10
Październik
2007
00:10

Teatr ze złości i marzeń

Teatr ze złości i marzeń

– Kieruję się własnym gustem. Oczywiście, mam też w komputerze taki tytuł, tytuł ostatniego ratunku… wiem, że gdybym go zrobiła, to mamy kasę i full widzów, ale mam nadzieję, że nigdy go nie zrobię, że to nie będzie konieczne. Co to jest za sztuka? Wiadomo: weekend, dom, żona, mąż, kochanek, kochanka i jadą. I przebieranki. Ja nazywam umownie takie sztuki – „cztery Bułgarki i rower w łóżku” – mówi KRYSTYNA JANDA, aktorka, reżyserka, dyrektorka Teatru Polonia w Warszawie.

«W poniedziałek 22 października w naszej redakcji w cyklu „Teatr w Gazeta Café” odbyło się spotkanie z Krystyną Jandą. Pretekstem były przypadające w najbliższy weekend 27 i 28 października drugie urodziny Teatru Polonia. Oraz jubileuszowy – już setny spektakl „Ucho, gardło, nóż”. Oto fragmenty rozmowy, którą poprowadził Remigiusz Grzela.

Remigiusz Grzela: Czy to jest prawda, że Teatr Polonia wziął się z Brazylii?

Krystyna Janda: Nie do końca. Grałam w Brazylii „Noc Helvera” podczas Dni Kultury Polskiej. To nie była wielka rola, chociaż byłam przez całe przedstawienie na scenie. Po spektaklu przyszły do mnie wszystkie wielkie brazylijskie aktorki i spytały, dlaczego zgodziłam się grać tak niedużą rolę. „Tak mało pani mówi na scenie, pani nie jest główną postacią…” – powtarzały. Przekonywałam je, że to przecież wartościowy tekst. „Żadna z nas, by tego nie zrobiła” – odparły i zapytały, czy mam swój teatr. Odpowiedziałam, że nie, że u nas nikt nie ma swego teatru. „A my wszystkie mamy teatry!” – oznajmiły. Uznałam, że skoro one wszystkie mają, to dlaczego ja nie mogę (śmiech).

Czy Teatr Polonia wziął się ze złości?

– Trochę tak. Jestem aktorką, ale również reżyseruję. Zrobiłam dziesięć spektakli w teatrze i dla Teatru Telewizji. I odkąd się tym zajęłam, za każdym razem każda moja nowa praca, każdy nowy pomysł były okupione długimi godzinami namawiania dyrektorów, żeby pozwolili mi coś zrobić. Przestało mi się to podobać… Pomyślałam sobie – jestem od 30 lat w zawodzie, zagrałam tyle ról – mniej lub bardziej udanych, ale wśród nich też sporo znaczących. Wyreżyserowane przeze mnie przedstawienia zawsze były na pewnym poziomie, zawsze były o czymś, publiczność chętnie je oglądała. A za każdym razem, gdy chciałam coś zrobić, przychodziłam jako osoba znikąd, musiałam prosić na kolanach jakiegoś faceta, który za dwa miesiące nie był już dyrektorem i on za każdym razem mówił mi: „Nie”, „Nie wiem, czy mogę dać pani szansę”…

Dostałam kiedyś rolę w „Cydzie”, której akurat nie chciałam grać, marzyłam o innej. Andrzej, ty tu jesteś, czy mogę to opowiedzieć? [aktorka zwróciła się do Andrzeja Wajdy]. Byłam tak zrozpaczona po przeczytaniu obsady, że pojechałam aż na Żoliborz, do Andrzeja Wajdy i tak potwornie płakałam i krzyczałam: „Andrzej! Andrzej!”. „Boże, co się stało, miałaś wypadek samochodowy?!”. „Nie, ja chcę zagrać Szimenę, a każą mi grać Księżniczkę!” – wyszlochałam. „No to graj Szimenę”. „Ale przecież oni nie chcą” – wołałam. Wtedy pan Andrzej powiedział: „Ty jesteś taka emocjonalna, napisz sobie w punktach argumenty i naucz się ich na pamięć, bo jak cię znam, to przyjdziesz i powiesz: „Ja nie chcę grać!”, i nikt cię poważnie nie weźmie”. I powiedział jeszcze: „Tylko pamiętaj, żebyś się zapowiedziała u dyrektora na spotkanie. Nie wchodź tak jak zwykle: pukasz i mówisz „To ja”. „Masz się umówić”.

Napisałam więc sobie w punktach argumenty, przyszłam do sekretariatu Teatru Ateneum i zapytałam sekretarkę, czy dyrektor może mi wyznaczyć termin wizyty. Wszyscy pospadali z krzeseł ze zdziwienia, ale wyznaczono mi termin. Nauczyłam się w punktach, dlaczego chcę grać Szimenę, a nie Księżniczkę. Weszłam do gabinetu dyrektora Warmińskiego, który spytał mnie: „Krysiu, co się stało?”. A ja: „Gówno, nie będę grała Księżniczki…”. I wszystkie te argumenty, te zdania i nauki Andrzeja Wajdy poszły do kosza. A dyrektor Warmiński powiedział po prostu: „Nie chcesz? To nie graj”. Wszystko się dobrze skończyło. Nie zagrałam ani jednej, ani drugiej roli..

Zawsze byłam bardzo emocjonalna, nigdy nie przypuszczałam, że w ogóle mogę poprowadzić cokolwiek, a na pewno nie teatr. Przecież każdy człowiek, który bierze odpowiedzialność za innych ludzi, za jakąś instytucję, nie może się zachowywać tak jak ja. Ale okazuje się, że jakoś się da przemknąć, nawet z moim spontanicznym sposobem bycia.

Czy zdarzało się, że ktoś z aktorów odmówił Krystynie Jandzie, dyrektorowi?

– Odmawiają mi, odmawiają… Marek Kondrat, Bogusław Linda. Odmawiają mi bez przerwy. Od początku Teatru Polonia chcę wystawić jeden tytuł, w którym Boguś ma zagrać główną rolę. I już trzeci raz musimy zmienić plany, bo on ciągle mówi, że nie ma czasu. Ale ja będę na niego czekać do końca życia.

Jak wygląda dzień Krystyny Jandy?

– To pytanie jest za trudne.

Ale jak wygląda dzień dyrektora, aktorki, reżysera?

– Ja nie jestem „prawdziwym” dyrektorem. Jeśli trzeba, przyjeżdżam bardzo rano, w locie podpisuję dokumenty, ktoś mówi do mnie coś ważnego, co albo uda mi się zapamiętać, albo nie… Na przykład dzisiaj, przyjechałam do teatru dość wcześnie, ale do wieczora nie zdołałam dojść do swojego pokoju. Ciągle coś się działo – jakieś aktorki, problemy, jedna próba, druga próba, nagranie wywiadu na ulicy. Te dni zamieniają się w ciągłą gonitwę, ale to wszystko jest radosne.

Mam tu cytat z jednego z wywiadów: „ja zajmuję się stroną artystyczną, ale mój temperament nie pozwala mi nie wkładać nosa wszędzie, łącznie z gruszką, w której się miesza beton”. Jaki żywot mieli robotnicy z Krystyną Jandą?

– Dobry. O każdym wszystko wiedziałam. Jeden się rozwiódł, drugi opowiadał mi o swoich dzieciach. Nie o każdym. Bo ten, który wydawał mi się taki najlepszy, o którym myślałam sobie: może zaproponować mu pracę na stałe? Właśnie ten – jak się później okazało – był ścigany przez policję. U nas się ukrywał. Ale był świetnym widzem, chodził na nasze spektakle i bardzo mu się podobały (śmiech).

Skąd pomysł na scenę kobiecą „Fioletowe pończochy”?

– Ktoś mi powiedział, że gram około 300 spektakli rocznie. 300 wieczorów w roku stoję na scenie, spotykam się z publicznością. Czuję ją, rozumiem, co myśli. Poznaję to po oddechu, po reakcjach, po śmiechu, po gatunku śmiechu, po tym, czy szybko zaczynają się śmiać, czy wolniej. Szybko też spostrzegłam, że na sali siedzi co najmniej 80 proc. kobiet, że mężczyźni dużo rzadziej przychodzą do teatru, a jeżeli już, to przychodzą przyprowadzeni przez kobiety, z różnych powodów zresztą. Albo to jest wczesny okres narzeczeństwa i muszą jeszcze udowadniać, że takie rzeczy ich interesują, albo kobiety ich przyprowadzają po to, żeby za naszym pośrednictwem opowiedzieć im coś o sobie. Zrozumiałam więc, że warto robić teatr dla kobiet, bo kobietom teatr jest potrzebny, kobiety teatr interesuje.

„Fioletowe pończochy” stały się żywą sceną, na której kobiety występują, reżyserują i są obecne na widowni. Przychodzą z mężem, z przyjaciółkami, potem przychodzą, żeby pokazać spektakl córce albo matce. To naprawdę bardzo wierna i wspaniała publiczność, powiedziałabym też, że wspaniałomyślna, ponieważ wytrzymała w tym teatrze bardzo dużo. Na początku graliśmy na „pozwolenie” kierownika budowy… Błagałam wtedy, żeby widzowie nie przychodzili w wieczorowych strojach. Graliśmy, kiedy za ścianą – czego publiczność nie wiedziała – robotnicy z betoniarki wrzucali beton do wielkiej dziury, w której miały być w przyszłości garderoby.

Nasza publiczność wytrzymywała nagłe gaśnięcie światła, bo cała scena działała wówczas na takiej małej elektryczności, która wychodziła z takiego małego, czerwonego pudełka. No i w trakcie kilku spektakli – również moich – całkowicie wysiadało światło. Mówiłam ze sceny: „Proszę się nie denerwować, za chwilę spróbujemy zreperować światło, proszę się nie ruszać, bo państwo możecie sobie zrobić krzywdę”. I oni spokojnie, cichutko, w tej ciemności wytrzymywali to wszystko.

Do dzisiaj mamy wiele problemów, mamy trzeci etap remontu-budowy przed sobą, ale jesteśmy już w innej sytuacji. Już się nie musimy aż tak martwić. Mamy partnera strategicznego teatru i wielu, wielu przyjaciół wśród firm budowlanych. Śpię spokojniej, bo na początku rzeczywiście nie mogłam spać nocami. Cały czas budziłam się z mokrą ścierką w gardle, bo wydawało mi się, że za chwilę wszystko się zawali, ludzie nie przyjdą albo wysiądzie światło.

Przez pierwszy rok co noc śniło mi się, że teatr się pali. Rzeczywiście w trakcie budowy były trzy pożary, dwa niezawinione, a jeden… Mieliśmy młodych robotników… oni sobie rozpalili ognisko i przez nie skakali. Gdy do mnie zadzwonili o 3 w nocy, że się pali, że straż pożarna stoi na podwórku, a uświadomiłam sobie, że mieszkam 40 minut drogi od teatru… myślałam, że umieram… Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Potem ciągle miałam obsesyjne sny, że się pali, że się nie udało, że publiczność nie przyszła… Do dzisiaj zdarza mi się zadzwonić w nocy do kogoś, kto pracuje w kasie z pytaniem, czy bilety na jutro sprzedane. Ale tak naprawdę jesteśmy dzisiaj w innej sytuacji. Mamy wierną publiczność. Wiemy, co będziemy robić dalej. Mamy tyle wyprodukowanych tytułów, że przydałaby nam się jeszcze jedna scena. Moglibyśmy nimi obdzielić kilka teatrów.

Dwie ważne Tońki w życiu Krystyny Jandy zawodowym to Antonina Dziwisz w „Przesłuchaniu” i Tonka Babic z „Ucho, gardło, nóż”. Jak to się stało, że na pierwszą swoją rolę w Teatrze Polonia wybrała pani tę kobietę pokiereszowaną przez wojnę w byłej Jugosławii. To trudny tekst.

– Myślę, że to jedna z najbardziej ryzykownych decyzji artystycznych, jakie podjęłam w życiu. Tekst jest naprawdę drastyczny i może być bardzo różnie odebrany. Oczywiście to, że ta kobieta mówi takim językiem, tak przeklina ma głębszy powód psychologiczny i znaczenie artystyczne. Ale wiedziałam, że publiczność warszawska, nawet ta wyrobiona, nie przyjmie tego łagodnie. Że muszę się liczyć z tym, że spektakl może zostać odrzucony. Nie wiem, czy któryś z dyrektorów warszawskich teatrów odważyłby się pokazać to u siebie.

Ryzykowałam podwójnie: jako aktorka i jako ktoś, kto proponuje artystyczny kształt nowej sceny. Na szczęście publiczność przyjęła ten spektakl z otwartymi ramionami. A ja uważam, że to jedna z najlepszych moich ról teatralnych.

A jednocześnie taki tekst na początek działalności sceny, tekst o wojnie, tak drastyczny, był świadomym wytyczeniem pewnej drogi. Pokazałam przyszłej publiczności, że mój teatr będzie się zajmował różnymi sprawami. Że będzie tu miejsce i na lekką komedię, taką jak „Stefcia Ćwiek w szponach życia”, i na „Ucho, gardło, nóż”. I tak właściwie zachowujemy się do dzisiaj. Propozycje są bardzo różne. Żeby prowadzić teatr, trzeba komponować urozmaicone menu dla publiczności.

Zawsze chciałam robić teatr dla ludzi, teatr, który by rozmawiał z ludźmi, i który byłby bliski widzom. Teatr – przyjaciel. Zresztą chyba się udało. Widzowie wychodząc z naszego teatru mówią nam: „do widzenia”.

Kiedy mnie pytają, jaki robię teatr, odpowiadam: „Taki, jaki sama chciałabym oglądać”. Kieruję się własnym gustem. Oczywiście, mam też w komputerze taki tytuł, tytuł ostatniego ratunku… wiem, że gdybym go zrobiła, to mamy kasę i full widzów, ale mam nadzieję, że nigdy go nie zrobię, że to nie będzie konieczne. Co to jest za sztuka? Wiadomo: weekend, dom, żona, mąż, kochanek, kochanka i jadą. I przebieranki. Ja nazywam umownie takie sztuki – „cztery Bułgarki i rower w łóżku”. Mam nadzieję, że nie będzie nam nigdy potrzebny taki ratunek.

O jakich rolach marzy Krystyna Janda?

– Już o żadnych. To znaczy nie mam specjalnych marzeń. Od dawna traktuję siebie jako aktorkę, która jest na usługach tego teatru. Jeżeli wydaje mi się, że dobrze by było, żebym zagrała to czy to, to gram. Ale szczerze mówiąc, chciałabym, żeby teraz w Teatrze Polonia grało jak najwięcej młodzieży, żeby ich rolami cieszyła się publiczność. Tak wielką sprawiają mi przyjemność wieczory w teatrze, kiedy ja sama nie gram. Patrzę na widownię. Na pełną salę czekającą na „Darkroom” czy na cokolwiek innego. Mam nadzieję, że będzie tak coraz częściej.

A 30 listopada nowa premiera „Kobiety w sytuacji krytycznej” w reżyserii Krystyny Jandy.

– To taki kolaż o kobietach, o sześciu kobietach w różnym wieku. Miała to reżyserować pani Małgorzata Szumowska, ale dostała pieniądze na swój film i ja przejęłam to po niej.

Sześć historii, sześć ludzkich losów, sześć kobiecych losów.

A na scenie zobaczymy Lidię Stanisławską.

– Jedną z bohaterek jest piosenkarka, która wraca po latach, po okresie załamania, po okresie alkoholowym, wraca i śpiewa swoje przeboje. Poprosiłam panią Lidię Stanisławską, żeby wróciła, żeby zaśpiewała swoje przeboje, których ja słuchałam, kiedy byłam na początku swojej drogi artystycznej. Ten spektakl to portret zbiorowy kobiety zawiedzionej, nieszczęśliwej, szczęśliwej, opuszczonej, zakochanej i młodej – panny młodej, która za chwilę ma wziąć ślub, ale już przy wkładaniu sukni ślubnej ma wątpliwości. Grają: Małgosia Zajączkowska, Joanna Pokojska, Dorota Pomykała, Marysia Seweryn oraz Janusz Bogacki. Dużo muzyki i ironicznego spojrzenia na kobiety. Mam nadzieję, że publiczność polubi te wieczory.»

Powiązania

Osoby:
Krystyna Janda
Teatry:
Teatr Polonia Warszawa (Warszawa)

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.