

– Pewnie nie wszystkich reżyserów może pani zaprosić do współpracy.
– Mogę zaprosić wszystkich tych, którzy rozumieją choćby to, że na scenę może wejśc tylko ograniczona ilość osób. Marzyłam choćby o muzycznej sztuce Mrożka „Kynolog w rozterce”, ale to również jest dla nas za drogie. Dlatego zszedł z afisza „Rocky Horror Show”. Problem nie polega na kosztach produkcji, tylko eksploatacji.

– Czy kiedy decydowała się pani na otworzenie teatru  miała pani świadomość tego, co panią czeka?
– Mniej więcej. Pracowałam wcześniej w Teatrze Powszechnym, byłam w radzie artystycznej tego teatru, interesowałam sie wszystkim, jakie są wpływy,  jakie koszty, w jakim procencie teatrt utrzymuje sie z biletów. To był wysoki procent jak na teatr panstwowy, 38%. Zawsze się tym interesowałam, również dlatego, że grałam monodramy, a to jest przecież specjalny rodzaj indywidualnej odpowiedzialności za frekwencję. Przeliczyłam się w innym miejscu. Czy inaczej, nie przewidziałam innej rzeczy. Myślałam, że otworzę mały teatrzyk i będziemy grać dla przyjemności. Wiedziałem, że na to zarobię. Tymczasem okazało się, że stworzyłam bardzo dużą instytucję. Gramy ponad osiemset razy rocznie. Drugi w Polsce – za nami, jest Teatr Narodowy, który pokazuje czterysta czterdzieści spektakli w roku. To przestały być żarty. Gramy nie tylko dlatego, że chcemy, ale również dlatego, że musimy, bo zmuszają nas do tego wymogi finansowe. Z pięćdziesięciu tytułów  zarabia jedenaście. Do reszty trzeba czasami dołożyć 2 tysiące, czasem 10 i wiecej. Trzymamy niektóre spektakle w repertuarze bo je cenimy, bo sa ważne, dobre,  dla honoru domu. Ale ostatecznie wszystko musi się zbilansować. Najlepiej jest, gdy wchodzą na scenę dwie, trzy osoby, a na widowni jest pełno. Decydujemy się na spektakle małoobsadowe również dlatego, że gra u nas łącznie około 140 aktorów z całej Polski, którzy są zatrudnieni w innych teatrach, mają na głowie filmy, seriale, telewizję i jesteśmy na ostatnim  miejscu w kolejce do ich terminów. W takiej sytuacji ułożenie kalendarza spektakli byłoby piekłem, gdybyśmy nie grali monodramów.

– Mści się brak teatralnej reformy. Wszyscy grają wszędzie i wszystko. Robi się chaos.
– Zwłaszcza dlatego, że część aktorów chce pozostać na etatach, które są niewielkie, a ich teatry planują repertuar z miesięcznym wyprzedzeniem, gdy my staramy się to robić z trzymiesięcznym. Nawet jeśli aktor gra w macierzystym teatrze tylko trzy wieczory, my długo nie wiemy, które to są wieczory. Można mówić o prawdziwym slalomie w kalendarzu.

– Naprawdę nie chciałaby pani zagrać u siebie w Szekspirze?
– Zagrać ? Nie wiem, ale chciałabym go wyreżyserować. Nie mam głodu grania. To powód dla którego nie zrobiłam od dwóch lat nowej roli. Chcę grać najwyżej dziesięć razy w miesiącu. Mniej nie mogę, bo sie sprzedaję… na szczęście i no i jestem do dyspozuycji fundacji, zawsze . Ja i moja córka, jako aktorki także. My nie mamy i w zasadzie zajęć gdzie indziej.

– Zdarza mi się rozmawiać na temat, ile co kosztuje z dyrektorami, urzędnikami, ale pani jest aktorką, artystką. Musi pani łączyć wiedzę o teatrze z buchalterią?
– To nie jest żadna buchalteria. Często stoję tu na naszych scenach, widze ilu jest widzów i jak reaguja, z czym wychodza. Codziennie wieczorem do mojego telefonu przychodzą raporty. Ci, którzy mają dyżury, piszą mi, ile osób było na sali i jaki był odbiór. Nie muszę nic liczyć. Wiem, co się dzieje. Zresztą i ta czuję to intuicyjnie, nawet jak jestem przypadkiem daleko, bo choćby fundacja gra w innym mieście.

– Pamiętam, że jeszcze pod koniec lat 90-tych mówiło się o świątyniach sztuki, zakonach teatralnych, tymczasem teatr to również pieniądze i ekonomiczny plan.
– Taki teatr jak nasze.  Ale to było sednem tej podstawowej decyzji. Nie wyciągać ręki do Państwa, tylko robić teatr do spółki z publicznością . To oczywiste więc.

– Nie dla wszystkich i nie zawsze. Są jeszcze dyrektorzy, którzy robią spektakle nie mając pokrycia w budżecie, licząc na dodatkowe subwencje. Najważniejsza jest dla nich sztuka, a pieniądze mają drugoplanowe znaczenie.
–  Bo działają w perspektywie kilku lat, tylu ile trwa ich kadencja czy angaż.  Mało kto żąda od nich poza tym planu repertuarowego,  strategii, wyrazistego profilu, a tym bardziej biznesplanu. Proszę zwrócić uwagę, że w większości teatrów publicznych frekwencja jest rozliczana procentowo. Ogranicza się liczbę miejsc na sali i jest dobry wynik. Ale nie uważam że wynik finansowy czy frekwencyjny powinien być decydujący podczas decyzji artystycznych. Dlatego sztuka powinna być finansowana. Nie mniej, gdyby  w szkołach dzieci miałyby w programie napisać sztukę, angażować do jej wystawienia kolegów, reżyserować ją i produkować,  zdobyły by wiedzę i doświadczenia, pomocne w życiu, w każdym aspekcie. I artystycznym, i zarządczym i organizacyjnym.

– Chodzi pani o naukę sztuki biznesu?
– Głównie o świadomość, odpowiedzialność  i o wyobraźnię.

– Ciekawe połączenie jak na Polskę  wyobraźnia i odpowiedzialność. Zazwyczaj wyobraźnia łączy się z romantycznym myśleniem i brakiem odpowiedzialności.

– Może. Prawdziwi artyści uważają, że urodzili się wielcy i nadzwyczajni, a obowiązkiem narodu jest finansowanie ich pomysłów oraz geniuszu. Ale tak jest od niedawna. Historia sztuki jest tyleż piękna co bolesna.

– Jak pani słucham, przypomina mi się Modrzejewska, która mierzyła się z podobnymi problemami w czasach XIX-wiecznego kapitalizmu. Zagrała ją pani w telewizyjnym serialu.
– I to był ostatni serial PRL-u.

– Znamienne. Ale wtedy nie mieliśmy jeszcze wiedzy o tym, co ile kosztuje w teatrze.
– Tylko wiek XX wyzwolił niektórych artystów z myślenia o pieniądzach. Ja też długo żyłam w słodkiej nieświadomości.  Ale od momentu kiedy zaczynałam reżyserować, a zaczynałam od „Na szkle malowane” w 1993 r., i Teatru Powszechnego nie stać było na mikroporty, dowiedziałam się że muszę zdobyć na nie sponsora. Dlatego sprzedaliśmy nie gotowy jeszcze spektakl telewizji i mikroporty kupiliśmy. Potem odpowiadałam za duże budżety i filmu i teatru telewizji. Oczywiście, miałam producenta, ale to ja brałam odpowiedzialność za wybór scenografii, kostiumów, a chodziło o duże pieniądze.  Musiałam wiedzieć, o jakie koszty chodzi, bo mi to było potrzebne do kalkulowania opowieści.

– Warto?
– Nie wiem. Dziś w ogóle zapomniałam że może być inaczej. No ale takiego dokonałam wyboru.

– A w Polonii nie chciałaby pani mieć więcej pieniędzy na scenografię? Czy świadomie postawiła pani na aktorów?
– W ogóle o tym nie myślę. Robię taki teatr, jaki mi się podoba. A słowo i aktor, były dla mnie zawsze najważniejsze. Najważniejsza w teatrze jest wyobraźnia i to, o czym opowiadamy. Teatr nie jest sztuką realistyczną w tym sensie, werystyczną. Lubię prostotę, oszczędność. Słowo ma siłę nieprawdopodobną i nawet gdybym miała bardzo duży budżet  – nie wiem, czy mnie by to podniecało. Jutro w łódzkim Teatrze Wielkim zaczynam pracę nad „Strasznym Dworem” i wiem, że musi być 420 kostiumów. Zastanawiałam się, jak ograniczyć koszt, bo takie zadanie zresztą przede mną postawiono. To teraz ciągła walka miedzy marzeniami i możliwościami. Na szczęście wyobraźnia widzów i ich wrażliwość są sprzymierzeńcem.

– A czy byli reżyserzy, którzy odmawiali pani współpracy?
– Nie miałam w ogóle takich nieudanych rozmów. Czasem to reżyserzy przynoszą propozycje, ale częściej to my zapraszamy reżyserów do realizacji naszych planów artystycznych.  Przygotowujemy repertuar z trzyletnim wyprzedzeniem. Mamy w zanadrzu trzydzieści tytułów do zrobienia i zastanawiam się, kto najlepiej opowie te historie, poruszy te tematy, zrealizuje te wizje. No i zaczynamy próby dopiero wtedy, kiedy uzyskamy prawa do wystawiania sztuk, a wielu pracuje bez takiej zgody, dlatego do kilku premier w Polsce nie doszło. My rozliczamy spektakle jak inwestycje. I traktujey jak inwestycje. Inwestycje 200 , 300 tysięczne żeby była jasność. Przez nas zarobione prawie w całości. To nie żarty.

– Mogłaby pani być szefową korporacji?
– Pewnie tak, ale bym się nudziła. Teatr jest, na szczęście, takim tajemniczym miejscem, gdzie zdarza się wiele rzeczy, które nie mają związku wyłącznie z pieniędzmi, choć dla aktorów ma znaczenie, że zawsze płacimy w terminie. Również dlatego tu przychodzą i pracują. Jeśli przygotowują rolę  mają pewność, że to nie jest na dziesięć, tylko być może na sto wieczorów. Aktorzy wbrew wyobrażeniom, to nie artyści, których interesują tylko próby. Taki  mógł być Grotowski. I on mógł sobie na to pozwolić. Zresztą tylko w ostatnim etapie życia. Może dlatego, że bał się wypuścić produkt niedoskonały i nie zgadzał się z gustem publiczności. Ja gustów nie pomijam. Jeden spektakl jest po to, żeby się widz zasmucił, zdenerwował, a drugi – żeby się śmiał. Mówię reżyserom, żeby sią sadzali częściej na widowni reżyserowanych przez nich spektakli i w pięciu pierwszych minutach sugerowali widzom, z jakim gatunkiem teatralnym mają do czynienia, bo inaczej się pogubią. Proszę, by określili od razu: śmiać się czy wzruszać. To są bardzo proste rzeczy.

– Polska tradycja teatralna jest podniosła, monumentalna. Co panią inspirowało do innego myślenia?
– Byli wielcy reżyserzy, którzy mieli nadzwyczajne wizje,  ale ja ich nie poznałam, nie miałam aż takiego szczęścia. W filmie miałam chyba większe. Zresztą….pracowałam kiedyś , na początku z Jerzym Grzegorzewskim, jeszcze w Ateneum, zawsze uwielbiałam spektakle przez Niego zrobione, ale kiedy zaczęłam z Nim pracować, zupełnie nie rozumiałam czego ode mnie chce…

– Mówi pani również o Zygmuncie Hubnerze?
– Był wspaniałym rzemieślnikiem. Tak zresztą sam o sobie mówił. Absolutnie. Janusz Warmiński też uważał się za rzemieślnika. I to mi było bliskie.  Z  awangardą nie umiałam sie dopasować nigdy. I szczerze mówiąc często mnie nudziła. Szczególnie, keidy miałam uczucie że jest to awangarda wymuszona, wypracowana w pocie czoła , wyspekulowana a nie z prawdziwej potrzeby i natchnienia.

– Co było pani najnudniejszym awangardowym doświadczeniem?
– Wolę powiedzieć, że uwielbiałam Kantora i nigdy się nie nudziłam na jego spektaklach, a były to spektakle za dwa grosze. Mogłabym wystawić je zawsze wszędzie. Stać by nas było na Kantora! Na Grotowskiego, bo robił teatr za dwa złote. A i dołożyć moglibyśmy z fars.

– Oglądała pani ich spektakle?
– Tak, tak. To nie były drogie teatry.

– A kto by na to przyszedł?
– Na Grotowskiego wszyscy, może nie sto razy i nie na sali z 450 miejscami. Na religijne „Apocalipsis cum figuris” byłby popyt. Trzeba by było zrobić wąskie gardło i stworzyć wrażenie, że nikt się nie może dostać, bo ważne jest wrażenie elitarności. Zarabiałabym na „Shirley Valentine” i Grotowski mógłby grać. Oczywiście żartuję, ale tak to mniej więcej wygląda jak się robi dziesięć premier rocznie od dziesięciu lat. Specjalnie się nie nadymam. Mówię co wyjdzie, a co nie wyjdzie. Jak trzeba – pocieszam  naszego kontrolera finansowego, ktory jak twierdzi na sztuce sie nie zna, że mamy przed sobą na przykład dwie premiery, na które nie będzie publiczności, ale potem zrobimy coś, na czym zarobimy.

– A czy chodzi pani do tych teatrów, gdzie inaczej opowiadają świat i życie?
– Staram się. I częściej  bym chodziła, gdybym sama mniej grała.

– Ma pani dobre alibi.
– Jak mam wolny wieczór to chodzę.

– Spektakle Lupy?
– Ostatnie mnie trochę nudziły, ale „Kalkwerkiem” , wcześniejszymi byłam zachwycona. Wspaniały artysta. Kosztowny ale wspaniały. To wszystko o czym mówię jest zresztą bardzo względne i w każdym kraju inne. W Anglii i Szwecji chadzam do teatrów, które grają jeden tytuł ciągiem, nie rozbierają i nie budują scenografii od nowa co trzy dni i to nie generuje dodatkowych kosztów. Poza tym, Londyn przyciąga widzów z całego świata anglojęzycznymi spektaklami. Oglądałam ostatnio w Londynie sztukę „Matki i synowie” Terrency’ego McNally. Jest sprzedana na trzy miesiące do przodu, grana co wieczór. Kosztują tylko aktorzy. Z polskim teatrem jest jak z polskim węglem  jest za drogi w eksploatacji.
– Może w Polsce też powinno tak się grać jak w Anglii czy we Francji  każdy tytuł powinien iść non stop aż aktorom pokończą się kontrakty i zabraknie widzów.
– To niech pan wynegocjuje z jakimkolwiek polskim „nazwiskiem“ , żeby byli chociaż przez miesiąc do dyspozycji, każdego dnia. Na Zachodzie jest inaczej. Są aktorzy teatralni, filmowi, dubbingowi, serialowi. Specyficzna jest też polska publiczność. Wciąż dostaję listy z pytaniami, czy gram „Kobietę zawiedzioną”. Od premiery minęło dwadzieścia lat, ale są tacy, którzy uważają, że będę grała jeden spektakl do końca życia. Mam też dużo listów w sprawie „Marii Callas”. Pewnie ją w przyszłym roku wznowię, czy raczej zrobimy go na nowo. Teatr dla wielu ma być jak telewizor. Z powtórkami. Niczym taśma, którą można wziąć z półki i odtworzyć. A przecież jego uroda polega także na tym że trwa chwilę. Nie ma go na zawsze.

– Nie wierzy pani, że ten polski galimatias teatralny można uporządkować.
– To niemożliwe również z powodu nawyków publiczności. Grupa teatromanów jest wąska, dlatego repertuar trzeba zmieniać co kilka dni. I tak od czasów Modrzejewskiej się polepszyło, bo wtedy spektakl grało się dwa, trzy razy. Premiery były dwie w tygodniu. Teraz jest też więcej gwiazd, artystów z Bożej łaski, ale jak ktoś mówi, że trzydzieści  to się myli. Jest dziesięć, no może piętnaście, reszta to nieźli zawodowi „realizatorzy“. I trzeba nimi obdzielić wszystkie polskie sceny. Zresztą jest czas gwiazdorowania reżyserów, aktorzy teatralni, prawdziwi, nawet ci najwięksi są dużo skromniejsi.

– Na świecie finansową sytuację teatrów stabilizują karnety.
– W Polsce to niemożliwe, bo nie da się ustalić repertuaru z dużym wyprzedzeniem. Próbuje temu zaradzić Krzysztof Jasiński w Teatrze STU, organizując już nie dwie, ale trzy obsady wymienne, by nie być zależnym od innych scen. Jednak to, moim zdaniem, musi rzutować na jakość i sposób wykonania. Ale może to bez znaczenia? Przecież widzowie patrzą i nie zawsze potrafią to ocenić?

– A u pani jak jest?
– Staram się, żeby było dobrze i pilnujemy tego. Zresztą wszystkiego. Od sposobu sprzedaży biletów, do stylistyki ukłonów. No i o to co najważniejsze , to co na scenie, każdego wieczoru.
– Jak przyjmuje pani ataki na własną osobę, na teatr?
– A sa ataki? Nie zagłębiam się.

– I nic do pani nie dociera?
– Prawie nic. Nawet jeśli, odwracam sie i idę dalej.

– A jak pani dawna koleżanka z Teatru Powszechnego Joanna Szczepkowska coś napisze albo powie?
– Czy to jest wywiad z powodu otrzymania przeze mnie nagrody pisma Teatr za spektakl „ Danuta W.“? Wracając do pana pytania  …nie ma sie czym zajmować, delikatnie mówiąc.

– A po premierze spektaklu „Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej”, w którym została użyta pani postać  z przeszłości jako aktorki z „Człowieka z marmuru” i współczesności, co pani czuła?
– Nie widziałam spektaklu. Przeżył go Andrzej Wajda, zwłaszcza pomysł zorganizowania mu pogrzebu na scenie  za jego życia, i traktowanie jego śmierci jako otwartej furtki do zmian.

– Ale punktem wyjścia było pytanie, co się stało z państwa solidarnościowym etosem i za kim powinniście się ująć w naszych czasach, tak jak to robiła pani filmowa Agnieszka pod koniec lat 70-tych. To był taran wymierzony w turbokapitalizm, którego Strzępka i Demirski nie znoszą. Uznali was za element nowego establishmentu.
– Robię swoje. To, co robią jest czystą publicystyką. Okolicznościową. I chwilową.

-Widziała pani?
– Zdarzało się na festiwalach. Wyglądało to jak coś amatorskiego. Wszyscy coś krzyczeli niezrozumiale i chaotycznie. Nic nie rozumiałam i wyszłam.

– Uważa pani, że ta dramaturgia nie przetrwa?
– Nie wiem.

– I naprawdę nie było w pani ciekawości, żeby zobaczyć siebie pokazaną na scenie?
– Nie. Przejęłam się tym, co czuje Andrzej Wajda. Dotknęło mnie to.

– Pani ma własną gazetę w Internecie  własny blog, posty. Komunikuje pani własne przemyślenia, poglądy.
– Juz teraz nie często zresztą , zapisuję i to dość szybko i przypadkowo, rzeczy które mnie zainteresują. To także jest znacząca reklama naszej teatranej pracy.  I to reklama  za darmo. Najszybsza. Mam swój krąg  „ rozmówców“,  dlaczego mam się z nimi komunikować poprzez pośredników? Zresztą przywiązuję wielką wagę i do stron internetowych naszych teatrów, i do Facebook-ów , twitter-ów itd. Zawiadamiamy, co robimy. To jest też sposób przygotowania publiczności do premier. A także informacja o tym, jak wyglądają nasze teatry od kulis. W ten sposób możemy okazywać też szacunek naszym aktorom  Barbarze Krafftównie, Magdalenie Zawadzkiej, Wojtkowi Pokorze, Leonardowi Pietraszakowi. Twitter, który jest na każdej naszej stronie, jest jak dziurka od klucza. Można nas oglądać i komentować.

– Nie chodziła pani na zajęcia z marketingu jak dyrektor Michał Żebrowski?
– Nie. Ale 45 lat pracuję w zawodzie.

– I nie miała pani ochoty doszkolić się w zarządzaniu?
– Nie, bo to jest proste. Niech pan spojrzy na ten raport, na te tabelki  czy umiałby pan to przeczytać?

– Wydaję mi się, że tak, ale w środowisku teatralnym wiedza na temat finansów jest wciąż chyba tajemna.
– Ale trudniejsze i ważniejsze jest wiedzieć co chce oglądać publiczność, o czym z nimi rozmawiać i jak zrobić żeby na najtrudniejsze tematy reagowali, byli z nami także podczas „wymagających „ tytułów.  Stworzenie repertuaru i klarownej linii. Zbudowanie wzajemnego szacunku między nami i publicznością. Mamy także różnorodny repertuar i wiele przedstawień które przekraczają 200 prezentacji. To jest naprawdę sztuka. A reszta? Fiume.

 

– Kto jest teraz najbardziej pożądaną teatralną gwiazdą?
– Ciągle ci sami.

– A poza panią?
–  Kilka, kilkanaście nazwisk. Zreszta to tez zależy w jakim repertuarze.

– A z młodszego pokolenia?
– Mogę powiedzieć kto poruszył mnie ostatnio najbardziej , Julka Kijowska, Grzesio Małecki, Marcin Hycnar, Grzegorz Damięcki, Wiktoria Gorodeckaja, nie wymieniam naszych, ale to oczywiste…

 

– Nie da się zagrać książki telefonicznej?
– Nie.

– A jak się sprzedawał eksperymentalny „Jekyll/Hyde”, w którym grał Krzysztof Globisz.
– Było zwykle około stu osób na widowni. Lubię ten spektakl. Ale jest trudny.

– Jak doszło do pani ostatniej roli, czyli Danuty Wałęsowej?
– Zadzwoniło do mnie Wydawnictwo Literackie w imieniu pani Danuty i zapytało, czy nie pomyślałabym o spektaklu. Od razu zrozumiałam, jakiego rodzaju to jest propozycja i szansa, ale postawiłam warunek, że sama muszę dokonać adaptacji. Potem pani Danuta powiedziała: „Pani się zna na teatrze. Nie będę się wtrącać. ”.

– Nie chciałbym nadużyć modnego słowa, ale spektakl wpisał się w problematykę gender – o kobietach harujących w cieniu mężczyzn, poświęcających się dla rodziny.
– Książka się wpisała, a ja chciałam przygotować spektakl o Polsce, o nas wszystkich. O kobiecie na tle wielkiej historii. Dlatego zaprosiłam do reżyserii Janusza Zaorskiego. Ja zobaczyłam los Danuty Wałęsowej jak historię antyczną.
– Pokazała pani kuchnię wielkiej polityki i jednocześnie kobietę w kuchni.
– To był w pewnym sensie pomysł Andrzeja Wajdy. Napisał do mnie w liście, kiedy zaczynaliśmy pracę: – rozumiem, że o karmieniu piersią nie ma mowy, ale pomyśl o tym. Wiedzieliśmy z Januszem Zaorskim  że musimy zrobić coś, czym się będę mogła podzielić z widownią – poza słowem. Stąd pieczenie ciasta.

 

– Co pani zagra w przyszłości, poza Marią Callas?
– Nie docena pan spektaklu „Danuta W.“ Szkoda że nie był pan ze mną te 120 już razy na scenie, na sali. To najżywszy teatr jaki zdarzyło mi się grać i niewątpliwie jedna z najważniejszych  moich ról.  Bardzo się cieszę że doceniło ją pismo Teatr. Kiedyś dostałam tę nagrodę za „Medę“. Co będę grać? Wspomniałam już o „Matkach i synach” i chciałabym w tym zagrać. Poprosiłam o prawa do grania osiem miesięcy temu, a tydzień temu dostałam informację, że sztuka dostała wiele nominacji do wszystkich możliwych nagród, w tym Emmy. To jest historia matki, która przyjeżdża do byłego partnera swojego syna, żyjącego w nowym związku, bo syn nie żyje. Matka nie chce przyjąć do wiadomości, że syn był gejem. Ma w ustach te same argumenty, wyzwiska i obraźliwe uwagi, uszczypliwość i ton podobny do tonu  połowy naszego narodu. Chciałabym tę rolę zagrać. Uważam, że jest ważna. Temat jest ważny. Ciągle robimy tu spektakle o tolerancji.

– Kto zagra kochanka?
– Jeszcze nie wiem,  jest ich dwóch. I mają adoptowane dziecko.
Rozmawiał Jacek Cieślak

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.