06
Sierpień
2008
00:08

*Toskania 2008-lipiec zdj. M. Umer

zobacz zdjęcie

TOSKANIA – POLITYKA

Toskania. Spędzam tu nieodmiennie wakacje od 15 lat, tęsknię do tego miejsca cały rok, kiedy mam wolny tydzień, wyrywam się tu żeby pobyć, choć chwilę. Tu odpoczywam, pracuję, mam pomysły, lepiej śpię, jestem w dobrym nastroju. Tu lepiej, szybciej uczę się tekstów na pamięć, chodząc plażą w tę i z powrotem, tu mnie wszystko inspiruje, bawi, śmieszy, sprawia przyjemność, tu mi wszystko smakuje. Marzę żeby mieć tu swoje miejsce, książki, łóżko, krzesło. Nie wyjeżdżam na wakacje już nigdzie indziej, nie zwiedzam, nie poznaję nie szukam atrakcji w innych stronach. Przyjeżdżam tu po spokój, po czas „bez agresji”, po spokojny oddech, noce nasączone zapachem lasów piniowych, słońca i oliwek. Po harmonię i czułość. Po dobre samopoczucie, wrażenie, że nie istnieje granica miedzy moim ciałem a wszystkim, co na zewnątrz. Kiedy patrzę na ten krajobraz, na kolory, na morze, kiedy otula mnie to powietrze, zapach, dźwięki, czuję tkliwość, topnieję, cichnę, jestem na swoim miejscu.
Usadawiam się tu zawsze na morzem, w jakiejś małej miejscowości, starym miasteczku, z placem, kawiarnią, do której rano mogę przyjść na kawę, przyjechać na rowerze, w piżamie, potargana, jakkolwiek, siedzieć i gapić się na nieśpieszną tu wszędzie codzienność. Mam też zawsze do dyspozycji samochód i każdego właściwie dnia, po sjeście, a czasem już rano wyjeżdżam do Sieny, Florencji, Pisy, San Stefano, Orbetello, Talamone, lasów Maremmy, żeby się włóczyć. Po drogach, uliczkach, oglądać muzea, siedzieć w portach, kosztować prostych dań toskańskiej kuchni, o której można by godzinami, ale są od tego specjaliści, więc nie będę się mądrzyć, wystarczy powiedzieć, że z każdym daniem zjada się na dokładkę słońce.
Nie będę opisywać cudów tu zgromadzonych, znajdzie je każdy w przewodnikach, lepszych, gorszych. Bardziej precyzyjnych, mniej, wszystko jedno, gdziekolwiek się tu pojedzie, trafi, na cokolwiek zagapi, będzie miło. Byle się nie śpieszyć i nie oczekiwać w potocznym tego słowa znaczeniu „ atrakcji” bo ich nie znajdzie. Ja sama zwiedzałam tu wszystko po raz pierwszy z przewodnikiem w samochodzie, tyle, że tu za każdym tu rogiem, jest dzieło sztuki, na każdym kroku jest coś wartego uwagi, i jak mawiał mój mąż – gdziekolwiek postawisz kamerę, w jakąkolwiek stronę skierujesz obiektyw aparatu fotograficznego jest dobrze.
Włóczę się tu od lat, bez zobowiązań, cienia przymusu, bez planu, od niechcenia. Tyle, że teraz już wracam, co roku w te same miejsca, odwiedzam te same ulubione restauracje, leżę na Il Campo w Sienie w tym samym miejscu, siedzę w Vinci przed domem Leonarda i patrzę na krajobraz z tego samego miejsca, zatrzymuję samochód na zakręcie, na którym wyłania się Pitigliano tak, że aż krzyczy się ze zdumienia i patrzę, patrzę, patrzę, bo to wszystko przynosi mi jakąś dziwną czułość i spokój. Przez lata stworzyły się rytuały, które powtarzam z przyjemnością i których nie lubię zmieniać.
Pisze ten tekst w Toskanii. Jestem jak zwykle tutaj. Każdego dnia żałuję ze kolejny dzień minął i liczę dni do rozstania. Dziś jadę do Saturni moczyć się w ciepłych siarkowych źródłach, jak co roku, jak od lat, rozpłynąć się w błogostanie i nie myśleć. A potem po całym dniu, z aksamitną od tej wody skórą, śmierdząca siarką, w wyciągniętej sukience z trzyletnią dziurą i słomianych klapkach, z włosami owiniętymi ręcznikiem, pójdę do zaprzyjaźnionej restauracji w Perecie i tam w rodzinnej atmosferze będę zajadać to co ugotowała Mamma, bez wybierania z karty, bez zbędnych wysiłków. Rodzina, która prowadzi restaurację zdecyduje, co będę jeść.
Rower. Tu wynajmowany już pierwszego dnia pobytu, natychmiast, rower, jest najważniejszy. Na rowerze wszędzie, na spacery lasem piniowym gdzie kilometry ścieżek rowerowych, rowerem na targ, po zakupy, na plażę, do banku do Mariny, zobaczyć pola słoneczników obracających się męczone od słońca, sfotografować ulubioną piniową aleję w górze, w drodze do Tirli, gdzie pyszna dziczyzna i desery, tyle, że tam trzeba wieźć szal, bo wieczorami chłodniej. I cykady. Cykady tak głośne, że nie można spokojnie porozmawiać przez telefon. – A gdzie pani jest? Co to zadźwięk? – Cykady. – Niesamowite, nic nie słychać tylko je. – Tak, leżę na tarasie, czytałam, one śpiewają, zaśpiewują się na śmierć. Za chwilę pora kolacji. Zamilkną, jak za przekręceniem wyłącznika, wszystkie w jednej chwili. – Jak pani to może wytrzymać, ja bym zwariowała.
– Wie pani, na kolację zjem pierożki z ricottą i rozmarynem polane masłem, koło mnie pachnie krzak kwitnącego mirtu a mimozy przy drodze na plażę przekwitają, nie ma ważniejszych rzeczy. Do widzenia.
To tu się zwykle gdzieś zasiedzę, zależę, zapatrzę, co mi się nigdzie indziej nie zdarza, to tu się rozsmakuję, w prostocie, naturze, kolorze. Rozleniwię, patrząc pół dnia na poruszjace się nade mną gałęzie. Rozwącham w słonecznym kurzu i wietrze.
Jest tu też niedaleko miejsce, do którego jeździmy ciągle. Już, kiedy nasze dzieci były małe, krzyczały i piszczały z radości – jedziemy do Nicki, jedźmy, do Niki!
Il Giardio Dei Tarocchi, Ogród Tarota, Niki de Saint Phalle, w Pescia Fiorentina, na granicy Toskanii i Lacio, stworzony w latach 70-90 w momencie depresji i zakrętu życiowego przez wybitną, światowej sławy rzeźbiarkę i malarkę Niki de Saint Phalle. To jej fontanna Strawińskiego pyszni się przed wejściem do Centrum Pompidou w Paryżu, i słynna czarna Nana, do której wchodzi się przez waginę a w piersiach jest bar mleczny, jest odwiedzana przez tłumy w Sztokholmie. Jej gigantyczne, bajecznie kolorowe plenerowe rzeźby można spotkać na całym świecie, ale tu w Toskanii, stworzyła nieprawdopodobny, bajeczny, zdumiewający ogród z figurami tarota. Tutaj przez siedemnaście lat, pracowała i mieszkała tworząc te kolorową bajkę jak z dziecięcego snu, miejsce, która zdumiewa, oszałamia a mnie przeraża, bo w nadmiarze kolorów, form, pomysłów widzę strach, smutek i zapowiedz śmierci. To niebywałe dzieło, chyba najdziwniejsze miejsce, w jakim byłam w życiu, a przecież jak to się mówi, zjechałam świat, choćby z powodu swoich zawodowych obowiązków. Nigdy nie spotkałam czegoś równie oszałamiającego otwartością i wyobraźnią, rozmachem, odwagą, stworzonego przez jedną słabą kobietę z nieszczęścia i bezradności. Stworzonego z lęku i rozpaczy, w ramach terapii antydepresyjnej, a mającego obraz i wyraz szalonej radości, witalności i szczęścia.
Ciągnie mnie do tego ogrodu nieodmiennie, ale z innego powodu niż moje dzieci i wnuki, bo dopiero dzieci jej dzieło doceniają naprawdę, toskański Disneyland jak mówią, ja czuję tam wielką potężniejącą rozpacz i chęć zatrzymania życia, przeciwstawienia się losom, zaprzeczenie przeznaczeniu . Wracam tam i spędzam czas magiczny, co roku. Przywożę tam kolejnych przyjaciół, obserwuję ich zdumienie i zachwyt mieszany z niedowierzaniem – tu mieszkała? w brzuchu tej murzynki? Nany? Tu gotowała? W jej piersi lewej, spała w prawej? Kąpała się w jej głowie? Modliła i płakała, w zdumiewającej małej kaplicy z potłuczonych lusterek, przechadzała krużgankami budowli, której każda kolumna zdumiewa a każdy portal zastanawia. Siedzę często przed fontanną z wodą wypływającą z kaplicy śmierci i płynącą po słodkich niebieskich majolikowych schodach, wprawiającą w ruch Koło fortuny, i nie mogę uwierzyć, że ktoś stworzył ten świat. Radości i rozpaczy. Świat doskonałego triumfalnego kiczu, jak mówił mój mąż.
Ogród Niki de Saint Phalle rzadko jest wymieniany w przewodnikach, nie zasługuje widać na to, przegrywa w konkrecji z grobami etruskimi i wspaniałymi zabytkami Toskanii, pokazali mi go moi przyjaciele z Niemiec, trafili na to miejsce dzięki jakiemuś niemieckiemu opracowaniu o Toskanii. Zobaczyłam go pierwszy raz, lata temu, kiedy Niki de Saint Phall jeszcze żyła, teraz wracam tam i wracam, nie mogę się bez niego obyć. Z radością przystałam na propozycję POLITYKI aby napisać dwa słowa o wakacyjnych fascynacjach, właśnie dlatego, żeby pokazać to miejsce innym. Ale niestety żadne zdjęcia nie oddaje jego abstrakcyjnej urody i atmosfery. Dopiero zobaczenie, dotknięcie, spojrzenie z bliska.
Błyszczące wielkie rzeźby widać z daleka z drogi prowadzącej z Mediolanu, Genui, Pisy, Livorno do Rzymu, z Aurelii. Koło Capalbio, na wzgórzu, po lewej stronie. Wyjazd na Chiarone potem trzeba jechać kawałeczek w kierunku Pescia Fiorentina Jedźcie tam. Do ogrodu kobiety. Pięknej sławnej, modelki z Vogue’a i Life’a, arystokratki ze wspaniałego bogatego domu bankierskiego, podziwianej i kochanej malarki i rzeźbiarki, uznanej na całym świecie, ogrodu- dziewczynki, przerażonej życiem i śmiercią, żyjącej wiecznie na granicy rozpaczy i samobójstwa. Zobaczcie, jakie stworzyła cuda, jaką radość i zabawę.
Trumf nieskrępowanej niczym wyobraźni, nie ograniczonej ani materiałem bo używała poliestru ani czasem ani przestrzenią. I pozdrówcie ode mnie Mędrca, Wisielca i kota, Ricardo. Siądźcie przy stole w lustrzanej jadalni i wejście zamyślić się do kapliczki.
I jeszcze tylko na koniec pozwolę się zacytować samą Niki de Saint Phalle:
Od 20 roku życia, próbowałam wszystkich rodzajów psychoterapii. Szukałam jedności wewnętrznej i znalazłam ją w pracy. Chciałam wybaczyć wiele rzeczy, miedzy innymi mojemu ojcu to że próbował ze mnie zrobić swoją kochankę, kiedy miałam 11 lat, bo w moim sercu była tylko nienawiść i wściekłość. Sztuka i praca pomogły mi zmienić mój wewnętrzny pejzaż, i uświadomić sobie, że moi rodzice byli nieszczęśliwymi ludźmi niemogącymi poradzić sobie sami ze sobą. Uświadomiłam sobie też jak jestem do nich podobna. Mam ten sam humor prowokatora, jaki cechował ojca, lubię ryzyko jak matka, mam tę samą pasję do pracy i potrzebę nowości i dążenia naprzód, co oni. Sztuka i praca pozwoliła mi otworzyć mi się wewnętrznie, dzięki niej nabrałam dystansu, wybaczyłam i idę swoją drogą.
Ten Ogród Tarota, to nie tylko mój Ogród. Należy od także do wszystkich, którzy pomogli mi go stworzyć. Ja jestem Architektem ogrodu. Zrealizowałam swoją wizję, bo nie mogłam inaczej, nie miałam innego wyjścia, to była wewnętrzna konieczność.
Ogród powstawał z trudnościami, z miłością, z dzikim entuzjazmem, pod wpływem obsesji, ale przede wszystkim z wielką wiarą.
Nic nie mogło mnie zatrzymać.
Jak we wszystkich bajkach , zanim znalazłam skarb, spotkałam na swojej drodze smoki, czarownice, magików i Anioła Powściągliwości.
Niki de Saint Phalle.

www.nikidesaintphalle.com

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.