03
Listopad
2004
16:11

Teatr Narodowy w Kaniach

Kanie. Teatr Narodowy z siedzibą w Kaniach

– Chcemy co pół roku przedłużać „Letników” o kolejne 15 minut, aż dojdziemy do 2-godzinnego spektaklu – mówi Ewa Telega o „Scenach z życia letników” przygotowanych na werandzie domu Jerzego Radziwiłowicza w Kaniach.

«Osiągnęli podwójny sukces. Artystyczny i towarzyski. Przy okazji „Scen z życia letników” utwierdzili się w swojej lojalności i przyjaźni. Nie zawiodło ich poczucie humoru.

– To, co wydarzyło się na werandzie domu Jerzego Radziwiłowicza, nie miało prawa się udać – mówi Ewa Telega. A jednak niemożliwe stało się możliwe. Najbardziej zajęci artyści w Polsce: Krystyna Janda, Jerzy Radziwiłowicz, Aleksandra Justa, Andrzej Domalik, Ewa Telega, Grzegorz Warchoł, Zbigniew Zamachowski, Daniel Olbrychski, Beata Fudalej, których kalendarze zapisane są na pół roku naprzód, znaleźli jeden taki dzień…

Teatr Narodowy z siedzibą w Kaniach

…- by zagrać Sceny z życia letników według Letników Maksyma Gorkriego dla siebie i swoich przyjaciół. Ale naprawdę prosto nie było – śmieje się pani Ewa.

– Pomysł, by zagrać ot tak, dla i siebie sztukę, narodził się pewnej czerwcowej niedzieli, gdy Jurek Radziwiłowicz powiedział mojemu mężowi (Andrzej Domalik), że otrzymał list, iż w 1 Kaniach (pod Warszawą, gdzie mieszka) jest Teatr Narodowy. Najpierw się uśmiali, potem… potem spojrzeli na siebie i… „Ja mam werandę, można by coś zagrać”, powiedział Jurek. „Wiesz, to świetny pomysł, faktycznie można by coś zagrać, tak jak kiedyś bawiło się państwo”, odpowiedział.

Dlaczego artyści chcą zmienić meldunek

Potem rozdzwoniły się telefony. Grać chcieli wszyscy. Nikt, komu zaproponowano udział w sztuce, nie odmówił. Warunki były dwa. Aktorzy musieli mieszkać przy trasie Warszawskiej Kolei Dojazdowej. – Ale był trudniejszy punkt do spełnienia – śmieje się Ewa Telega. – Trzeba było należeć do „klubu melioracyjnego”. Już wyjaśniam, o co chodzi. Gdy sprowadziliśmy się do podwarszawskiego Komorowa, zaczęliśmy umawiać się ze znajomymi na piwo w barze. Mąż Magdy Umer, idąc tam, mówił, że idzie na „zebranie do klubu melioracyjnego”. Dziś nikt ze stałych mieszkańców już się nie dziwi, wręcz traktują nas tam jak domowników. Ale wcześniej na nasz widok robili duże oczy.

Okazało się, że powyższe warunki spełniają: Krystyna Janda (Milanówek) – lekarka Maria Lwowna, Ewa Telega (Komorów) – adwokatowa Warwara Michajlowna, Aleksandra Justa (Pęcice Małe) – Kaleria, Jerzy Radziwiłowicz (Kanie) – adwokat Basów Sergiej Wasilewicz [na zdjęciu], Grzegorz Warchol (Komorów) – inżynier Susłow Piotr Iwanowicz, Zbigniew Zamachowski (Pęcice Małe) – malarz Włas, Daniel Olbrychski (Podkowa Leśna) – Pan w kapeluszu.

Był jeszcze trzeci warunek

– dodaje pani Ewa. – Nikt nie miał prawa pisnąć o wydarzeniu mediom przed premierą. Wszyscy dotrzymali „slubu milczenia”. I aktorzy, i widzowie, również mieszkający „przy trasie”. Co innego po „wielkim sukcesie artystycznym, jaki odnieśliśmy”. Dlatego rozmawiamy. – Dlaczego to dla nas było takie ważne? – mówi pani Ewa. – Bo coś sobie udowodniliśmy. Pokazaliśmy, że można spotkać się w inny sposób. Bo i tak wpadamy do siebie pogadać. Ale tym razem zachowaliśmy się inaczej. Wszyscy potraktowali to poważnie. A była to tylko zabawa. Nikt nie nawalił, nikt się nie spóźnił, próby odbyły się jak w profesjonalnym teatrze. Żona Jurka Radziwiłowicza, Ewa Markowska, zrobiła świetną scenografię, przygotowała kostiumy, rekwizyty z epoki. Wszyscy znali tekst Nie mieliśmy suflera, na wszelki wypadek ratowaliśmy się rozłożonymi na podłodze książkami…

– Były oczywiście takie momenty, kiedy wszystko zawisło na włosku. Bo nagle okazało się, że precyzyjnie ustalony termin jest nie do przyjęcia. Ktoś miał zdjęcia, ktoś musiał wyjechać za granicę, komuś innemu znowu cos wypadlo i wtedy okazało się, że dla pozostałych to było nie do przyjęcia – mówi pani Ewa. – Porobiło się w nas coś takiego, że stawaliśmy na głowie, żeby poprzesuwać zdjęcia, wyjazdy, próby, plany filmowe… I stał się cud. Sceny zżycia letników miały swoją premierę. – Gdy opowiadałam o tym w teatrze, nikt nie wierzył. Janek Nowicki skwitował to tak: „I zrobiliście to wy? Warszawskie szmirusy? Niewierzę!”. A teraz jest tak, że wszyscy koledzy chcą zamieszkać przy trasie. A przynajmniej zmienić meldunek. Chcemy co pół roku przedłużać Letników o kolejne 15 minut, aż dojdziemy do 2-godzinnego spektaklu.»

„Artystyczne skutki posiadania werandy”
(ep)
Życie na Gorąco nr 44/28.10
03-11-2004

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.