26
Styczeń
2018
05:01

Wywiad dla Gazeta.pl z 26.01.2018

Krystyna Janda: Regres, zacofanie, mentalny mrok, obyczajowa piwnica… Jestem zrozpaczona. Jako Polka

Angelika Swoboda, 26.01.2018

Patrzę z pesymizmem na przyszłość kilku nadchodzących lat lub, co nie daj Boże, kilkunastoletnią – mówi Krystyna Janda.
Którą z kobiet obecnych w dzisiejszej polityce chciałaby pani zagrać?
– Żadnej. A w jakim celu? Po co? Zagrałam Danutę Wałęsę, bo to sprawa większa niż polityka i historyczny czas.
Pani najnowszy „Dziennik” sięga do lat 2003-2004, kiedy grała pani Marię Callas. Nie marzyło się pani wówczas zagranie którejś kobiety z polityki?
– Jeżeli, to myślałam w pewnym momencie o działaczkach feministycznych, i były takie teksty teatralne, ale amerykańskie. Nie bardzo w Polsce adaptowalne.
To był czas, kiedy była pani szczęśliwa?
– Chyba tak, choć kiedy robiłam korektę do wydania książkowego tych dzienników, przypominałam sobie rysy, które wtedy zaczęły powstawać na moim życiu zawodowym. No i w rezultacie na koniec odeszłam z Teatru Powszechnego i już w 2004 roku stworzyliśmy z mężem i córką Fundację Na Rzecz Kultury.
A teraz robię korektę dziennika z lat 2005, 2006 i tam zaczyna się budowanie „nowego”. Jest niepokój, strach przed odpowiedzialnością i świadomość zmiany totalnej w życiu. Przede wszystkim powstaje Teatr Polonia. Remont i pierwsze plany artystyczne. To znaczy, że lata poprzednie nie były tak różowe, jak by wynikało z zapisków w tamtym czasie.

Jak się w takim razie pani wtedy żyło w Polsce?
– Zasmakowaliśmy już wtedy wszyscy porządnie w wolności, niezależności, zaczęliśmy sięgać do odważnych planów, niby nic nas nie ograniczało, cenzura, granice, tematy, brak talentów, a cała struktura organizacyjna kultury była z zamierzchłych czasów głębokiego socjalizmu. „Ograniczała”, krępowała, nie pozwalała rozwinąć skrzydeł. I nie zmieniał tego gruntownie żaden kolejny minister, żaden rząd. Zresztą dla żadnego rządu po roku 89 kultura nie miała większego znaczenia, były inne, poważniejsze problemy, jak mówiono. Były zmiany, kosmetyczne.
W ogóle mam wrażenie, że od początku wolności kultura kwitła – jak by to nazwać – mimo wszystko. Były, jak zwykle zresztą, zatargi środowiskowe i spór o kształt organizacyjny, i sposób finansowania kultury w ogóle. Tygiel i artystyczny, i personalny. No i cóż. Ja postanowiłam nie oglądać się na innych, na państwo, na struktury oficjalne. Postanowiłam wybić się na niezależność.
I to panią pochłaniało?
– Po odejściu z Teatru Powszechnego, gdzie grałam naprawdę zbyt dużo, nie robiłam nowych ról, bo „sprzedawały się” wciąż stare. Czułam się eksploatowana nadmiernie i rabunkowo, nie grałam rok. Czas mijał, zaczęłam reżyserować, jeździć po Polsce i nie dostawałam żadnej propozycji współpracy z Warszawy, żaden teatr nie proponował mi roli. A ja tęskniłam do grania, tyle że na moich warunkach. Oczywiście robiłam i grałam, i reżyserowałam w Teatrze Telewizji, pracowałam dużo, ale nie o to chodziło, potrzebowałam teatru, swojego miejsca.
Nie pisałam o tym w dzienniku, bo ten dziennik internetowy nie był od kłopotów i negatywnych zdarzeń, był skierowany na innych, na wymianę myśli i uczuć w sprawach zajmujących wielu. To nigdy nie był dziennik, w tym sensie intymny. To były zawsze zapiski aktualne, do natychmiastowego przeczytania i tyle. Raczej rodzaj rozmowy niż coś na przyszłość.
Proszę zatem powiedzieć, jak pani wspomina dziś tamten czas?
– No to był czas możliwości i działania. Na pewno. I to czułam. To, co kiedyś, za socjalizmu, nie mieściło się w głowie i było i zwyczajowo, i prawnie niemożliwe czy trudne, wtedy stawało się możliwe. Powstało wtedy wielu prywatnych producentów, fundacji, inicjatyw artystycznych, zespołów teatralnych bez siedzib, grup artystycznych poza instytucjami państwowymi. To był czas zmian, nawet potem, za dwuletniego panowania PiS-u. I jakoś dawało się dogadywać.
W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. Czuła pani radość?
– Ogromną, aktywnie zresztą dawałam temu wyraz. Czułam się od dawna obywatelką Europy. Miałam medal za wkład w kulturę Republiki Francuskiej, wiele nagród europejskich na festiwalach filmowych. Potem zostałam zaszczycona niemieckim medalem Karola Wielkiego w dziedzinie mediów, za wkład w zjednoczenie Europy. Moich kilka ról filmowych w filmach europejskich, koprodukcjach zostało zauważonych. Myślę, że głównie rola w filmie ” Wróżby kumaka” według Guentera Grassa zyskała uznanie. Ten film miał o wiele większe znaczenie w Europie, w Niemczech, niż w Polsce.
Co pani wówczas myślała? Że gdzie za 10-15 lat znajdzie się Polska? W którą stronę pójdziemy?
– No cóż, po pierwsze kochałam tę nową, wolną, tworzącą się Polskę, byłam zachwycona zmianami, tempem, rozwojem. Nawet jeśli widziałam błędy, to rozumiałam, że każda tak wielka zmiana musi je mieć. Robiłam swoje najlepiej, jak umiałam, a resztę zostawiałam innym. No i oczywiście uważałam, że to na zawsze! Że tak już będzie zawsze, będziemy się rozwijać, bogacić, mądrzeć, modernizować, sięgać dachu świata. I tak będzie we wszystkich dziedzinach, bo wolni ludzie potrafią wiele, a w Polsce talentów, mądrości, rozsądku, pracowitości, wyobraźni i czego tylko, wydawało się, ludziom nigdy nie brakowało.
W najczarniejszych snach nie myślałam, że przyjdzie dzień „dobrej zmiany”. Poprawy, tak, oczywiście, ale nie zmiany! Okazało się, że 27 lat to długo, wychowały się nowe pokolenia, dziwnych Polaków, których ja nie znam. Nawet ich nie przeczuwałam, myślałam, że to margines. Nie wiedziałam, że tacy są, tak myślący.
W polityce też jest nowe pokolenie. Ale w czasach opisywanych w „Dzienniku” w rządzie byli m.in. Cimoszewicz, Celiński, Szmajdziński, Balicki i Huebner. Kogo z nich pani ceniła?
– Nie zajmowałam się polityką ani politykami. Byłam nareszcie wolna po latach potyczek z socjalistycznym reżimem, cenzurą itd. Byłam nareszcie tylko artystką. Nareszcie! Publicznie występowałam tylko i wyłącznie w sprawach ludzi potrzebujących, chorych, dzieci itd. Nie dawałam się wciągnąć w żadną politykę po 89 roku. Nigdy nie miałam ani potrzeby zbawienia ludzi i świata przez politykę, ani temperamentu społecznika. Nic bez sztuki dla mnie nie istnieje. Jestem naprawdę z urodzenia i przekonań artystką.

To prawda, ale pytam o politykę, bo często pani komentuje wydarzenia na Facebooku. Tamta lewica budziła pani sympatię?
– Nie zwracałam na nich uwagi. Była wolność. Demokracja. Myślałam sobie, cokolwiek się zdarza, widocznie ludzie jak chcą, tego chcą. Leseferyzm. Dajmy ludziom robić Polskę według ich marzeń. Zawsze wierzyłam w Polaków, ich mądrość społeczną, a systemy kontrolne istniały w tej wolnej Polsce.
Przed wolną Polską grała pani w „Przesłuchaniu”, doskonale pamięta pani więc lata 80. Jak korzystając ze swojego ogromnego doświadczenia i intuicji, odniosłaby je pani do dzisiejszej sytuacji politycznej?
– Jestem zrozpaczona. Jako Polka. Jako aktorka nie, bo mam dobry czas, wszystko się staje, dzieje, dookoła nowy teatr, wielu utalentowanych ludzi. Prowadzę dwa teatry, w których gra ponad 450 aktorów z całej Polski, najwybitniejszych, realizujemy teksty ważne, aktualne, mamy publiczność, która nas finansuje i nasze pomysły, utrzymuje. Ale jestem zrozpaczona i patrzę z pesymizmem na przyszłość kilku nadchodzących lat lub, co nie daj Boże, kilkunastoletnią. Regres, zacofanie, mentalny mrok, obyczajowa piwnica.

Ciemny, strachliwy, prymitywny katolicyzm i ogólny lęk i konformizm, bo tak się rozwijają te mechanizmy. Przecież to znamy. Ale chyba najbardziej smuci mnie brak ideałów w klasie opozycji politycznej. Koniunkturalizm i brak wyższego szlachetnego myślenia o dobru ogółu. Gry polityczne mnie nie interesują.
Niektórzy mówią wręcz o powrocie komuny, o dyktaturze, o końcu demokracji. Pani też ma takie odczucia czy raczej jest pani daleka od radykalnych stwierdzeń?
– Demokracji już nie ma. To znaczy nie ma zabezpieczeń demokratycznych. Władza jest w jednych rękach, jednej partii. I ustawodawcza, i wykonawcza. Więc jak to się nazywa? Co to jest?
Profesor Marcin Matczak twierdzi, że to koniec państwa prawa. Jerzy Stuhr przyznaje, że nie chce, by przez sytuację polityczną jego dzieci i wnuki wyjechały z kraju. A pani martwi się o bliskich?
– O dzieci? Wnuki? Tak, w tym sensie, że przyszło im uczyć się i studiować, zaczynać życie w skomplikowanych czasach. Ale są otwarci, znają języki, widzieli kawał świata, są utalentowani, dadzą sobie radę. Moja mama ma 88 lat, o nią się martwię, bo nasza służba zdrowia jest wciąż na zakręcie, a tym razem jest to wiraż śmiertelny. Tego zupełnie nie mogę zrozumieć!
Planując budżet, zdrowie, służba zdrowia powinna być na jednym z pierwszych miejsc! Dlaczego nie można zaplanować wydatków na to rzędu 7% PKB? Co jest ważniejsze niż zdrowie Polaków, wykształcenie i pomoc tym, którzy kończą swój czas na tej ziemi oraz tych dotkniętych losem.
A reszta? Damy sobie radę, tylko trzeba nam wolności, możliwości, sprawiedliwości, mądrości i otwartości. A co do świata? Żyłam okresami i pracowałam w krajach, gdzie uchodźcy byli zawsze. Zasiali te kraje siłą, odmiennością, młodością, pracą, wyobraźnią i talentami. Zawsze słyszałam i we Francji, i w Niemczech – potrzeba nam emigrantów, to oni nam pomagają dźwigać kraj, to oni pracują najciężej w najmniej popularnych zawodach. Coś się zmieniło? Brakuje nam dzieci, starzejemy się jako społeczeństwo, ktoś musi tu pracować! Nawet ostatnio znów widziałam liczby, ilu będą potrzebowali Niemcy uchodźców, żeby gospodarka się rozwijała.
Nowością są czarne marsze. Spodziewała się pani, że w 2017 roku zmobilizuje Polki do strajku?
– Ależ skąd! To był zresztą przypadek, napisałam dobre zdanie w odpowiednim momencie i panie to podchwyciły. To był moment trudny, nie widać było ani konkretnego sposobu, ani nikogo na horyzoncie. Nie było pomysłu i tylko tyle. A to było hasło, dawny przykład protestu kobiet, było się do czego odnieść.

Coś mi się zdaje, że niezbyt dobrze pani sypia w obecnej Polsce.
– Lubię nie spać. Życie i świat są tak interesujące. Tyle można zrobić, przeczytać, zrozumieć dzięki tym dodatkowym kilku godzinom samotnej bezsenności. O, to byłby dobry tytuł filmu „Samotna bezsenność”.
Niezły pomysł. Jestem pod wrażeniem pani kreatywności i pracowitości.
– W tej chwili w Teatrze Polonia gramy „Żeby nie było śladów”. To historia Grzegorza Przemyka według książki Cezarego Łazarewicza w reżyserii Piotra Ratajczaka. Bardzo, bardzo chciałam, żebyśmy ten spektakl zrobili. Już 9 marca mam premierę spektaklu robionego na rocznicę Marca ’68 i bardzo się nad tym pochylam. Wydaje mi się to bardzo ważne. Z kolei w Och-Teatrze nowy tekst amerykański społeczny o prawie do wolności osobistej człowieka itd. itp. Mamy zaplanowany sezon teatru społecznego, obywatelskiego. Mam nadzieję na ważny czas.
Wspomniała pani, że patrzy w przyszłość z pesymizmem, ale wnoszę, że jednak jest pani raczej optymistką.
– Zależy w jakiej sprawie. Jestem pozytywnie myślącą racjonalistką. W Nowy Rok byłam tak zakręcona tym krajem, tym zakleszczeniem, tą sytuacją polityczną, medialną, tą ziejącą nienawiścią, bezradnością, tymi rządzącymi nami ciemniakami, upokorzeniem, słabością opozycji i bezsilnymi społecznymi działaniami, w których jak tylko mogłam brałam udział, że uciekłam na Madagaskar.
Wróciłam parę dni temu i biorę się do pracy w teatrze.

Książka „Dziennik 2003-2004” Krystyny Jandy ukazała się nakładem wydawnictwa „Prószyński i S-ka”. Można ją kupić w publio.pl.

Krystyna Janda. Aktorka teatralna i filmowa, reżyserka, pisarka i piosenkarka. Ma na koncie ponad sześćdziesiąt ról teatralnych i ponad pięćdziesiąt filmowych. Wielokrotnie nagradzana w kraju i na świecie. Uznana za aktorkę stulecia polskiego kina i Człowieka Wolności w kategorii „Kultura” z okazji 25-lecia przemian ustrojowych. W 2004 roku stworzyła fundację, a w jej ramach dwa teatry: Teatr Polonia i Och-Teatr, które prowadzi do dziś.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

Gazeta.pl 26.01.2018

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22941549,krystyna-janda-regres-zacofanie-mentalny-mrok-obyczajowa.html

© Copyright 2018 Krystyna Janda. All rights reserved.