25
Luty
1997
22:02

Wiem, że czasami lubią nas słuchać

Co to jest piosenka aktorska? Ilość definicji czy prób definicji, która powstała, najlepiej świadczy o niemożności jednoznacznego określenia tego co się kryje pod tym „hasłem”, a ironiczna definicja, którą powtarza lub wymyślił Wojtek Młynarski… piosenka aktorska – tzn. aktor gra że śpiewa… zawiera w sobie i to, że trudno zdefiniować to zjawisko, lekką pogardę do tego gatunku, i ocenę aktorów, którzy usiłują śpiewać.

Nie zastanawiałam się właściwie nigdy nad tym poważniej, nie „studiowałam” historii piosenki w ogóle, nie wiem, kiedy właściwie pojawił się ten termin, hasło, które u tzw. specjalistów od muzyki, piosenki w ogóle, kompozytorów nie związanych z teatrem, wokalistów i ludzi śpiewających zawodowo a z aktorstwem nie mających nic wspólnego, wywołuje uśmiech.

Nie wiem co to właściwie jest, to – tak nazwane, ale faktem jest, że aktorzy, od kiedy istnieje ten zawód, śpiewają. Że istnieje ogromna literatura muzyczna pisana dla teatru, klasyka – utwory, które albo mają elementy śpiewu, albo zawierają ogromne partie śpiewane. Że w literaturze teatralnej, antycznej, partie chóru są niczym innym jak, jakby śpiewaniem, komentowaniem wydarzeń dziejących się na scenie w formie nieco innej niż mowa. I czy to jest rytmiczne mówienie grupowe, czy jakiekolwiek inne formalne rozwiązania dotyczące tych partii tekstu, czy to jest jak u Brechta śpiewanie, w spektaklu, wyraźnie oddzielone od mówienia, poprzedzone znakiem scenicznym zapowiadającym, że za chwilę nastąpi śpiew – to za każdym razem jest to śpiewanie aktora. Czy to jest piosenka aktorska? Nie wiem. Faktem jest, że aktorzy śpiewają jak świat światem, i niech się to nazywa jak chce.

Muzyka ma nieprawdopodobną siłę. Śpiew jest, w odczuciu widza, słuchacza, wyższym stopniem ekspresji niż mowa. Aktorzy uwielbiają śpiewać, marzą, żeby śpiewać, zdobyć jeszcze ten sposób oddziaływania na widza. Rozmawiałam o tym z kolegami. Wielokrotnie, każdemu z nas, zdarza się grając dojść do takich emocji, że krzyk, pauza, płacz, modulacje głosowe, wszystkie dostępne nam sposoby wyrażenia uczuć nie wystarczają, że brakuje nam jeszcze czegoś innego, mocniejszego, i wydaje nam się, że jeszcze tylko moglibyśmy zacząć śpiewać, żeby wyrazić coś pełniej. I nieważne jakie będzie to śpiewanie, nie chodzi tu o piękno frazy, muzykę, niezwykłość głosu, chodzi o jeszcze jeden, mocniejszy środek wyrazu, mocniejszy niż wszystko co możemy wykonać z głosem, ciałem, twarzą, nie śpiewając.

Czyli śpiew ma funkcję tylko jednego z elementów w całości spektaklu. I sama zawsze tak to traktowałam. Zawsze zaczynałam śpiewać dopiero wtedy, kiedy mówienie już nie wystarczało. W teatrze nigdy nie śpiewałam w ogóle, śpiew był tylko i wyłącznie przedłużeniem roli – postaci zbudowanej mówieniem. Tak były skomponowane wszystkie spektakle teatralne, w których śpiewałam. Mówię o sobie, bo mam w tych rozważaniach zająć się sobą, swoimi doświadczeniami, swoimi spostrzeżeniami.

Śpiewam, żeby coś lepiej opowiedzieć, wyrazić. Czyli śpiew jest dla mnie prawie zawsze przedłużeniem mowy. Naturalnym przejściem z mówienia do śpiewania. Czyli śpiewam w rejestrze, w którym mówię, i barwa głosu, sposób brania oddechów, zmiany dynamiczne, tempo, są podporządkowane nie muzyce a interpretacji aktorskiej – sposobowi opowiedzenia historii, czy pokazania stanu. I teraz, jakiej historii? Czyli piosenka pisana dla aktora.

Piosenka – opowieść. Z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem.

Piosenka – obraz stanu emocjonalnego, (która nie musi mieć żadnej akcji).

Piosenka – monolog, pisana w pierwszej osobie, jako rozmowa bezpośrednia z publicznością na muzyce, (najbardziej chyba lubiana przez aktorów). Ale zawsze słowo najważniejsze! Nie chcę powiedzieć wyraźnie, że ważniejsze niż muzyka, ale aktor śpiewa z powodu tekstu nie muzyki. Z powodu muzyki śpiewa wokalista, i wtedy wszystko jedno jakie słowa śpiewa, i wtedy najczęściej słowa są pisane później niż muzyka, są dopisywane do muzyki, choć i w ten sposób powstało wiele wspaniałych piosenek, które umieścić by można w kategorii – aktorska.

W piosence aktorskiej (zacznijmy używać tego terminu), muzyka jest funkcją treści. A z kolei istnieje tysiące piosenek, które mają tak „trafnie” napisaną muzykę, jest ona tak nierozerwalna z treścią, tak precyzyjnie poza tym w zapisie muzycznym mieści się interpretacja, że wszelkie sposoby „aktorskie”, pomysły, ją niszczą.

Do wielu pięknych, wielkich wierszy, napisano tak niezwykłą muzykę, że bez tej muzyki wiersze te są uboższe, znaczą nie tyle. Czy to się wtedy nazywa piosenka literacka? Chyba tak. A jeśli ją śpiewa aktor?

Piosenka aktorska. Czy piosenki Jacguesa Brela, Juliette Greco, Edith Piaf, Marleny Dietrich, Lizy Minelli, Ewy Demarczyk, nie są piosenkami aktorskimi? Są piosenkami literackimi, aktorskimi, poezją śpiewaną, piosenkami kabaretowymi, i jeszcze jak kto chce je nazwać. Jedno je łączy, perfekcyjność wykonania i równowaga pomiędzy wszystkimi elementami: głosem, muzyką, aranżacją, interpretacją , i… niezwykle ważnym słowem. Oczywiście są to piosenki wykonywane przez Wielkich, geniuszy, nie tylko interpretacji, geniuszy muzycznych, wokalnych, ale przede wszystkim przez niezwykłych ludzi, niezwykłe osobowości.

Czy aktor ma prawo śpiewać jeśli nie ma, nie mówię doskonałości, ale sprawności w sferze muzycznej? Ma, ale tylko wtedy, kiedy wyraz, głębokość, oryginalność interpretacji to usprawiedliwia, (tu Merylin Monroe byłaby chyba najlepszym przykładem). Bo piosenka aktorska to wyścig z myślą a nie z instrumentem muzycznym. Poza tym, ten gatunek piosenki, dopuszcza tzw. „sposoby”: parlanda, szepty, krzyki, pauzy w muzyce, czy specjalne podziały w obrębie frazy, zmiany barw, łamanie struktury rytmicznej zależnie od potrzeb interpretacji, a wszystkie te elementy to podstawa mówienia na scenie.

Barwa, brzmienie. To jeden z problemów w piosence aktorskiej. Każda piosenka to rola do zagrania, stan do wyśpiewania, człowiek do narysowania. Naturalną potrzebą jest dobór barwy, brzmienia, zależnie od tematu. Czyli główne zadanie każdego wokalisty, wypracowanie charakterystycznej, własnej barwy, indywidualnego brzmienia, sposobu, po którym się poznaje ulubionego wykonawcę, u aktora jest inne. I słusznie, ale słuchacze widzowie, tego nie lubią, nie lubią wbrew pozorom tego rodzaju zaskoczeń. To jest problem wielu aktorów zajmujących się piosenką poważniej. Paradoksalnie nikt nie podziwia ich metamorfoz głosowych, tych wielu osób, które śpiewają w jednej, to zdumiewające ale tak jest. (Cechą charakterystyczną recitali aktorów, płyt kompaktowych przez nich nagranych, kaset z piosenkami, jest to, że wydaje się, że jest kilku wykonawców, i coś co powinno być ich zaletą, rzeczywiście okazuje się wadą.)

Aktorzy, którzy śpiewają, są potrzebni w teatrze, coraz bardziej potrzebni. Nie mówiąc już o tym, że istnieje naprawdę wielka literatura teatralna – muzyczna, że teatry dramatyczne w tej chwili starają się mieć w repertuarze choć jedną pozycję muzyczną, a przy repertuarowym systemie teatrów i stałych zespołach aktorskich, problem śpiewania wcześniej czy później staje przed każdym z nas, co też jest absurdem, ale taki jest wymóg chwili i sytuacji, nie będę się tym dalej zajmować, ale tak jest. W związku z tym „zajęcia z piosenki”, jak to się dziwnie nazywa, są jednym z ważniejszych elementów kształcenia aktorów, a między innymi i dlatego, że w piosence sumują się wszystkie inne umiejętności zdobywane w Szkołach Teatralnych, na wszystkich innych zajęciach. Interpretacja aktorska, impostacja głosu, ćwiczenia słuchu, rytmiczność, taniec, zajęcia ruchowe, dykcja itd. Ale przede wszystkim dlatego, że jest to krótka forma ucząca dyscypliny artystycznej. Trzy minuty – zamknięta całość. Trzy minuty, to chwila na scenie, chwila, która zmusza do zdecydowanych wyborów, wyrazistych elementów, jednoznacznych decyzji interpretacyjnych i tempo, tempo, tempo, które obejmuje jak żelazny gorset, uczy dyscypliny zawodowej i czystości formy.

Zastanawiam się czy są jakieś reguły. I chciałabym odpowiedzieć, że nie ma – bo to daje lepszą perspektywę, nadzieję, nieograniczone możliwości, jest bardziej twórcze. Ale są i te żelazne, związane z całą stroną muzyczną. Po pierwsze nie da się tego nauczyć, ani zrozumieć, jeśli się nie słyszy. Nie można też oszukać, przeskoczyć, można ratować się jak to się mówi, w aktorski sposób, i większość osób to robi, ale robią to ci, którzy słyszą swoje niedoskonałości, czy braki, których nie ofiarowała natura, ale to już znaczy, że ich problemy są do rozwiązania, szczególnie gdy chodzi o dobrego aktora. Zdarzały się wspaniałe interpretacje parlandowane, czy w dużej części mówione, i każdy właściwie dobry aktor radzi sobie z tym, ale czy to dalej jest piosenka aktorska? Nie wiem.

Janusz Gajos powiedział mi, że próbował i nigdy więcej nie chciałby być zmuszony do zaśpiewania czegokolwiek… bo nie. Bo nie jest w stanie myśleć w rytmie muzyki. Wszystko dzieje się za szybko, wszystko gna i gna do przodu, aktor nie jest panem czasu jaki ma do zagospodarowania. Słyszałam jak śpiewał, śpiewał wspaniale. Jurek Radziwiłowicz mówił mi, że ma jedno marzenie – żeby śpiewać, że śni mu się po nocach, że śpiewa, i nigdy się na to nie odważy. No ale on jest z Krakowa, my w Warszawie mamy łatwiej, mniej onieśmielających przykładów.

W Polsce istnieje ogromna i piękna tradycja, dorobek związany z określeniem „piosenka aktorska”. Nie zapominając o wielu poetach, autorach tekstów, kompozytorach, którzy napisali nieprawdopodobną ilość małych arcydzieł czy na potrzeby teatru, kabaretu czy estrady, mamy też wielu wybitnych wykonawców. Między innymi wielkich aktorów, którzy mieli dostateczne warunki dane przez naturę, żeby i w tym gatunku móc tworzyć. Aktorów, którzy traktowali piosenkę jako element swojej pracy, często najprzyjemniejszy, ale tylko element, i ani ich możliwości wokalne ani muzykalność nie kazała im na szczęście zająć się tylko piosenką.

Jedyną osobą, aktorką, która z piosenki zrobiła swój główny środek wyrazu, z piosenki zrobiła swój Wielki Teatr, jest Ewa Demarczyk, i możemy być tylko szczęśliwi i zaszczyceni, że w jej życiorysie są studia w Szkole Teatralnej, bo jej przykład i jej osiągnięcia są tak obezwładniające, że nie poddają się żadnym klasyfikacjom, czy porównaniom.

Ale my wszyscy, traktujemy piosenkę jako jeden z wielu środków wyrazu i cieszmy się, że jest nam w jakiejś tam formie dostępna. Pamiętajmy jednocześnie, że „piosenka aktorska” cokolwiek by ten termin nie znaczył, cokolwiek by się za nim nie kryło, jest gatunkiem elitarnym, i nie musimy się starać, żeby była popularnym, za wszelką cenę.

Ja, „zajęcia z piosenki” w Szkole Teatralnej miałam z prof. Bardinim i tylko z nim. Wszystko, co rozumiem i wiem na ten temat, wiem od niego, być może o wielu rzeczach zapomniałam, wiele zniekształciłam, skundliłam, podczas 20 lat pracy zawodowej, w której piosenka była prawie zawsze obecna, ale myślę, że to co mi naprawdę zostało, to generalnie – rozsądna ocena moich możliwości, świadomość jak dużo i atrakcyjnie można wyrazić, opowiadając coś publiczności przy pomocy muzyki i szacunek, respekt i miłość do muzyki, do wszystkiego co się muzyką nazywa. Ale mam przede wszystkim świadomość, że jest cały obszar „krainy dźwięku”, zaczarowany dla mnie, do którego nie mam dostępu i nigdy nie będę miała.

Uwielbiam śpiewać. Boję się śpiewać. Nie umiem śpiewać.

Kilka rzeczy udało mi się zagrać śpiewając tak, jakbym nigdy tego nie mogła wyrazić mówiąc. Żeby odważyć się coś zaśpiewać muszę mieć alibi – tekst, albo sytuację, która to usprawiedliwia. Nagrałam wiele rzeczy i wiem, że w studio, przy nowoczesnej technice można zrobić bardzo wiele i odważyć się na dużo więcej.

Mikrofon jest absolutnym cudem, ale tylko mikrofon dobrze prowadzony, to znaczy człowiek od nagłośnienia jest absolutnym partnerem, i do niego należy 50 procent ewentualnego sukcesu. Kocham i nienawidzę mikrofonu.

Nie ma nic szlachetniejszego od śpiewania w spektaklu teatralnym, przy składzie akustycznym orkiestry, bez nagłośnienia.

Mam wiele braków właściwie dyskwalifikujących mnie w tym gatunku.

Uwielbiam muzykę w teatrze. Teatr bez muzyki istnieje dla mnie tylko w wyjątkowych wypadkach.

Nienawidzę słowa musical i śpiewogra.

Bez muzyki życie byłoby okropne, nie do zniesienia.

Jestem kimś kto śpiewa, nie mając głosu, aktorką uznawaną za gwiazdę filmową nie mając urody, reżyserem bez powodu jak twierdzą, jak mogę zająć jakiekolwiek stanowisko autorytatywnie, choćby w sprawie PIOSENKI AKTORSKIEJ, której podobno wśród wielu innych moich kolegów, jestem reprezentantką.

Wiem, że są ludzie, którzy czasami lubią nas słuchać.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.