13
Grudzień
2018
17:12

VIVA!, nr 25/13.12.2018 FOT. BARTEK WIECZOREK/LAF AM VIVA - okładka

zobacz więcej zdjęć (7)

VIVA! Nr 25/13.12.2018

Walczę, gdy warto  

 

Depresja? Nigdy. Załamanie? Jeśli już, to chwilowe. Dziesięć lat temu straciła męża i musiała zmierzyć się z życiem. Miała teatr na głowie, dorastające dzieci i matkę, która, na szczęście, była przy niej. Ale gigantyczna praca się opłaciła. Bo robić to, co się kocha i móc się z tego utrzymać, to luksus, jak mówi Krystyna Janda w niezwykle szczerej rozmowie z Elżbietą Pawełek.

 

– Powiedziała Pani, że ważne jest, aby nie przeżyć życia byle jak, przez zaniechanie. Ale to Pani nie grozi?

Raczejnie. Prowadzę Fundację i dwa teatry, w których gra w tej chwili około 450 aktorów z całej Polski. Mamy dziesięć premier rocznie, sama też gram i reżyseruję, jak sądzę, z dobrym skutkiem. (śmiech).

– Sypia Pani po pięć godzin, choć aktorka powinna być wypoczęta. Dla Pani to jednak norma?

No tak, jakoś od wielu lat śpię mniej, ale nie czuję się ani zmęczona, ani niewyspana. Po prostu niektórzy tak mają. Korzystam z tego i dziękuję Bogu, że tak jest, bo zyskuję więcej czasu dla siebie i innych. Moi przyjaciele często dzwonią do mnie późno, kiedy już zejdę ze sceny. Zawsze jest coś do omówienia, zrobienia, bez przerwy podejmuję jakieś fundacyjne czy teatralne decyzje…

– Rozmawiamy, a za chwilę wcieli się Pani w Shirley Valentine, która gada ze ścianą obierając ziemniaki… Aż w końcu porzuca stresujące ją życie u boku męża i wybija się na niepodległość. Dużo jest takich kobiet?

Zyskujących świadomość? Walczących  o swoje życie, ambicje, plany? Myślę, że jest takich kobiet coraz więcej, na szczęście. Obudziła się w nich świadomość i rośnie cały czas. Powszechny dostęp do kultury i do świata przez Internet, czy telewizję pokazał im, jak mogą żyć, jak powinny być traktowane i tego już nie da się zatrzymać.

– A to ciekawe, bo Shirley, którą grała Pani  27 lat temu, urodziła się w zupełnie innych czasach, kiedy kobietom nie wolno było tego wszystkiego, co dzisiaj. A spektakl wciąż jest aktualny i bawi publiczność do łez.

Myślę, że tematy sa wciąż takie same, wciąż aktualne. Sukces spektaklu bierze się z autoironii bohaterki, poczucia humoru na własny temat i na temat swoich problemów. Jest świadoma  sytuacji, więc się buntuje, ale robi to z poczuciem humoru. Publiczność  ciągle nie jest przyzwyczajona do tego, że można tak z siebie kpić i wyśmiewać kłopoty, to się podoba.

– Trzeba mieć chyba dystans do siebie, żeby tak zagrać?

Z tym nie mam problemu, nikogo nie udaję, nie znoszę pochlebstw i pustych komplementów. Myślę, że trzeźwo potrafię siebie ocenić i  śmiać się z siebie samej także. Przy tym bardzo lubię kobiety. Lubię ich słabości, śmieszności i wszystko to, na co sobie mogą pozwolić, żeby się nie czuć upokorzonymi. Ratunkiem jest poczucie humoru.

– Grała Pani wiele kobiet, najgorszą śpiewaczkę świata w „Boskiej” i Marię Callas, Danutę W., a teraz wcieliła się w „Pomoc domową” mającą słabość do alkoholu. To chyba nie było łatwe?

Bałam się tej roli,  to trudne grać pijaną dobrze, sama w ogóle  nie piję, czasem, ale nigdy się nie upijam. Ale ona Beata, ciągle jest pijana, coraz bardziej razem z akcją sztuki, zaczyna mówić prawdę i zachowywać się niekonwencjonalnie, na tym polega komizm. Długo się zmagałam z tą rolą, wydaje się że w końcu  ją pokonałam.

– Chciała się Pani kiedyś poddać?

W jakim sensie? W zawodzie, w ogóle nie wiem, co to znaczy. Ale wielokrotnie rezygnowałam z rzeczy, które uważałam za niewygodne lub stratę czasu i szłam dalej. Ale poddać się? Raczej nie. To w życiu nie mamy wpływu na wiele rzeczy, ale w teatrze? W filmie?

– Pytam, bo Janda uchodzi za zdecydowaną i silną. Każdemu jednak mogą zdarzyć słabsze momenty, aktor nie chce już walczyć o kolejną rolę, dyrektor teatru o dotację…

Ale ja nie walczyłam nigdy o rolę! A jak nie dawali dotacji dla fundacji, starałam się robić taką sztukę, żeby przynosiła dochód. Nie jestem typem dziewczynki z zapałkami. Wszystko analizuję, wyciągam wnioski i podejmuję decyzje. Jestem zadaniowa, jak to się ładnie teraz nazywa. A gorsze okresy? Nie do końca ode mnie zależne? Nie traktuję tego w kategoriach słabości. Czasem odwracam się plecami i odchodzę, konstatuję że nie mam szans, że po prostu  nie mam ochoty walczyć z całym światem. Kopanie się z koniem, to nie w moim stylu.

– Za czym najbardziej dziś Pani tęskni?

Znowu musiałabym mówić o polityce, a już nie chcę. Wszystkie słowa, zdania są tak oczywiste, tak już wykrzyczane. Koń kopie nie słuchając. Robię co do mnie należy, bynajmniej nie milczę, bo mówienie jest moim obowiązkiem, obowiązkiem  osoby publicznej,  i manifestuję tam gdzie warto. A tęsknię? Za wieloma rzeczami. Jak każdy.

– Za dawnymi czasami?

Nie. Tęsknię za normalnością, naiwną dobrocią, rzetelnością, oczywistością. Odkąd złodziej krzyczy kradną a bijący biją a do tego mają wszelkie środki w ręku, nic już nie jest proste i oczywiste. Tęsknię też za….

– Myślałam, że powie Pani, że tęskni za obecnością męża.

Nigdy bym tego nie powiedziała w wywiadzie (śmiech). Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego ostatnio ludzie tak dużo mówią o swoich najintymniejszych uczuciach i planach bez usprawiedliwienia.

– Ale mówiło się, że byliście parą jakby dla siebie stworzoną. Pani wspaniała aktorka, on wybitny operator filmowy.  Minęło właśnie dziesięć lat od jego śmierci. Jak poradziła sobie Pani z traumą?

Mąż ciężko chorował, właściwie mogłam liczyć tylko na cud. Ale cud się nie zdarzył.  Taki był los i trzeba było nauczyć się z tym żyć. Odszedł w momencie, kiedy nasza Fundacja na Rzecz Kultury istniała dopiero dwa lata. Miałam dzieci wchodzące w życie i matkę, która, na szczęście, była przy mnie. Bardzo dużo spraw, które On brał na siebie, przyszło mi udźwignąć. Musiałam sobie z tym wszystkim poradzić.

– Przed śmiercią powiedział, że się o Panią nie martwi, bo wie, że da sobie Pani radę.

Słusznie, bo dałam sobie radę (śmiech).

W dniu kiedy odszedł zagrała Pani spektakl, co różnie komentowano. Żadnej taryfy ulgowej nawet w takim momencie?

Ludzie lubią oceniać innych, bezmyślnie i bez stawiania się w sytuacji oskarżonego. Mogłam odwołać, wszyscy by zrozumieli. Ale nawet do głowy mi to nie przyszło. Zresztą, byłam w szoku, działałam instynktownie. Nic nie pamiętam z  tego wieczoru, jak zresztą z wielu wieczorów późniejszych, działałam jak automat.  A odwołanie spektaklu w każdej sytuacji uważam za ostateczność. Jak mówili starzy mistrzowie z mojej młodości, aktor odwołuje spektakl tylko w jednym wypadku,  kiedy umiera. To także był Jego teatr, to On go zbudował, poświęcił mu bardzo dużo czasu i serca. I martwił się ze mną o wszystko. Nasz sukces polega też na tym, do dziś, że przez dwanaście  lat istnienia „Polonii” i  siedmiu lat istnienia Och-Teatru  lat,  nigdy nie odwołaliśmy żadnej premiery.

– Napisała Pani  w drugim tomie swojego „Dziennika”, który czyta się jednym tchem i już zagościł w księgarniach, że artysta oddałby wszystko za bycie z kimś, kto go uwielbia. Edward Kłosiński powiedział o Pani : „wchodzisz – blask, za tobą – ciemność”. I ta fascynacja  karmiła Wasz związek? 

Och, to zdarzyło się tak dawno temu, w czasie kręcenia naszych pierwszych filmów.  To było miłe, taka bezgraniczna akceptacja z jego strony. Ale potem potrafił oceniać mnie też na zimno i swoim trzeźwym spojrzeniem wiele razy bardzo mi pomógł. Nie kochał mnie bałwochwalczo, na szczęście.

– Nie pomyślała Pani, żeby ułożyć sobie życie na nowo?

Nie przyszło mi to nigdy do głowy. Ani przez moment o tym nie myślałam. Nikogo też nie spotkałam kto nasunął by mi tę myśl.

– Akceptacja to przepis na miłość?

Wielkość kochania zależy od wielkości człowieka. Edward był wyjątkowy, inny od reszty… Ale wydaje mi się, że miałam w tym swój udział, czuł się kochany i podziwiany, to oczywiste.

– Kiedy urodziła mu Pani dwóch synów w niedużych odstępach, nie przeraziła się, że to być może koniec kariery?

Nie. Powiedziałam wtedy mojej mamie, która akurat przeszła na emeryturę, że musimy razem zamieszkać i liczę na jej pomoc. I mama sprawdziła się w 155 procentach.  Okazała moim synom tyle miłości i  poświęciła im tyle uwagi, że sama chyba nie byłabym w stanie im tego dać.  Na tym polegało moje szczęście. Zresztą tak jest do dzisiaj.

– Ma Pani z nią świetny kontakt i traktuje jak przyjaciółkę, a nawet powierniczkę?

Broń Boże, matce nie powierzyłam żadnej tajemnicy! Za bardzo ją kocham (śmiech). Nie, nie. Mama wie o samych dobrych rzeczach, ma się nie martwić. Zdjęłam jej z głowy wszystkie problemy finansowe. Jak tylko mogę, staram się jej pomóc w jej sprawach zdrowotnych.  Oddałabym wszystko, żeby tylko żyła jak najdłużej i w dobrej kondycji. Ale ani nie zasmucam jej, ani nie zaśmiecam jej głowy problemami. Naprawdę.

– Marysia Seweryn, Pani córka, twierdzi, że dobra energia w Waszej rodzinie płynie od babci?

Tak,  mama jest dla nas balsamem, chronimy ją wszyscy, włącznie z moimi synami, przed wszelkimi smutkami i kłopotami. Do tego wszystkiego jest też moja siostra, która towarzyszy mamie, kiedy mnie nie ma.

– Furorę zrobił przepis mamy na kluseczki francuskie, za którymi przepadali jej wnukowie. Potem wszyscy chcieli dowiedzieć się, jak się je robi.

To jest jeden z prezentów, jakie może dać życie, takie kluseczki, czy jabłka w cieście…

– Czy nie chciałaby Pani ułatwić sobie życia i zamienić domu w Milanówku na wygodny apartament w Warszawie, gdzieś blisko teatru Polonia?

Nie, dopóki żyje moja mama, to absolutnie niemożliwe. Mieszkamy tam od 28 lat i nie sprawiłabym jej przykrości przeprowadzką. Kocha Milanówek, zresztą wszyscy kochamy ten dom. Oczywiście, to ja ponoszę tego koszty, bo dojeżdżam codziennie do pracy a wracam nocami 35 km. Ale żebyśmy mieli gdzie się spotkać, żeby święta były takie jak zawsze, ten dom, to miejsce na ziemi musi istnieć i należeć do nas. Jesteśmy ciągle dużą rodziną, do tego w domu są cztery psy, a do niedawna były też dwa koty.

– Ten piesek, który tak rozkosznie siedzi sobie na kanapie…

To znajda znaleziona w Krakowie. Jak się uprze, to jedzie ze mną do teatru i na wakacje. W tym roku pojechała do Włoch. Nie chciała wysiąść z samochodu.

– To wbija Panią w koszty!

Widzi pani, ja już nic nie mam z życia tylko pracę (śmiech). To jest jedna z moich radości, że mogę sobie zabrać psa na wakacje, jeśli psu się to podoba. Oczywiście, byłam z moimi dwoma przyjaciółkami, pozwoliły mi na towarzystwo psa.

– Pani synowie to już dorosłe chłopaki?

Są samodzielni, ale to ciągle jeszcze młodzie ludzie.  Adam skończył wydział operatorski w Katowicach, ale dziś jest studentem fizyki. Jędrek skończył amerykanistykę. Obaj jeszcze cały czas są ze mną związani i pomagam im stanąć na nogi. Bardzo ich kocham.

– Może szkoda, że żaden nie poszedł ścieżką artystyczną?

– Adam poszedł w ślady ojca, ale bardziej od kamery zainteresowała go fizyka i w tym się najlepiej odnajduje.  Każdy w naszej rodzinie żyje swoim życiem. Moje dzieci same podejmowały decyzje życiowe, nikt się w to nie wtrącał. Córka już w liceum postanowiła zostać aktorką.  Staraliśmy się  wspierać dzieci w tych wyborach, choćby krytykując i uświadamiając ewentualne skutki, nikt nikogo nie oceniał. Po prostu wszyscy zmierzali do osobistego szczęścia.

– Tak jak Pani ojciec, który  miał zapędy artystyczne?

Tata grał na wszystkich instrumentach, miał słuch absolutny, talent plastyczny, ale nigdy nie zajmował się żadnym rodzajem twórczości  zawodowo. Był inżynierem mechanikiem z dodatkową specjalnością – zbrojeniową, jak wielu tworzących Zakłady Mechaniczne Ursus.

Gdyby miała Pani jeszcze raz rozpisać scenariusz na swoje życie, to coś w nim by zmieniła?

Chyba nie. To znaczy, jestem autorką własnego życia, wygląda ono tak jak je sobie ułożyłam i wypracowałam. Myślę, że w 60 procentach moim życiem nie kierują przypadki. Dokonałam pewnych wyborów i takie są tego konsekwencje.

– Nie czuje się Pani czasem samotna?

Czy ja wiem? Nauczyłam się cenić samotność i bardzo jej bronię. Nie pozwalam sobie zabrać moich wolnych chwil. Chcę je zachować dla siebie i nie czuję się wtedy samotna.

– A jak już zdarzy się wolna chwila, to co Pani najczęściej robi?

Idę do teatru (śmiech). Ale wyjście do teatru to też jest dla mnie praca. Trzeba zobaczyć, co się dzieje na innych scenach. Byłam niedawno na wspaniałym  „Jeziorze Łabędzim” i w  Narodowym. Teraz często chodzę na spektakle z synami. Towarzyszą mi w teatrze, czy w podróżach. Tej zimy lecę z synem na Madagaskar.

To jakaś zmiana?

Tak, bo zawsze jeździłam zwyczajnie na narty. Ale zaprzestałam z obawy o kręgosłup i niespodziewane urazy. Gdybym się połamała, to byłaby tragedia dla Fundacji,  a  na moich oczach za każdym razem ktoś z naszego towarzystwa się „łamał”. Tak więc cztery lata temu odpięłam narty i powiedziałam „koniec”.

Rodzina odetchnęła?

Nigdy nie przejmowała się moim zdrowiem przesadnie. Moja mama kiedyś powiedziała: „jakbyś złamała nogę, to przynajmniej byś odpoczęła”. Generalnie mam zdrowie, siły, wytrwałość, może dlatego że lubię to co robię i mnie nie nudzi, wciąż fascynuje mnie aktorstwo i reżyseria.

– Gdzie Pani się widzi za dziesięć  lat?

A ja wtedy będę jeszcze żyła? Jak umiera mąż w wieku 65 lat, a ja właśnie skończyłam 65 lat, to nie wybiega się tak daleko w przyszłość. Agnieszka Osiecka umarła w wieku 60 lat. Śląska mając 65. Ale patrząc na Danusię Szaflarską, która przekroczyła setkę, można zachować optymizm. Jeśli przyszło by mi długo żyć,  chciałabym grać do końca. Na razie przed nami bardzo ciekawy rok, bo to  50. rocznica marca 68 i cały sezon upłynie pod hasłem teatru społecznego. Zaczynamy w „Polonii” historią Grzegorza Przemyka – „Żeby nie było śladów” według nagrodzonego nagrodą NIKE Cezarego Łazarewicza, potem z Magdą Umer robimy spektakl według książki „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral, autorka wyjechała z  kraju po marcu 68 roku w wieku 17  lat.  Poruszająca historia.  A w „Och-Teatrze” będzie, między innymi, spektakl „Casa Valentina”, w którym dziesięciu aktorów przebiera się za kobiety.  Ale sprawa jest bardzo poważna, bo dotyczy wolności osobistej. Itd itd. W sumie 7 premier planowanych.  

– Czuje się Pani szczęśliwa?

Szczęście? Nie wiem, co to znaczy. Ale mam satysfakcję, bo moje życie ma sens. Nie jestem chora, moja matka żyje, dzieci mi się udały, a i wnuki zapowiadają się nie gorzej (śmiech). Nie mam takich problemów jak wielu ludzi dookoła mnie,  których dzieci są za granicą, więc często są samotni i tak naprawdę mogą liczyć tylko na siebie.

Słowem, spełniona kobieta.  Ale przez zaangażowanie się w teatry, może ominęła Panią jakaś ciekawa rola w Hollywood?

Ale ja nie mówię po angielsku. Znam francuski i słabo niemiecki. Zresztą, nigdy tam mnie nie ciągnęło.

Czego pani życzyć?

Nie wiem. Może, żeby nie wydarzyło się coś niespodziewanego.  Nie lubię rzeczy, które krzyżują plany. A jak wiadomo w życiu każdemu z nas to się przytrafia. Boję się tego. Strasznie dużo ludzi umiera dookoła, niemal w każdym tygodniu ktoś odchodzi. Ale też z drugiej strony dookoła mnie rodzi się dużo dzieci. W fundacji jak wchodzi do mojego gabinetu ostatnio aktorka i zaczyna: „pani Krystyno, muszę porozmawiać”,  to od razu mówię: „jesteś w ciąży, dziecko!” (śmiech).

– Pani lubi ludzi?

Gdybym nie lubiła, to nie założyłabym Fundacji , „Polonii” i „Och-Teatru”. Bo nie zrobiłam tego z chęci wzbogacenia się, przeciwnie sprzedaliśmy dom warszawski żeby fundacja mogła powstać.  Myślę, że 11 lat naszego istnienia to i satysfakcja i poczucie sensu i sukcesu.

– Wciąż Pani pali. Może czas zerwać z tym niezdrowym nałogiem?

 Tak lubię palić, że nawet o tym nie myślę (śmiech).  Nie powinnam nawet tego mówić. Nie pozwalam się fotografować z papierosem i nie palę w miejscach publicznych ani na ekranie, żeby nie zachęcać innych. W Fundacji jest zakaz palenia.

A inne przyjemności?

Lubię czytać książki. Jak nie przeczytam czegoś, przynajmniej kilku stron dziennie, jestem chora. Lubię żyć, w ogóle.

A czego pani nie lubi?

Banału, głupoty, niepotrzebnych krzywd i upokarzania innych. Ludzie potrafią być okrutni, okropni. Ale sądząc po publiczności teatralnej, są inteligentni, wrażliwi i dobrzy.

Chociaż przychodzą i chcą kupić bilety na „Przemoc domową”. Albo pytają, czy to bajka dla dzieci, bo podobno gra szczur, kuna i kot. A chodziło konkretnie o sztukę Zapolskiej „Ich czworo”, w której wystąpili Jerzy Stuhr, Iza Kuna i Tomasz Kot.

No tak (śmiech). Ale to wynika z tego, że za szybko żyją. Nie zwracają uwagi na drobiazgi.

– Kiedy coś się nie uda, to się Pani złości i płacze?

Nie, broń Boże (śmiech). Myślę, że po tylu latach kariery, jeśli coś mi się nie uda, to nie będzie wielka tragedia. Prochu już nie wymyślę, wszyscy wiedzą, kim jestem. Nie mam zamiaru ruszyć z posad bryły świata. Ale spokojnie, jeszcze was zainteresuję czymś. (śmiech)

– Matka, aktorka, producentka teatralna, businesswoman. Która z tych ról dla Pani jest najważniejsza?

Matka jest tylko jedna (śmiech). Wszystko, co się robi, jest ważne. Role, które gram. Sztuki, które reżyseruję.  I to, że piszę mój internetowy Dziennik, który teraz wydaje „Prószyński i S-ka”. Do mnie każdy może zadzwonić, tak jak każdy aktor może przyjść, żeby porozmawiać, co nie jest takie  oczywiste w innych teatrach.

– Robi Pani to, co kocha?

I z tego się utrzymuję. To luksus.

 

 

 

 

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.