18
Wrzesień
2016
02:09

Wykuwanie „Człowieka z marmuru”, Gazeta Wyborcza 22.08.2016

Wykuwanie „Człowieka z marmuru”

Jacek Szczerba – Jak trafiła Pani do „Człowieka z marmuru”?

Krystyna Janda: – Właśnie skończyłam Szkołę Teatralną na Miodowej. Byłam żoną Andrzeja Seweryna, mieliśmy dziecko. pracowałam w teatrze, w dwóch teatrach Ateneum i Małym. Pewnego dnia dostałam zaproszenie na zdjęcia próbne. Wiedziałam, że Andrzej Wajda  szuka bohaterki do swego filmu, niekoniecznie aktorki, szukają w różnych środowiskach, także wśród plastyczek. Poszukują kogoś nowego, innego, osoby, która by zainteresowała widownię. Potem dowiedziałam się że także  podobnego do Agnieszki Osieckiej, ponieważ była ona pierwowzorem filmowej reżyserki. Osiecka studiowała reżyserię w Łodzi.

Telewizja wtedy wyemitowała spektakl „Trzy siostry”, w którym debiutowałam rolą Maszy, zrobiło się dookoła mnie trochę zamieszania. Dodatkowo Andrzej Łapicki powiedział Andrzejowi Wajdzie, że do „Portretu Doriana Greya” Oscara Wilde’a zaangażował mnie, żebym zagrała tytułowego chłopca. To Andrzeja zainteresowało. Przyszedł na próbę, obejrzał ją i wyszedł. A potem zaprosił mnie na zdjęcia próbne.

– Pani wtedy nie lubiła zdjęć próbnych.

– Nie lubiłam, bo mnie kilka razy dość brutalnie odrzucili, komentując przy mnie mój wygląd, tak jakbym była głucha. Nie wierzyłam w moje szanse, jakiekolwiek. Na zdjęcia próbne do Wajdy poszłam nieumalowana. Powiedziałam bezczelnie, że mam tylko 15 minut. Był tam także Jurek Radziwiłowicz. Nie pamiętam, jaki tekst nam dano.  Pamiętam tylko, że kamera wypadła z szyn, a mój przyszły mąż – operator Edward Kłosiński – chociaż się z nią wywrócił, wciąż mnie filmował. A ja zachowywałam się tak, jakby nic się nie stało. Na projekcji tego materiału Wajda powiedział podobno: „Ona może zabić, ona zagra”. I że jestem trochę podobna do Osieckiej: „Taka sama wąska twarz”.

Wajda wzywał mnie jeszcze parę razy, nie chciałam przyjść, nie rozumiałam. Tłumaczył mi przez telefon, że to będą zdjęcia próbne dla innych, nie dla mnie. Próbowałam coś z Michałem Tarkowskim, grającym murarza Wincentego Witka.

Wciąż jednak nie znałam scenariusza. Potem obsada i produkcja spotkały się w sali konferencyjnej w hotelu Solec. Wreszcie czytaliśmy scenariusz. Okazało się, że Agnieszka to mało znacząca rola – dwie małe sceny. W międzyczasie zrobiłam numer, obcięłam włosy. Nie wiem dlaczego, z nerwów, no i stałam się mniej podobna do Osieckiej. Ona to był ten koński ogon. Andrzej Wajda się naprawdę zdenerwował. W rezultacie dorobili mi włosy. Do dziś mam ten sztuczny koński ogon, czesany w filmie w kok, bo nie dało się inaczej.

– Rolę Agnieszki rozbudowano?

– Andrzej wiedział, że trzeba rozwinąć wątek współczesny. Scenariusz kilkanaście lat czekał na realizację, dużo się zmieniło. Powiedział mi: „Musisz zrobić coś, żeby zainteresować ludzi tą współczesną częścią. Muszę ją na tobie “zawiesić”.

Grałam ubrana tak, jak przyszłam na plan. Nosiłam swoje dżinsy. No i te dziwaczne buty. Wajda zdjął z kogoś koszulę dżinsową i kazał mi ją założyć. Dał mi też worek, w którym Agnieszka ma cały swój dobytek. Szalik i drugą – niebieską koszulę dostałam od kostiumolożki Wiesi Konopelskiej, dziś Starskiej. Wszyscy się wtedy w sobie zakochaliśmy!  Alan Starski był scenografem filmu.

Pierwszego dnia zdjęciowego dowiedziałam się, że mam improwizować tekst: ten na korytarzu, scenę z Bogusławem Sobczukiem, grającym telewizyjnego redaktora. Dziś ten korytarz podobno nazywają na Woronicza korytarzem Jandy. Powiedziano mi tylko: „Chcesz zrobić film o przodowniku pracy, a on ci nie pozwala. Improwizujcie”. Usłyszałam, że Wajda nie może być na planie, bo jedzie do ministerstwa na rozmowę. Kiedy wróci, obejrzy rezultat.

Kręcimy długą pasażową scenę. Nie ma wózka na kamerę, więc operator z kamerą siada na wózku, którym przewozi się w telewizji pudełka z taśmą. Wózek jedzie przed nami. Improwizujemy drugi dubel, gdy na końcu korytarza zza rogu wyskakuje Andrzej Wajda i krzyczy: – Mamy! Mamy tę rolę! I zaczyna reżyserować scenę – chce żeby Boguś Sobczuk w połowie korytarza uciekł przede mną do toalety.

– Ta jego wizyta w ministerstwie to był podstęp?

– Nie wiem. Może. A może na początku rzeczywiście go nie było. Oni ciągle go gdzieś tam wtedy wzywali, zaklinali, ostrzegali. Podobno zgodzili się na ten film, na skutek przepychanek personalnych w ministerstwie. Było nerwowo.

Od tej pory Andrzej budował swoją  Agnieszkę, przedstawicielkę nowego, radykalnego bezkompromisowego pokolenia, które nadchodzi: mitologię postaci Agnieszki. Wcześniej wysłał mnie na plan do Agnieszki Holland, kręcącej wtedy „Niedzielne dzieci”, żeby obserwować jak się zachowuje reżyser na planie. Była niedziela, Agnieszka miała zdjęcia w szkole naprzeciwko wytwórni na Chełmskiej. Była miła i cicha, prawie w ogóle się nie odzywała. Nie rozumiałam, co mam obserwować.

– Jak rozbudowywano Pani rolę?

– Po każdym dniu zdjęciowym, jechaliśmy do domu Andrzeja, i tam powstawały nowe sceny. Ja się bujałam na huśtawce małej wówczas Karoliny Wajdy, a Wajda, Kłosiński i scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski stwarzali dla mnie nowe perypetie nawiązujące do ducha tego, co się równolegle działo – do wydarzeń w Ursusie, powstawania KOR-u. Bawiłam ich jak Myszka Miki. Słyszałam, jak się śmieją, wyobrażając sobie, jak na tę nową perypetię jutro zareaguję. Ja tymczasem zasypiałam na huśtawce.

– Jak zapamiętała Pani Ścibora-Rylskiego?

– Jako kogoś, kto nosi okulary i milczy. Był dla Andrzeja wyrocznią. Andrzej i Edward mówili mu, czego chcą, i byli pewni, że napisze to dokładnie tak, jak trzeba. I na rano mieli to napisane.

– Jak się Pani czuła, jako Agnieszka?

– Widziałam, że ekipa śmieje z tego, jak gram, że nie lubią tego, jak pewnie oceniali ekstremalnego, bezczelnego, hucpiarskiego babska. Żartowano wtedy, że powstają „Szczęki” z Jandą w roli głównej. Z uwag reżysera i rozmów z nim, stawało się dla mnie jasne, że widzi Agnieszkę, jako osobę, która nawet w najtrudniejszej sytuacji zajmuje swoje stanowisko. Ma własne zdanie i walczy o nie. A jednocześnie jest zaskakująco wolna, nawet w najdrobniejszych odruchach. Kiedyś zwrócił uwagę na to, że wychodząc z samochodu, żeby znowu coś załatwić, nagle stanęłam, żeby się na moment poopalać. Natychmiast wyreżyserował to jeszcze wyraziściej. Mówił, że jestem z pokolenia, które idzie po swoje. I na to pokolenie Polska czeka.

– Jak się wyrażała ta niechęć ekipy do Pani?

– Niechęć to za duże słowo, oni po prostu byli bardziej konwencjonalni niż Wajda, nie rozumieli, o co mu chodzi w mojej postaci. A ja wtedy jeszcze nic nie umiałam nie miałam sposobu na trudne zadania psychologiczne. podparcia wewnętrznego, wielu rzeczy po prostu nie umiałam zagrać. Nie rozumiałam relacji aktora z kamerą, debiutowałam, myślałam, że nie wszystko „widać”, że muszę grać wyraźniej. Czasem z mojego powodu wielokrotnie powtarzaliśmy ujęcie.  Raz asystent kamery krzyknął, że trzeba było wziąć zdolniejszą aktorkę. Wajda zrobił mu awanturę: „Proszę się nie wypowiadać! Nic pan nie rozumie!”. Mnie przekonywał, że ich niechęć wynika z tego, że oni jeszcze takiego aktorstwa, takiej odwagi środków,  nie widzieli. Powtarzał: – Zęby i do przodu!

– Nie oglądała Pani nakręconych materiałów?

– Nie, Andrzej mówił, żebym raczej nie oglądała. Dziś też niechętnie oglądam. Ale dziś  wiem precyzyjnie, co rejestruje kamera. To jak naprawdę zareagowano na moja rolę, okazało się po wejściu filmu na ekrany. I wtedy się rozsypałam, nie spodziewałam się takiego ataku, na mnie i na sam film. Nie rozumiałam, że to reżimowa krytyka, na zamówienie. Wcześniej byłam szczęśliwym dzieckiem. Uczyłam się w liceum plastycznym, gdzie nie urządzano żadnych akademii. Nie znałam historii mojego kraju. Tylko w 68 roku zamykali nas w klasie, żebyśmy nie poszli na demonstrację na Krakowskie Przedmieście. Rodzice musieli nas wtedy odbierać. Koledzy pojechali do Pragi Czeskiej, wrócili pobici. Ale to były tylko przebłyski.

W trakcie pracy nad „ Człowiekiem z marmuru” douczałam się w przyspieszonym tempie. Bywałam regularnie w domach opozycjonistów, na akord czytam paryską „Kulturę”. Edukowałam  się razem z rolą.

Kiedy kręciliśmy na dachu w Nowej Hucie moją rozmowę z sekretarzem partii Jodłą, Andrzej wpadł na pomysł, żebym nosiła waciak. I żeby to jakoś osadzić w czasie, powiedziałam do kamery, że dziś jest 18 czerwca 1976 r. Zaraz okazało się, że dokładnie tego dnia w tym samym momencie miały miejsce tzw. wydarzenia radomskie.

Wiedziałam, że robimy coś ważnego. Andrzej Wajda był niepokojony. Po zmontowaniu filmu, zaczęła się batalia z cenzurą –  o tematy, sceny, zdania. Ale ja byłam już dalej, zajęta sobą. To czego się nauczyłam pączkowało we mnie.

– Niektóre Pani gesty zapadają w pamięć: to, jak opiera Pani nogę o futrynę drzwi, jak bierze Pani kamerę, żeby sfilmować figurę Birkuta.

– Tę nogę postawiłam tam „naturalnie”. Andrzej początkowo się speszył, czy to nie przesada, ale w końcu uznał że mnie – Agnieszce wolno. Zauważył tylko, że brzydko mi się wtedy spodnie ściągały, i przykleił je plastrem, żeby się układały równo. Podobnie było, gdy miałam sfotografować rzeźbę Birkuta, w magazynach rzeźb socjalistycznych. Jak trzymać kamerę pokazał mi Leonard Zajączkowski, nestor polskich operatorów, grający operatora Agnieszki. Sama już wiedziałam, że powinnam okrakiem usiąść na Birkucie. Takie zachowania podpatrzyłam u dziewczyn z mojego pokolenia, choćby tych z liceum plastycznego.

W trakcie kręcenia „Człowieka z marmuru” do kin wszedł film Hala Ashby’ego „Ostatnie zadanie”, z Jackiem Nicholsonem, o dwóch marynarzach wiozących do więzienia 18-letniego rekruta. W ogóle pokazało się sporo filmów z Genem Hackmanem, z Alem Pacino. To wtedy Wajda żartował: Amerykanie robią filmy z samymi mężczyznami. Ja zwariowałem, żeby wziąć kobietę. Zagrasz chłopca?”. „Proszę bardzo” – odpowiedziałam.

– Tłumaczono Pani, kim jest Agnieszka?

– Przejrzawszy większość nakręconych materiałów Wajda zrozumiał, że trzeba wyjaśnić skąd Agnieszka się wzięła. Trwała na ten temat „burza mózgów”, sugerowano, że Agnieszka pochodzi z inteligenckiej rodziny z Wrocławia. Wtedy przypadkowo opowiedziałam Andrzejowi, że byłam w Starachowicach u mojego dziadka, prostego człowieka, który cieszył się, że debiutuję w filmie. Przestrzegałam go jednak: „Dziadku, mówią, że tego filmu mogą nie puścić na ekrany”. A dziadek na to: „Jak to? Dali na niego pieniądze i mieliby nie puścić? Niemożliwe”.

I wtedy Andrzej i Ścibor- Rylski, wymyślili ojca Agnieszki, prowincjonalnego kolejarza, granego przez Zdzisława Kozienia, który nie rozumie cenzury. W scenie z ojcem bolała mnie głowa, sił wystarczyło mi tylko na leżenie na kanapie. Andrzej powiedział: „Żeby ją trochę ocieplić, dodamy jej psa”. Ale pies nie chciał do mnie podejść. Główny problem tego dnia zdjęciowego polegał na tym, żeby pies do mnie podszedł, i żebym mogła go pogłaskać i przytulić.

– Jak cenzura zareagowała na gotowy film?

– Szczegółów nie znam, pertraktacje, trwały dość długo, jak pamiętam. Andrzej w niektórych kwestiach ustępował, żeby ocalić cały film. Cenzura m.in. kazała zmienić moją improwizację na korytarzu telewizji. Nikt nie wiedział, jak mam to zrobić, z punktu widzenia technicznego, bo wtedy nie umiałam jeszcze nagrywać postsynchronów. Chciano żebym improwizowała wparzona w ruch swoich ust w filmie. Koszmar. Ostatecznie, odwróciłam się plecami do ekranu i na nowo powiedziałam nowy trochę łagodniejszy tekst, który zdołano jakoś dopasować. Na szczęście został mój pocałunek jaki posyłam gmachowi telewizji po wyjściu z niego.

Wypadła za to scena, w której przechodzę cały cmentarz szukając grobów stoczniowców zabitych na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Nie znajduję tych grobów i zatykam kwiaty za furtkę cmentarza. Potem Andrzej wkleił tę scenę do „Człowieka z żelaza”.

Te miesiące pracy nad filmem – od lutego do czerwca – zaważyły na całym moim życiu, zawodowym i prywatnym. Miałam szczęście. Szkoła Teatralna daje fałszywy obraz świata i przyszłego zawodu. A zaraz po niej trafiłam na Andrzeja. Obserwowałam jak myśli. Jak czuje, jak kocha film, pracę, Polskę, nas. Widziałam jego absolutny zachwyt Jurkiem Radziwiłowiczem. Andrzej w kółko oglądał scenę ze zdjęć próbnych Jurka, które robiła Agnieszka Holland. Tę, w której Birkut się przedstawia. Włączył ją do filmu. Bawił się wyobrażeniem jak aktorzy zagrają następnego dnia. Cieszył się z sekretarza Jodły, granego przez Wiesława Wójcika, że był taki niezborny, że praktycznie nie kończył żadnego zdania. Nie przewidział, że Jodła zrobi się ciepły, że będzie wzbudzał sympatię. I to mu się podobało. Nie znosił, gdy coś było nazbyt oczywiste. Bardzo zajmował się rolą żony Birkuta, którą grała jego żona – Krysia Zachwatowicz.

– Jaki był wtedy Wajda? Zofia Czerwińska, grająca w „Popiele i diamencie”, powiedziała mi kiedyś: „Andrzej Wajda był piękny”.

– Bo był. Dziś wiem, że Andrzej jest wspaniały, ma nieomylną intuicję i ogromne serce, nad którym na planie panuje głowa. Jest rozczulający, zabawny, czasem bywa bezradny w sprawach życiowych i bezwzględny jeśli chodzi o to, nad czym pracuje.

Na planie „Człowieka z marmuru” nosił sfatygowany czerwony golf. Na dole, po lewej, wielka dziura, a sam golf trzymał się tylko na szwie na prawym ramieniu. Powiedziałam: „Strasznie podarty masz sweter”. „Ale ten sweter przynosi mi szczęście. I broń Boże, żeby nikt go nie zacerował”.

Na planie wszyscy patrzą na Wajdę. U niego wszystko rodzi się na żywo. To, z czym kończymy dzień zdjęciowy, czasem zupełnie różni się od tego, co planowaliśmy dzień zaczynając. Andrzej wymaga od każdego, aktywności, współuczestnictwa, nie tylko od aktorów i bezpośrednich współpracowników. Lubi ludzi kreatywnych, kocha jak go ktoś zaskoczy, poruszy, wprawi w zdumienie. Ale też bezbłędnie z tysiąca propozycji wybiera najlepszą. Co więcej, często nikt nie rozumie, dlaczego wybiera akurat tę. Potem, wielu ludzi głupio mówiło, że to oni coś mu wyreżyserowali, wymyślili. Oni tylko coś proponowali, a on wybrał.

– W końcu „Człowiek z marmuru” trafił do kin.

– Najpierw władze długo się wahały. Potem w Warszawie był grany w kinie Wars, przed którym ustawiały się gigantyczne kolejki. Pomimo tego, że w gazetach film funkcjonował pod szyldem: „Seans zarezerwowany”. Tytuł nie padał.

Nie mogłam być na premierze. Wyjechałam do Opola – zaśpiewać „Gumę do żucia”. Tam przeżyłam koszmar: na widowni 5 tys. osób, a ja pierwszy raz śpiewam przez mikrofon. Wiedząc, że nie umiem śpiewać. Zwłaszcza, że obok mnie są: Maryla Rodowicz , Marek Grechuta,  Grażyna Łobaszewska, Krystyna Prońko. Przed występem złapałam się kaloryfera, mówiąc, że nie wyjdę. A już mnie zapowiadają. Na scenę siłą wypchnęli mnie Wojtek Młynarski i Włodzimierz Korcz. Wtedy nagłe słyszę, że amfiteatr krzyczy: „Brawo Andrzej Wajda”. Orientuję się, że ludzie widzieli film, że nie znaczenia jak śpiewam, tylko to, że Agnieszka Andrzeja Wajdy jest na scenie.

– Jak zareagowała Pani na oficjalne przyjęcie filmu?

– Sterowane przez władze recenzje były straszne. Nie byłam na nie przygotowana. Andrzej powiedział, że mam pojechać z nim na festiwal, który wtedy odbywał się jeszcze w Gdańsku. Wchodzimy, udają ze nas nie widzą. Nienawiść partyjnych reżyserów, była wyczuwalna. Po prezentacji filmu, wsiadłam do małego fiata i wyjechałam stamtąd.

Potem zaczęły się straszne telefony. Słyszę w słuchawce: „Nienawidzę pani! Takich kobiet nie ma!”.  „Po filmie chciałem zbić swoją żonę!”.  Na wszystkie spotkania na temat „Człowieka z marmuru”, np. fantastyczne z warszawskimi studentami, chodziłam zawsze z Wajdą. Nie byłam dość odporna, by odpowiadać na niektóre zarzuty.

Za to Jacek Kuroń po filmie, otworzył mi drzwi swojego mieszkania ze słowami: „No i jesteś w historii”. Nagle stałam się tam bohaterką wieczoru, nie bardzo wiedząc dlaczego. Janusz Głowacki powiedział: „Tyle lat piszę, staram się, a ty zrobiłaś jeden film i jesteś w encyklopedii”.

– Pojechała Pani z „Człowiekiem z marmuru” do Cannes?

– Nie, grałam wtedy chyba „Balladynę” w Teatrze Telewizji. Do Agnieszki powróciłam dopiero na planie „Człowieka z żelaza”. Andrzej wciąż jest moim mistrzem. Co jakiś czas się spotykamy. Pyta: Może byśmy zrobili jakiś film? Nie masz czegoś ciekawego w głowie? Uwielbiam dostawać od niego listy, pisze je w strategicznych momentach. Regularnie przychodzi oglądać spektakle w naszych fundacyjnych teatrach. Cieszył się gdy dostałam tytuł „ Człowieka wolności” – to m.in. za Agnieszkę. – Dziękuję – powiedziałam mu wtedy.

 „Gazeta Wyborcza”, 22.08.2016

 

 

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.