12
Wrzesień
2008
23:09

TATARAK

Film fabularny
Produkcja:
Polska
Rok produkcji:
2009
Premiera:
2009. 04. 24
Gatunek:
Film psychologiczny
Barwny (negatyw: Kodak), 83 min

Okres zdjęciowy: 12 sierpnia – 15 września 2008.
Plenery: Grudziądz, Dragacz, Piaseczno, Zalesie, Warka, okolice Jeziora Białego, Warszawa.

Film dedykowany Edwardowi Kłosińskiemu.

„Tatarak”, film oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza, jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy, wydaje się na początku subtelną i wzruszającą historią o niemożliwej miłości, jednak Andrzej Wajda idzie dalej, tworząc wielowymiarową opowieść o miłości, która przychodzi za późno, i o śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie.
Marta, kulturalna kobieta w średnim wieku, która jest żoną doktora z małego miasteczka, nie wie o tym, że jest śmiertelnie chora. Od lat opłakuje śmierć swoich dwóch synów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Pewnego dnia Marta poznaje znacznie młodszego od siebie mężczyznę, prostego robotnika Bogusia, który oczarowuje ją swoją młodością i niewinnością. Ich spotkania na brzegu rzeki porośniętej tatarakiem są naznaczone wzajemną fascynacją dwóch istnień, z których jedno zmierza do przedwczesnego końca, drugie zaś wkracza dopiero w dojrzałość. Jednak los obchodzi się z nimi okrutnie.
To dopiero pierwsza warstwa historii, bo „Tatarak” to również film o tworzeniu filmu, a główna bohaterka jest nie tylko fikcyjną Martą, ale i aktorką, która ją gra. Andrzej Wajda wplótł w opowiadanie Iwaszkiewicza autentyczne monologi Krystyny Jandy na temat przedwczesnej śmierci jej męża, cenionego operatora Edwarda Kłosińskiego, któremu film jest dedykowany. W ten sposób obie kobiety – Krystyna i Marta – zlewają się w jedną głęboko zranioną istotę, która musi znaleźć w sobie siłę i poradzić sobie z perspektywą nieuniknionej śmierci.

————————————————————————————-
Nagrody:

2009 Berlin (Międzynarodowy Festiwal Filmowy)-Srebrny Niedźwiedź – Nagroda im. Alfreda Bauera
2009 Złota Kaczka (przyznawana przez pismo „Film”) w kategorii: najlepsze zdjęcia
Paweł Edelman
2009 Europejska Nagroda Filmowa (dawniej „Felix”)-Nagroda FIPRESCI
2010 Orzeł (Polska Nagroda Filmowa)-Nominacja w kategorii: najlepsza muzyka Paweł Mykietyn
2010 Orzeł (Polska Nagroda Filmowa)-Nominacja w kategorii: najlepsza główna rola kobieca
Krystyna Janda
2010 Moskwa (Festiwal Filmów Polskich „Wisła”)-Nagroda Specjalna
za „mistrzostwo artystyczne i siłę ducha”
————————————————————————————–

Tatarak
http://www.tagesspiegel.de/kultur/kino/berlinale/Berlinale-Wettbewerb-Tatarak;art16892,2730166

http://www.youtube.com/watch?v=c3t2EF66KVk&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=ikMKBBDekao&NR=1

http://www.tvp.pl/filmoteka/cykle-filmowe/kocham-kino/wideo/berlinale-2009-ems-1102

http://cineuropa.org/newsdetail.aspx?lang=fr&documentID=90249

http://www.tv5.org/TV5Site/webtv/video-3459-24h_a_Varsovie_Krystyna_Janda_la_grande_dame_du_cinema_polonais..htm
http://www.morgenpost.de/printarchiv/kultur/article1034518/Eine_Liebe_die_zweimal_mit_dem_Tod_endet.html

http://www.fr-online.de/in_und_ausland/kultur_und_medien/spezial_berlinale/1675351_Ein-Diamant-in-der-Asche.html

http://www.maerkischeallgemeine.de/cms/beitrag/11432090/63369/Liebe-und-Tod-BERLINALE.html

http://www.kino-zeit.de/filme/artikel/11382_tatarak.html

http://www.berlinonline.de/berliner-zeitung/archiv/.bin/dump.fcgi/2009/0214/berlinale/0034/index.html

https://secure.vnuemedia.com/hr/film-reviews/film-review-sweet-rush-1003941608.story

http://www.variety.com/review/VE1117939675.html?categoryid=31&cs=1

http://outnow.ch/Movies/2009/Tatarak/Reviews/kino/

Tu jest nawet trailer:
http://www.arte.tv/de/film/Berlinale-2009/Berlinale-Filme-im-Ueberblick/2460844.html

a to mi się najbardziej podoba:
http://data.ent.163.com/movie/product/0000CGOd.html
克里斯提娜·杨达 Krystyna Janda

 

 

  • Historia starzejącej się, doświadczonej życiem i schorowanej doktorowej Marty borykającej się z nudą i wspomnieniami. Żyje ze swym mężem w małym miasteczku. Przypadek sprawi, że przypomni sobie, czym jest miłość, a nawet fizyczna fascynacja. Spotkanie z młodym mężczyzną i jego tragiczna śmierć w trakcie wspólnej kąpieli wywołują w niej uczucia i reakcje, jakich sama się nie spodziewała.

[opis dystrybutora kino]

Pierwszy klaps padł 12 sierpnia w Grudziądzu, zdjęcia potrwają następnie do końca września – poinformowała w Ewa Turczańska, reprezentująca Akson Studio Michała Kwiecińskiego – będące producentem filmu. Bohaterką opowiadania Iwaszkiewicza pt. „Tatarak” jest doktorowa Marta, starzejąca się, doświadczona życiem kobieta, borykająca się z nudą i żyjąca wspomnieniami. Przypadek sprawi, że do Marty na moment „powróci młodość”, kobieta przypomni sobie, czym jest miłość, a nawet – fizyczna fascynacja. Niestety, przygoda będzie miała dramatyczny finał. „Tatarak” to opowieść m.in. o przemijaniu i dojmującym poczuciu utraty.

Opowiadanie Iwaszkiewicza na potrzeby filmu Wajdy zaadaptowała Olga Tokarczuk.

Obok Krystyny Jandy, w „Tataraku” wystąpią Jadwiga Jankowska-Cieślak, Jan Englert i amerykański aktor polskiego pochodzenia Paweł Szajda.

Autorem zdjęć do filmu będzie Paweł Edelman.

 

Ukończyła podstawową szkołę muzyczną, Liceum Sztuk Plastycznych i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Zadebiutowała na deskach Teatru Ateneum w inscenizacji „Ślubów panieńskich” Aleksandra Fredry. Jej debiutem filmowym była rola studentki szkoły filmowej w wielkim dziele Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”. Aktorka zwróciła uwagę krytyków i publiczności. Z Wajdą pracowała także przy filmie „Bez znieczulenia”, „Dyrygencie” oraz „Człowieku z żelaza”.

W latach 70. i 80. Janda najczęściej współpracowała z reżyserem Piotrem Szulkinem. Zagrała w „Golemie”, za co otrzymała Srebrny Asteroid, „Wojnie światów – następne stulecie” oraz w „O-Bi, O-Ba, koniec cywilizacji”.

Za jedną z jej najwybitniejszych ról uznano kreację w filmie Ryszarda Bugajskiego „Przesłuchanie”. Aktorce przyznano Nagrodę Fundacji Kultury Polskiej, nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą na festiwalach w Gdyni i Belgradzie, i wreszcie Nagrodę Jury dla najlepszej aktorki na festiwalu w Cannes. Innymi godnymi uwagi rolami były kreację w filmie Radosława Piwowarskiego „Kochankowie mojej mamy” z 1985 roku i „Dekalogu II” Krzysztofa Kieślowskiego.

Rola doświadczonej przez życie Julii zafascynowanej młodszym mężczyzną w obrazie „Stan posiadania” Krzysztofa Zanussiego przyniosła jej Nagrodę Przewodniczącego Komitetu Kinematografii.

Debiutem reżyserskim Krystyny Jandy był film „Pestka”, jest to adaptacja książki Anki Kowalskiej, w której zagrała też główną rolę. Za ten debiut otrzymała nagrodę na festiwalu polskich filmów fabularnych w Gdyni.

Artystka pojawiła się także w dramacie psychologicznym „Matka swojej matki” z 1996 roku, filmie „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” Krzysztofa Zanussiego, „Weiserze” Wojciecha Marczewskiego, w adaptacji powieści Stefana Żeromskiego „Przedwiośnie” w reżyserii Filipa Bajona oraz „Parę osób, mały czas”.

W 1999 roku aktorka otrzymała Superwiktora za całokształt twórczości.

Aktorka zagrała w kilku filmach europejskich zbierając pochwalne recenzje i wyróżnienia np. nagrodę w Montréalu za rolę w filmie „Laputa”.

Pojawiała się w serialach lub miniserialach TV, m.in. w „Rodzinie Połanieckich , w tytułowej roli w „Modrzejewskiej” Jana Łomnickiego, w dwóch serialach we własnej reżyserii („Fizjologia małżeństwa”, „Męskie – żeńskie”, również scenariusz) oraz w kilku zagranicznych produkcjach telewizyjnych. Od samego początku kariery nieprzerwanie występuje w Teatrze TV, gdzie stworzyła wiele znaczących kreacji.

Do 1987 roku związana z Teatrem Ateneum, zagrała m.in. rolę Doriany Gray w spektaklu w reżyserii Andrzeja Łapickiego Heloizę w „Heloizie i Abelardzie”, Jenny w „Operze za trzy grosze” Bertolda Brechta (1980), czy Wal w sztuce wyreżyserowanej przez Agnieszkę Holland. Od 1988 roku rozpoczęła współpracę z Teatrem Powszechnym, gdzie wystąpiła w tytułowej roli w „Pannie Julii” Strindberga w reżyserii Andrzeja Wajdy, Medei w spektaklu Zygmunta Hübnera, Gizeli w kolejnej sztuce wyreżyserowanej przez Wajdę – „Dwoje na huśtawce” , w monodramie „Shirley Valentine” Macieja Wojtyszki, „Śmierci i dziewczynie” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Grała Elektrę, Lady Makbet w spektaklu Mariusza Trelińskiego, Marię Callas w sztuce w reżyserii Andrzeja Domalika oraz Marlenę Dietrich w spektaklu w reżyserii Magdy Umer.

W 2004 roku założyła Fundację Na Rzecz Kultury, której siedzibą od 2005 roku jest Teatr Polonia, powstały w sali kinowej byłego kina.

Krystyna Janda była żoną, zmarłego niedawno Edwarda Kłosińskiego. Jest matką Marii Seweryn oraz dwóch synów Adama i Andrzeja Kłosińskich.

 

WYDARZENIE

 

Andrzej Wajda jako aktor we własnej wersji „Tataraku” Iwaszkiewicza z Krystyną Jandą w roli głównej

5 lipca 2006

 

Na odbywającym się w Karlowych Warach festiwalu filmowym Krystyna Janda opowiedziała o planowanej realizacji filmu na podstawie „Tataraku” Jarosława Iwaszkiewicza.

Starsza już kobieta żyje ze swym mężem, lekarzem, w małym miasteczku w smutku i ciężkiej atmosferze po stracie swego dziecka. Spotkanie z młodym, pełnym życia człowiekiem i jego tragiczna śmierć w trakcie wspólnej kąpieli wywołują w niej uczucia i reakcje, jakich sama się nie spodziewała.

– Ma to być nietypowy obraz – wyznała. – Właściwie rozmowa reżysera z aktorką na temat miłości. Andrzej Wajda napisał scenariusz i wystąpi w tym filmie. Zdjęcia rozpoczną się, gdy reżyser skończy obraz o Katyniu – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

W 1965 roku powstała krótkometrażowa telewizyjna realizacja na podstawie tego opowiadania Iwaszkiewicza. Film reżyserował Andrzej Szafrański, zaś w rolach głównych wystąpili Zofia Rysiówna (Marta), Józef Łotysz (Boguś), Monika Dzienisiewicz-Olbrychska (Halinka) i Mieczysław Milecki (doktor).

Andrzej Wajda sięgał po Iwaszkiewicza już kilka razy kręcąc bardzo dobrze przyjmowane: „Brzezinę” oraz„Panny z Wilka”. Od kilku dni w naszych kinach pokazywani są „Kochankowie z Marony”. Film na podstawie prozy Iwaszkiewicza nakręciła Izabella Cywińska. Czyżby wróciła moda na Iwaszkiewicza?

 

[KS]

 

„Tatarak” według Wajdy

PIERWSZY KLAPS NOWEGO FILMU 12 SIERPNIA

Fot. Akson Studio

Wajda rozpoczyna pracę nad nowym filmem Gigant polskiego kina – Andrzej Wajda – zmierzy się tym razem z opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, które dla potrzeb filmu zaadaptowała pisarka Olga Tokarczuk. Główną rolę zagra Krystyna Janda.Pierwszy klaps padnie 12 sierpnia w Grudziądzu. Zdjęcia potrwają do końca września – poinformowała w piątek Ewa Turczańska, reprezentująca Akson Studio Michała Kwiecińskiego – głównego producenta filmu.

Bohaterką opowiadania Iwaszkiewicza jest starzejąca się, doświadczona życiem kobieta, która żyje w świecie utkanym ze wspomnień.

Przypadek sprawi, że Marta na nowo doświadczy miłości i fizycznej fascynacji. Finał historii będzie jednak tragiczny. Jak zapowiada reżyser – „Tatarak” to opowieść o przemijaniu i dojmującym poczuciu straty.

U boku Krystyny Jandy wystąpią m.in. Jadwiga Jankowska–Cieślak, Jan Englert, Lesław Żurek i amerykański aktor polskiego pochodzenia Paweł Szajda.

Autorem zdjęć do nowego obrazu Wajdy będzie Paweł Edelman – wielokrotnie nagradzany autor zdjęć m.in. do filmów „Katyń”, „Pan Tadeusz” czy „Pianista”.

ab

Źródło: PAP, tvn24.pl (http://www.tvn24.pl)

 

Tatarak
———
Na stronie http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=48996 czytamy o następującym wydarzeniu:

„Tatarak” Wajdy, najwcześniej po Walentynkach (23 września 2008)

W Warszawie odbyła się konferencja prasowa z twórcami filmu „Tatarak” realizowanego na podstawie prozy Jarosława Iwaszkiewicza. Na spotkaniu obecni byli między innymi odtwórcy głównych ról: Krystyna Janda, Paweł Szajda i Julia Pietrucha, a także producent Michał Kwieciński, reprezentujący Agencję Filmową TVP Sławomir Jóźwik oraz oczywiście reżyser Andrzeja Wajdy.

Film, który pojawi się na dużych ekranach najwcześniej w drugiej połowie lutego 2009 roku, poza opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, wykorzystuje jednocześnie wątki tekstu „Nagłe wezwanie” z tomu „Magia” autorstwa węgierskiego pisarza Sandora Maraiego. Jak tłumaczy ten zabieg sam reżyser, chodziło mu o to, aby móc zrobić film kinowy, który później obejrzy pewna liczba widzów.

„Tatarak” Iwaszkiewicza” chodził mi po głowie już od dawna. Problem był zawsze jeden, jak przenieść go na ekran? Trudność polegała na tym, że jest to dość krótkie opowiadanie, a żadnego innego, tego autora, nie dało się z tym połączyć, aby móc zrealizować pełnometrażowy obraz. W końcu zdecydowaliśmy zrobić to na podstawie tylko tego utworu Iwaszkiewicza i zobaczyć, co z tego wyjdzie – powiedział Andrzej Wajda.

Prace na planie zakończyły się 15 września br., a zaczęły 12 sierpnia tego roku w Grudziądzu. Nie jest to też pierwsza próba przeniesienia na ekran twórczości Jarosława Iwaszkiewicza przez twórcę niedawnego „Katynia”. On sam zresztą miał co najmniej dwa powody, dla których krok ten po raz czwarty postanowił zrobić.

Jest to już moja czwarta próba zmierzenia się z prozą Jarosława Iwaszkiewicza, po „Brzezinie” i „Pannach z Wilka”, a także teatrze telewizji zatytułowanym „Noc sierpniowa”, którą Iwaszkiewicz napisał specjalnie dla mnie. Można w tym momencie zadać pytanie czego w tej twórczości poszukuję? Mianowicie tego, czego nie ma w polskiej literaturze, czyli wyrazistych postaci kobiecych – tłumaczy reżyser.

Projekt okazał się być równocześnie pretekstem do ponownego spotkania Wajdy z Krystyną Jandą. Jak sam opowiada: Spotkałem któregoś dnia Krystynę Jandę, która ku memu zaskoczeniu przypomniała mi, że pierwszy raz spotkaliśmy się już 34 lata temu. Pomyślałem, że jest to dobra chwila, aby móc raz jeszcze coś razem zrobić. Szukałem więc jakiegoś pretekstu, aby do takiego zawodowego spotkania mogło wreszcie dojść. I właśnie opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza było najlepszym materiałem, czymś najbardziej owocnym, dla zrealizowania tej myśli.

Andrzej Wajda podkreślił dziś coś jeszcze. Zauważył mianowicie poprawę w polskim kinie, którą obserwuje już od jakiegoś czasu i co według niego potwierdził tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. To właśnie możliwość współpracy z profesjonalistami, młodą krwią, tak bardzo go dziś dopinguje do robienia kolejnych filmów.

Muszę powiedzieć, że jest to też ważny moment w naszym filmowym życiu. To ożywienie polskiego kina, które obserwuję z wielką radością od jakiegoś czasu. Jestem szczęśliwy, że dożyłem chwili kiedy to kino znowu reprezentuje swoją jakość, a ja sam mogę być jego uczestnikiem – zakończył.

W „Tataraku” oprócz wymienionych wykonawców wystąpią także Jadwiga Jankowska-Cieślak (przyjaciółka), Jan Englert (Doktor), Julia Pietrucha (Halinka) oraz Roma Gąsiorowska (gosposia). Film w tej chwili wchodzi w fazę postprodukcji i powinien być ukończony do końca roku. Według słów producenta obrazu, Michała Kwiecińskiego, trwają dopiero negocjacje z potencjalnymi dystrybutorami, ale istnieje prawdopodobieństwo, że tytuł trafi na ekrany po Walentynkach 2009.

Premiera „Tataraku” bez Jandy
FILM WAJDY NA FESTIWALU W BERLINIE
tvn24

„Tatarak” pokazuje jak „film krzyżuje się z życiem aktora” – mówił przed berlińską festiwalową premierą swojego najnowszego filmu Andrzej Wajda. W ten sposób nawiązał do jednego z wątków filmu – osobistej opowieści Krystyny Jandy, która w „Tataraku” zagrała główną rolę. Aktorka na premierę nie przyjechała. – To historia dla niej zbyt osobista i dotkliwa – tłumaczył Jan Englert.
„Tatarak” jest ostatnim filmem pokazywanym w ramach konkursu głównego 59. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Berlinale. – Berliński festiwal ma szczęśliwą rękę. Filmy tu pokazywane zostały zauważone, weszły nie tylko na polskie, ale światowe ekrany – stwierdził Wajda.

Nowy Wajda powalczy o Niedźwiedzia

Najnowszy film Andrzeja Wajdy jest ekranizacją prozy Jarosława Iwaszkiewicza. W „Tataraku” występują m.in. Krystyna Janda, Jan Englert, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Julia Pietrucha i Paweł Szajda – amerykański aktor polskiego pochodzenia, znany z filmu „Pod słońcem Toskanii” Audrey Wells (2003), gdzie wystąpił u boku Diane Lane.

– Cieszę się, że dyrekcja berlińskiego festiwalu filmowego znalazła miejsce dla starego reżysera i jego filmu – mówił reżyser.

Powrót do Iwaszkiewicza

Wajda przyznał, że „Tatarak” powstał z dwóch powodów. Po pierwsze – jak mówił – po filmie „Katyń” szukał jakiegoś innego tematu, który „uwolniłby go od wszystkich napięć, jakie tamten film niósł ze sobą”. – Dlatego wróciłem do autora, który zawsze dawał mi wielką radość – Jarosława Iwaszkiewicza – powiedział reżyser. Na podstawie utworów tego autora powstały także wcześniejsze filmy Wajdy „Panny z Wilka” i „Brzezina”.

„Tatarak” według Wajdy
Drugim powodem była chęć ponownego spotkania się na planie z Krystyną Jandą – dodał. „Tatarak” nie powstał jednak dwa lata temu, jak planowano, lecz dopiero w zeszłym roku, ze względu na ciężką chorobę męża aktorki.

Dwie opowieści

W filmie „Tatarak” Krystyna Janda zagrała główną bohaterkę, doktorową Martę – dojrzałą, doświadczoną życiem kobietę, która żyje wspomnieniami. Przypadek sprawia, że do Marty na moment „wraca młodość”. W życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna. Kobieta przypomina sobie, czym jest bliskość. Niestety, przygoda będzie miała smutny finał. „Tatarak” to m.in. opowieść o przemijaniu i o dojmującym poczuciu utraty.
Nigdy nie zdarzyło mi się, bym dostał tak bolesne wyznanie aktora na jego osobisty temat. Przeczytałem i zadałem jej proste pytanie: czy dajesz mi te kartki, żebym ja to przeczytał, czy ty chcesz to powiedzieć do kamery. Ona (Janda) nagle ku mojemu zdziwieniu powiedziała: ja to powiem do kamery.
Andrzej Wajda

Rozwinięciem opowiadania jest nakręcona w ciemnym, prawie pustym pokoju hotelowym osobista opowieść aktorki o chorobie i śmierci jej męża, operatora Edwarda Kłosińskiego. Zmarł on w styczniu 2008 r.

„Film krzyżuje się z życiem aktora”

Na początku nie było jasne, czy opowieść Krystyny Jandy znajdzie się w filmie. – Dokładnie w dniu, kiedy skończyliśmy realizację części filmu opartej na opowiadaniu, Krystyna Janda wsunęła mi do ręki kilka kartek i powiedziała: „przeczytaj to” – relacjonował reżyser.

– Zrobiłem 50 filmów, wydawało mi się, że mam już za sobą wszystkie sytuacje, jakie zachodzą pomiędzy aktorami a reżyserem. Tymczasem okazało się, że nie – mówił Wajda. Według niego „Tatarak” pokazuje, jak „film krzyżuje się z życiem aktora”.

Premiera bez Jandy

Krystyna Janda nie pojawiła się na Berlinale. O powodach jej decyzji poinformował Jan Englert. – To historia dla niej zbyt osobista i dotkliwa. To, co się wiąże z publicznymi pokazami i naszym zawodem, ten rodzaj jarmarku, w którym uczestniczymy, byłby zbyt dużym wysiłkiem dla pewnej ofiarności, jaką (Janda) włożyła w swą rolę – wyjaśnił Englert.

Złoty Niedźwiedź już w sobotę

Laureata Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na tegorocznym Berlinale poznamy w sobotę wieczorem. Przyznane zostaną też Srebrne Niedźwiedzie – m.in. dla najlepszego reżysera, aktora i aktorki.

mon

W Berlinie wyświetlono najnowszy film Wajdy
sobota 14 lutego 2009 07:30

Poruszająca spowiedź Krystyny Jandy

Najnowszy film Andrzeja Wajdy, pokazany po raz pierwszy oficjalnie wczoraj na festiwalu w Berlinie „Tatarak”, w mniejszym stopniu jest ekranizacją opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, w większym – przejmującym i osobistym monologiem Krystyny Jandy.

Szary pokój, łóżko przykryte czarną kapą, okna z widokiem na podwórze i kobieta w żałobie. W dekoracjach rodem z obrazu Edwarda Hoppera Krystyna Janda rozpoczyna przerażająco szczery monolog, w którym krok po kroku opisuje, jak jej mąż, operator Edward Kłosiński, umierał na raka. Opowiada bez egzaltacji, bez aktorskiej szarży, co – jeśli pamiętamy o jej tradycyjnym emploi – zaskakuje. Janda mówi, jakim Kłosiński był towarzyszem życia, jak wspólnie budowali warszawski Teatr Polonia, ale przede wszystkim precyzyjnie przywołuje detale z każdego etapu choroby – jak złościł się na nią, gdy wydano jej wyniki jego badań tylko dlatego, że jest popularną aktorką, jak znosił chemię, jak żył pod aparatem tlenowym. Jednak jej opowieść nie jest monumentalną półgodzinną przemową, widz otrzymuje ją w kilku dawkach, splecioną z dwiema historiami. Tą wzięta z Iwaszkiewicza, opowiadającą o przerwanym tragicznym wypadkiem uczuciu dojrzałej kobiety o imieniu Marta do 20-letniego chłopca. I tą, która rozgrywa się na planie filmu na podstawie „Tataraku”.

Pierwszy pomysł scenariuszowy to struktura filmu w filmie: kręcąca „Tatarak”, grana przez Jandę bohaterka miała uciec z planu i przeżyć przygodę podobną do historii postaci odtwarzanej przez nią w ekranizacji Iwaszkiewicza. Czyli spędzić noc z przygodnie spotkanym mężczyzną, odkryć, że to uczucie jej życia i nie spotkać go już nigdy potem. Ta część pierwotnego scenariusza „Tataraku” powstała na podstawie historii, którą Wajda usłyszał jako autentyczną w latach 70. podczas pobytu w Moskwie. Dotyczyła rosyjskiego aktora, który kręcąc na ulicy film, wypatrzył w tłumie gapiów dziewczynę, umówił się i spędził z nią noc. Gdy rano poszedł do sklepu kupić coś na śniadanie, odkrył, że w labiryncie identycznych bloków nie potrafi odnaleźć mieszkania swojej kochanki. Dziewczyna, sądząc zapewne, że miał takich romansów wiele, więcej na planie się nie pokazała. Wajda opowiedział tę anegdotę Jerzemu Gruzie, który napisał na jej podstawie scenariusz „Blok mieszkalny”. Film miał powstać w latach 70., a jako obsadę rozważano Władimira Wysockiego i jego żonę Marinę Vlady.

Do tekstu Wajda wrócił niedawno, zlecając jego odświeżenie kilku osobom. Na tekście Gruzy w połączeniu z opowiadaniem Iwaszkiewicza pracowało kilka osób, m.in. Władysław Pasikowski, Olga Tokarczuk (która nadal figuruje w wielu serwisach informacyjnych jako autorka scenariusza „Tataraku”, choć w czołówce filmu jest nim sam Wajda) i Krystyna Janda. Ta ostatnia we wstępnej propozycji przedstawionej reżyserowi włożyła w swój tekst osobiste akcenty bezpośrednio odnoszące się do śmierci jej męża. Wajdzie pomysł się spodobał i ostatecznie zamiast historii miłosnej o ucieczce z planu powstał 19-stronicowy monolog dotyczący relacji aktorki z Edwardem Kłosińskim.

Z ekranu Janda opowiada widzowi, że telefon od Wajdy w sprawie kręcenia filmu odebrała w samochodzie – w dniu, w którym badania potwierdziły nieuleczalną chorobę jej męża. Przez chwilę myślała, że będzie mogła grać, że plenery – planowane w Grudziądzu, gdzie ostatecznie powstał film – da się przenieść bliżej Warszawy. Szybko okazało się, że nie da się tych rzeczy pogodzić. „Edward powiedział mi: ” – mówi do widza Janda. Poczekał siedem miesięcy po śmierci Kłosińskiego, a pomysł nabrał skrajnie różnego od pierwotnej wersji kształtu. Scena ucieczki z planu pojawia się w nim wprawdzie, ale bez dalszej części historii i z zupełnie nowym znaczeniem. Janda ucieka, by przerwać zdjęcia do filmu, by być z mężem, który daje coraz wyraźniejsze sygnały, że jej potrzebuje.

To nie pierwszy przypadek w karierze Wajdy, gdy reżyser gra z biografią własną lub swoich przyjaciół. W powstałym w 1968 r. filmie „Wszystko na sprzedaż” podobnie jak tutaj powodem takiej decyzji była strata. Wtedy miał zagrać reżysera poszukującego aktora wzorowanego na Zbyszku Cybulskim. Osadził aktorów pod ich własnymi imionami, w roli żony reżysera wystąpiła jego ówczesna żona Beata Tyszkiewicz. Ostatecznie powierzył rolę siebie Andrzejowi Łapickiemu. Tym razem odważył się stanąć przed kamerą – w początkowych scenach pojawia się, omawiając z aktorami – Jandą i Janem Englertem – sceny z „Tataraku”.

Czy ten eksperyment – mieszania filmu w filmie ze spowiedzią Jandy – wyszedł filmowi na dobre? Otóż tak. Monolog aktorki doskonale komponuje się z tym, co dzieje się we właściwym, Iwaszkiewiczowskim „Tataraku”, włącza się nienachalnie, w odpowiednich momentach, i odnosi się do nich tematycznie. Może trochę gorzej łączą się z całością sceny kręcenia filmu, bardzo zgrabne na początku, w drugim wejściu – ucieczce Jandy z planu – wypadają sztucznie i są nie do końca uzasadnione. Już lepsze są drobne sugestie umowności kręconego filmu, jak choćby scena, w której chcąc zachęcić swojego młodego znajomego, by czytał książki, bohaterka Jandy Marta podsuwa mu… „Popiół i diament”.

Mimo to powrót do kameralnego kina wyszedł Wajdzie tylko na dobre. Pięknie plastycznie zakomponowany film, w którym każdy kadr ma wagę malarskiego dzieła, z dużą siłą działa na emocje widza. Janda w swoim monologu nie daje recepty, jak zmierzyć się ze stratą, dzieli się z widzem najbardziej prywatnymi obserwacjami, bez patosu przyznaje, że nie wie, jak po miesiącach napięcia była w stanie wyjść na scenę w kilka godzin po śmierci Kłosińskiego, by zagrać „Boską”. Jej odwagi i chłodnego oglądu tego, co się stało, nie sposób nie docenić. To chyba zresztą bardziej jej film niż Wajdy – w dużej mierze wymyślony przez nią i bez niej niemożliwy.

Na pierwszym prasowym pokazie brawa były skromne. Ale to film bardzo udany, dystansujący dorobek Wajdy z lat 90. o kilka długości i jeden z najlepszych w tegorocznym berlińskim konkursie. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby dostał jedną z głównych nagród. Dowiemy się tego w sobotę wieczorem. Już wiemy, że filmem zainteresowali się zagraniczni dystrybutorzy. Michael Barker, szef Sony Pictures Classics, poważnego dystrybutora kina niezależnego, rozważa wprowadzenie filmu do kin w USA.

Magdalena Michalska
„Dziennik”

„Samobójczo odważny film”
PIERWSZE RECENZJE „TATARAKU” ANDRZEJA WAJDY
TVN24

„Tatarak”, najnowszy film Andrzeja Wajdy, otrzymał na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie pierwsze recenzje. Film polskiego reżysera jest nominowany do nagrody Złotego Niedźwiedzia Berlinale.
„Diament w popiele”, „Samobójczo odważny film”, to tylko niektóre z komentarzy, które pojawiły się po premierze polskiego filmu na Festiwalu w Berlinie.

Niemcy zachwyceni „Tatarakiem”

Wajda jeszcze raz nakręcił prawdziwie osobisty film, minimalistyczne dzieło o szczerej poetyckiej sile.
Daniel Kothenschulte, recenzent „Frankfurter Rundschau”

– Jestem bardzo szczęśliwy, że mój nowy film mogłem pokazać po raz pierwszy publiczności właśnie tu – w Berlinie. Ten festiwal przynosi mi szczęście – powiedział Andrzej Wajda po wczorajszym premierowym pokazie swojego najnowsze dzieła „Tatarak”. Recenzent „Frankfurter Rundschau” Daniel Kothenschulte uznaje film Wajdy za najbardziej interesujący film biograficzny.

– Wajda jeszcze raz nakręcił prawdziwie osobisty film, minimalistyczne dzieło o szczerej poetyckiej sile – pisze Kothenschulte.

„Tatarak” dla Jandy

-Zrobiłem ten film z dwóch powodów – mówił na konferencji prasowej Wajda. – Po pierwsze szukałem tematu, który uwolniłby mnie od wszelkich obciążeń, jakie niósł ze sobą „Katyń”. Ale ważniejsze było pragnienie artystycznego spotkania z Krystyna Jandą, która przecież swoje pierwsze aktorskie kroki stawiała w moim filmie.

Reżyser podkreślił, że opowiadanie Iwaszkiewicza, na którego podstawie powstał film, idealnie nadawało się do tego celu. – Miałem nadzieję, że będzie to tekst wystarczająco satysfakcjonujący dla tak utalentowanej aktorki.
Jestem wdzięczny dyrekcji festiwalu, powiedział reżyser na konferencji prasowej

Smutny finał

Najnowszy film Andrzeja Wajdy jest ekranizacją prozy Jarosława Iwaszkiewicza. W „Tataraku” obok Jandy występują m.in. Jan Englert, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Julia Pietrucha i Paweł Szajda – amerykański aktor polskiego.
Zrobiłem ten film z dwóch powodów. Po pierwsze szukałem tematu, który uwolniłby mnie od wszelkich obciążeń, jakie niósł ze sobą „Katyń”. Ale ważniejsze było pragnienie artystycznego spotkania z Krystyna Jandą, która przecież swoje pierwsze aktorskie kroki stawiała w moim filmie.
Andrzej Wajda

W filmie Krystyna Janda zagrała główną bohaterkę, doktorową Martę – dojrzałą, doświadczoną życiem kobietę, która żyje wspomnieniami. Przypadek sprawia, że do Marty na moment „wraca młodość”. W życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna. Kobieta przypomina sobie, czym jest bliskość.

Niestety, przygoda będzie miała smutny finał. „Tatarak” to m.in. opowieść o przemijaniu i o dojmującym poczuciu utraty. Ten wątek filmu jest oparty na osobistych doświadczeniach Krystyny Jandy i opowiada o jej związku z Edwardem Kłosińskim.

Reżyser dzieli się z aktorem

W „Tataraku” kryją się jeszcze głębsze intencje. W jednej ze scen w hotelowym pokoju, Janda wspominając męża mówi: „Zadziwiające, jak duże znaczenie w życiu człowieka ma zawód”. „Tatarak” to również opowieść o aktorstwie, o tym jak osobowość i losy aktora splatają się z materią filmu.

Wajda zrobił już kiedyś taki obraz – we „Wszystko na sprzedaż” rozliczył się z legendą Zbyszka Cybulskiego. Ale jego najnowszy film to historia znacznie bardziej intymna, w której reżyser decyduje się na nadzwyczajny artystyczny gest – dzieli się dziełem ze swoim aktorem.
Film dla Jandy

Powrót do podejmowanego już wątku filmu w filmie to zresztą nie jedyne autotematyczne odniesienie w „Tataraku”. Gdzieś udało się przemycić „Popiół i diament”, inna jeszcze scena przywołuje wspomnienia „Brzeziny” i „Panien z wilka” – czyli dzieł Iwaszkiewicza, które Wajda przeniósł na duży ekran. Subtelne siatki odniesień, filmowe wspomnienia, ten sam krąg współpracowników – wszystko to czyni z „Tataraku” obraz w pewien sposób nostalgiczny.

„Zbyt prywatny”

Tabloid „BZ” pisze natomiast, że film nie ma szans na Złotego Niedźwiedzia, gdyż jest zbyt prywatny, a monologi Jandy są wstrząsające.

Widownia w Berlinie przyjęła film bardzo ciepło, co w kontekście nie najlepszych recenzji z innych startujących w konkursie obrazów (wygwizdany Lukas Moodysson czy rozczarowujący Francois Ozon), może wróżyć obiecująco.

Ale najważniejsze są odczucia samych widzów. Jeden z nich na konferencji prasowej wyraził nie tylko podziw dla odwagi aktorki, która postanowiła podzielić się swoimi przeżyciami, ale podziękował też reżyserowi: – Opowiedział pan swoim filmem bardzo uniwersalny i odwieczny temat – powiedział. Czy to wystarczy, by zdobyć festiwalowy laur? O tym przekonamy się już podczas sobotniego rozdania nagród.

Laureata nagrody Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film poznamy dziś wieczorem.

Monika Borycka/msz/sm/bea

Recenzje: „Tatarak” Wajdy to diament w popiele
awe, PAP
2009-02-14

„Tatarak” Andrzeja Wajdy to „diament w popiele tegorocznego konkursu” na festiwalu Berlinale – napisał dziennik „Frankfurter Rundschau” o nowym filmie polskiego reżysera.
Krystyna Janda w ”Tataraku”. Film Wajdy nie porusza żadnego współczesnego problemu,mówi o czymś tak elementarnym i tajemniczym, jak zderzenie sztuki ze śmiercią

Premiera „Tataraku” odbyła się w piątek późnym wieczorem na 59. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. Recenzent „Frankfurter Rundschau” Daniel Kothenschulte (który nawiązał do tytułu filmu Wajdy z 1958 r. „Popiół i Diament” na podstawie powieści Jerzego Andrzejewskiego) uznaje „Tatarak” za najbardziej interesujący film biograficzny konkursu Berlinale. – Wajda jeszcze raz nakręcił prawdziwie osobisty film, minimalistyczne dzieło o szczerej poetyckiej sile – pisze.

„Tatarak” jest „poruszającą medytacją o śmierci. Niemal samobójczo odważny film- – napisał z kolei dziennik „Tagesspiegel”.

– W zeszłym roku Wajda był na Berlinale z „Katyniem”. W „Tataraku” znów chodzi o śmierć, ale nie tak nieuniknioną i bezsensowną, jaką dyktuje często historia. Tym razem 82-letni Polak nakręcił wielką, subiektywną medytację o umieraniu – napisał dziennik.

„Zbyt prywatny film”

Z kolei berliński tabloid „BZ” ocenia, że „wstrząsające” są monologi Krystyny Jandy o jej prawdziwej żałobie, nakręcone w pokoju hotelowym. Gazeta dodaje jednak, że film Wajdy raczej nie ma szans na Złotego Niedźwiedzia Berlinale. – Jest zbyt prywatny – pisze „BZ”.

Najnowszy film Andrzeja Wajdy jest ekranizacją prozy Jarosława Iwaszkiewicza. Krystyna Janda zagrała główną bohaterkę, doktorową Martę – dojrzałą, doświadczoną życiem i śmiertelnie chorą kobietę, która jednak nie wie, że może nie przeżyć lata. Przypadek sprawia, że w jej życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna.

Rozwinięciem opowiadania jest nakręcana w ciemnym, prawie pustym pokoju hotelowym osobista opowieść aktorki o chorobie i śmierci jej męża operatora Edwarda Kłosińskiego. Zmarł on w styczniu 2008 r. Monolog Jandy kilkakrotnie przerywa fabułę „Tataraku”. Obie historie krzyżują się, Janda gra zarówno doktorową Martę jak i siebie samą.

Laureata nagrody Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film poznamy w sobotę. Za faworytów uchodzą „London River” francuskiego reżysera Rachida Bouchareba, amerykański film „The Messenger” Orena Movermana oraz niemiecki thiller „Sturm” w reż. Hansa-Christiana Schmida.

Tatarak: powrót Mistrza Wajdy
Krzysztof Kwiatkowski z Berlina
Newsweek, 14 lutego 2009

Wśród czystej rozrywki i doraźnych, niemal publicystycznych filmów, jakie ostatnio zalewają ekrany świata, „Tatarak” Andrzeja Wajdy przypomniał, że kino może zadawać wielkie pytania. Że może opowiadać o śmierci, życiu, sztuce.

W „Tataraku” Wajda wrócił do twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, wzbogacając ją o wątki z prozy Sandora Maraia. Opowiedział historię „pani Marty” – żony małomiasteczkowego lekarza, która przeżywa fascynację młodym człowiekiem. Kobieta, choć o tym nie wie, jest nieuleczalnie chora. Śmierć jednak wcześniej dosięga 20-latka, który topi się w rzece, zrywając taratak. Ta historia jest filmem w filmie, na ekranie pojawia się nawet sam Andrzej Wajda. W całość wpleciony jest też monolog Krystyny Jandy – bolesna, przejmująco szczera opowieść o śmierci jej męża – operatora Edwarda Kłosińskiego.

Ból, cierpienie, rozpacz. To wszystko odciśnięte jest na celuloidowej taśmie. „Kiedy dostałam opis rentgena zadzwoniłam do znajomej lekarki. Powiedziała tylko „czytaj” i „współczuję”” – mówi Krystyna Janda w ciemnym, hotelowym pokoju. Nie patrzy w kamerę. Podchodzi do okna, siada na krześle. Jakby przeżywała wszystko od nowa. Na śmierć najbliższej osoby nie można być przygotowanym, nie da się z nią pogodzić. Zawsze zostaje żal: ktoś odszedł, a świat trwa dalej. Jakby nic się nie zmieniło. Tylko wspomnienia bolą.

Śmiercią naznaczone jest w „Tataraku” wszystko. „Kiedyś wokół nas było tyle dzieci” – mówi przyjaciółka Marty. W domu głównych bohaterów na klucz zamknięty jest pokój, w którym mieszkali ich synowie. Zginęli w powstaniu. Ze zdjęć zawieszonych na ścianach uśmiechają się dwaj chłopcy w żołnierskich hełmach. Teraz doktor i jego żona żyją samotnie, ich dni wypełnione są codzienną rutyną.

„Tatarak” jest także filmem o tęsknocie za młodością, której rozpaczliwie szuka starzejąca się, wypalona kobieta. To witalność i energia fascynują Martę w prostym, prymitywnym, nieco topornym dwudziestolatku. Marta czepia się jego młodości, jakby chciała na siłę trzymać się życia, uciec przed wspomnieniami i pustką.
Nowy obraz Wajdy to również rozprawą o sile sztuki i cenie, za jej uprawianie. O przenikaniu się fikcji i rzeczywistości. Sztuka nie niesie tu ukojenia. „Robiłam mu zdjęcia. Jako operator wiedział, jakie to ważne, by zatrzymać moment” – mówi w swoim monologu Krystyna Janda. I dalej: „Teraz ciągle oglądam te zdjęcia”. Ale czy to uśmierza ból?

Jest odwrotnie. Sztuka wysysa, artysta oddaje jej siebie, własne emocje, własne szczęście i własny ból. W iwaszkiewiczowskiej części „Tataraku” Marta rozpacza nad ciałem wyciągniętego z wody, martwego chłopaka. To wstrząsająca scena. Czy Janda ją gra czy wyrzuca z siebie własne cierpienie?
„Nie wiem jak mogłam tego wieczoru wyjść na scenę” – mówi w swoim monologu. Wtedy naprawdę zagrała w „Boskiej”.

Wielką opowieść o istocie sztuki podkreślają nawet dialogi i styl gry aktorów w ekranizacji Iwaszkiewicza. Nieco teatralne, świadomie odwołujące się do konwencjonalnych przedstawień. Ale ta pozornie statyczna forma kryje prawdziwy krzyk rozpaczy.

Andrzej Wajda stworzył film uniwersalny. A jednocześnie bardzo polski. Jest w nim kilka delikatnych sygnałów, które może odebrać tylko widz wychowany nad Wisłą. Jak rozliczenie z inteligencką tradycją, gdy mówiąc o śmierci synów, Marta wzdycha: „Musieli pójść do powstania. Tak ich wychowaliśmy”. Jak melodia z „Pożegnań”, przy której młodzi tańczą na małomiasteczkowej zabawie. Jak niezwykłej urody rozlewiska Wisły, które trwają, choć wokół nich wszystko się zmienia.

„Tatarak” jest dziełem gęstym, precyzyjnym, w którym każda scena ma znaczenie. To niezwykły eksperyment z formą filmową. Ale przede wszystkim wielki triumf Krystyny Jandy. Trzydzieści kilka lat temu Andrzej Wajda zrobił z niej gwiazdę oferując jej rolę w „Człowieku z marmuru”. Dziś spłaciła swój dług. Ten film jest jej. Przekroczyła w nim granice intymności i bezpieczeństwa. To dzięki niej „Tatarak” jest dziełem wielkim.

Nowy obraz Wajdy nie wszystkim będzie się podobał. Padną zarzuty, że reżyser nie wykorzystał całej głębi opowiadania Iwaszkiewicza. Ale to nie jest zwykła ekranizacja. To dzieło wykraczające poza ramy literatury.

Odeszli już na zawsze mistrzowie XX wiecznego kina — Fellini, Visconti, Antonioni, Bergman. Andrzej Wajda jest jednym z ostatnich, którzy wciąż tworzą. „Tatarakiem” udowodnił, że nie chce być mistrzem postawionym na pomnikowym cokole, że wciąż potrafi widza zaskoczyć.

 

echa nagrody

przez nat N, 15.02.2009 11:05

08:00, 15.02.2009 /tvn24.pl, stopklatka.pl, PAP
„Stary reżyser dostał nagrodę za nowe horyzonty”

– Nigdy nie przypuszczałem, że stary reżyser może dostać nagrodę za wyznaczanie nowych horyzontów kina. Świat się kończy – Andrzej Wajda nie mógł ukryć radości i zaskoczenia po odebraniu nagrody w Berlinie. Film polskiego reżysera „Tatarak” został wyróżniony nagrodą im. Alfreda Bauera (twórcy festiwalu), przyznawaną „za innowacyjność”. – To bardzo ważna nagroda, z której powinien się cieszyć, której serdecznie mu gratulujemy – powiedział TVN24 krytyk filmowy Wiesław Kot.

„Tatarak” pokazuje jak „film krzyżuje się z życiem aktora” – mówił przed… czytaj więcej »
– To nagroda dla Krystyny Jandy, która oddała temu filmowi nie tylko talent, ale też część swojego życia – mówił szczęśliwy reżyser, kiedy wręczano mu nagrodę. – Jestem bardzo szczęśliwy, że – jako najstarszy chyba reżyser na tej sali – otrzymuję nagrodę po debiutach, które tu widzieliśmy – komentował w swoim stylu werdykt jury nasz reżyser.

Swoje słowa ze sceny powtórzył nieco później. Reżyser podkreślił swoją radość z powodu tego, że razem „z młodymi reżyserami, którzy zaczynają swoje życie filmowe”.

Telefon do Jandy

Utrzymać emocji w ryzach się nie dało. Andrzej Wajda niemal natychmiast zadzwonił do Krystyny Jandy – głównej aktorki „Tataraku”, by podzielić się dobrymi nowinami. – Bardzo się ucieszyła. Jest szczęśliwa, że film został zauważony. Dla polskiego reżysera jest to o tyle ważne, że być może tym sposobem mój film znajdzie się na ekranach jeszcze tej wiosny – powiedział Wajda.

Jakie kino?

Choć emocje rozpierały, przyszedł też czas na ogólniejszą refleksję nad kinem. Zdaniem Wajdy „nowym horyzontem” w sztuce filmowej jest połączenie filmu fabularnego z filmem dokumentalnym. – Spodziewam się, że to będzie przyszłość kina. Wiele oczekuję od tej kombinacji. To by ożywiło film fikcyjny, dało mu drugi wymiar. Spodziewam się, że to jest kino przyszłości – mówił reżyser na konferencji prasowej.

Dla uhonorowanego w Berlinie reżysera, przyszłość to kino, które odgrywa rolę społeczną i polityczną. W jego ocenie „prawdziwe filmy robi się ze strachu – że świat nie idzie w tę stronę, w którą powinien, ludzie nie są tacy, jak byśmy się spodziewali, że istnieje wojna, przemoc, a ludziom dzieje się krzywda”.

To nie film do multipleksów

Krytyk filmowy Wiesław Kot, ocenił że dostał on nagrodę boczną, ale bardzo ważną. – Z której powinien się cieszyć i której mu bardzo serdecznie gratulujemy – powiedział Kot. I dodał: – Andrzej Wajda wkracza w wiek sędziwy i będzie teraz – mam nadzieję – kręcił niespiesznie filmy kameralne – bo do takich właśnie należy ta opowieść.

Krytyk podkreślił przy tej okazji, że nie jest to obraz, który mógłby być pokazany w każdym kinie. – Gdzie taki film może znaleźć swoje miejsce, gdzie taki film znalazłby w Polsce swoje miejsce? Na przeglądach, w kinach klubowych najrozmaitszych, w projekcjach na wyższych uczelniach i w innych tego typu instancjach. Niekoniecznie, a nawet wcale nie, w multipleksach, w tego typu kinach, które opanowały nasze miasta i gdzie my właściwie na co dzień chodzimy do kina, ponieważ tam jest czysta komercja – powiedział Kot.

Niedźwiedź nie dla faworyta

Nie można zapomnieć o innych nagrodzonych w Berlinie. „Złotego Niedźwiedzia” – główną nagrodę festiwalu – otrzymała pochodząca z Peru Claudia Llosa za film „La teta asustada”. Obraz nie był faworytem bukmacherów. Najnowszy film Llosy to nasycona alegoriami, symboliką i peruwiańskimi legendami opowieść o strachu, smutku i cierpieniu. Jej tło stanowią burzliwe i pełne przemocy wydarzenia z historii Peru.

Za najlepszą aktorkę 59. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Berlinale uznano Austriaczkę Birgit Minichmayr za rolę w filmie „Alle Anderen”. W kuluarach mówiło się, że duże szanse na tę właśnie nagrodę ma Krystyna Janda. „Srebrnego Niedźwiedzia” dla najlepszego aktora otrzymał Sotigui Kouyate („London River”), a dla najlepszego reżysera Irańczyk Asghar Farhadi za film „Darbareye Elly”.

Dwie historie

„Tatarak” był ostatnim filmem pokazywanym w ramach konkursu głównego berlińskiego festiwalu. Najnowszy obraz Andrzeja Wajdy Wajdy to opowieść o starzejącej się, doświadczonej życiem, schorowanej kobiecie (w tej roli Krystyna Janda), która boryka się z nudą i samotnością u boku wiecznie zapracowanego męża lekarza. W końcu spotyka młodego mężczyznę i zaczyna przeżywać drugą młodość, znowu czuć się kobietą.

Rozwinięciem opowiadania jest nakręcona w pokoju hotelowym osobista opowieść aktorki o chorobie i śmierci jej męża operatora Edwarda Kłosińskiego. Zmarł on w styczniu 2008 r. Monologi Jandy kilkakrotnie przerywają fabułę „Tataraku”. Obie historie krzyżują się.

Lista nagrodzonych:

Złoty Niedźwiedź
„La Teta asustada” reż. Claudia Llosa

Srebrny Niedźwiedź – Grand Prix Jury
„Alle Anderen” reż. Maren Ade
„Gigante” reż. Adrian Biniez

Srebrny Niedźwiedź (reżyseria)
Asghar Farhadi za film „Darbareye Elly”

Srebrny Niedźwiedź (aktorka)
Birgit Minichmayr za „Alle Anderen”

Srebrny Niedźwiedź (aktor)
Sotigui Kouyate za „London River”

Srebrny Niedźwiedź (wkład artystyczny)
Zoltan Karaszek – dźwięk w „Katalin Varga”

Srebrny Niedźwiedź (scenariusz)
Alessandro Camon i Oren Moverman
za „The Messenger”

Nagroda im. Alfreda Bauera
Adrian Biniez za film „Gigante”
Andrzej Wajda za film „Tatarak”

Nagroda za debiut reżyserski
Adrian Biniez za film „Gigante”


Berlinale 2009. Życzę każdemu tak pouczającego festiwalu
16 lutego 2009

Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie przeszedł już do historii. Z pewnością zapisze się w niej jako edycja niezwykle różnorodna, na której „dużo się działo”: światowe kino zaprezentowane zostało w wielu przeróżnych formach, filmy popularne przeznaczone dla szerokiej publiczności wyświetlane były tu obok artystycznych adresowanych do wąskiego grona widzów, a mainstream sąsiadował z obrazami niezależnymi i autorskimi. Poza tym wydarzyło się w tym roku w Berlinie dużo, dużo więcej.

Atrakcji dostarczali widzom także: filmowcy mówiący w swoich filmach o sprawach najważniejszych prawdziwie i wiarygodnie, a czasem bredzący kompletnie bez sensu; konkurs, w którym dominować miały hasła o kryzysie i globalizacji, a który nie do końca był właśnie taki oraz Andrzej Wajda, jeden z największych bohaterów tegorocznej imprezy, który kolejnym dowodem poparł tytuł Mistrza od lat stawiany przed jego nazwiskiem. „Stary reżyser”, jak sam siebie nazywa, dał się uwieść modnemu minimalizmowi, a malkontentom biadolącym nad „popadaniem w patos” i „unikaniem nowych interpretacji”, udowodnił, że nie ma problemu z realizacją filmu, który otrzyma nagrodę za innowacyjność. „Tatarak”, to dojrzałe, osobiste kino kontynuujące wątki obecne już w jego twórczości – krzyk przeciwko śmierci i przemijaniu. Wajda łączy w nim kilka form: tradycyjną ekranizację opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o kobiecie, która w przeczuciu śmierci zaczyna szukać młodości, przejmujące monologi Krystyny Jandy, w których aktorka z odwagą dzieli się rozpaczą, strachem, poczuciem bezsilności i straty jakie towarzyszyło odchodzeniu jej męża, a także swoisty „making-off” z okresu realizacji „Tataraku”, w którym wraz z Jandą jawią się jako artyści, dla których obroną przed nicością, przemijaniem i śmiercią jest ich uszlachetnienie i oswojenie w sztuce, a także sam akt tworzenia.

Andrzej Wajda z nagrodą

Życzę każdemu tak pouczającego festiwalu, bo choć w jego podsumowaniach pojawiają się zarzuty o niespójność i zamotanie w pułapce programowego hasła o kryzysie i globalizacji, to zaprezentowanych zostało na nim sporo filmów świeżych i naprawdę ważnych. Tak jak obraz Wajdy i Jandy wyrafinowanych i mądrych, a także realizowanych przez twórców tworzących to o co chodzi na Berlinale – kino zaangażowane, otwierające oczy na problemy jakimi żyje świat i zanurzone w lokalnej kulturze. Twórcy tych obrazów za pomocą kamer opowiadają historie, które dotykają najbardziej palących świat kwestii: stosunku do inności, spraw kobiet, problemów władzy, krytycznie wypowiadają się o sprawach swoich narodów. Nie rezygnują też z zadawania zasadniczych pytań o stan ducha człowieka uwikłanego w historię często demaskują w ten sposób systemy, które nas ograniczają, i szerzą idee wyzwolenia i wolności.

To właśnie takie filmy wzbudziły w Berlinie największe zainteresowanie, zebrały najlepsze recenzje, a także nagrodzone zostały przez jury, któremu przewodziła w tym roku Tilda Swinton, wychowanka piewcy wolności artystycznej – Dereka Jarmana.
(…)

Stopklatka

Spada ranga Berlinale
„Dziennik”, poniedziałek 16 lutego 2009 08:00

Zupełnie nietrafiony werdykt – nie tylko jeśli chodzi o Złotego Niedźwiedzia, ale także o większość kategorii – powtarza błędy jurorów zeszłorocznego Berlinale i kompletnie rozmija się z atmosferą i duchem festiwalu. W rozdaniu nagród pominięto najważniejsze filmy i kreacje aktorskie

Przyznanie nagrody peruwiańskiemu „Milk of Sorrow” Claudii Llosy dowiodło, że po raz kolejny zmęczona Europa uległa egzotycznemu kinu, w przypadku którego brak zrozumienia jest odbierany jako wielka głębia znaczeń i treści. W tym kontekście boczną nagrodę dla „Tataraku” Wajdy należy potraktować jako wielki błąd jurorów.

Tegoroczny 59. festiwal filmowy w Berlinie nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Imponująca lista znaczących twórców w konkursie głównym, m.in. Stephen Frears, Lukas Moodysson, Sally Potter, chiński mistrz Chen Kaige czy Grek Theo Angelopoulus zaprezentowali filmy poniżej oczekiwanego poziomu i zebrali chłodne, a czasami miażdżące recenzje. Uratować sytuację mógł rozsądny werdykt. Tymczasem jury pod przewodnictwem Tildy Swinton zignorowało najwyżej oceniane przez krytykę filmy – brytyjsko-francuską koprodukcję „London River”, irańskie „About Elly” i świetnie przyjęty „Tatarak” Wajdy. Tytuły, o których było w Berlinie najgłośniej, wprawdzie zostały wyróżnione, ale niekoniecznie w kategoriach, w których na te nagrody zasługiwały.

Na żadną nagrodę nie zasłużył zdobywca Złotego Niedźwiedzia – drugi film w karierze peruwiańskiej reżyserki Claudii Llosy „La Teta asustada”. Odwołując się do ludowych wierzeń i rytuałów, próbuje ona uchwycić traumatyczne przeżycia pokolenia czasów terroru w Peru, który panował od początku lat 80. do końca 90. Wedle ludowych wierzeń tytułowe mleko smutku to choroba, na którą cierpią wszystkie dzieci urodzone w złym okresie – z mlekiem matki przekazany im bowiem został nie tylko smutek, ale także lęk, melancholia i fizyczna słabość. Bohaterka filmu Fausta jest jedną z takich ofiar. Matka karmi ją śpiewano-recytowanymi drastycznymi opowieściami o tym, jak była gwałcona, jak zmuszano ją do zjedzenia penisa zabitego męża. Córka nie odróżnia rzeczywistości od tych opowieści – boi się mężczyzn i nosi w waginie ziemniak, by uchronić się przed ich atakami. Sposobem na oswojenie jej lęku jest śpiew, którym zainteresowana jest jej pracodawczyni. Po śmierci matki Fausta najmuje się jako służąca, by zarobić na pogrzeb i transport ciała do jej rodzinnej wioski.

Portretując lokalne zwyczaje, obrzędy pogrzebowe, przesądy i lęki Llosa wraca do tematów, które fascynowały ją w debiutanckim filmie „Madeinusa”. Rozgrywał się on w wiosce w peruwiańskich Andach i opowiadał o najważniejszych świętach dla tamtejszych Indian – Wielkanocy. Reżyserka pokazała okres od Wielkiego Piątku do Święta Zmartwychwstania, który przez mieszkańców jest tradycyjnie czasem bez Boga – nie ma wówczas prawa, moralności, grzechu i wszystko wolno. Film miał szerszy kontekst religijny, wychodziły poza granice etnograficznej ciekawostki. Tymczasem „La Teta asustada”, porywając się na połączenie kina politycznego z kinem etnicznym, odniosło porażkę. A symbolicznie odcinająca pędy rosnącego w niej ziemniaka Fausta – tak jakby chciała odciąć się od kultury, która narzuciła jej rolę słabszej i innej – wypada zwyczajnie karykaturalnie.

Widząc taki werdykt jury, trudno nie oburzyć się za przyznanie Wajdzie jedynie nagrody im. Alfreda Bauera– za poszerzanie horyzontów sztuki filmowej. To fascynujące, że 82-letni reżyser ma być wzorem innowacyjności dla młodszych kolegów, ale „Tatarak” – najlepszy film Wajdy od dekady – zasługiwał na więcej, przynajmniej nagrodę za scenariusz i za przejmującą kreację Krystyny Jandy. Wajda, rozmawiając z „Dziennikiem”, opowiadał o „Tataraku”: „Mnie się wydaje, że kino w ogóle idzie w tę stronę, by łączyć film fabularny z filmem dokumentalnym. Coraz częściej widzi się materiał dokumentalny, który jest częścią fabuły. Może to jest jakaś droga do nowych rozwiązań w filmie”. Choć polski reżyser odebrał nagrodę z uśmiechem, po werdykcie jury pozostaje niesmak.

I to nie pierwszy rok, kiedy Berlin ma kontrowersyjne rozdanie nagród. W zeszłym roku po politycznej nagrodzie dla brazylijskich „Elitarnych” jury pod przewodnictwem Costy Gavrasa dostało się za koniunkturalizm. Tym razem członkowie komisji zaserwowali mieszankę jeszcze mniej strawną – eskapistyczno-polityczno-mitologiczną. Podczas konferencji prasowej otwierającej festiwal aktorka Tilda Swinton i pisarz Henning Mankell mówili o potrzebie kina komentującego sytuację tu i teraz, o tym, że zbyt wiele bolesnych historii pozostaje nieopowiedzianych. Taka deklaracja pasowała do społeczno-politycznego profilu Berlinale. Tylko dlaczego mając do wyboru kilka niezłych filmów, którym udało się uchwycić złożone problemy naszych czasów, zdecydowano się na najgorszy?

Werdykt skrzywdził świetne „London River” Rachida Bouchareba, w którym splatają się losy Brytyjki i muzułmanina z Francji. Oboje poszukują swoich dorosłych dzieci, które zaginęły w dniu ataków terrorystycznych na londyńskie metro. Film zasługiwał na nagrodę dla grającej główną rolę Brendy Brethlyn, ale nie zdziwiłaby też nagroda dla niego za reżyserię, scenariusz czy nawet Złoty Niedźwiedź. Zamiast tego jurorzy w „London River” dostrzegli partnerującego Brethlyn i słabszego od niej Malijczyka Sotigui Kouyate (współpracował m.in. z Peterem Brookiem przy „Mahabharacie”). Nagroda dla aktorki powędrowała w ręce Brigit Minichmayr („Alle Anderen”), która ani z Brethlyn, ani z fantastyczną Jandą w „Tataraku” nie mogła się równać.

Z kolei amerykański „Messenger”, przez wielu typowany do nagrody dla aktora Bena Fostera i też znakomicie wpisujący się w formułę Berlinale, zasłużył jedynie na Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz. Opowiada on historię dwóch oficerów, którzy po powrocie z Iraku muszą poinformować rodziny zabitych żołnierzy o śmierci bliskich. Na szczęście w swoim kinowym debiucie Izraelczyk z Nowego Jorku Oren Moverman zgrabnie ucieka od banału obecnych filmów o wojnie, stracie, polityce amerykańskiej, ale przede wszystkim o jego sile stanowi gra młodego Fostera.

W tym roku dystrybutorzy wyjechali w Berlina prawie z pustymi rękami. Wielu narzekało, że kryzys spowodował, że kupili 2 – 3 razy mniej filmów niż zwykle. W sytuacji, kiedy rynek się kurczy, targi nie są tak intratną imprezą, jaką były jeszcze rok temu. Szefowie festiwali powinni bardziej uważać, komu powierzają wybór zwycięskiego filmu, bo na obniżenie prestiżu artystycznego swoich imprez chwilowo nie mogą sobie pozwolić.

Magdalena Michalska

Andrzej Wajda nagrodzony za innowacyjność w Berlinie
16.02.2009

Andrzej Wajda nie wyjechał z Berlina ze Złotym Niedźwiedziem – nagrodą za najlepszy film – ale jego „Tatarak” wzbudził tak wielkie zainteresowanie na 59. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, że jury nie pozostawiło go bez wyróżnienia. 83-letni reżyser odebrał w sobotę nagrodę im. Alfreda Bauera za innowacyjność.

„Tatarak” na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza i „Zapisków ostatnich” Krystyny Jandy to film osobisty, wręcz intymny. Janda w swoich „Zapiskach” szczerze opisała uczucia, jakich doznawała gdy umierał jej mąż, operator filmowy Edward Kłosiński. Pierwsza część „Tataraku” to przejmujący monolog Krystyny Jandy występującej jako ona sama, sfotografowany niczym scena wyjęta z obrazu amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera.

Ale film ten opowiada również o fascynacji Marty, chorej, odchodzącej już ze świata kobiety w kwiecie wieku (Janda) młodym chłopakiem Bogusiem (urodzony w USA Paweł Szajda). W dodatku wszystko wpisane jest w konwencję filmu w filmie – widzimy jak Wajda omawia z Jandą kolejne sceny „Tataraku” czy jak aktorka ucieka z planu w trakcie wyjątkowo wyczerpującej emocjonalnie sceny.

Widzowie, którzy mieli szczęście obejrzeć „Tatarak” w Berlinie, zwracali uwagę właśnie na przejmującą rolę Krystyny Jandy. Niestety, Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszą rolę kobiecą jury festiwalu przyznało Birgit Minichmayr za film „Alle Anderen”. – „Tatarak” jest bardzo mocno oparty na Jandzie. Jej rola w tym filmie jest wybitna – mówi Joanna Malicka, filmoznawczyni, uczestniczka festiwalu w Berlinie. – Uważam, że skrzywdzoną ją nie przyznając Srebrnego Niedźwiedzia. Za to Wajda dostał nagrodę jak najbardziej słusznie za innowacyjność, bo „Tatarak” w niezwykle świeży sposób mówi o starzeniu się i śmierci, tematach wydawałoby się już ogranych. Nie jest to łatwe kino, niektórzy twierdzili, że film jest trudny, dziwny i nudnawy, ale ja uważam, że jest fantastycznie zrobiony – dodaje Malicka.

Najważniejszą statuetkę – Złotego Niedźwiedzia – otrzymał peruwiański film „La teta asustada” w reżyserii znanej w Polsce m.in. z „Madeinusy” Claudii Llosy.

Grand Prix Jury – Srebrne Niedźwiedzie – powędrowały do niemieckiego „Alle Anderen” w reż. Marena Ade i urugwajsko-argentyńsko-niemieckiego „Gigante” w reż. Adriana Binieza.

To kino artystyczne, oparte na literaturze najwyższej klasy

Dzieło 83-letniego Wajdy podbiło serca jurorów festiwalu w Berlinie. Michał Kwieciński, producent „Tataraku”, relacjonuje sukces Magdalenie Rigamonti

Dlaczego „Tatarak” nie wziął Złotego Niedźwiedzia?

Bo odstawał od reszty filmów.

Był gorszy?

Po prostu zdecydowanie inny. W tym roku większość filmów pokazywanych na festiwalu to obrazy o wielkich problemach społecznych. Wygrała fabuła z Hiszpanii, rozgrywająca się w Peru i dotycząca tamtych realiów. Drugie miejsce zajął obraz urugwajski. Widać było, że jurorzy stawiają na filmy zaangażowane, pokazujące światy dla Europejczyka zupełnie nieznane.

„Tatarak” im się nie podobał?

Z tego, co wiem, podobał się bardzo, ale nie mieścił się w społecznym nurcie. To kino artystyczne, oparte na literaturze najwyższej klasy, opowiadające o uczuciach. Myślę, że prestiżowa nagroda im. Bauera, którą przyznano „Tatarakowi” jest szczera, bo film został świetnie przyjęty. Szeroko komentowano połączenie emocjonalności z nietypową formą.

Wajda wydawał się zdziwiony werdyktem jury…

Nie spodziewał się żadnej nagrody, bo wiedział, że kino społeczne jest bardzo silnie reprezentowane.

Chciał, żeby nagrodę dostała Janda. Była typowana do Srebrnego Niedźwiedzia.

 

 

Niemiecka prasa o „Tataraku”
Jerzy Płażewski
2009-02-18

Jury Berlinale, jednego z trzech największych festiwali filmowych świata, potwierdziło międzynarodową rangę kina polskiego. Świadczy o tym nagroda dla „Tataraku” Andrzeja Wajdy z niebywałą rolą Krystyny Jandy

Film dostał Nagrodę Alfreda Bauera. W Polsce premiera wiosną. Cytujemy fragmenty opinii berlińskich dzienników na dowód, &

 

Andrzej Wajda w Filmówce
2009-05-06

Znany reżyser przyjechał w środę do Łodzi na spotkanie ze studentami łódzkiej szkoły filmowej.

Wajda wysiadł z pociągu z Warszawy punktualnie o godz. 16.50. Obecności na peronie rektora Roberta Glińskiego mógł się spodziewać, ale tego, że towarzyszący mu studenci będą ubrani w kostiumy z „Pana Tadeusza”, już nie. Nie tylko Wajda był zaskoczony, również podróżni – i strojami, i obecnością reżysera na Fabrycznym. W ruch poszły aparaty fotograficzne i komórki.

W szkole na Wajdę także czekała niespodzianka. Legendarne schody będą od wczoraj ozdabiane przez okolicznościowe tabliczki poświęcone słynnym absolwentom. „Andrzej Wajda przesiadywał tu w latach 1949-53” – głosi pierwsza z nich. – Jestem wzruszony – nie krył reżyser.

Kiedy Wajda chodził dobrze znanymi sobie szkolnymi korytarzami, po których oprowadzał go rektor Gliński, studenci oglądali jego najnowszy film „Tatarak”. – Czego się pan spodziewa po spotkaniu z nimi? – pytali dziennikarze. – Bardzo surowej krytyki. Tu nigdy inaczej nie było. Gdy studiowałem, nic nam się nie podobało.

A jednak. Krytyki nie było. Za to reżyser z humorem odpowiadał na pytania, sypiąc anegdotami. – Z czego jest pan niezadowolony w „Tataraku”? – pytał jeden ze studentów. – Z widowni. Po tylu latach zmagań w polskim kinie miałem nadzieję na większą frekwencję – mówił Wajda. – Telewizja tak ukształtowała gusta, że widownia jest przyzwyczajona do łatwizny. I nie szuka w kinie sztuki.

Ale zaraz dodawał otuchy studentom. – To się może zmienić, sytuacja nie jest beznadziejna. Potrzeba odbudowania sieci kin studyjnych i dyskusyjnych klubów filmowych. Kina powinny pojawić się znowu na prowincji, dziś między Krakowem a Kielcami nie ma żadnego, a bilety powinny być tańsze. Nie idźcie na łatwiznę i nie wychodźcie naprzeciw oczekiwaniom masowej publiczności. Zadziwiajcie widza, opowiadajcie mu o świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia.

I znów dopiekł TVP. – Tam pracuje osiem tysięcy ludzi. A w Polsacie 240. Czy muszę mówić więcej?

Tłumaczył także dlaczego po „Katyniu” sięgnął po kameralne kino. – Nie warto robić filmów podobnych do siebie. A poza tym znów chciałem spotkać się na planie z Krystyną Jandą. Warto spełniać marzenia, bo życie jest takie krótkie. Człowiek nie zrobi nawet 50 filmów i już koniec.

Jakub Wiewiórski
Gazeta Wyborcza Łódź

WYWIAD: Andrzej Wajda o spotkaniu sztuki ze śmiercią

Kilkanaście dni temu w sklepach pojawiło się wydanie DVD z najnowszym filmem Andrzeja Wajdy pt.”Tatarak”. Mistrz polskiego kina łączy w nim wątki z opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza i Sándora Márai’ego z niezwykle intymnymi wspomnieniami Krystyny Jandy dotyczącymi śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego.

W wywiadzie udzielonym dla Filmwebu Wajda opowiada o duchach i pracy nad filmem, a także tłumaczy, dlaczego lubi przenosić na ekran opowiadania Iwaszkiewicza. „Tatarak” to trzecie, po „Brzezinie” i „Pannach wilka”, spotkanie reżysera z twórczością wybitnego pisarza.

Nie myślał Pan nigdy, aby w dowodzie osobistym obok zawodu reżyser dopisać jeszcze „egzorcysta”?

Andrzej Wajda: Egzorcysta? Ale w jakim sensie?

Przecież bohaterami większości Pana filmów są duchy. Zarówno te wielkie, mające znaczenie dla całego narodu (jak w „Popiołach” czy „Katyniu”), jak i te małe, prywatne – jak we „Wszystko na sprzedaż” czy „Tataraku”. Pan próbuje te duchy obłaskawić.

Ale czy to nie jest w ogóle domena sztuki? Oczywiście, że u nas te duchy nabierają innej wyrazistości, bo łączą się z naszymi nieszczęściami narodowymi. Ogromna część naszego świadomego życia to zmaganie się z sytuacją polityczną, która odbiera nam możliwość działania, odbiera wolność – najpierw przez sto lat niewoli, potem przez krótki okres dwudziestolecia międzywojennego, potem pięć lat okupacji i prawie pięćdziesiąt lat zależności od Związku Radzieckiego. I nieustannie, choć duch musi istnieć, natrafia na różnorakie ograniczenia. Myślę, że może w tym sensie wszyscy polscy artyści, którzy chcą odmienić tę sytuację, odwołują się jakoś do tego ducha. Ponieważ nie mamy armat, staramy się, żeby duch przetrwał. Muszę powiedzieć, że polska literatura, a po wojnie polskie kino, w dużym stopniu taką rolę odegrały. Przeszliśmy przez te wszystkie ciężkie lata i zachowaliśmy swoją narodową tożsamość.

Teraz powiedział Pan o narodowych duchach. A co z tymi prywatnymi? Przecież w „Tataraku”, który jest po części opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, a po części niezwykle intymnym monologiem Krystyny Jandy, próbuje Pan ze swoją aktorką obłaskawić ducha jej zmarłego męża, zmarłego w ubiegłym roku wybitnego operatora Edwarda Kłosińskiego.

Jeżeli tak pan myślał, to każdy pisarz oraz niektórzy reżyserzy mogliby nazywać siebie egzorcystami. Oswajaliby człowieka ze śmiercią, niepowodzeniami oraz faktem, że nie wszystko potoczy się tak, jakby tego chciał. W tym sensie, tak. Można by nazwać nas, którzy staramy się odkryć, na miarę swojego talentu, duszę ludzką. Staramy się wesprzeć człowieka, który zawsze żyje w otoczeniu mu przeciwnym. Przeciwna jest przyroda, państwo, często rodzina. Bardzo niewiele rzeczy wspiera człowieka w jego dążeniu i dlatego tematem sztuki są silne charaktery i dążenia. To staramy się wyeksponować, bo wydaje nam się, że to jest jedyna droga, aby człowiek wyznaczał własne perspektywy, przesuwał jak najdalej granice zniewolenia.

Miłość i śmierć to chyba Pańskie dwa ulubione tematy?

(śmiech) No wie pan, „ulubiony” to może nie jest akurat dobre słowo, ale faktycznie te tematy pojawiają się u mnie najczęściej. Powiem panu dlaczego. My, którzy przeżyliśmy wojnę, mieliśmy świadomość, że lepsi, odważniejsi i śmielsi nie przeżyli jej, bo zaangażowali się, zginęli w lesie, w akcjach albo w Powstaniu Warszawskim. Staliśmy się więc głosem tamtych, którzy głosu już nie mieli. Śmierć nie była dla nas czymś odległym. Nie mówiliśmy sobie, że to się może gdzieś tam kiedyś stać. Śmierć była na każdym kroku. Jednego człowieka zastrzelili przy mnie. Wieźli go bryczką, najprawdopodobniej na przesłuchanie z jednego więzienia do drugiego. On wyskoczył z tej bryczki i zaczął uciekać. I szedł ulicą taki żołnierz, spojrzał tylko, zrzucił karabin, złożył się, strzelił i trafił zbiega w plecy. Wtedy zobaczyłem, że w każdej chwili każdy może być zlikwidowany.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z Edwardem Kłosińskim? Ponoć o mało nie wylał go Pan z posady szwenkiera na planie „Brzeziny”, ponieważ miał problemy z obsługą głowicy korbkowej.

Edwarda przywołał ze szkoły filmowej robiący zdjęcia do „Brzeziny” Zygmunt Samosiuk. Nie ingerowałem w tę decyzję, bo zawsze uważałem, że operator powinien dobrać swoich ludzi. Widziałem jednak, że Edwardowi bardzo trudno szło. Był po prostu strasznie zdenerwowany. Praca szwenkiera wymaga refleksji. Wszystko, co się dzieje, dzieje się szybko i tylko człowiek, który ma w sobie spokój, zdąży uchwycić to, co się dzieje. Ktoś, kto jest nerwowy, nie może tej nerwowości złapać. Kamera nie działa wówczas tak, jakbyśmy chcieli. Mnie zależało na tym, żeby kamera w „Brzezinie” płynęła. Rzeczywiście, był taki moment, gdy zastanawiałem się, czy nie szukać kogoś innego, ale Zyzio pięknie stanął w obronie swojego podopiecznego (śmiech). Obronił go do tego stopnia, że w niedługim czasie staliśmy się z Edkiem Kłosińskim dobrymi przyjaciółmi. Wkrótce powierzyłem mu zdjęcia w jednym z moich najtrudniejszych projektów. „Ziemi obiecanej”… A potem zrobiliśmy jeszcze niezwykle ważnego „Człowieka z marmuru”, no i „Człowieka z żelaza”.

Były jeszcze „Bez znieczulenia” i „Panny z Wilka”. Ale potem, w latach 80., Państwa drogi zawodowe się rozminęły.

Edward zaczął pracować o wiele więcej na Zachodzie, w Berlinie. Ja z kolei przez całe życie poszukiwałem różnych ludzi do różnych filmów. Czym innym jest „Ziemia obiecana”, czym innym jest „Wesele” albo taki film jak „Człowiek z żelaza”, który powstaje in statu nascendi – wtedy, kiedy te wydarzenia polityczne mają miejsce.

Pierwsza wersja scenariusza „Tataraku” powstała wiele lat temu…

Jeżeli chce się robić filmy polityczne, to od czasu do czasu, aby nie stać się maniakiem tego gatunku, trzeba poszukać jakiejś odtrutki. Iwaszkiewicz jest pod tym względem dobry. U niego polityka nie gra głównej roli. On wolał pochylać się nad życiem i wiedzieć, dlaczego jego bohaterowie żyją. Wyławiać z tego wszystkiego jakąś głębszą refleksję. Film polityczny idzie szybko, bo jest agitacyjny i musi poruszać widownię. A przy dziełach w rodzaju ekranizacji Iwaszkiewicza nie trzeba się z niczym śpieszyć, tylko przyjrzeć się temu, co jest dookoła. I tekst „Tataraku” wywarł na mnie duże wrażenie dawno temu.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że „Tatarak” był odtrutką na „Katyń”.

Po „Katyniu” zrozumiałem, że jeżeli mam dalej robić filmy, to muszę szukać innego świata. Problem polegał wyłącznie na tym, że „Tatarak” jest krótkim opowiadaniem. Żeby nie wiem jak się starać, to opowiadanie nie może wyjść poza 40 minut. A film musi mieć przynajmniej półtorej godziny. Od samego początku myślałem, że jeżeli mam wprowadzić drugą część, to muszę uzmysłowić widzowi, iż ja się po latach spotykam z Krystyną Jandą, iż robię ten film dla postaci, którą ona gra. Na drugą część były różne pomysły. Miałem inne opowiadanie, które też się nie dawało powiększyć do całego metrażu. Jego bohaterem był aktor, ale równie dobrze mógł stać się aktorką. Jednak w momencie, gdy Krystyna Janda dała mi do przeczytania swoje wyznanie, problemem stało się dla mnie tylko to, czy ona zdecyduje się to powiedzieć przed kamerą.

„Tatarak” był pierwszym od 27 lat filmem, przy którym pracował Pan z Krystyną Jandą.

Dosyć dawno żeśmy się ze sobą rozstali, ale w międzyczasie ona starała się jakoś odnaleźć nie tylko jako aktorka, ale i w ogóle osobistość świata kultury, który otworzył się, gdy nastąpiła wolność. Jestem wielkim zwolennikiem jej decyzji, że znalazła miejsce w swoim teatrze. Ten teatr gra to, co ona chce. Krystyna ma stałą widownię czekającą na jej kolejne przedstawienia. Tyle teatrów bierze pieniądze od Państwa, ale tylko Krysia potrafi zrobić przedstawienie za darmo na MDM-ie. Niektórzy ludzie widzą pierwszy raz aktorów na własne oczy, dowiadują się, że takie przedsięwzięcie w ogóle jest. Myślę, że jej działalność społeczna jest w jakimś sensie zakotwiczona w tych filmach, które razem zrobiliśmy.

Córka Jarosława Iwaszkiewicza stwierdziła jakiś czas temu, że jest Pan najlepszym adaptatorem twórczości jej ojca. Ponoć w Pańskiej relacji z pisarzem były „dobre fluidy”. Skąd się one brały?

Może to się brało stąd, że obaj byliśmy bardzo zajętymi ludźmi. Ale wielkie w Iwaszkiewiczu było to, że on potrafił się odnaleźć w chaosie wydarzeń i obowiązków wynikających z pełnienia funkcji prezesa literatów. Iwaszkiewicz potrafił znaleźć taką izolację dla siebie, żeby napisać o tym, co się dzieje tuż obok. Jechał do Rzymu albo leciał na Sycylię po to, żeby napisać, co się dzieje w Brwinowie między zwykłymi ludźmi. To mnie zachwycało. Ponieważ brakowało mi czegoś takiego w moich filmach, szukałem materiału literackiego, w którym mógłbym to znaleźć. Wydawało mi się, że dobrze jest spotkać się z takim niespiesznie, ale za to dokładnie obejrzanym światem.

Łukasz Muszyński

 

Sweet Rush

 

Lost in Transition
by Jeff Reichert

Sweet Rush
Dir. Andrzej Wajda, Poland, no distributor

Is 2009 the year of Wajda? After the U.S. release of his long-gestating Katyn last February, Sweet Rushpremieres a few short months later at the New York Film Festival. This kind of confluence is usually more the result of the vagaries of distribution than any sort of creative surge (though, seeing Claire Denis’s excellentWhite Material uptown at NYFF while her similarly excellent 35 Shots of Rum hangs in downtown at the Film Forum has to be regarded as some kind of positive augur for the state of world cinema), but even if Katyn was a Hindenburg of a piece, and Sweet Rush is something of a lesser excursion, two films in one year from the 82-year-old Pole is a gift worth embracing. It’s already been noted, but it’s worth repeating: along with Wajda, NYFF entries from Rivette, Resnais, and Oliveira make this year’s edition something akin to a geriatric director’s convention. That no film is an embarrassment, and most approach the heights achieved by these filmmakers’ youthful excursions, suggests that, for the right artists, the quality of artmaking is ageless.

Sweet Rush, the second film in the festival to open with hazily inviting shots of blowing grasses (the other being Resnais’s Wild Grass), kicks into gear with a dire monologue from lead Krystyna Janda detailing how the initial production plans for the film had to be put on hold for a year due to her husband’s (Edward Klosinski, Wajda’s cameraman for Man of Marble and Man of Iron) death from cancer. Janda, icily blonde, like a freeze-dried Gena Rowlands, stalks the spare room, lit only by the glow from its single window, as she delivers her self-scripted speech, recounting in frightful detail the events leading up to the cancer and how they collided with calls from her director about plans for the film and how Sweet Rush grew to be a very different kind of film. For his part, Wajda sits back and doesn’t disrupt focus or tone by moving the camera closer to his actress for easy emotional effect.

When the unbroken take finally cuts, Wajda takes us to another place entirely—a riverside dock, where Janda and Wajda discuss the titular marsh plant and scenes from the movie that we’re about to see. The documentary continues until an assistant strikes the clapper to start the first scene of the original Sweet Rushscenario, and the film switches modes seamlessly into a post-WWII period drama in which Janda (now an earthy, welcoming redhead) plays Marta, a country doctor’s lonely wife unknowingly dying of cancer who slips into a romance with a young town stud. Marta’s absent son, killed in the Warsaw uprising (a piece of information that raises the specter of Kanal), hangs over her narrative, lending her instantly familiar and physical interactions with the boy a queasy aspect. These jarring and intriguing hops from staged monologue to assumedly unstaged documentary realism to an obviously filmic space suggests that Sweet Rush will constantly shuttle back and forth between modes.

It might have been a more successful film if it had—Sweet Rush sticks too long with its overly familiar sun-dappled memory play before bringing us back to the monologue’s continuation, and reintroduces the documentary element even later. After Marta meets her young tryst for a rendezvous on the beach, his body conspicuously revealed, hers more discreetly covered, and the two roll around together in the sand for a spell, the boy nearly drowns while swimming across the river to procure for her the titular rushes. As she tries in vain to save him, Wajda cuts back to behind his cameraman (the always estimable Pawel Edelman) in time to see Janda break the take and head for the shore, much to the crew’s confusion. Soon after, she’s waiting by a modern highway, trafficked by modern cars, but still sporting her red wig and Fifties swimming suit. It’s a neat trick if you don’t stop for a second and wonder: “What the hell is the camera doing here?”

All three of the film’s modes pun off of each other in exactly the ways they’re supposed to—Marta’s fictional cancer rhymes with Klosinski’s real cancer and the documentary ties the events of the monologue to the events of the script. The idea is impeccable, and so is the production, but Sweet Rush remains mostly airless as enacted, a function of the fragmented conception that collides the three main strands over the film’s brief running time. I’m not sure the melodrama would have worked on its own terms, just as I’m not sure that further crosscutting would have fixed the uneven sense left by the oddly weighted bits. Even so, the film is still a confoundingly enjoyable muddle, mostly because of Janda, compelling both as her grieving self and a lusty country housewife. But even if Wajda’s construction can be faulted, one can’t help but assume this reconceived tripartite project is more watchable than the straightforward melodrama that was initially planned would have been. If Sweet Rush had been made by a young Polish (or Swedish or American) director, it’d probably be laughed out of theaters. Wajda makes it, and it’s still somehow adorable. There’s the curse of auteurism for you.

 

Sweet Rush, 2009

Part coming of age story set in the aftermath of the Warsaw Uprising, and part personal testament by lead actress Krystyna Janda on her husband, Edward Klosinski’s battle with cancer during filming, Andrzej Wajda’s poignant, if disarticulated Sweet Rush, on the surface, suggests kinship with the metacinema of Abbas Kiarostami in exploring the interpenetration between art and life. This ambiguity is suggested in the film’s opening sequence, as Janda awakens gasping for breath in a sparely furnished room before expressing her recounting her husband’s diagnosis, reluctance to embark on a new project, and disbelief that he would succumb to his illness. However, inasmuch as the scene suggests a shift from dream to reality, it also underscores its construction – Janda’s acting in the staged awakening and delivery of the subsequent monologue. The juncture between reality and fiction is also reflected in the image of a film crew setting up a scene that transitions to the sequence of a country doctor (Jan Englert) diagnosing his wife Marta’s (Janda) terminal illness. Still mourning the loss of her sons and distanced from her overworked husband, Marta begins to turn her attention to a handsome young man, Bogus (Pawel Szajda), briefly finding a renewed sense of purpose in her life in the midst of disillusionment and uncertainty. At the core of Wajda’s interweaving stories of grief and loss is the nature of performance. Juxtaposing Janda’s real-life ordeal with the tragic denouement of the fiction film, Wajda transforms a seemingly conventional, period romance into an intimate and contemporary tale of enduring love and, in the process, elevates the grace of everyday struggle into the realm of art.

http://www.tvn24.pl/24467,1633410,0,1,europejska-nagroda-filmowa-dla-wajdy-za-tatarak,wiadomosc.html

 

http://www.arte.tv/de/Videos-auf-ARTE-TV/2151166,CmC=2987602.html


KULTURA, TEKSTY Z WIĘZI
5 stycznia 2018
„Tatarak” – intymna opowieść Jandy o umieraniu. 10 lat temu zmarł Edward Kłosiński, mąż aktorki, operator filmowy

– „Tatarak” to film piękny i misterny, skomponowany z wielu materii – mówiła Katarzyna Jabłońska w rozmowie z ks. Andrzejem Lutrem. – Wajda dał nam piękną historię, gdzie intensywność życia miesza się z bólem niespełnienia i śmierci – odpowiadał ksiądz.
Ksiądz: Andrzej Wajda, osiemdziesięciodwuletni mistrz polskiego kina zrealizował – nie waham się tego powiedzieć – arcydzieło. Jego „Tatarak”, oparty na podstawie krótkiego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, mówi z jednej strony o próbie godzenia się z ostatecznością, a z drugiej – o pragnieniu życia pomimo tragicznych doświadczeń, o tęsknocie za miłością i młodością, niepostrzeżenie przechodzącą w śmierć.
Pozornie podobnych problemów dotyka „Lektor” Stephena Daldry’ego zrealizowany według głośnej powieści Bernharda Schlinka. Pozornie, bo perspektywa angielskiego reżysera jest diametralnie inna. Marta, bohaterka Wajdy i Iwaszkiewicza, traci synów w czasie Powstania Warszawskiego. Hanna Schmitz, główna bohaterka Daldry’ego i Schlinka, to strażniczka z obozu koncentracyjnego Auschwitz. Obie w tym samym czasie, prawie dwanaście lat po wojnie, przeżywają swoją ostatnią miłosną fascynację, próbują choć na chwilę odwrócić się od swojego bolesnego niespełnionego życia. To okazuje się jednak niemożliwe, niezależnie od tego, czy tragiczna przeszłość była bohaterska czy zbrodnicza. Wydarzenia sprzed lat stały się piętnem nie do zatarcia.
Zdaję sobie sprawę z ryzykowności zestawienia tych dwóch postaci, ale przecież taki jest nasz świat: zło i dobro istnieją tuż obok siebie. Synowie Marty zginęli zabici przez hitlerowców, „tak ich wychowaliśmy” – powie Marta, która nigdy nie pogodziła się z tą stratą. Esesmanka Hanna jest winna śmierci wielu ludzi, ukrywa swoją tajemnicę, może wyparła ją z pamięci. Jednak człowiek, w którym pozostała choćby odrobina wrażliwości nie wyzwoli się od demonów przeszłości. I to też jest rodzaj cierpienia.
Kobieta: Marta z „Tataraku” i Hanna z „Lektora”… Inicjujesz, Andrzeju, trudne i niezwykłe spotkanie, tym bardziej, że jego uczestniczką jest jeszcze jedna osoba – Krystyna Janda. W „Tataraku” wciela się nie tylko w postać Marty, ale również… samej siebie. Dużą część filmu stanowi monolog aktorki, w którym opowiada o śmiertelnej chorobie nowotworowej i umieraniu swojego męża – znakomitego operatora, Edwarda Kłosińskiego. Ten właśnie monolog rozpoczyna „Tatarak” i muszę przyznać, że sam jego początek wzbudził mój dystans – Krystyna Janda w czarnej satynowej piżamie i czarnych szpilkach zaczyna wieść swoją opowieść. Dystans szybko zniknął, Janda opowiada o rzeczach najboleśniejszych i najtkliwszych – o trwaniu przy cierpiącym mężu, o umieraniu człowieka, który był w jej życiu kimś pierwszym. Satynowa piżama i szpilki nie są ozdobnikiem czy stylizacją, są rekwizytem, który pozwala zdobyć się na odwagę rozpoczęcia opowieści (pisarz ma do dyspozycji słowa, aktor kostium). Rekwizytem, który bardzo szybko okaże się niepotrzebny.
Opowieść Jandy jest spokojna, wyciszona – jest w niej ta charakterystyczna święta cisza, którą przynosi ze sobą śmierć. Aktorka nie boi się szczerości, ale przecież nie wyjawia nam spraw najsekretniejszych – te pozostają własnością jej i zmarłego męża. Jestem wdzięczna i za tę szczerość – mam wrażenie jakbym słuchała zwierzeń mnie tylko wyjawionych – i za tę dyskrecję, za to, że nie ujawnia mi się spraw, do których jako obca nie powinnam mieć dostępu.
Masz rację, Andrzeju, „Tatarak” to film piękny i misterny – skomponowany z wielu materii: opowiadania Iwaszkiewicza i Sándora Máraia – zadziwiające jak te dwa teksty cudownie się spotkały i dopełniły – intymnego dziennika Krystyny Jandy, a także filmowych notatek z planu filmowego. Dzięki tym ostatnim wchodzimy niejako „za kulisy”, widzimy aktorów, reżysera, ekipę filmową w trakcie ich pracy. Tutaj to bardzo adekwatne, ten film opowiada przecież i o tym, co dzieje się za kulisami… życia.
Ksiądz: Wajda pragnął w „Tataraku” po latach spotkać się na planie filmowym z Krystyną Jandą, która debiutowała u niego w „Człowieku z marmuru”. Rola Marty była od początku zarezerwowana dla niej. I nagle ta straszna wiadomość: Edward Kłosiński, mąż aktorki, jest chory na raka. Brał chemię. Janda była cały czas przy nim. Nie mogła zostawić go dla filmu. Niedługo potem zmarł.
W tej eschatologicznej atmosferze Wajda i Janda zaczynają pracę nad filmem. Pamiętasz, Kasiu, tę scenę filmu w filmie? Aktorka czyta fragment z Iwaszkiewicza: „Kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby watą…” – siedzący obok Wajda podaje jej do powąchania to dziwne zielsko, bylinę albo, jak niektórzy mówią, lepiech – a ona czyta dalej: „…czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek”. Tak blisko siebie istnieją zieleń łodyg tataraku i woń gnicia, aromatyczny zapach i gorzki smak. Janda i Wajda czytają tekst, a w tle już widzimy film – młodzi ludzie z pokolenia tuż powojennego tańczą na molo w rytm melodii „Pamiętasz była jesień”. Musiało to być zatem po 1958 roku, kiedy Pożegnania Hasa już weszły na ekrany.
Kobieta: Wajda, jak zawsze, nie zawiódł Iwaszkiewicza
W trakcie realizacji filmu Janda pokazała Wajdzie swoje notatki z czasu choroby męża. Wajda zapytał: „Czy dajesz je tylko mnie, czy chcesz powiedzieć do kamery? Kiedy wyznała, że opowie to też innym, pomyślałem – opowiada reżyser – że ona z tymi myślami każdego dnia wraca do hotelu, gdzie w samotności wraca do tamtych chwil. Natychmiast stanęły mi przed oczami samotne kobiety w hotelowych pokojach namalowane przez Hoppera”.
Kobieta: Rzeczywiście coś z malarstwa Hoppera jest w scenach monologu Jandy. Nieruchoma kamera i ascetyczne wnętrze pokoju, gdzie snuje swoją opowieść, stanowią niezwykły kontrast z sensualną atmosferą i krajobrazem, w którym dzieje się akcja opowiadania Iwaszkiewicza. W chwili śmierci kochanej osoby nasz świat tężeje, zatrzymuje się, a my sami jesteśmy jakby zamrożeni w soplu lodu. Monolog Jandy o umieraniu Edwarda Kłosińskiego rozgrywa się właśnie w takim soplu lodu.
Ksiądz: Janda wypowiada go w ascetycznej scenografii – tylko łóżko i krzesło. Nie ma zbliżeń twarzy. Aktorka mówi spokojnie, bez egzaltacji: „guz na jednym płucu i cienie na drugim”. Cienie, czyli przerzuty, wyniki badań, szpital, budzący zaufanie lekarz („Leczyć się trzeba” – odpowiedział bez przekonania na pytanie: „co robić dalej”?). Czuwanie przy łóżku w domu. Kiedy mąż powiedział: „Andrzej zaczeka na ciebie z filmem”, to właściwie poinformował w ten sposób żonę, że wkrótce umrze…
Kobieta: Wajda zaczekał na Jandę, a ona podarowała mu nie tylko swój talent – jej Marta jest tak inna od wcześniejszych bohaterek aktorki, zdumiało mnie, że również fizycznie jest tak różna i zadziałała tu nie tylko charakteryzacja – ale swoją własną historię. „Decydując się na to – mówi aktorka – nie wiedziałam, jaki będzie rezultat artystyczny, ale przyznam, że było to dla mnie mniej ważne. Film powstał, jest skończony. Niezależnie od tego, jak zostanie przyjęty, nie żałuję. Coś, co było dla mnie najcenniejsze, zostało zarejestrowane na zawsze”.
Podarować swoją historię filmowi, oznaczało znowu ją przywoływać i przeżywać. Chociaż to bolesne, to dla człowieka w żałobie naturalne i paradoksalnie życiodajne – pozwala mu jeszcze przez chwilę być ze swoim ukochanym zmarłym.
Marta, bohaterka Jandy, również umiera, choruje na tę samą chorobę, co mąż aktorki. Mąż Marty, szanowany lekarz, zatai przed żoną jej chorobę. Nie stanie się ona dla nich szansą nowego spotkania i bliskości.
Ksiądz: Przyjaciółka, która przywiozła ze sobą wyniki badań Marty także nie odważy się wyznać jej prawdy, chociaż są sobie bliskie. To u niej latem 1944 roku przebywali jako goście synowie Marty i wtedy zginęli w powstaniu. Teraz czuje się jak kurier śmierci. Ale Marta wie, że umrze. Czuje to. Wszyscy zatem przeczuwają zbliżającą się śmierć. I wtedy Marta wraca do przeszłości, tęskni za młodością, pojawia się fascynacja pięknym młodym chłopcem, którego zobaczyła na przystani. Patrzy na ciało chłopaka, próbuje go dotknąć. Boguś staje się jakby wspomnieniem młodzieńczej miłości, czegoś, co zostało bezpowrotnie utracone, pojawia się tu tak charakterystyczna dla Iwaszkiewicza erotyczna gra ze śmiercią. W Marcie odżywają nie tylko zmysły, ale również, a może przede wszystkim niedopełniony instynkt macierzyński. Sposób w jaki odnosi się do Bogusia łączy namiętność z opiekuńczością.
Kobieta: Dla mnie czułe gesty Marty wobec Bogusia są bardziej macierzyńskie niż erotyczne. Jest w nich pewna płochość, jednak wydaje się ona wynikać raczej z zagubienia w całej tej sytuacji niż wybuchu namiętności. Marta nie bardzo wie, jak zachować się wobec młodego mężczyzny, w którym widzi swoich nastoletnich synów. Jej gesty nie zawsze są adekwatne i być może przez ich adresata tak zostają odczytane. Sam Boguś to postać również dosyć szczególna – zwyczajny do bólu, a przecież w jakiś sposób inny. Ta bladość jego ciała, przezroczystość, jakby przynależał nie do tego świata, chociaż tak bardzo jest z tego świata. A ich ostatnie spotkanie nad rzeką i wstrząsające ostatnie sceny – jakby ożyła „Pieta” Michała Anioła…
Ksiądz: Zgadzam się z tobą, scena w której Marta z trudnością podtrzymuje na rękach młodego mężczyznę jest tak wstrząsająca, że swoim wyrazem przypomina mi – bez żadnej przesady – rozpacz matki Boga pod krzyżem z „Ewangelii według świętego Mateusza” Pasoliniego.
Mówisz, Kasiu, o zwyczajności Bogusia. Andrzej Wajda długo szukał odtwórcy tej roli. Ostatecznie wybrał Pawła Szajdę, aktora ze Stanów Zjednoczonych, syna polskich emigrantów z początku lat 80. Zapytałem Wajdę, dlaczego właśnie jemu powierzył tę rolę. Reżyser odpowiedział, że Szajda wydał mu się „taki przedwojenny i taki nietknięty”.
Możemy zatem, Kasiu, powiedzieć, że Iwaszkiewicz znowu nie zawiódł Wajdy i nie zawiedli go jego aktorzy z Krystyna Jandą na czele.
Kobieta: A Wajda, jak zawsze, nie zawiódł Iwaszkiewicza.
Ksiądz: I nam, widzom, dał piękną opowieść, gdzie intensywność życia miesza się z bólem niespełnienia i śmierci.
Kobieta: Ten ból jest nie do pokonania, może jednak nie zawsze musi odbierać siły i sens? A czy ból, który spadł na Michaela – drugiego bohatera „Lektora” – kiedy dowiedział się o zbrodniczej przeszłości Hanny, coś w nim zniszczył czy otworzył?
Ksiądz: Myślę, że go zmienił. Pozwolił mu zobaczyć człowieka w całej jego złożoności, która gubi się w suchych, dychotomicznych paragrafach prawnych. W ogóle „Lektor” Bernharda Schlinka to wstrząsająca lektura, dotykająca „wciąż niedokończonych niemieckich zapasów z własną przeszłością” – jak określił to Adam Krzemiński. Dramat nie ma końca, bo wciąż żyją sprawcy i ofiary, a ich potomkowie nadal nie znajdują się w kręgu głównej zbrodni XX wieku.
Ekranizacja powieści powiodła się, ten znakomity film zrealizowano w konwencji zimnego melodramatu, co nie jest zarzutem, bo dobre kino gatunkowe robić najtrudniej. Przyznam się jednak, że nie bardzo interesują mnie rozliczenia niemieckie, o wiele ciekawsze tak w powieści, jak i w filmie jest ukazanie siły zła. Możemy powiedzieć za Hannah Arendt, że „Lektor” to właśnie rzecz o banalności zła, któremu ulec może każdy.
Film składa się z trzech aktów. Pierwszy to namiętny związek piętnastoletniego Michaela ze starszą kobietą, o której nie wie nic, poza tym, że zatroszczyła się o niego, kiedy wymiotował na ulicy i że pracuje jako konduktorka w tramwaju. Chłopak przeżywa dzięki Hannie inicjację seksualną, ich romans jest niezwykle intensywny, chwilami może nawet nieco perwersyjny. Drugi akt to proces strażniczek z Auschwitz, który obserwuje Michael – teraz już student prawa. Wśród oskarżonych rozpoznaje swoją byłą kochankę. Przeżywa szok i ta trauma towarzyszyć mu będzie przez lata. Trzeci akt rozgrywa się współcześnie, kiedy to dojrzały życiowo Michael, wzięty adwokat, próbuje rozliczyć się ze swojego życia. Skrzywdzony przez Hannę, mimo to czuje potrzebę, aby jej pomóc.
Kobieta: Michael czuje potrzebę, żeby pomóc Hannie, a ja czuje potrzebę, żeby jej współczuć. Wyznać Ci jednak muszę, Andrzeju, że tej potrzebie towarzyszy pewien niepokój: czy moje współczucie oprawcy z Oświęcimia nie uderza w ofiary, które tam ginęły i cierpiały…
Ksiądz: Sam nie wiem, czy współczuję Hannie, raczej staram się pojąć jej postępowanie w czasie wojny, ale nie przychodzi mi to łatwo, bo trudno pogodzić się z faktem, że zwykły człowiek nagle zamienił się w bestię. Próbuję zrozumieć jej życie po wojnie. I tu jest mi bliższa, coś w jej duszy drgnęło, a jeśli pozostały w niej ślady człowieczeństwa, to oznacza, że będzie żyła z niekończącymi się wyrzutami sumienia i nie uda się ich zagłuszyć aż do tragicznego końca. Współczuję natomiast Michaelowi, który został przez Hannę skrzywdzony, choć z pewnością ona tego nie chciała.
Ksiądz: „Lektor” to rzecz o banalności zła, któremu ulec może każdy
W „Korzeniach totalitaryzmu” Hannah Arendt napisała, że wraz z nazizmem „pojawiło się zło radykalne, którego wcześniej nie znaliśmy”. I pisze dalej: „Piekło ucieleśniały udoskonalone przez nazistów typy obozów, w których całe życie było dokładnie i systematycznie zorganizowane z myślą o jak najdotkliwszej udręce”. Obozy koncentracyjne wyglądają jak „inna planeta”, bo oto świat zobaczył wreszcie jak wygląda zło w „czystej” postaci. W czasie procesu zbrodniarza wojennego, Adolfa Eichmanna, Arendt obserwowała dokładnie oskarżonego. Była zaskoczona przede wszystkim jego niepokojącą normalnością. „Normalność owa – konkludowała Arendt – była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem”.
Hanna Schmitz była zwykłą kobietą, która trafiła do SS, bo szukała pracy. Ukrywała swój analfabetyzm, to był jej wielki kompleks. Gdyby ujawniła prawdę o tej swojej słabości podczas procesu, nie dostałaby dożywocia, jako analfabetka nie mogła przecież pisać obozowych sprawozdań. Chciała poznawać wielką literaturę, dlatego wybrane więźniarki codziennie czytały jej kolejne powieści, w ten sposób uratowały swoje życie. Po wojnie jej lektorem stał się Michael.
Kobieta: Hanna pozostaje dla mnie tajemnicą – najpierw uwodzi piętnastolatka, chłopaka, który mógłby być jej synem (ona sama jest od niego ponad dwadzieścia lat starsza). Czy ma świadomość nienormalności tej sytuacji? Chyba trochę tak, skoro zwraca się zazwyczaj do Michaela; „chłopczyku”. Być może potrzeba bliskości była w Hannie ta wielka, że zdecydowała się niejako wziąć ją sobie od niedoświadczonego kochanka. Być może zdarzenia z Michaelem są jakąś kontynuacja czy odpryskiem, tego, co wydarzyło się w życiu Hanny wcześniej, może właśnie tam – w Auschwitz. Czy jednak banalność zła może to wszystko wytłumaczyć? Być może tak bardzo potrzebuję współczuć Hannie, ponieważ nie jestem w stanie zbyt długo wytrzymać tego zła, które jej historia przynosi. Być może my także tak bardzo potrzebujemy współczucia innych, bo zło, którego sami jesteśmy sprawcami tak bardzo nas poraża. Bohaterka innego filmu, „Jagodowej miłości”, mówi, że przegląda się w oczach ludzi jak w lustrach i dzięki każdemu z tych spojrzeń uczy się wiele o sobie i coraz bardziej siebie lubi. Być może z Hanną jest podobnie, być może szuka w oczach Michaela siebie, która może być inna, lepsza?
Ksiądz: Myślę, że jest to próba zmiany życia, wymazania z pamięci tego, co było w nim złe i zbrodnicze, pragnienie nadania nowego sensu swojej egzystencji, bo przecież – jak powie w więzieniu do dorosłego Michaela – „umarłym nikt życia już nie wróci”. A jednak zapomnienie okazało się niemożliwe.
Kobieta: W poprzedniej naszej rozmowie powiedziałeś Andrzeju, że „Największym darem, jakim możemy obdarować Boga są nasze winy…”. Wróciło ono do mnie podczas oglądania „Lektora”. Czy winy Hanny też były największym darem, jaki mogła ofiarować Bogu? Czy każde winy mogą być darem, również t a k i e?
Ksiądz: Chcę być przez Ciebie dobrze zrozumiany: mogą, ale pod warunkiem nawrócenia winowajcy. Niemożliwe zresztą, żeby ofiarować Bogu swoje winy bez wewnętrznej przemiany. Jedno jest pewne: Bóg otwiera się na każdego grzesznika. Czy w Hannie nastąpiła przemiana? Nie mam pewności, ona robi wrażenie jakby nie rozumiała swojej przeszłości, rugowała ją ze świadomości, zresztą bezskutecznie. Pamiętaj jednak, Kasiu, że ks. Bronek Bozowski odprawił mszę św. za Feliksa Dzierżyńskiego…
Kobieta: No tak…, a Michael nie wyrzucił Hanny ze swojej pamięci i z serca, chociaż próbował. „Zbrodnię Hanny – wyznaje już jako dojrzały mężczyzna (szkoda, że tylko w książce, a nie również w filmie) – chciałem zrozumieć i zarazem po……


KORESPONDENCJA o filmie „TATARAK” NA FORUM www.krystynajanda.pl

przez zuzanna6 Cz, 19.02.2009 19:23
Kochana Pani Krystyno
Zdziwił mnie dziś rankiem świat za oknem. W sercu mam wiosnę, w głowie wakacje, a tu Boże Narodzenie! Cóż za romantyczna zima! A tak brakowało mi tego widoku w wigilię. Zima wyprawia z nami, co chce, ale nie mamy wyjścia jak dobrnąć jakoś do pracy. Ja nie mogę skorzystać z żadnych skrótów drogi do nikąd, bo posłuszna muszę być autobusowi. Mam nadzieję, że nie przymarznę do przystanku. Spóźnienie autobusu jest zawsze wprost proporcjonalne do przyrostu opadów śniegu.
Czytałam pani książkę tylko w jedną stronę ( drogi do pracy ), bo nieuważnie podzieliłam się z koleżankami radością nad Pani talentem literackim. Porwały mi ulubiona lekturę i zanim znowu będę mogła się do niej przytulić to trochę potrwa. Ale za to zdobędę dla Pani ich recenzje. Muszę ją jeszcze raz przeczytać i na bieżąco podyskutować z Pani myślami. Niestety, chwilowo jest to niemożliwe.
Słyszałam w TV jak pan Wajda odbierał nagrodę w Berlinie i dedykował ją Pani. Bardzo mnie to wzruszyło. Na Pani forum mogłam poczytać wszystkie wywiady i opinie o powstawaniu filmu. Czytam to wszystko z wielkim wzruszeniem, jeszcze filmu nie widziałam, a już chce mi się ryczeć. Muszę szybko przeczytać Tatarak, myślę, że znajomość książki jest nieodzowna do prawdziwego odbioru filmu.
Pan Wajda obiecał też, że w najbliższym czasie przyjdzie z Panią na wywiad do TVN 24, boję się, że to przegapię.
Moja Kochana Pani Krystyno, jest Pani bardzo dzielną kobietą. A do Pana Boga mam trochę żalu, że tak nierówno obdarowuje ludzi talentem. Pani talentami przecież mógł obdzielić trochę ludzi… ( ale to już tylko żart). Talent połączony z dobrem i pracowitością procentuje niesamowitym profesjonalizmem w tylu dziedzinach. Gdybym mogła, troski Pani przejęłabym na siebie, Pani zasługuje tylko na szczęście, ale los bywa niesprawiedliwy…
przez ewa jacobson Śr, 18.02.2009 23:38
obejrzalam tatarak na berlinale.film zrobil wrazenie. duzo myslalam dlaczego Pani to zrobila.od negatywnych mysli typu: nawet ja K.J. nic nie moge wobec smierci bliskiej mi osoby…
pracuje w onkologii w berlinie i chce Pani powiedziec, ze ten film i Pani OFIARA dziala. na mnie,wiec pewnie na wielu innych z tej branzy.
poplakalam sie przy ostatniej scenie gdy krzyczy Pani bezglosnie przytulajac bezwladne cialo ukochanego.
film w filmie. kino w Pani zyciu. zycie nie jest kinem. bardzo Pani wspolczuje i gratuluje
-ewa
przez Julita89 Śr, 18.02.2009 12:41
Rozmawiał(a): Monika Marach, 16 lutego 2009
Andrzej Wajda specjalnie dla Stopklatki opowiada o „Tataraku” i spotkaniu z Krystyną Jandą

Andrzej Wajda za „Tatarak” otrzymał na festiwalu w Berlinie nagrodę im. Alfreda Bauera za innowacyjność. Ten film poruszył wielu widzów a kreacja Krystyny Jandy przyjęta została z wielkim uznaniem. Jeszcze w Berlinie rozmawialiśmy z Andrzejem Wajdą o jego filmie i spotkaniu z wielką polską aktorką.

Monika Marach: O ekranizacji „Tataraku” marzył pan od wielu lat. Czy można nazwać ten film pana „projektem marzeń”?

Andrzej Wajda: Przez 54 lata w zawodzie marzyłem o różnych filmach. O tych, które nakręciłem, i takich których nie udało mi się zrealizować. „Tatarak” dojrzewał we mnie jednak coraz bardziej z myślą o tym, że jest w nim rola dla Krystyny Jandy. Bardzo chciałem się z nią pracować, bo wydawało mi się, że jest dobry moment żebyśmy się spotkali, a ona ma coś do powiedzenia na ekranie. Rzecz, którą być może mnie opowie prędzej niż komukolwiek innemu. Nie mówię tylko o zwierzeniu, które towarzyszy „Tatarakowi”, ale także o ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, w którym wciela się w kobietę dojrzałą, którą spotkało coś, co jest dla niej niespodzianką; jest jednocześnie największą radością, a także zapowiada wielką tragedię. Nie ma zbyt wiele postaci kobiecych w polskiej literaturze, która biegnie za czymś innym, więc wszystko w czym pojawiają się interesujące kobiety należy pilnie obserwować. „Tatarak” jest właśnie takim tekstem. Jest jednak dość krótki, a ja nie chciałem robić filmu dla telewizji, bo uważam, że jest to marnowanie wysiłku. Telewizja jest nienaturalną transmisją kina. Udało nam się go jednak uzupełnić i przerobić na znacznie dłuższą historię.

A na Berlinale po raz pierwszy pokazać publiczności. Był pan na którymś z festiwalowych pokazów?

Ja tu z festiwalową publicznością zobaczyłem mój film po raz pierwszy. To było dla mnie fantastyczne przeżycie. Ta olbrzymia widownia wykazująca tyle akceptacji, czekająca przed kinem i chcąca uczestniczyć w czymś co tutaj się rodzi i rozpoczyna na festiwalu swój żywot. To dla mnie wielka radość, że mój film po raz pierwszy mógł zostać pokazany właśnie na Berlinale. Reakcje były dobre, a widzowie dali wyraz temu, że film został przez nich zauważony i w jakiś sposób ich satysfakcjonował.

Bolesne wyznanie Krystyny Jandy, która wspomina śmierć swojego męża, nie miało być jednak od początku integralną częścią filmu. Kiedy zdecydował się pan je do niego włączyć?

To się pojawiło kiedy nakręciliśmy już cały film „Tatarak” i zabieraliśmy się do realizacji drugiego elementu składowego tego filmu, do którego napisany był już projekt. To była historia aktorki opowiadająca o kreacji, którą tworzy i rzeczywistości, w której żyje. Na krótko przed rozpoczęciem prac dostałem od Krystyny kilka kartek, na których opisana była śmierć Edwarda Kłosińskiego, jej męża, a mojego przyjaciela, który jako operator zrobił ze mną bardzo ważne filmy. To co przeczytałem poruszyło mnie w najwyższym stopniu, nie mówiąc już o tym, że było to napisane przez kogoś bardzo dojrzałego, kto nie tylko daje wyraz swojemu uczuciu i bólowi, ale z całą świadomością potrafi te przeżycia opisać. Musiałem jej zadać wtedy proste pytanie: czy jest to wyznanie przeznaczone tylko dla mnie, żebym wiedział, że coś takiego miało miejsce, czy ona chce to opowiedzieć przed kamerą. Kiedy usłyszałem, że Krystyna chce to powiedzieć, zrozumiałem, że nie zrobi tego do każdej kamery. Cieszę się, że to właśnie mnie tak zaufała. Kiedy wszystko był już jasne, stanęliśmy przed problemem, jak to opowiedzieć. Uznałem, że jeśli ktoś decyduje się na taką spowiedź, to potrzebuje maksymalnej wolności. Tylko wtedy wyznanie takie będzie prawdziwe. Zaczęliśmy rozmawiać. Pytałem jak chce żeby to wyglądało. Czy chce podejść do kamery, czy chce się skryć w cieniu albo wyjść w ogóle poza kadr. Z wielką pomocą przyszedł nam wtedy mój niezawodny przyjaciel, operator Paweł Edelman, który zdecydował, że postawimy kamerę i damy jej wolność. Nie chcieliśmy gonić za jej twarzą z kamerą, która na wzór telewizji byłaby wtedy zbyt nachalna, a podetknięta pod nos próbowała pokazać prawdziwe uczucia.

To prawda. Aktorka zdaje się w ogóle nie zauważać kamery i traktuje ją jak gdyby w ogóle jej nie było.

Dyskrecja kamery sprawiła, że udało nam się osiągnąć znacznie więcej niż gdybyśmy podążali za nią ze sprzętem krok w krok. Oczywiście niosło to ze sobą pewne ryzyko, bo nigdy nie zrobiłem tak długiego ujęcia. Wierzyłem jednak w tekst, który Krystyna napisała, a ja poddałem redakcji i wybrałem z niego te fragmenty, które moim zdaniem najlepiej korespondowały z opowiadaniem Iwaszkiewicza. Krystyna nauczyła się tego na pamięć i wypowiedziała tak, że brzmi to jak wyznanie, które się rodzi na naszych oczach. Krystyna jest wprawnym i dojrzałym pisarzem. To wyznanie napisane jest wyrazistym językiem, w którym są też znaczące dialogi. Mnie dotknął szczególnie jeden. Krystyna mówi takie zdanie: „Edward powiedział – Jedźmy na wakacje, dawno przecież nie byłaś, a Andrzej przecież i tak na ciebie poczeka”. Kiedy ono pada, skóra na mnie cierpnie. Na co ja mam poczekać? On już wiedział, że na jego śmierć.

Choroba Edwarda Kłosińskiego rzeczywiście przerwała przygotowania do realizacji filmu. „Tatarak” miał przecież powstać już ponad dwa lata temu.

Kiedy Krystyna przyszła do mnie wtedy i powiedziała jaka jest sytuacja, zdecydowałem się zrezygnować z realizacji. Nie powiedziałem jej oczywiście, że będę czekał aż wszystko się rozwiąże, ale ona rozumiała, że ten film będzie zrobiony tylko z nią, albo nie powstanie wcale.

Po wznowieniu realizacji prace nad scenami z monologiem Krystyny Jandy musiały wiązać się z ogromnymi emocjami. Przygotowywaliście się państwo do nich jakoś specjalnie?

W czasie prac nad tym materiałem główną rolę odegrała jedna zasadnicza kwestia. Podczas gdy reszta filmu powstała w naturalnych plenerach, do tej sceny wybudowaliśmy dekoracje. W studio cała ekipa się cofnęła, została tylko kamera i kilka niezbędnych osób. Krystyna miała więc poczucie bycia samą ze swoimi myślami i przeżyciami. Dałem jej też pełną wolność w poruszaniu się po planie. To ona położyła telefon Edwarda na podłodze, zdecydowała się na wyjście z kadru czy podejście do okna. Zostawiłem jej wolność i co jest ważne – nie fotografowałem tego drugi raz. Jeden raz mi opowiedziała i już tego nie powtarzaliśmy. Rozumiałem, że nie ma czego powtarzać, bo to co Krystyna mówi jest prawdą. Owszem nakręciliśmy więcej tego materiału, ale nie wykorzystaliśmy wszystkiego. Wybrałem to co moim zdaniem łączy się z opowieścią „Tatarak”. Powstała dzięki temu spójna opowieść o śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie i przeciwko której się zawsze buntujemy. Edward mógł przecież zrobić jeszcze tyle filmów. Jego odejście było za szybkie, za gwałtowne.

Bardzo dziękuję za rozmowę.
A ja pozdrawiam Panią serdecznie i życzę miłego dnia
Julita

przez nat Śr, 18.02.2009 10:57
Niemiecka prasa o „Tataraku”
Jerzy Płażewski
2009-02-18

Jury Berlinale, jednego z trzech największych festiwali filmowych świata, potwierdziło międzynarodową rangę kina polskiego. Świadczy o tym nagroda dla „Tataraku” Andrzeja Wajdy z niebywałą rolą Krystyny Jandy

Film dostał Nagrodę Alfreda Bauera. W Polsce premiera wiosną. Cytujemy fragmenty opinii berlińskich dzienników na dowód, że decyzja jury odzwierciedla dość powszechne opinii o filmie.

Matthias Heine w „Berliner Morgenpost” napisał m.in.: „Janda gra żonę doktora, która w 1944 r. straciła dwóch synów, a ich pokój pozostaje zamknięty od chwili, kiedy wyruszyli walczyć z Niemcami. Sympatyczny mąż Marty usiłuje bezskutecznie wyciągnąć ją z nieustającej żałoby. Ta porywająca Madame Bovary znad Wisły nawiązuje kontakt uczuciowy z 20-letnim młodzieńcem. Kończy się on tragicznie. Chłopiec ginie, jak jej synowie; topi się, zrywając kobiecie naręcze tataraku. Ramę filmu stanowi opowieść Jandy o tym, jak na realizację tej miłosnej tragedii rzuciła cień śmierć jej męża, wybitnego operatora Edwarda Kłosińskiego. Widzimy ją w pustym pokoju, po prostu siedzącą na łóżku, i to jest wspaniałe. Wajda ma 83 lata i w przeciwieństwie do innych europejskich filmowców swego pokolenia, np. obecnego na Berlinale Theo Angelopulosa, utrzymuje swą sztukę na wysokim poziomie… Jego prawda o śmierci i daremności wstrząsa”.

„Poruszająca medytacja o śmierci” – tak tytułuje obszerną recenzję Kerstin Decker w „Tagesspiegel”: „Robić kino po osiemdziesiątce to dokonywać bilansów. Najpiękniejsze filmy Wajdy są adaptacjami Jarosława Iwaszkiewicza – »Brzezina « i »Panny z Wilka «. (…) Wajda skomponował swój film z odwagą kamikaze. Zrobił to, co najwłaściwsze”.

Z kolei Margit Voss w „Neues Deutschland” zaczyna tak: „Woda rzeki bardzo rzadko bywa tak uwodzicielska. Letnie słońce haftuje na niej lśniący dywan. To jest motto, które operator Paweł Edelman przypisuje »Tatarakowi « Wajdy i równocześnie swemu zmarłemu koledze Edwardowi Kłosińskiemu. Gdy Janda opowiadała Wajdzie o ostatnich dniach i godzinach swego męża, reżyser spytał ją, czy zgodziłaby się upublicznić te intymne zwierzenia. I teraz słyszymy ją, jak w pustym pokoju opowiada: »Pocałowałam go i wyczułam, jak jego wargi stygną «. Na drugim poziomie narracji widzimy pracę nad filmem: nieucharakteryzowana aktorka i sam Wajda czytają nowelę Iwaszkiewicza. Dopiero trzecim poziomem jest historia Marty. Gdy Boguś się topi, Marta usiłuje mu pomóc. Ale tu aktorka wyskakuje z roli i w kostiumie z lat 60. ucieka z planu, porażona własnym nieszczęściem. Dopiero następnego dnia, w następnej scenie, ból Marty i ból Jandy zlewają się w jedno. Że fikcja nie osiąga tej samej głębi, co autentyczne przeżycie – któż mógłby się temu dziwić?”.

Bert Rebnkadl w „Berliner Zeitung”: „Andrzej Wajda pozwala sobie na spojrzenie z boku na robienie filmów. Jego film w filmie pozostaje w cieniu śmierci. Sceny z Krystyną Jandą w zimnym pokoju nie są inscenizowane. Ona mówi naprawdę o swym własnym życiu, które rozciąga się między nią i rolą Marty. Sztuka wynika z życia, innego materiału ona nie ma, ale zazwyczaj sztuka trzyma widoczny dystans od życia. Różnicę widać w zachowywanym dystansie, który Wajda potrafił estetycznie unicestwić. Centralnym motywem jest moment, gdy Marta chce pożyczyć Bogusiowi książkę. Jest nią »Popiół i diament « Jerzego Andrzejewskiego, którego adaptacja to jeden z głównych filmów Wajdy. Jego kino przesiąknięte wiarą, że losy człowiecze wpisane są w historię, doznaje w »Tataraku « znamiennego rozdarcia. Tego samego, którego doznali Ingmar Bergman czy Andriej Tarkowski, wielcy humaniści. Nie dowierzali grze aktora przed kamerą i usiłowali dochodzić do prawdy poza obrazem. Sztuka filmowa zawdzięcza swój impuls takim wielkim dziełom. »Tatarak « jest dziś wielkim wspomnieniem tamtej epoki, dziełem dojrzałej starości z patetycznym finałem, którego istotą jest wielki ból. Żadna fikcja go nie uśmierzy, ani nawet sztuka w ogóle”.

Źródło: Gazeta Wyborcza

___________________________________________________________________________________________
IT

http://cineuropa.org/newsdetail.aspx?la … ntID=90249
http://www.movieplayer.it/gallery/10398 … lino-2009/
http://www.fastweb.it/portale/canali/fr … om=abottom

___________________________________________________________________________________________

Krystyny zjadą nad Olzę

Krystyna Janda dla Krystyn – pod takim hasłem odbędzie się 12. Zjazd Krystyn w dniach 13-14 marca w Cieszynie i Trzyńcu. Honorowy patronat nad imieninami objęły księżna Maria Krystyna Habsburg oraz wicemarszałek Senatu i pomysłodawczyni imprezy Krystyna Bochenek.

Zjazdy Krystyn odbywają się od dwunastu lat w różnych miastach Polski. Panie gościły już m.in. w Katowicach, Wrocławiu, Sopocie, Łodzi czy Toruniu. O pomyśle zorganizowania wielkich imienin nad Olzą pisaliśmy jako pierwsi już latem ub. roku („Krystyny chcą do Cieszyna”). Teraz poznaliśmy szczegóły imprezy.

13 marca, w dniu swych imienin, kilkaset Krystyn spotka się w Cieszynie. O 13.00 na Rynku wystąpi m.in. Krystyna Prońko, zaś dwie godziny później Krystyna Janda przedstawi dla swych imienniczek w Teatrze im. A. Mickiewicza monodram „Shirley Valentine“. Jeszcze tego samego dnia w Trzyńcu Krystyny wysłuchają recitalu Krystyny Giżowskiej i będą bawiły się na biesiadzie, a 14 marca panie zwiedzą Cieszyn i Czeski Cieszyn.

Zapisy chętnych do udziału w 12. Zjeździe Krystyn przyjmowane są pod nr tel. 032 2538-766 i 2539-768. Więcej informacji można znaleźć na stronie http://www.zjazdkrystyn.com.pl.

___________________________________________________________________________________________

Że też nie jestem Krysia choćby na drugie
A co do Rewersu to mamy nadzieję na jakieś zdjęcia z planu… W swoim czasie oczywiście.
Pozdrawiam,
N.

przez agak Wt, 17.02.2009 22:08

Droga Pani Krystyno,
Kociak-łobuziak ( z okazji Dnia Kota ) i kwiaty-dla Pani oczywiście
A ta zimna woda z kwiatów-dla forumowicza,któremu należy się kubeł lodowatej wody na głowę!!!
Napisała Pani:
Jestem bardzo dotknieta zarzutem w stosunku do widzów, szczególnie w dniu kiedy zamist do Berlina , na festiwal,…pojechałam do Zawiercia i tam zagrałam. Zresztą …nie ważne. – Pani Krystyno,dla mnie/nas-forumowiczów TO BARDZO WAŻNE!!! Bardzo ważna jest Pani,
Pani codzienna obecność w naszym życiu!!! Komu innemu chce się odpisywać na dziesiątki/setki listów tygodniowo??? Nikomu!!! Komu innemu można podać coś do Teatru z prośbą o podpisanie – dla siebie,czy dla kogoś innego – i odebrać to „coś” ( książkę,płytę, kalendarz…)juz po chwili, z piękną dedykacją… Miałam okazję osobiście przekonać się,że jest Pani bardzo nam życzliwa …
Pani Krystyno,tak mi przykro z powodu niesprawiedliwych, krzywdzących słów które padły pod Pani adresem…proszę nie brać ich sobie do serca…
Dziękuję za to,że Pani JEST…
Pozdrawiam najserdeczniej,przesyłając dużo dobrych,ciepłych myśli…
Czekam na „Tatarak”,o którym powiedziała Pani :
„Oddałam temu filmowi moją historię…Niezależnie od tego, jak zostanie przyjęty, nie żałuję. Coś, co było dla mnie najcenniejsze, zostało zarejestrowane na zawsze. Na zawsze.” – Myślę,że i dla mnie będzie to bardzo cenny film…
Agnieszka

przez amc Wt, 17.02.2009 21:48

http://www.tagesspiegel.de/kultur/kino/berlinale/Berlinale-Wettbewerb-Tatarak;art16892,2730166

http://www.morgenpost.de/printarchiv/kultur/article1034518/Eine_Liebe_die_zweimal_mit_dem_Tod_endet.html

http://www.fr-online.de/in_und_ausland/kultur_und_medien/spezial_berlinale/1675351_Ein-Diamant-in-der-Asche.html

http://www.maerkischeallgemeine.de/cms/beitrag/11432090/63369/Liebe-und-Tod-BERLINALE.html

http://www.kino-zeit.de/filme/artikel/11382_tatarak.html

http://www.berlinonline.de/berliner-zeitung/archiv/.bin/dump.fcgi/2009/0214/berlinale/0034/index.html

https://secure.vnuemedia.com/hr/film-reviews/film-review-sweet-rush-1003941608.story

http://www.variety.com/review/VE1117939675.html?categoryid=31&cs=1

http://outnow.ch/Movies/2009/Tatarak/Reviews/kino/

Tu jest nawet trailer:
http://www.arte.tv/de/film/Berlinale-2009/Berlinale-Filme-im-Ueberblick/2460844.html

a to mi się najbardziej podoba:
http://data.ent.163.com/movie/product/0000CGOd.html
克里斯提娜·杨达 Krystyna Janda
Ciekawi mnie bardzo czy te znaczki to KJ po chinsku czy może Marta??

przez Julita89 Wt, 17.02.2009 16:16
Janda dla DZIENNIKA: Teatr to znaczy wolność

W przeddzień sylwestra w warszawskim Teatrze Polonia zacznie się nietypowy „Dancing”. Krystyna Janda opowiedziała nam nie tylko o tym przedstawieniu.

Jerzy Satanowski, Jarosław Staniek, na scenie pani w towarzystwie tancerzy i wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej…

Krystyna Janda: Może wyjść bardzo pretensjonalnie (śmiech)…

W swoim teatrze chce pani łączyć sprzeczności?
To będzie przedstawienie na sylwestra, karnawał, bo tradycją stało się, że robimy publiczności z tej okazji prezenty. Ale to będzie przedstawienie smutne… mimo usilnych starań o wesołość. Po raz pierwszy zrobiliśmy z Jurkiem Satanowskim „Dancing” 28 lat temu. Byłam początkującą aktorką, on zaczynał jako kompozytor. Przyszłam do niego z pomysłem, żeby zrobić coś z „Karnetu balowego” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Powstało widowisko telewizyjne, płyta – do dziś można ją kupić. Teraz doszliśmy do wniosku, że warto wrócić do tej poezji, bo w jego i w moim życiu zmieniło się tyle, że znaczy ona dla nas zupełnie co innego. Zaczęłam znowu czytać te wiersze i na nowo zachwyciłam się ich urodą. Przede wszystkim tych, z których wcześniej zrezygnowaliśmy, bo były o śmierci i przemijaniu, nieuchronności losu, który tylko na chwilę daje szczęście, bo zapomina, z kim ma do czynienia. W spektaklu pojawi się choćby „Przekwitła tancerka”, do której wcześniej nie dorośliśmy. Wówczas wykreślone wiersze stają się esencją dzisiejszego spektaklu. Trzeba inaczej czytać tę poezję, dlatego powstała też nowa muzyka, moim zdaniem, zjawiskowej urody. Wydawało nam się z początku, że ten powrót do dawnego tematu i tworzywa będzie prosty. Okazało się, że nic nie jest proste, bo całe życie minęło, wszystko jest inaczej. Powstaje widowisko, którego się nie spodziewaliśmy.

Skąd na nie pomysł?
Nasz teatr potrzebuje przedstawienia muzycznego. W przyszłym sezonie Agnieszka Glińska zrobi „Bagdad Cafe”. Historię znamy ze słynnego filmu. To będzie wersja musicalowa, grana w teatrach muzycznych na całym świecie. Dziś właściwie klasyk. A „Dancing” mieści się między gatunkami. Poezja i bardzo specjalna muzyka, opowieść teatralna z baletem czy teatrem tańca Jarosława Stańka. Im więcej mówi się o kryzysie i pieniądzach, tym bardziej widać, że ten naród szczerze potrzebuje poezji. To obłęd – wszystkie sale, gdzie czyta się wiersze, pękają w szwach. Na Krakowski Salon Poezji od rana ustawiają się kolejki. A Pawlikowska i jej poezja to potęga, ma specjalne miejsce w duszach Polaków.

Jakie to będzie przedstawienie?
Błyskotliwie dowcipny Wiktor Zborowski wszedł wczoraj na fragment próby i zakrzyknął: „Pani prezes w rewii!!! Już mi się podoba!” Mam nadzieję, że będzie jedynym, który tak to zobaczy. O czym przedstawienie? O radości, potrzebie radości, miłości, ale i o przemijaniu, starości i jesieni. Ostatnie frazy brzmią „Już zwiędły kwiaty w bukiecie/ Wydartym mi siłą z dłoni./ Żyć mi nie dajecie/ Lecz umrzeć nikt mi nie wzbroni”. Wiele w tym smutku i goryczy. Jak w poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z tego okresu. Ciekawie mnie i muzykę Jerzego Satanowskiego kontrapunktuje Jarosław Staniek, przedstawienie to jego świat wyobraźni. No i jego tancerze – młodość, energia, pasja, umiejętności! Uparłam się, żeby być w stylowej sukni, bo taniec jest tak współczesny. To prawdziwie wspólna praca. Końcową pieśń złożyliśmy z wersów bodaj 18 wierszy.

Stereotyp spektaklu na sylwestra mówi, że to powinna być farsa, z muzyką, owszem. A pani proponuje poezje Jasnorzewskiej. Dochodzę do wniosku, że może pani sobie na to pozwolić, bo w Teatrze Polonia pani wolno wszystko.
Może nie wszystko, ale zapracowaliśmy na wielki kredyt u publiczności. Bardzo mnie to cieszy, jestem dumna, a jednocześnie każdego dnia budzę się z lękiem, co będzie dalej. Jak długo to będzie trwać? Co mam robić, żeby ludzie na scenie i na widowni wciąż byli w uniesieniu? Zaplanowałam kolejny sezon. Nawet i następny w zasadzie. Nigdy, również jako aktorka, nie miałam problemów z wyborem tytułów. Wydaje mi się, że mam potrzeby podobne do publiczności. Wybierałam te tytuły, które sama chciałabym zobaczyć. Ale co dalej?

Proszę wymienić choćby trzy pani ulubione przedstawienia Teatru Polonia.
Bardzo lubię „Stefcię Ćwiek…” – nasz pierwszy spektakl. Ten bałkański, abstrakcyjny rodzaj poczucia humoru, w Polsce rzadko spotykany, sprawdził się doskonale. To dla mnie niespodzianka. „Stefcia” jest wciąż grana przy pełnych salach i ma się świetnie. Wciąż lubię „Ucho, gardło, nóż” – rzecz o wielkim temacie, a bardzo ich teraz brakuje. Żal mi „Wątpliwości”, z powodów losowych od kilku miesięcy nie możemy jej grać. Piotr Cieplak odebrał temu tekstowi jednoznaczność, a mimo to spektakl nie stanął na należnym mu miejscu. Mam nadzieję, że do niego wrócimy. Uwielbiamy z Jerzym Trelą grać w „Szczęśliwych dniach”. To skromne ciche przedstawienie – i na scenie, i na widowni. Zupełnie inne od zwykłych produkcji tego teatru. Trudno mi to wszystko oceniać, bo traktuję spektakle naszego teatru zbyt emocjonalnie. Uwielbiam patrzeć na aktorów, kiedy przychodzą tu grać, tych z „Grubych ryb”, są tacy jaśni, radośni, jakby szykowali się do dawania prezentów publiczności. Obsady poszczególnych przedstawień trzymają się razem. Obsada „Boga” zdominowała teraz teatr. Tworzą się odrębne towarzystwa. Rodzą się przyjaźnie, ludzie podają sobie dzieci do chrztu. Tu sprawy toczą się inaczej niż zwykle w teatrach. Inaczej, niż wymaga tego rutyna. Wydaje mi się, że robią dla tego miejsca dużo więcej niż muszą…

Dla tego miejsca czy dla pani?
Grają i są tu nie dla mnie. Są dla siebie i to nam pochlebia. Z każdą nową produkcją zjawiają się nowi aktorzy i po miesiącu są „nasi”, mówią, że uwielbiają tu przychodzić, że na tej scenie, w tym teatrze czują się świetnie. Przyjaźnią się z zespołem technicznym, który wszystkiego uczył się od
zera. Trzy lata temu inżyniera metalurga uczyłam być maszynistą, dziewczyny po polonistyce i teatrologii uczyłam być inspicjentkami, dziewczynę po prawie uczyłam być suflerką. Młodzi ludzie, których uczyłam teatru, są ze mną cały czas. Potem przyszły osoby doświadczone, choćby moja dawna garderobiana z Powszechnego, dostosowały się do młodzieży, do atmosfery. Selekcja jest naturalna. Kiedy ktoś nie dostosowuje się do naszych zwyczajów, dużego wysiłku, liczby spektakli, trudnych warunków, nie najwyższych płac, odchodzi sam. Są tacy, którzy prawie stąd nie wychodzą, bo nie lubią być gdzie indziej. Przyjmuję to i czuję nieograniczoną wdzięczność. Pielęgnujemy w teatrze takie osoby jak najrzadsze orchidee. Teatr by bez nich umarł.

Musi pani czuć piekielną odpowiedzialność – za widzów i współpracowników.
Odpowiedzialność wobec współpracowników i zobowiązanie wobec widzów na moment mnie nie opuszczają. Ja jestem prawie wyłącznie dla tego teatru. Odrzucam propozycje z zewnątrz, przyjmuję tylko rzeczy absolutnie wyjątkowe. Jestem tu prawie bez przerwy, a myślami zawsze. Nasze tytuły, prawie wszystkie, osiągają 100 przedstawień i więcej. Widownia liczy 270 miejsc. Tak, więc jest to około 30 tysięcy osób na każdy tytuł. I tyle. Wciąż, na kolejnych premierach, przedstawieniach widzę tych samych ludzi. Więc nie jest to widownia anonimowa. Dla nich dobieram repertuar – jestem jak kulturalno-oświatowy na statku. Skoro widzieli to, więc niech zobaczą coś zupełnie innego. Nie myślę, o publiczności w ogóle, ale o tych konkretnych ludziach.

Takie myślenie nie ogranicza? Zamiast o publiczności można też czasem pomyśleć o sobie…
Wyrosłam z tego ( śmiech). Jestem wygrana i zawodowo spełniona. Nie mam ani żalów, ani kompleksów, ani zbyt wielkich pragnień. Dlatego wszystko, co wiem i umiem, mogę oddać temu teatrowi. I przede wszystkim poprosić, żeby inni tu grali i robili cuda. Niech inni święcą tu triumfy, rozwijają się, spełniają marzenia. Ten teatr, nasza widownia i ja będziemy im wdzięczni.

Gra pani mniej…
…bo mam dużo innych obowiązków i po całym dniu pracy nie mam siły. A na zewnątrz? No cóż, nie bardzo mogę stąd wyjść.

I nie ma pani pokusy zrobienia czegoś dla siebie? Choćby ten Beckett, to nie był ten przypadek?
Piotr Cieplak miał na „Szczęśliwe dni” wspaniały pomysł, całkowicie zbieżny z moimi wyobrażeniami. Dlatego tak chciałam to zagrać. Ale pracuję cały czas, także na zewnątrz. Był przecież film Andrzeja Barańskiego „Parę osób, mały czas”, niebawem będzie „Tatarak” Andrzeja Wajdy, wiosną kręcę kolejny film, tym razem debiutanta. W telewizji nie ma niczego, czego bym mogła żałować. Nawet w Teatrze Telewizji, który – jak wiadomo – został zminimalizowany do granic nieprzyzwoitości. Kiedy zrozumiałam, że nie ma już dla mnie miejsca w nowych zmieniających się z szybkością światła, popularnych mediach, zrobiłam Polonię. Pomyślałam, że mnie na te wyścigi w nowych czasach chyba nie stać. Trzeba upuścić bardzo dużo zbyt cennej krwi, żeby w nich odnieść sukces. Dlatego skupiłam się na teatrze – medium elitarnym.

Teatr jest komercyjny, czasem musi pani iść na ustępstwa?
Chyba nie widział pan komercyjnego teatru. Ja widziałam – świetne. Nie o to chodzi. Jak wielokrotnie mówiłam, robię teatr środka. Chcę, żeby wszystko, co robimy, miało poziom i było co najmniej zawodowe. Chyba jednak, podświadomie nawet, postawiłam sobie granicę, poniżej której nie schodzę. Są farsy – takie najsłodsze z najsłodszych – tak śmieszne, że grałabym je od razu. Mam taką jedną na oku, wzięłabym ją natychmiast, ale jest kłopot z prawami autorskimi. Tyle że w takim przedstawieniu musieliby grać sami fachowcy, najlepsi z najlepszych. Zatem owa granica to nie jest sprawą literatury, ale całego projektu – jego jakości. Aktorem w Polsce dziś zostać bardzo łatwo, ale czołówka trzyma się mocno i nie zawodzi.

Jednak do „Boga” chciała pani zaangażować Pawła Małaszyńskiego?
Wcześniej namawiałam i Marka Kondrata, i Bogusia Lindę! Szukałam gwiazdy, jak chciał autor w didaskaliach. Pan Małaszyński jest fajnym aktorem i ma wielką popularność, ale był zajęty, w końcu zagrała Marysia Seweryn i dobrze się stało. W tym teatrze nie gwiazdy są najważniejsze. Liczy się stworzenie odpowiedniej konstelacji – koincydencji ludzi, zdarzeń, tematów. W żartach mówię, że jestem teraz jak hollywoodzki producent. Wybieram temat, a więc sztukę. Do tego dobieram najlepszego według mnie opowiadacza tematu, czyli reżysera, potem przychodzi pora na aktorów. Z tych zderzeń powstają rzeczy nieoczekiwane. Choćby konstelacja, która się zdarzyła w „Grubych rybach”. Spotkanie Ignacego Gogolewskiego z dwiema studentkami II roku szkoły teatralnej. To urodziło się samo, nie musiałam w to ingerować. Ich wspólna praca… Gwiazdy, o których mówimy, są niezwykłymi aktorami. Wspaniałymi.

Jak niegdyś pani mistrz Zygmunt Hübner reżyseruje pani cały teatr.
Nie ma w tym żadnej filozofii. Dochodzę do wniosku, że publiczność tego teatru chciałaby zobaczyć Janusza Gajosa. Sprawdzam, co zagrał przez ostatnie lata, i już wiem, że potrzebuje benefisowej roli, takiej do encyklopedii. I szukam czegoś, w czym mógłby rozkwitnąć. „Romulus Wielki” Dürrenmatta. Pan Krzysztof Zanussi od dawna był z nami w przyjaźni. A zatem byłoby świetnie, gdyby się spotkali. Tym bardziej że nigdy wcześniej ze sobą nie pracowali. Żelazna logika i dyscyplina intelektualna Krzysztofa Zanussiego zderzone z siłą, intuicją, mądrością i barwnością Janusza Gajosa obiecuje wiele. Teraz trzeba było zebrać innych aktorów, czym zajął się już reżyser. Wiedziałam, że z panem Zanussim przyjdą inni, często nieoczekiwani. I to wystarczy. A „Wassa”? „Wassę Żeleznową” Gorkiego będzie robił Andrzej Wajda. Niewiarygodnie okrutny utwór. Przy Gorkim ci wszyscy brutaliści to małe dzieci. Zagram „Wassę”, padają inne nazwiska, propozycje na inne role, konstelacja zaczyna się tworzyć… No, ale będzie drogo, więc teraz musze myśleć o czymś, co ewentualnie zrównoważy ten wysiłek produkcyjny i eksploatacyjny. Liczby miejsc się nie powiększy ani liczby spektakli. Mimo że publiczność gotowa jest kupować bilety.

W dniu śmierci męża zagrała pani „Boską”?
Tak i uważałam że jestem mu to winna.

Powiedziała pani, że teraz niczego nie planuje. A rozmawiamy o premierze z grudnia 2009 roku.
Nie planuję życia prywatnego. Teatr to co innego. Teatr to przedsiębiorstwo. Życie to …życie.

Teatr jest miejscem ucieczki?
Nie wyobrażam sobie teraz życia, gdyby go nie było.

Myśli o nim pani jako o waszym wspólnym dziele?
Ja go wymyśliłam, ale on zrobił wszystko. Dzięki niemu wszystko to działa. Włożył w to niewyobrażalną pracę, często własnym kosztem, odmawiał producentom filmowym, reżyserom, choćby w Niemczech. Rezygnował ze swoich ambicji zawodowych. Miałam uczucie, że robi ten teatr dla mnie. Zresztą śmiejąc się, właśnie tak mówił: zabaweczka i przyjemność dla Krysi.

Zatem ma pani teraz dwa domy?
Można tak powiedzieć.

Właśnie opublikowała pani „Moje rozmowy z dziećmi”. Nie ma w tym przekraczania granicy własnej prywatności?
Chyba nie ma, proszę przeczytać. Wszystkie te teksty były drukowane wcześniej jako felietony. Wszystkie z dziećmi autoryzowałam. Starszy syn od razu odmówił w tym udziału, a młodszy zgodził się chętnie. Dziś jest w swoim środowisku kultową postacią (śmiech).

Gasi panią…
Traktuje mnie jak psa, ale to jest urocze (śmiech). Zresztą przecież od początku i ja, i dzieci wiedzieliśmy, że to pójdzie do druku. Chciałabym, żeby czytelnicy zobaczyli, jakimi były bezwzględnymi krytykami. Po autoryzacji każda z tych rozmów, każdy tekst był pokiereszowany bezlitośnie.

Wciąż się pani zapala, ma w sobie wielką siłę, a Pawlikowską-Jasnorzewską czyta przez smutek.
Ale to też jest całkiem normalne. Dorastamy, starzejemy się, zmieniamy. Los nas doświadcza, uczy, wypróbowuje. Ważne, żeby żyć harmonijnie, a ja się staram. Nie mam do siebie wielkich pretensji, niczego też nie próbuję ukryć. A teatr daje mi wolność, wolność tworzenia. To jest bezcenne. A z czasem chce się stworzyć coś własnego, podpisać się pod czymś całkowicie.

A zatem Teatr Polonia jako dzieło życia?
Powiedziałam żartem, że jestem tak zmęczona, iż chciałabym trochę przeminąć. Nie dlatego, że robię za dużo. Coraz bardziej lubię być sama. Nigdzie już nie chodzę – żadne premiery, przyjęcia. Kompletnie mnie to nie interesuje. A z drugiej strony, gdy mam tydzień wolnego czasu, nie mogę usiedzieć spokojnie. To cecha wrodzona. Charakter.

rozmawiał Jacek Wakar
przez Julita89 Wt, 17.02.2009 11:10
Kino – Berlinale

Traumy naszego wieku

Pokolenie 40-latków dyskutuje z widzami o niełatwej współczesności. Kono znów staje się sumieniem świata.

Krzysztof Kwiatkowski z Berlina (,,Newsweek”)

Andrzej Wajda – jako jedyny ze starych mistrzów odniósł sukces na Berlinale swoim najnowszym filmem ,,Tatarak”, który wywołał aplauz zarówno widzów, jak i krytyków.

Przełom wieków przyniósł dekadenckie nastroje, które w kinie dały falę filmów o samotności, rozpadzie więzi międzyludzkich, niemożności porozumienia się. Świat potzrebuje katharsis. Na Berlinale czuło się to wyraźnie.

– Nawet jeśli kino nie zmieni rzeczywistości, artysta musi krzyczeć – mówi Michel Winterbottom, twórca ,,W tym świecie” i ,,Drogi do Guantanamo”. W Berlinie przedstawił dokument ,,Doktryna szoku”. Wykorzystując komentarz Naomi Klein, pokazał metody, dzięki którym krytykowany przez nich neoliberalizm stał się doktryną dominującą świata. Tom Tykwer w ,,The International” oskarżył wielkie korporacje finansowe o wspieranie światowego terroryzmu dla korzyści biznesowych.
Najciekawsze filmy Berlinale rozliczały traumy XX i XXI wieku. Ale na widzach nie robią wrażenia obrazy walk, wybuchów, nawet śmierci i rozrywanie na strzępy ciał. Takie zdjęcia – opatrzone czerwonym paskiem z liczbą zabitych i rannych – pokazują codzienne dzienniki telewizyjne. W dzisiejszych filmach o wojnie jest wizja świata po przejściach, zranionego i podzielonego. Przejmujące portrety ludzi, którzy muszą żyć z biegiem doświadczeń i koszmarnymi wspomnieniami.

– Zbyt często wojna na ekranie wydaje się fascynująca – powiedział mi w czasie festiwalu u rodzony w Izraelu amerykański reżyser Oren Moverman. – Sceny bitewne wywołują u widzów podniecenie, podnoszą poziom adrenaliny. Dlatego trzeba mówić o wojennym szoku inaczej. Pokazać ludzi. Pokazać ludzi, którzy stracili w życiu moralny kompas.
W filmie Movermana tytułowy ,,Posłaniec” to chłopak, który po powrocie z Iraku zostaje przydzielony do sekcji informującej rodziny o śmierci bliskich na froncie. Sam jest wypalony, staje w kolejnych drzwiach i patrząc w oczy ludzi, którzy stracili syna, męża, brata, niezdolny do jakiegokolwiek współczucia, recytuje wyuczone w czasie szkolenia formuły. Będzie potrzebował czasu, by odzyskać najprostsze ludzkie odruchy. Podobie jak bohaterka ,,Małęgo żołnierza” Annette K. Olsen, która wstapiła do wojska, aby zrobić coś dobrego dla świata. Ale jej ideały brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Też trafiła do Iraku. I też wróciła pozbawiona wiary. Bez pracy, zawody, rodziny, nie jest w stanie odnaleźć się w normalnym życiu.
W ,,Lektorze” Stephena Daldry’ego chłopak odkrywa, że starsza od niego o 20 lat kobieta, z którą miał romans w powojennym Berlinie, była kiedyś strażniczką w Auschwitz. Choć film ten może razić, reżyser w ciekawy sposób zmienił punkt widzenia XX-wiecznych zbrodni – pokazał je od strony oprawców, którzy muszą uporać się z poczuciem winy i własnym sumieniem. Daldry przypomniał drastyczną prawdę, że rzeczywistość amoralnych czasów wymyka się nierzadko jednoznacznym etycznym ocenom. – Historia nauczyła nas pokory, nie wszystko daje się zamknąć w czarno-białych schematach – mówi.
Takiemu myśleniu przeciwstawia się Hans-Christian Schmid w ,,Burzy”. Bohaterka jego filmu przeżyła dramat wojny bałkańskiej i decyduje się zeznawać jako świadek w haskim procesie o ludobójstwo. Powrót do wspomnień kosztuje ją bardzo dużo, ale wie, że jeśli ich z siebie nie wyrzuci, nie będzie mogła dalej egzystować.
Świat potzrebuje nadziei i artyści o tym wiedzą. Znakomite ,,London River” Richarda Bouchareba jest opowieścią o rodzicach, którzy szukają swoich dzieci zaginionych po wybuchach bombowych w Londynie w 2005 roku. To film o bólu po stracie najbliższych, a jednocześnie piękny apel o szacunek dla drugiej osoby. Starzejąca się Angielka i czarnoskóry Francuz pokonają rasowe i religijne niechęci, bo zbliży ich wspólna tragedia. Bardzo ważny w dzisiejszych coraz bardziej wieloetnicznych społeczeństwach, w których terroryzm zniszczył zaufanie i pogłębił podziały.
– Na własnej skórze poczułem zmianę stosunku do muzułanów w Europie – mówił w Berlinie Bouchareb. – Dzisiaj we Francji bardzo trudno być Algierczykiem.

Chyba ostatnie, co jeszcze znalazłam
Pozdrawiam Panią serdecznie
Julita
przez nat Wt, 17.02.2009 10:39
Premiera „Tataraku” Andrzeja Wajdy w kwietniu
PAP
2009-02-16

Film „Tatarak” Andrzeja Wajdy, nagrodzony na festiwalu Berlinale nagrodą im. Alfreda Bauera, wejdzie na polskie ekrany między 20 a 27 kwietnia.
Reżyser, który spotkał się w poniedziałek w Warszawie z dziennikarzami, prezentując otrzymaną w sobotę na Berlinale nagrodę, podkreślił, że nie spodziewał się jej. „Nie spodziewałem się, że reżyser w moim wieku może starować w konkurencji, która jest skierowana do młodych, nowych reżyserów, wkraczających do kina” – mówił Wajda.

Jak jednak zaznaczył, otrzymana nagroda bardzo go wzruszyła, tym bardziej że laureatem nagrody im. Alfreda Bauera został ex aequo argentyński reżyser Adrian Biniez za film „Gigante”. „Ucieszyłem się bardzo, to jest takie wzruszające, że stary reżyser dostaje nagrodę razem z filmem debiutanckim, może nie jest jeszcze ze mną tak źle, może mam jakieś szanse” – żartował Wajda.

Odpowiadając na pytanie, kiedy „Tatarak” będą mogli zobaczyć polscy widzowie, reżyser tłumaczył, że na razie istnieje tylko jedna kopia filmu, sporządzona na potrzeby Berlinale, z niemieckimi napisami. „Nie chcielibyśmy jej pokazywać w Polsce; jak dowiedziałem się od dystrybutora film będzie wprowadzony na ekrany polskich kin niedługo po Wielkanocy” – poinformował Wajda.

Dokładna data premiery „Tataraku” nie jest jeszcze znana, film ma pojawić się w kinach pomiędzy 20 a 27 kwietnia.

Zdaniem Wajdy jury Berlinale doceniło „Tatarak” za m.in. połączenie w nim elementów fikcji i dokumentu. „Pojawia się pewna tendencja, której +Tatarak+ jest przykładem. Coraz częściej łączy się film dokumentalny i film fabularny, fikcję, w tym wypadku opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza z materiałem, wypowiedzią, która jest dokumentem” – ocenił reżyser.

W opinii Wajdy dobrze się stało, że „Tatarak” został pokazany na Berlinale i tam zauważony, bo to może ułatwić – jego zdaniem – dystrybucję filmu w Polsce.

„Ucieszyłem się, że film został zauważony na festiwalu w Berlinie; byłbym szczęśliwszy, gdyby wchodził równocześnie na ekrany (w Polsce – PAP), ale nie było to możliwe” – mówił Wajda.

„W innych cywilizowanych europejskich krajach wspiera się narodową kinematografię, a nie tylko samą produkcję (…) U nas ciągle tego nie ma, dlatego staramy się różnymi sposobami zwrócić uwagę na film, by miał on szansę znaleźć się na polskich ekranach. W końcu ten film (…) przede wszystkim jest zwrócony ku polskiej widowni” – zaakcentował Wajda.

Wajda ocenił również, że grająca w filmie główną rolę Krystyna Janda wniosła do filmu „coś więcej niż aktorski talent”. „Właściwe ona jest także współautorem tego filmu” – uznał reżyser.

Jeden z wątków filmu to osobiste wyznania Krystyny Jandy dotyczące śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego. Wajda zaznaczył w poniedziałek, że liczył się z sytuacją, w której Janda – po obejrzeniu próbnego materiału – mogłaby się jednak nie zdecydować na pokazanie jej osobistych wypowiedzi w filmie. „Gdyby Krystyna zdecydowała, że jednak nie chce tego widzieć na ekranie, to skończyłbym film w inny sposób, szukałbym innego rozwiązania. (…) Krystyna chciała mi jednak zaufać, wiedzieć, że ja nie nadużyję jej dobrej woli, ona mi wyszła na przeciw” – mówił Wajda.

Pytany przez dziennikarzy o dalsze plany Wajda odparł, że ma zamiar „zrobić jakiś dobry film”.

„Nie mogę powiedzieć szczegółów, bo nie mam scenariusza, ale w planach mam film o Lechu Wałęsie, a może także i o pani Danucie (Wałęsowej – PAP), która jest dla mnie bardzo piękną osobą, która odgrywa w tym co się wydarzyło, bardzo ważną rolę” – podkreślił Wajda.

„Nie podoba mi się i nie mogę pogodzić się z tym, że opluwają naszych bohaterów; ktoś musi stanąć w ich obronie i akurat na mnie padło (…) Powinno się dać odpór gorszącym zjawiskom w naszym życiu politycznym” – tłumaczył Wajda.

Reżyser przyznał, że rozmawiał już o swoich planach z Lechem Wałęsą i jego żoną, a oni zareagowali pozytywnie. „Od tego się zaczyna, trudno jest zrobić film o kimś, kto tego nie chce (…) Kiedy będzie gotowy scenariusz, dam go im do przeczytania, by postanowili, czy powierzą mi to zadanie, jakim będzie realizacja tego filmu” – zapewnił Wajda.

Jak dodał, scenariusz do filmu obiecała napisać Agnieszka Holland.

Andrzej Wajda specjalnie dla Stopklatki opowiada o „Tataraku” i spotkaniu z Krystyną Jandą
16 lutego 2009

Andrzej Wajda za „Tatarak” otrzymał na festiwalu w Berlinie nagrodę im. Alfreda Bauera za innowacyjność. Ten film poruszył wielu widzów a kreacja Krystyny Jandy przyjęta została z wielkim uznaniem. Jeszcze w Berlinie rozmawialiśmy z Andrzejem Wajdą o jego filmie i spotkaniu z wielką polską aktorką.

Monika Marach: O ekranizacji „Tataraku” marzył pan od wielu lat. Czy można nazwać ten film pana „projektem marzeń”?

Andrzej Wajda: Przez 54 lata w zawodzie marzyłem o różnych filmach. O tych, które nakręciłem, i takich których nie udało mi się zrealizować. „Tatarak” dojrzewał we mnie jednak coraz bardziej z myślą o tym, że jest w nim rola dla Krystyny Jandy. Bardzo chciałem się z nią pracować, bo wydawało mi się, że jest dobry moment żebyśmy się spotkali, a ona ma coś do powiedzenia na ekranie. Rzecz, którą być może mnie opowie prędzej niż komukolwiek innemu. Nie mówię tylko o zwierzeniu, które towarzyszy „Tatarakowi”, ale także o ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, w którym wciela się w kobietę dojrzałą, którą spotkało coś, co jest dla niej niespodzianką; jest jednocześnie największą radością, a także zapowiada wielką tragedię. Nie ma zbyt wiele postaci kobiecych w polskiej literaturze, która biegnie za czymś innym, więc wszystko w czym pojawiają się interesujące kobiety należy pilnie obserwować. „Tatarak” jest właśnie takim tekstem. Jest jednak dość krótki, a ja nie chciałem robić filmu dla telewizji, bo uważam, że jest to marnowanie wysiłku. Telewizja jest nienaturalną transmisją kina. Udało nam się go jednak uzupełnić i przerobić na znacznie dłuższą historię.

A na Berlinale po raz pierwszy pokazać publiczności. Był pan na którymś z festiwalowych pokazów?

Ja tu z festiwalową publicznością zobaczyłem mój film po raz pierwszy. To było dla mnie fantastyczne przeżycie. Ta olbrzymia widownia wykazująca tyle akceptacji, czekająca przed kinem i chcąca uczestniczyć w czymś co tutaj się rodzi i rozpoczyna na festiwalu swój żywot. To dla mnie wielka radość, że mój film po raz pierwszy mógł zostać pokazany właśnie na Berlinale. Reakcje były dobre, a widzowie dali wyraz temu, że film został przez nich zauważony i w jakiś sposób ich satysfakcjonował.

Bolesne wyznanie Krystyny Jandy, która wspomina śmierć swojego męża, nie miało być jednak od początku integralną częścią filmu. Kiedy zdecydował się pan je do niego włączyć?

To się pojawiło kiedy nakręciliśmy już cały film „Tatarak” i zabieraliśmy się do realizacji drugiego elementu składowego tego filmu, do którego napisany był już projekt. To była historia aktorki opowiadająca o kreacji, którą tworzy i rzeczywistości, w której żyje. Na krótko przed rozpoczęciem prac dostałem od Krystyny kilka kartek, na których opisana była śmierć Edwarda Kłosińskiego, jej męża, a mojego przyjaciela, który jako operator zrobił ze mną bardzo ważne filmy. To co przeczytałem poruszyło mnie w najwyższym stopniu, nie mówiąc już o tym, że było to napisane przez kogoś bardzo dojrzałego, kto nie tylko daje wyraz swojemu uczuciu i bólowi, ale z całą świadomością potrafi te przeżycia opisać. Musiałem jej zadać wtedy proste pytanie: czy jest to wyznanie przeznaczone tylko dla mnie, żebym wiedział, że coś takiego miało miejsce, czy ona chce to opowiedzieć przed kamerą. Kiedy usłyszałem, że Krystyna chce to powiedzieć, zrozumiałem, że nie zrobi tego do każdej kamery. Cieszę się, że to właśnie mnie tak zaufała. Kiedy wszystko był już jasne, stanęliśmy przed problemem, jak to opowiedzieć. Uznałem, że jeśli ktoś decyduje się na taką spowiedź, to potrzebuje maksymalnej wolności. Tylko wtedy wyznanie takie będzie prawdziwe. Zaczęliśmy rozmawiać. Pytałem jak chce żeby to wyglądało. Czy chce podejść do kamery, czy chce się skryć w cieniu albo wyjść w ogóle poza kadr. Z wielką pomocą przyszedł nam wtedy mój niezawodny przyjaciel, operator Paweł Edelman, który zdecydował, że postawimy kamerę i damy jej wolność. Nie chcieliśmy gonić za jej twarzą z kamerą, która na wzór telewizji byłaby wtedy zbyt nachalna, a podetknięta pod nos próbowała pokazać prawdziwe uczucia.

To prawda. Aktorka zdaje się w ogóle nie zauważać kamery i traktuje ją jak gdyby w ogóle jej nie było.

Dyskrecja kamery sprawiła, że udało nam się osiągnąć znacznie więcej niż gdybyśmy podążali za nią ze sprzętem krok w krok. Oczywiście niosło to ze sobą pewne ryzyko, bo nigdy nie zrobiłem tak długiego ujęcia. Wierzyłem jednak w tekst, który Krystyna napisała, a ja poddałem redakcji i wybrałem z niego te fragmenty, które moim zdaniem najlepiej korespondowały z opowiadaniem Iwaszkiewicza. Krystyna nauczyła się tego na pamięć i wypowiedziała tak, że brzmi to jak wyznanie, które się rodzi na naszych oczach. Krystyna jest wprawnym i dojrzałym pisarzem. To wyznanie napisane jest wyrazistym językiem, w którym są też znaczące dialogi. Mnie dotknął szczególnie jeden. Krystyna mówi takie zdanie: „Edward powiedział – Jedźmy na wakacje, dawno przecież nie byłaś, a Andrzej przecież i tak na ciebie poczeka”. Kiedy ono pada, skóra na mnie cierpnie. Na co ja mam poczekać? On już wiedział, że na jego śmierć.

Choroba Edwarda Kłosińskiego rzeczywiście przerwała przygotowania do realizacji filmu. „Tatarak” miał przecież powstać już ponad dwa lata temu.

Kiedy Krystyna przyszła do mnie wtedy i powiedziała jaka jest sytuacja, zdecydowałem się zrezygnować z realizacji. Nie powiedziałem jej oczywiście, że będę czekał aż wszystko się rozwiąże, ale ona rozumiała, że ten film będzie zrobiony tylko z nią, albo nie powstanie wcale.

Po wznowieniu realizacji prace nad scenami z monologiem Krystyny Jandy musiały wiązać się z ogromnymi emocjami. Przygotowywaliście się państwo do nich jakoś specjalnie?

W czasie prac nad tym materiałem główną rolę odegrała jedna zasadnicza kwestia. Podczas gdy reszta filmu powstała w naturalnych plenerach, do tej sceny wybudowaliśmy dekoracje. W studio cała ekipa się cofnęła, została tylko kamera i kilka niezbędnych osób. Krystyna miała więc poczucie bycia samą ze swoimi myślami i przeżyciami. Dałem jej też pełną wolność w poruszaniu się po planie. To ona położyła telefon Edwarda na podłodze, zdecydowała się na wyjście z kadru czy podejście do okna. Zostawiłem jej wolność i co jest ważne – nie fotografowałem tego drugi raz. Jeden raz mi opowiedziała i już tego nie powtarzaliśmy. Rozumiałem, że nie ma czego powtarzać, bo to co Krystyna mówi jest prawdą. Owszem nakręciliśmy więcej tego materiału, ale nie wykorzystaliśmy wszystkiego. Wybrałem to co moim zdaniem łączy się z opowieścią „Tatarak”. Powstała dzięki temu spójna opowieść o śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie i przeciwko której się zawsze buntujemy. Edward mógł przecież zrobić jeszcze tyle filmów. Jego odejście było za szybkie, za gwałtowne.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

[Monika Marach]

przez retro Pn, 16.02.2009 22:27
Dziękuję za zaskoczenie!!! Gdy czytałem opowiadanie „Tatarak”, automatycznie wyobraziłem sobie ten film. No i widzę, że wyobraźnię mam ograniczoną. Oczywiście o filmie czytałem tylko. I mogę jedno tylko powiedzieć, albo krzyknąć: „Niech żyje Wielka Sztuka!!!”. Wielka Sztuka jest zawsze o krok przed nami. I z tego powodu aż chce się żyć! Dziękuję.
Tomek OP

przez Julita89 Pt, 03.04.2009 20:09
Już 24 kwietnia na ekrany polskich kin wejdzie „Tatarak” – kolejny po „Katyniu” film laureata Oscara, człowieka, który całe życie oddał pracy nad filmem – Andrzeja Wajdy.
Tym razem, polski reżyser oparł fabułę filmu o opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza. To kolejna, filmowa inspiracja prozą polskiego pisarza, kolejny film w którym główną rolę zagrała Krystyna Janda. Kolejny film z Krystyną Jandą w roli głównej.

Sam twórca opowiada o genezie swojego najnowszego dzieła.
„Po trzech filmowych spotkaniach z prozą Iwaszkiewicza: „Brzezina”, „Panny z Wilka”, „Czerwcowa noc”, od lat wracałem do „Tataraku”. Na przeszkodzie stała zawsze trudność przeniesienia tego liczącego kilkanaście stron opowiadania na pełnometrażowy film. Oczywiście, zawsze istniała możliwość połączenia Tataraku z jakimś innym opowiadaniem. Ale, jak to ma miejsce często z literackim arcydziełem, jego zdrowy i samowystarczalny organizm nie przyjmuje żadnych obcych ciał. W końcu po latach rozterek znalazłem autentyczną opowieść, która miała dopełnić „Tatarak” i z tym postanowieniem rozpocząłem film, kiedy okazało się nagle, że Krystyna Janda nie może grać w filmie ze względu na gwałtowną i śmiertelną chorobę męża, mego wielkiego przyjaciela i autora zdjęć „Człowieka z marmuru”, „Ziemi obiecanej”, „Dyrygenta” i „Człowieka z żelaza”. Kiedy rok później przystępowaliśmy do zdjęć, nie było Go już pomiędzy nami, ale ja ciągle trzymałem się poprzedniej wersji scenariusza. Pracę nad filmem rozpocząłem rzecz jasna od opowiadania „Tatarak…” Kiedy kończyliśmy już zdjęcia opowieścią ostatniej miłości Pani Doktorowej Marty do przypadkowo spotkanego Bogusia, Krystyna dała mi któregoś dnia po zdjęciach kilka napisanych przez siebie kartek maszynopisu. Ze zdumieniem przeczytałem, że jest to opis ostatnich dni życia mojego przyjaciela, Edwarda Kłosińskiego. Czy dajesz tylko mnie, czy chcesz powiedzieć to do kamery? Kiedy wyznała, że opowie to też innym, pomyślałem, że ona z tymi myślami wraca każdego dnia do hotelu, gdzie w samotności wraca do tamtych chwil. Natychmiast stanęły mi prze oczami obrazy samotnych kobiet w hotelowych pokojach namalowanych przez Hoppera. Tu przyszedł mi z pomocą autor zdjęć Tataraku, Paweł Edelman, który uznał, że tylko nieruchoma całkowicie kamera może spełnić to, czego spodziewamy się po tych scenach w naszym filmie.

Zaczynałem pierwszy film mając 27 lat, kiedy, jak mi się wtedy wydawało, żyliśmy wszyscy tylko naszym filmem a życie było jedynie dodatkiem do pracy. Dziś wiem, że oddając się bez reszty roli w filmie aktor pozostaje sobą i nic, żadna iluzja, nie zastępuje mu rzeczywistości. Tym bardziej doceniłem zwierzenia filmowej Pani Marty. Moje pragnienie przeniesienia na ekran opowiadania Tatarak wiązałem zawsze ze spotkaniem z Krystyną Jandą, z którą spotkałem się 32 lata temu w filmie Człowiek z marmuru. Dzięki tym dwóm spotkaniom po latach – z Autorem Tataraku i odtwórczynią roli Pani Marty – znów odnalazłem siebie. Czy ten fakt obecny jest na ekranie, nie umiem ocenić”.

http://wiadomosci.onet.pl/1946772,19,zy … ,item.html

Pozdrawiam Panią bardzo i życzę spokojnego wieczoru
Julita

przez Jaśminowa Cz, 02.04.2009 21:27
Pani Krystyno!
Przeczytałam wywiad w Vivie… Podobał mi się, sesja zdjęciowa piękna, taka.. symboliczna. Na „Tatarak” czekam z niecierpliwością, chcę sobie skonfrontować to wszystko co się o tym filmie pisze, mówi. Nawet nie wiem co do Pani napisać- ja po prostu podziwiam Pani wewnętrzną siłę. Mam nadzieję, że ten film jakoś Pani pomógl, może troche uleczył. Życzę wszystkiego dobrego i dobrej nocy.

przez banalna N, 29.03.2009 18:24
Pani Krystyno !

Szczerze mówiąc to nie wiem co mam Pani napisać, ale będę się zastanwiała w trakcie.
Napisała Pani ‚Bardzo mi zależy żeby ludzie o Nim nie zapomnieli.’
Nie, nie nie! Nie ma mowy, żeby ktoś o Panu Edwardzie zapomniał. Są filmy, zdjęcia, wywiady, Gwiazda … I najważniejsze- PANI z SYNAMI. Zresztą co ja tam będę mówić, to wszystko Pani wie.
Proszę być dzielna ( teraz chyba też Pani jest, ale tak na wszelki wypadek piszę, bo za niedługo ‚Tatarak’)… I nie wiem co jeszcze mogę Pani napisać. Wiem! Że Panią po prostu lubię.
Pozdrawiam.

Witam Panią Pani Krystyno,

Proszę nie brać sobie do serca polemik na temat Pani osobistego wątku w filmie „Tatarak”.
Intencja jest czytelna czyli pamięć o bliskim Pani, a ogólnie wybitnym czlowieku w środowisku filmowym.
Aktor uwieczniony bywa na taśmie filmowej, operator to uwiecznianie umożliwia, czasem, dzięki talentowi, podnosi go do rangi wysmakowanej sztuki. Niestety On sam może gdzieś tam umknąć pamięci zwyczajnych widzów. Dlatego jeśli Edward Kłosiński to był człowiek wyjątkowy i dodatkowo związany z branżą filmową to zasłużył sobie na ten szczególny „pomnik” i tego proszę się trzymać już nie myśląc o sobie w kategoriach wijącego się piskorza ustawionego pod pregierzem niezręcznecyh pytań o smak, granice prywatności, ekshibicjonizm itp. Zrobiła Pani to co uważała za słuszne. I tyle. Pozdrawiam – Kasia.

P.S. Sesja Justyny Steczkowskiej to było jakieś estetyczne nieporozumienie.
Nie wiem kto w redakcji wpadł na taki niefortunny pomysł.

przez banalna Pt, 27.02.2009 23:06
Droga Pani Krystyno !

Mam 15 lat, odkryłam Panią jakieś dwa tygodnie temu. Wiem, że to dziwne słowo,ale… to było wtedy gdy usłyszałam o „Tataraku”. Poszukałam w internecie, ogłądnęłam wywiady z Panią i wszystko co było na youtubie. Jestem pod ogromnym wrażeniem Pani osoby, jest Pani wyjątkowa, niepowtarzalna i niesamowita.
Na „Tatarak” pójdę na pewno !

Ja chodzę sobie do gimnazjum i wiodę wegetację. Staram się dobrze uczyć, ale wszechobecna niesprawiedliwość wyniszcza mnie. Startuję sobie w konkursach, z których pomimo kilkudziesięciu godzin pracy nie wychodzi mi nic. Chyba nawet wiem dlaczego tak jest, mnie po prostu nie chcę się starać, nie mam po co- tz. chcę, ale nie mogę.
W codziennym życiu zgrywam cwaniarę, i jak można wyczytac z moich głupawych wywodów użalam się nad sobą. Staram się nie pokazywać innym jaka jestem w środku, nie potrafię się po prostu otworzyć.
Niby jestem taka wesoła, żartobliwa i wszędzie mnie pełno,ale tak naprawdę nikt nic o mnie nie wie. Z resztą sama o sobie wiem nie wiele. Jestem skomlikowana to wiem.
Ostatnio przygotowuję się do konkursu wiedzy o teatrze, rok temu też startowałam, zabrakło nie wiele, więc w tym czeka mnie szary koniec( tak jest zawsze jak raz pójdzie mi lepiej) Proszę wybaczyć mi, że musi Pani czytać takie smuty, ale tylko Pani potrafię o tym powiedzieć nikomu innemu.
Czuję, że wypełnia mnie wewnętrzna pustka, której nikt nie może zapełnić. Jestem, bo… jestem. chyba tylko tyle
„Żyję na świecie, ale nie dla świata”
Mam nadzieję, że nie poczuje się Pani senna po przeczytaniu tego
Teraz czuję się lepiej… Gdybym spotkała się z Panią na żywo też powiedziałabym to wszystko i jeszcze więcej powiedzieć, ale tylko Pani. Nie wiem do końca dlaczego tak jest, wzbudza Pani moje zaufanie. Gdy usłyszałam jak mówi Panie o PRAWDZIE w swoim wywiadzie wiedziałam, że to wyjątkowe.

Jest w Pani coś takiego co emanuje taką mądrością i prawdą i optymizmem. Może, dlatego napisałam to właśnie do Pani.
Będzie Pani dla mnie inspiracją podczas pisania konkursu… i postaram się,ale tylko dla PANI !

Ja wiem, że to mogą być dla Pani takie strasznie błache problemy. Wiem też, że Pani w swoim życiu wiele przeżyła, widziała, bardzo Panią szanuję. Zdaję sobie sprawę, że w Pani życiu były momenty cierpienia, ale Pani nigdy się nie poddaje, dlatego tak bardzo Panią cenię.
Dobra… poczułam, że może to głupie, że piszę do Pani tak tylko o sobie, proszę wybaczyć.

Podziwiam Panią, życzę dużo zdrowia i siły !

przez jerzy_ Cz, 26.02.2009 22:43
Od roku próbuję napisać list do Pani. Nie chcę, żeby to zabrzmiało kokieteryjnie, ale walczę z myślami, że nie powinienem zabierać Pani ani chwili, męczyć swoimi wynurzeniami.
Chciałbym podziękować.

Rok temu byliśmy z moją Przyjaciółką w Teatrze Polonia.
Być może to naiwna historia, jednak ciągle mnie wzrusza: w hotelu, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia na spektakl Ona złamała paznokieć. Chciałem pójść do sklepu po pilniczek, zatrzymała mnie słowami: wszystko będzie u Jandy. Pierwsze chwile „Szczęśliwych dni”, Winnie wyciąga z torby pilnik do paznokci! A takich „zbieżności” do końca spektaklu wyłowiliśmy jeszcze wiele. Nigdy nie czułem się w teatrze tak bardzo u siebie. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie; doskonale pamiętam Pani twarz, kiedy przyszedł czas ukłonów. Do dziś cholernie ściska w dołku. Zresztą – dzień wcześniej na „Rajskich jabłkach” prawie płakaliśmy; Ona, bo Wysocki to najlepsze wspomnienia związane z nieżyjącą przyjaciółką, ja – patrząc na Nią.
Nie potrafię opisać jak bardzo jest Pani dla nas ważna i bliska, we wszystkich odsłonach; w felietonach, filmach, muzyce, teatrze. Uwielbiamy Panią solo i w duecie z Panią Magdą Umer. Jesteście Panie esencją elegancji, wyrafinowanego poczucia humoru, absolutnej klasy.
Nie chciałbym zostać źle zrozumianym, ale dla mnie poznawać Panią to jakby namiastka mitycznych, kawiarnianych czasów, kiedy mężczyźni byli wyłącznie szarmanccy, a kobiety tylko piękne.
Mógłbym pisać bez końca. Bardzo się boję, że nadużywam Pani cierpliwości i cieszę, ze wreszcie wystarczyło mi odwagi na publikację tego listu. Jeszcze raz gorąco dziękuję (również za płytę „LIVE Krystyna Janda w Trójce”, którą jakiś czas temu otrzymałem od Pani). Z niecierpliwością czekam na „Tatarak”.

Serdecznie pozdrawiam
Jerzy

Spędziałam dziś bardzo miły dzień w prosektorium
(jeśli w ogóle dzien w prosektorium może być miły…)
kilkanaście (żywych) osób przyszło mi powiedzieć
że jest Pani piekną i mądrą kobietą
i że można się od Pani wiele nauczuć o życiu, jak i po co żyć.
Takie mieli refleksję po wywiadzie u p. Lisa
a ja nawet nie wiedziałam że oni się interesują Pani osobą w jakikolwiek sposób
więc spędziłałam dziś czas na spokojnym potakiwaniu i mówieniu „yhm…, no tak…. zgadzam się… tez tak myślę….”
a oni wszyscy nagle chcą do kina…żeby się od Pani czegoś nauczyć

a mnie zaskoczyło…zawsze jak czytałam „Tatarak” wydawało się że Marta umiera tego lata którego mają miejsce zdarzenia, nie że tylko opowiada je lata którego umiera
że ona biegnie, goni życie i jego smak „w ostatniej chwili”, że ma zadyszkę, dusi się, zachłustuje, że tam jest pod spodem pewna presja czasu, wewnetrzny nacisk, pośpiech „żeby jeszcze zdązyć” „zeby ostatni raz móc…”
Nawet w klasie maturalnej mi się tak wydawało, i włąsnie usiłowałam sobie przypomnieć co mówi na ten temat opracowanie lektur albo co mówiła polonistka ale nic nie pamiętam,
pamiętam tylko własne wrażenie na temat tego textu
i zawsze mi się wydawało że umiera na raka piersi, w sumie nie wiem dlaczego akurat o tym pomyślałam…
w tamtych czasam mogła róznie dobrze umrzeć na gruźlice albo cokolwiek innego, nawet to co dziś da się wyleczyć…no nie ważne. deliberuje…przepraszam

przez danel N, 22.02.2009 23:16
Raport Specjalny Interia.pl: http://film.interia.pl/raport/tatarak-w … ku,3154251

Pozdrawiam

przez zuzanna6 N, 22.02.2009 22:31
Moja Kochana Pani Krystyno

Roztargnienie, to poezja w uczynkach, a głupota, to już chyba nie ma żadnego wytłumaczenia…

Wie Pani, co dziś zrobiłam, przeglądałam, kiedy i gdzie Pani występuje i zastanowiło mnie, czemu Pani wszystkim przypomina w sowim „rozkładzie”, że jutro jest Tomasz Lis na żywo. Uwielbiam Lisa, uwielbiam ten program i zawsze oglądam. I tak mi się miło zrobiło, że Pani, go pewnie też tak bardzo lubi hi hi hi i stąd ta notatka hi hi hi

Pisałam Pani wcześniej, że mam cudowna przyjaciółkę J., którą bardzo podziwiam za intelekt. Ona ( nieświadoma mych rozważań) wyprowadziła mnie z błędu.

Moja J. wyjechała dawno temu za mężem ( a mąż za pracą) w daleki świat. Jest cudowną żoną i matką. Podziwiam ją za wszystko. Prowadzi polski dom, podtrzymuje polskie tradycje. Systematycznie uczy swoje dzieci j. polskiego. Dzwoniła do mnie jak umarł Papież i powiedziała: wiesz, mieszkam w dzielnicy, gdzie jest tylu Polaków, a tylko w moim oknie płonie świeczka. Powiodło im się, tylko ona ciągle płacze mi w słuchawkę, że jest osobą, która absolutnie nie nadaje się na emigrację i oddałaby wszystko, żeby wrócić do Polski. Mąż czuje się odpowiedzialny za rodzinę, boi się tu wrócić. Dzieci jeszcze małe. Może jak kiedyś się usamodzielnią to wróci…życzę jej tego z całego serca.
I to ona właśnie zawsze dzwoni do mnie, jak jest coś ważnego w telewizji, żebym, jako roztrzepaniec, nie ominęła. Jej podpowiedzi, co do książek, filmów, programów, zawsze są trafione. Dziś zadzwoniła do mnie, żebym jutro nie przegapiła Tomasza Lisa, bo będzie nasza kochana Krystyna Janda. Nie przyznałam się, że czytałam na ten temat, ale opacznie zrozumiałam hi hi hi.

Rozmawiałyśmy długo o Pani. Moja J. też Panią uwielbia i czeka na „Tatarak”. Oczywiście Iwaszkiewicza nie musi sobie przypominać, bo ma go w jednym paluszku. Oczywiście, że przeczytała wszystkie Pani książki i też jest zachwycona LISTAMI DO B. Powiedziałam jej, że czytając Pani Listy, widziałam parę razy ją samą. J. powiedziała, że nie pierwsza jej to mówię. Czemu o tym piszę? Bo to wielkie szczęście znać takie dwie cudowne osoby i pod pewnymi względami tak podobne do siebie. Przy J. nie można mówić o krzywdzie dziecka. Z J. nie pójdzie się dalej, gdy leży człowiek na ulicy. J. strasznie płacze jak odchodzi każdy znany Polak. J. kocha ludzi i ma w sobie bardzo dużo wrażliwości. A listy J. pisane do mnie są tak piękne, jak Pani. Ona ma talent! I wszystkie jej przyjaciółki nalegają by pisała. Coś tworzy w ukryciu. Obiecała się pozbierać i zmobilizować. Jeśli coś z tego wyjdzie, Pani dowie się o tym pierwsza, obiecuję.
Kiedyś spotkało mnie wielkie szczęście. Opowiedziałam o nim mojej J. To ona wymyśliła te słowa – wiesz, Bóg cię na pewno kocha. Rzadko chodzisz do kościoła, ale dzisiaj idź, tylko posiedź sobie, a ON cię tam na pewno zauważy.

Bóg mnie na pewno kocha skoro dostaję listy od J i od K.J. !
To do jutra, Pani Krysiu, spotkamy się u Lisa, tylko, że ja i wszystkie fanki ( i fani oczywiście) będziemy z drugiej strony tego magicznego szkiełka.

Serdecznie pozdrawiam i życzę prawdziwych przyjaciół wokół.
Zuzanna

przez amc So, 21.02.2009 11:37
Pani Krysiu,

pewnie Pani czytała, ale wrzucam bo sama „nadrabiam zaległości” z czytania…

Andrzej Wajda o „Tataraku”:

http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda/wideo/news/andrzej-wajda-o-tataraku/wideo/wajda-o-tataraku,3154048

Spowiedź Krystyny Jandy:

http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda/newsy/news/spowiedz-krystyny-jandy,1259826,5874

Mój najważniejszy film:

http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda/epk/news/moj-najwazniejszy-film/wideo/krystyna-janda-o-tataraku,3154251

„Tatarak” Wajdy w kwietniu:

http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda/newsy/news/tatarak-wajdy-w-kwietniu,1260843,38

Wajda powalił Bromskiego:

http://film.interia.pl/szukaj/news/wajda-powalil-bromskiego,1260263

Film Review: Sweet Rush by Kirk Honeycutt:

http://www.hollywoodreporter.com/hr/content_display/news/e3i6266a3e7e491921c85446259ce32c552

„Der Kalmus” – Kommentar zum Film beim Redaktör Joachim Kurz
http://kino-zeit.de/filme/tatarak

i tu nawet ładnie napisane:

Poetisch, nachdenklich und klug – von der Art, wie sich Andrzej Wajdas neuer Film Tatarak / Sweet Rush präsentiert, hätte man sich mehr gewünscht im diesjährigen Wettbewerb der Berlinale.(…)
Film und Realität, Leben und Tod, Rolle und Erfahrungen, sie gehen in Andrzej Wajdas Film eine Verbindung ein, die nachdenklich stimmt und berührt, die unter die Haut geht, die aber niemals ins Pathetische oder Weinerliche abgleitet. Ein gelungener Film, den mit dem Pathos von Wajdas letztem Werk Katyn, das im vorigen Jahr auf der Berlinale zu sehen war, nichts verbindet. Und genau deshalb, weil er auf alle großen Gesten verzichtet, den Figuren Raum lässt und genau beobachtet und registriert, kann man sich der melancholisch-sommerlichen Stimmung von Tatarak / Sweet Rush kaum entziehen.

Tatarak jeszcze jeden trailer już w sieci:

Reuters Pictures
Actors Jan Englert (L), Pawel Szajda (R) and director Andrzej Wajda pose during a photocall to promote the movie ‚Sweet Rush’ at the 59th Berlinale film festival in Berlin, February 13, 2009.

w tym tygodniu a moich małych nieszczęść ciag dalszy…
„zdechł” mój laptop…
i jakże się urokliwie składa model ten nie jest ani produkowany ani importowany do Polski…więc oczywiście „łatwo dokupić części…i szybko mi przyjdą jak zamówie na http://www.dell.com a przy tym są oczywiście tanie…”
i już p… laptop. Mam drugi… no nie taki dobry, ale jednak działa… ale MOJE DANE z ostatniego tygodnia!!! dalczego ja ich nie zapisałam na przenosnym dysku twardym…

Dla poprawy nastroju czytam w wannie…
(bo szlag mnie trafił)

***
Jeżeli chciałbym wrócić do Montevideo,
to żeby znowu ujrzeć ptaki haftowane,
owe zasłony pełne dziobów, skrzydeł,
i skrzeku tak obcego jak taniec Indianów,
spuszczone na obłoki, na pejzaże, drzewa,
i na moje oczy, napełniły wszystko
poczuciem strachu, obcości i dziwu.
Czerwone, czarne, żółte i dropiate
ze wszsytkich słupów zrywają się, lecą
i żadne nie wie, po co tu przyszedłem,
i nie chce wiedzieć. O jak cięzko lecą
dziób dzwigające dziwne pelikany
i kardynały, i te szczekające
niby psy mewy, aż z Ziemi Ognistej
tutaj przybyłe. Ptaki dla Witolda
i dla spotkanej na statku tak dziwnej
Pani Becu.

Nie trzeba myśleć o Krzemieńcu
w Montevideo. Nie trzeba, nie trzeba.”

To Iwaszkiewicz
„Śpiewnik włoski”
mało to optymistyczne, ale kompozycja ciekawa, jesli Pani nie czytała (przypadkiem, choć nie wierze) to polecam.. tylko może nie „do poduszki” bo to nie pomaga zasnąć ten tomik, raczej odwrotnie…

przez Julita89 So, 21.02.2009 02:43
Odpowiedziała mi dziś Pani na jeden z listów: ,,Wiem wiem ile to czasu i pracy…tym większa wdzięczność , tym większymi literami i uczuciami…” BOSKA! Uwielbiam Cię!!
A za te zdjęcia z ,,Tataraku” to przepraszam, w CV coś się stało i zdjęcia „uciekły”, więc nie mogłam sprawdzić. Cieszę się, że reszta się Pani podobała Pracy trochę, ale za taką nagrodę…! To na koniec świata!
Pani niezrównane poczucie humoru z tym męczeniem się z Pani ..talentem”, jak to Pani komuś napisała Jak dla mnie to trzeba przestawić cudzysłów, bo żeby każdy się tak ,,męczył” ze swoim talentem jak Pani to takie słowa jak stres i zmęczenie zostałyby skreślone ze słownika
Pani Krysiu, mnie i moją przyjaciółkę, która idzie ze mną na ,,Dancing” zastanawia i martwi, a mnie to szczególnie, bo aż spędza sen z powiek, dlaczego on taki krótki…? To minie jak mgnienie oka przecież… i co potem???
Ja opowiadania Iwaszkiewicza też już mam, ,,Tatarak” przeczytałam juz jakiś czas temu. I tylko czemu aż tak długo trzeba czekać jak wejdzie do kin… Wszystko się jeszcze bardziej dłuży jak się na coś usilnie czeka. Tak czekam na ,,Tatarak”, a wcześniej, 22 marca, na spotkanie z Panią w Polonii z nadzieją niegasnącą, że spędzimy z Panią trochę więcej czasu niż te 50 min. …

Życzę Pani miłego weekendu, pięknych zimowych widoków, herbaty z malinami na rozgrzewkę, wesołego trzaskającego ognia w kominku, wyspania się i weekendowego głębszego oddechu z którąś z Pani ulubionych książek, albo jak sobie Pani marzy tak życzę
Julita

przez zuzanna6 Pt, 20.02.2009 20:55
Moja Kochana Pani Krystyno
Mam opowiadania Iwaszkiewicza i cieszę się, jak głupi czapką. Przeczytam TATARAK i przygotowana będę oczekiwać filmu. Jejciu, oczywiście, że kiedyś to czytałam, ale mam taką sklerozę, że niektóre książki, jak są ważne, to nawet czytam trzy razy. Moja przyjaciółka, J. ma niesamowitą pamięć. Mogę zadzwonić w nocy, o północy i zapytać o aktora, reżysera, polityka, poetę – wszystko pamięta. To jest intelekt! Jest oczytana i wszystko pamięta! Ja tak nie mam, ale uwielbiam ją za to, bo lubię ludzi mądrzejszych od siebie. Kiedyś o niej napiszę, jest niezwykła.
Wpadłam dziś na przerwie na moją kochaną bibliotekarkę, A. Ona zawsze wyszpera mi, o co ją poproszę i do tego przyniosła mi książkę do klasy. Bardzo jej podziękowałam, bo jak chcę się bardziej nad czymś skupić, to oczywiście, że wolę czytać się w domku, niż w autobusie ( a tu akurat piątek!). Pracuję w wiejskiej szkole, ale bardzo dużej i nowoczesnej. Niestety na przerwie do biblioteki nie dobiegnę, dlatego byłam jej taka wdzięczna.
Palarnię też mamy bardzo daleko w piwnicach, ale o to akurat nie mam żalu. Palaczy trzeba izolować, a prawdziwy palacz znajdzie sobie miejsce nawet pod wodą. Często nie wiem, czy przez te schizofreniczne 10 minut przerwy mam siusiać, jeść, czy palić. Najczęściej z kanapką w ręku biegnę do naszego klubu palaczy, a siusiu noszę, aż skończę lekcje ( wiem, wiem, że to niezdrowo). Już nawet nie staram się rzucać palenia, chyba lubię palić i tyle. Jedyne, co mogę zrobić, to tak się ukrywać, by nigdy nie zobaczył mnie z papierosem uczeń. Jak jestem gdzieś z nimi na wycieczce to wytrzymuję. Mam tak troszkę przegrane czasami jak Pani, jeśli chodzi o brak anonimowości. W autobusie często słyszę wydzierający się głosik – o nasza pani jedzie hi hi hi. Dlatego też zawsze czytam, bo jak mamusia jakaś się dosiądzie to muszę opowiadać jak się dziecko uczy, choć w szkole zawsze jestem do dyspozycji. W miejscach publicznych nie mogę tak spokojnie usiąść przy piwku z papieroskiem, by nie usłyszeć tego sakramentalnego – o nasza pani. Nie jest to jakaś podwójna moralność, robię to z szacunku do tych maluchów, dla których ( czy tego chcę, czy nie) jestem prawie Bogiem. Miłość ich jest szczera i bardzo miła, ale jakże zobowiązująca zarazem.
Panią doskonale rozumiem, dlaczego nie może Pani jeździć kolejkami, czy autobusami. Chyba też rozumiem Pani poczucie odpowiedzialności za innych i jak może być Pani zmęczona rozpoznawalnością w tłumie. To musi być okropne. Strasznie ucieszyłam się myślą, że chociaż przez chwilę rozmawiałam z Panią. Jakie to dla mnie ważne, że przeczytała Pani moje dwa listy i odpowiedziała Pani na nie. Ale z drugiej strony mam poczucie winy, że dobijam się do Pani i zabieram Pani cenny czas. Jest to egoistyczne. Może moimi listami dam coś od siebie…

Palenie rzucałam już kilka razy. Ciekawa jestem, jakie jest Pani zdanie na ten temat. Wydałam majątek na owoce, orzeszki i plastry. Nic nie pomogło. Wszyscy na mnie okropnie krzyczeli, że znowu łapię za papierosa, tylko moja kochana mądra J. poprosiła, żebym jej to wytłumaczyła. Powiedziałam jej, że jak nie palę, to czuję się taka przygnębiona jakby mi umarł ktoś bliski. Stwierdziła, że nie można tak się unieszczęśliwiać i choć sama nie pali i nie cierpli palaczy, to nie robiła mi wyrzutów. I powiedziała coś ważnego, że bardzo to docenia, że zawsze jak palę to wychodzę, że nie wdycha mojego dymu, a tak bardzo mnie lubi, że mój smród palacza zniesie. Piszę o tym, bo palacze często nie mają racji, oburzając się, że ich się izoluje. To naprawdę okropnie śmierdzi niepalącym i niestety szkodzi. Ja mam już taki odruch, że nawet przy ognisku, jak są obok niepalący, odchodzę kilka kroków. Ale chciałabym, żeby moje niektóre koleżanki tak strasznie mną nie gardziły, za to, że wiecznie czuć ode mnie papierosami. I przykro mi, że nie wierzą, że tego nie umiem rzucić. Czasami odpowiadam im – trudno, to jedyna wada, jaką mam! ( no, może czasami się upiję, ale zawsze na wesoło!)
Pozdrawiam cieplutko, przytulam mocno i samych mądrych i tolerancyjnych ludzi na drodze życia życzę.
Z uwielbieniem Zuzanna

przez ANDRZEJ Pt, 20.02.2009 17:42

witam!
parę różnych refleksji.przeglądając forum,zauważyłem zamieszczone przez kogoś linki z planu” tatarak”.
jeden był o zakończeniu zdjęc.zdziwiło mnie coś,czego pewnie nie ma gdzie indziej.
wszyscy zadowoleni,dziękują sobie,gratulują,ściskają czule i nie wyłaczając pani krystyny oczywiście,buzia,rąsia ,buzia,ochy i achy,wesoło,i sponatanicznie..
coś skojarzyłem.
zazwyczaj nie widać tego kiedy panie z biura wychodzą po skończonej pracy,kiedy robotnicy kończą zmiane..
owszem papierosek ,jakiś żart owszem,ale żeby okazywać sobie tyle serdeczności? nie to przecież ..? co ? wiocha? nie wypada?obciach?
pewnie że nie chodzi o to by nieustannie pić sobie z dziubeczków.
ale czasem warto za parę miechów pracy,podziękować sobie i kwiatami i całusem i żartem i wyściskaniem się.jak andrzej wajda między innymi.
to też taka socjologiczna obserawacja.
coś się w polsce popsuło,ludzie rzadko sobie okazują spontaniecznie uczucia,za wyjątkiem dzieci i części młodziezy,nastolatków szczegolnie..
czasem od wielkiego dzwonu,święta,wakacje czasem.ale na co dzień?
sztywniactwo,smutek,pośpiech,na łapu capu,i pod publiczkę,z ledwie udawanym uśmieszkiem,zmęcznie..
coś tam .. coś tam.. muszę już lecieć,nie mam czasu..
sztuka spławiania jest u nas bardzo rozwinięta.
i nie będę tu odkrywczy,że dobra atmosfera w pracy,także na palnie wpływa na jakośc dzieła,filmu,serialu,spektaklu,oprócz dobrego pomysłu i scenariusza.
ach zawodowiec zagra wszystko z biegu,jasne ,bez okazywania uczuć,jasne psychologicznie i warsztaowo jest tak dobry że hej,maska numer 10,minka numer 5,sznyt uliczny i już jedziemy..
zaraz zaraz,akatorsto to według mnie także prawdziwe emocje,oprócz talentu,tak po prostu.
i u nas się o tym zapomina bardzo czesto i filmy mamy jakie mamy. czasem hit,czasem coś ciekawego,ale totalnie przeważa badziewie udające film i męczoące widzów na
maxa.
nie widziałem jeszcze”tataraku” ale obejrzałbym go.mam nadzieję że zasłużenie został wyróżniony w berlinie.
jak pani to wszystko ocenia?
zgadza sie w czyms pani ze mną, pani krystyno?
i jeszcze jedno ,czy proza jarosława iwaszkiewicza,dzięki filomowi ma szanse na powrot? dla dzisiejszej młodziezy chyab za bardzo zakrecone te limaty ,psychodramatycznoobyczajowe.. haha moze raczej moze powrócić tematyka młodość -wiek dojrzały na ekrany,niekoniecznie zaraz książki iwaszkiewicza..?
ale może się mylę? na ra! serdeczne
pozdrówki dla pani i forumowiczów.

przez E.T. N, 19.04.2009 16:19
W 1976 chodziłam z Jankiem do nudnego ogólniaka w takim szarym mieście i czekałam,
kiedy na ekrany wejdzie Człowiek z marmuru.Film zobaczyłam na pierwszym seansie.Następnego
dnia Trybuna Ludu zamieściła o nim wstępniak-krytykę na całą stronę.Gazetę nabyłam w drodze
do szkoły.Na lekcji języka polskiego (polskiego oduczała nas obywatelka harująca na dwóch etatach:
1- w KW PZPR, 2- w naszej szkole) usiadłam w pierwszej ławce,Trybunę położyłam przed sobą.
Branie natychmiastowe;prawie 40 osób,i tylko my dwoje widzieliśmy film,i dyskusja zażarta
przez dwie godziny lekcyjne+duża przerwa,i towarzyszka nauczycielka w natarciu.
Coś z tamtej atmosfery unosi się dziś czasem w powietrzu.

Pani pierwsza rola-Pani ostatnia rola w filmie Andrzeja Wajdy;łamanie konwencji-przełamywanie
tabu.Tabu,wyparcie,obawa;chętna zgoda na Erosa w sztuce-wobec Tanatos milczenie,anonimowość,
strach.W filmie trudniej powiedzieć to,o czym pisze Agata Tuszyńska,Joan Didion,Ken Wilber.
Uczymy się wrażliwości,uczymy się mówić od tych,którzy chcą i mają odwagę dzielić się z nami częścią swojego świata.
Czekam na Tatarak.W milczeniu.

Z wyrazami szacunku
z bukietem wiosennych kwiatów
tęczowe pozdrowienia z zielonego lasu
ET

przez jotka So, 18.04.2009 22:13
Pani Krysiu, nie ma się co obawiać o oglądalność, wszyscy pójdziemy do kina.
Patrząc na społeczność, jaka się zebrała – tutaj – i niewątpliwy nasz wpływ na rodzinę i znajomych, będzie to spora gromada. Wielkie ukłony dla KJ. Serdeczności dla wszystkich Forumowiczów.

przez Radek Lucjan So, 18.04.2009 13:31
Pokaz Prasowy filmu „Tatarak” Andrzeja Wajdy i konferencję prasową w dniu 20.04.09 – godzina 13:00 Silver Screen ul. Puławska Warszawa

Uroczysta premiera filmu będzie miała miejsce dnia 22 kwietnia 2009 – godzina 20.00 Multikino Złote Tarasy Warszawa

Film wchodzi na ekrany kin w dniu 24 kwietnia 2009, dystrybutor: ITI CINEMA

oficjalna strona http://www.filmtatarak.pl/ m.in.galeria, video

ode mnie – najbardziej oczekiwany film w życiu

przez Julita89 So, 18.04.2009 03:34
– Kiedy postanowił pan zrealizować ,,Tatarak”?
– Od kilku lat chciałem się znowu spotkać na planie z Krystyną Jandą. Do tego potrzebowałem jednak propozycji godnej jej talentu, czyli odpowiednio silnej i wyrazistej postaci kobiecej. Podobne postacie rodzą się z potrzeby tworzenia rzeczy bezinteresownych, więc w literaturze. Taka jest postać kobiety w ,,Tataraku” Jarosława Iwaszkiewicza.
– Czyli najpierw wiedział pan, że to ma być Janda, a dopiero potem, że Iwaszkiewicz?
– Nie, nastąpiło naturalnie spotkanie. Zaproponowałem jej tekst, o którym myślałem od dawna, a ona się nim zachwyciła. Prawdziwą przeszkodą okazał się fakt, że ,,Tatarak” – jakkolwiek by go realizować – nie trwałby dłużej niż 45 minut, a i to wliczając przynależną Iwaszkiewiczowi powolność opowiadania. Można więc było zrobić krótki film dla Telewizji, ale to, co się tam teraz dzieje, odstręcza mnie całkowicie od telewizji publicznej. Kanał TVP Kultura to największe nieszczęście, jakie mogło spotkać ludzi kultury w konfrontacji z telewizją, zepchnięcie kultury na zupełny margines.
– Ale dzięki temu kanałowi jest przynajmniej co oglądać w telewizji, poza sportem.
– Co z tego, skoro nikt tego nie ogląda? Kultura musi być wpisana w główny program telewizji publicznej, bo to jest obowiązek telewizji publicznej, czy to się komuś podoba czy nie, czy ma większą czy mniejszą oglądalność.
– Nie chciał pan robić krótkiego filmu telewizyjnego, wyłoniła się więc konieczność znalezienia materiału literackiego, który rozwinąłby fabułę ,,Tataraku” do rozmiarów pełnego metrażu?
– Tak. Najprościej byłoby znaleźć drugie opowiadanie Iwaszkiewicza, ale arcydzieło ma to do siebie, że jest samowystarczalne i nie potrzebuje żadnego wsparcia. Narzucał się więc inny pomysł: filmu w filmie. W końcu stary reżyser po latach spotyka się tu z aktorką, która kiedyś u niego stawiała pierwsze kroki; mogło być ciekawe, co oni mają sobie do powiedzenia. No ale ile to może zająć czasu ekranowego? Parę minut. Dalej brakowałoby co najmniej pół godziny filmu. Pomyślałem, że można by dołączyć jakąś opowieść o aktorce, jakąś historię zdającą sprawę, że artysta, kreujący zmyślone postacie, żyje też własnym życiem i ma własne problemy, nieraz równie dramatyczne jak historie fikcyjne. Przypomniała mi się historia, którą trzydzieści kilka lat temu opowiedziano mi w Moskwie, kiedy tam pracowałem w Teatrze Sowriemiennik – o aktorze, który spotkał kobietę swojego życia, spędził z nią noc w typowym podmiejskim blokowisku, wyszedł rano, żeby kupić coś na śniadanie, a potem już do tego mieszkania nie trafił. Przed laty Jerzy Gruza napisał dla mnie w Zespole X scenariusz według tej opowieści. Nie zrealizowałem wtedy tego filmu, bo scenariusz był za krótki i musiałbym go robić dla telewizji. Teraz mi sie wydało, że można by to połączyć: mielibyśmy Krystynę Jandę grającą panią Martę z ,,Tataraku” i Krystynę Jandę przeżywającą własną historię, która jest opowieścią współczesną, rozgrywającą się w nowych slumsach, gdzie każdy jest anonimem.
– Czy Krystyna Janda weszłaby w rolę tego aktora?
– Tak, ale pojawiła się pewna kompikacja, bo trochę inaczej wygląda sytuacja kobiety w takim momencie. Trzy scenariusze na ten temat jednak powstały. I kiedy już się zdecydowałem, że trzecia wersja, autorstwa Olgi Tokarczuk, będzie współtworzyć przyszły ,,Tatarak” (bo co do tytułu nie miałem wątpliwości), przystąpiliśmy do realizacji filmu. Zacząłem oczywiście od opowiadania Iwaszkiewicza. Krystyna Janda mnie zaskoczyła, bo postanowiła się przecharakteryzować. Ona zawsze starała się w filmie pozostawać sobą, nie chować się za postacią. Tu nie: stwierdziła, że to jest inna epoka, inny świat, że ona wobec tego się odmieni, będzie miała inny kolor oczu i włosów, stanie się kimś innym. To mnie zaciekawiło, bo odmieniło ją też w ,,Tataraku” jako aktorkę. Zresztą postać też jest trochę inna: ona zawsze grała kobiety aktywne, zmagające się z rzeczywistością, tu gra kobietę zajętą codziennością, bo taka jest pani Marta.
Stanąłem też przed problemem, kto by miał grać obu mężczyzn. Od razu zrozumiałem, że mąż nie może być kimś odpychającym, niechcianym albo zajętym wyłącznie własną pracą.
– Film popadłby w nieuchronny stereotyp.
– Oczywiście. Stary mąż zajęty sobą, więc ona szuka młodego chłopca. Nie. Jan Englert, z którym miałem szczęście spotkać się w filmie ,,Katyń”, bardzo zwrócił wtedy moją uwagę. A on też zadebiutował przed laty w moim filmie.
– Ach prawda! Jako chłopiec w ,,Kanale”.
– Tak, idzie w krótkich spodenkach na końcu kompanii. Długie życie pozwala mi spotykać się z moimi artystami po latach.
Natomiast zależało mi na tym, żeby chłopca, Bogusia, nie grał żaden ze znanych aktorów. A zdawałem sobie sprawę, że to jest trudna rola i nie mogę jej powierzyć komuś niedoświadcznemu. Pani Ewa Brodzka, która jest od lat szefem castingu w Akson Studio, wypatrzyła w jakimś amerykańskim filmie nieznanego polskiego aktora i szybko doprowadziła do jego przyjazdu. Kiedy tylko zobaczyłem Pawła Szajdę, zrozumiałem, że to jest najlepsza kandydatura.
– Wychowywał się w Polsce?
– Nie, jego rodzice wyemigrowali dawno, ale zachował coś z dawnego sposobu bycia młodych ludzi, coś zatraconego całkowicie w naszym kraju.
Ale w efekcie zrobiła się podwójna niespodzianka: Krystyna Janda, grająca inaczej niż w poprzednich filmach, spotyka się z nieznanym nikomu chłopcem.
W przypadku opowiadania Iwaszkiewicza ma to swój walor, bo wzmacnia zawarty w nim efekt zaskoczenia.
– Konieczny, to jest opowiadanie o ingerencji losu.
– Wiedziałem, że muszę się szykować do konfrontacji tej fabuły z drugim opowiadaniem, toczącym się na blokowisku. W związku z tym powinienem był sfotografować też i nas, jak wspólnie robimy ten film. Nakręciliśmy więc to również. Ale ostatecznie wątek rozgrywający sie na blokowisku w ogóle do filmu nie wszedł. Zastąpiły go zdarzenia rzeczywiste, które okazały się o wiele bardziej dramatyczne.
Mieliśmy więc robić ten film wcześniej; od tego właśnie zaczyna się opowieść. Moment, kiedy Krystyna Janda przerażona budzi się ze snu, to najlepszy możliwy początek filmu, bo nie wiadomo czy jej się śnił ,,Tatarak”, czy śniła jej się jej prawdziwa historia. Ona budzi się i opowiada, że mamy robić film. A w rzeczywistości było tak, że dowiedziała się, że jej mąż, a mój przyjaciel, Edward Kłosiński, z którym zrobiliśmy ,,Człowieka z marmuru”, ,,Panny z wilka”, ,,Człowieka z żelaza”, a wcześniej dużą część ,,Ziemi obiecanej”, jest tak chory, że ona nie może go zostawić. W związku z tym nie chce, żeby zdjęcia odbywały się gdzieś, skąd ona nie może dojechać w każdej chwili do Warszawy. Ja, oczywiście, rozumiem to doskonale i przystępujemy do przygotowania filmu, który byłby realizowany możliwie blisko. Ale wkrótce potem Krystyna mówi mi, że w ogóle nie może grać w tym filmie, bo musi być przez cały czas z Edwardem. Dla mnie to oznaczało, że film odkłada się na zaś. Nikt nie mógł przypuszczać, że przebieg choroby Edwarda będzie tak gwałtowny.
Rok później, po śmierci Edwarda, nowa sytuacja życiowa Krystyny nie oznaczała jednak, że film miał być inny niż rok wcześniej zaplanowaliśmy; miał być dokładnie taki sam. Lecz kiedy nakręcone przez nas opowiadanie Iwaszkiewicza złożyło się już w całość, przyniosła mi kilka kartek, które przeczytałem głęboko poruszony, w jak dojmujący sposób opowiedziała ona na tych kartkach ostatnie chwile życia Edwarda. Sądziłem w pierwszej chwili, że to jest jej wyznanie wobec mnie jako przyjaciela, ale zadałem jej pytanie, czy byłaby skłonna powiedzieć ten tekst do kamery. Kiedy usłyszałem, że tak, nie wypytywałem dalej, dlaczego to robi, tylko wybrałem z jej tekstu to, co – jak mi się wydawało – było najbardziej wyraziste i dramatyczne. Wtedy zobaczyłem przed oczami tak dobrze zapamiętane samotne kobiety z obrazów Edwarda Hoppera. Czekają na coś i będą czekać. Dlaczego przyjechały do Nowego Jorku, dlaczego ich walizki są nierozpakowane, dlaczego siedzą w nocnym dezbilu, co to za grubą książkę czytają i dlaczego tę właśnie, czemu ktoś je widzi przez okno z drugiej strony ulicy? – tego się nie dowiemy. Zrozumiałem, że to zwierzenie może nastąpić tylko tak właśnie, w pokoju hotelowym, gdzie jest sama. Tam, na zewnątrz, gra w filmie, a tu opowiada swoją prawdziwą historię.
Od razu zdecydowaliśmy się, ze nie będziemy szukali żadnego wnętrza, tylko skopiujemy pokój z jednego z obrazów Hoppera. Magda Dipont wybudowała więc dekorację w warszawskiej wytwórni, a Paweł Edelman potawił kamerę w tym miejscu, z którego Edward Hopper namalował swój obraz.
– Od przeszło pięćdziesięciu lat robi pan filmy, ale nie wiem, czy któryś z wcześniejszych miał tak dramatyczną historię…
– W jakimś momencie zrozumiałem, że muszę pogodzić się z samoistnym powstawaniem tego ,,Tataraku”: nie mogę go robić wtedy, kiedy chcę, tylko wtedy kiedy mogę. Poddałem się losowi, tym wydarzeniom, które napływają, dałem się prowadzić życiu, które towarzyszy temu filmowi,. Postanowiłem więc sfilmować to zwierzenie Krystyny Jandy, ale zrobiłem dwie rzeczy: po pierwsze, poprosiłem, żeby nie improwizowała, tylko powiedziała dokładnie ten tekst, który napisała; bo zdałem sobie sprawę, że zabrzmi przekonująco. A po drugie, dałem jej w tych ujęciach całkowitą wolność: niech zachowuje się jak chce, my tylko postawiliśmy kamerę. W końcu jest w swoim hotelowym pokoju, może podejść do okna albo wyjść z kadru. Gdyby kamera goniła za nią, pokazywała jej twarz, byłaby w tym niedyskrecja. A tu słowa są silniejsze od obrazu. Nakręciliśmy cztery takie fragmenty, trzy z nich zostały; zdałem sobie sprawę, że musi tym rządzić jakaś artystyczna symetria.
– Dodał pan coś jeszcze, czego nie ma w ,,Tataraku”: scenę dopełniającą postać męża Marty, lekarza, którego gra Jan Englert.
– Tak, bo czułem, że mam wspaniałego artystę, który jednak nie ma dość materiału. Szukałem więc jakiejś opowieści o lekarzu, która uczyniłaby tę postać bardziej przejmującą. Opowiadanie Sandora Marai’ego z tomu ,,Magia”, które podsunął mi profesor dr Andrzej Szczeklik, okazało się

bardzo szczęśliwym wyborem. Marai to pisarz z tego samego świata; dialogi z jego opowiadania dopowiedziały to, czego nie napisał Iwaszkiewicz.
– Zanotowałem sobie formułę berlińskiej nagrody imienia Alfreda Bauera, którą pan dostał za ,,Tatarak”: przyznawana jest reżyserom, którzy wyznaczają nowe perspektwy sztuki filmowej. Samo wyszło?
– Gdybym był młodszym reżyserem, to nie zdecydowałbym się iść za tak nieobliczalnym losem tego filmu. Konsekwentnie realizowałbym to, co zamierzyłem. Nie wierzyłbym, że fabuła i życie mogą się tak zrymować.
Co mogło zwrócić uwagę jury w Berlinie? Pewnie to, że stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której jego film powstaje. A kino w ogóle idzie w tę stronę. ,,Obywatel Milk” Gusa Van Santa, ,,Klasa” Laurenta Cantet., szereg filmów, które przychodzą do nas z różnych stron świata, szuka podobnych rozwiązań.
– Laurent Cantet nie tylko zachwycił się autobiograficzno – eseistyczną książką nauczyciela Francois Begaudeau, ale kazał mu jeszcze zagrać główną rolę – samego siebie…
– No właśnie, a kiedyś na pewno by tego nie zrobił, bo uważałby, że wyraziściej i lepiej może to zagrać aktor niż ktoś, kto już wcześniej w życiu zmagał się z takimi wydarzeniami. Tymczasem dzisiejszy widz chce podparcia wykreowanego świata, który ogląda jakąś rzeczywistością. Ta potrzeba może się też brać z wszechobecności telewizji: wszystko co się wydarza, wszystkie wypadki szczęśliwe i nieszczęśliwe, jeszcze nie zdążyły się zakończyć, a już się pojawiają na ekranie i my wiemy jak one wyglądają. Rzeczywistość, jaka nas otacza, przenika się z gotową wizją, zmaterializowaną już w obrazach, które mamy w telewizji. Dlaczego by jednego z drugim nie połączyć?
– Czy myśli pan o podobnym przenikaniu rzeczywistości i kina w filmie, do którego się pan przygotowuje? Jego bohaterem ma być Lech Wałęsa, który wcześniej dwa razy już u pana zagrał.
– Oczywiście, że tak. Inaczej nie odważyłbym się robić takiego filmu. Przecież tamte obrazy są w naszych oczach i muszą się pojawić na ekranie; nie ma powodu, żeby je jescze raz imitować. Jak to zrobić, jak one się połączą? W dużym stopniu zależy to od scenariusza, nad którym pracuje Agnieszka Holland. A także od tego, ile postaci Lecha Wałęsy znajdzie się w tym filmie, bo opowieść będzie prowadziła Danuta Wałęsowa. To będzie film o niej – o kobiecie z marmuru, o kobiecie z żelaza, o kobiecie ze stali, krótko mówiąc o kobiecie, która potrafi pogodzić sprzeczności swojej sytuacji: obowiązki związne z domem i wychowywaniem dzieci, w których nikt jej nie może zastąpić, ze wspieraniem męża, który bierze udział w wielkiej polityce, w wielkich wydarzeniach, z jakimi się mierzy. A ponieważ od niepamiętnych czasów polska literatura zna postaci kobiece z całą świadomością wspierające albo tworzące naszą historię, myślę, że to jest dobry wybór.
– Czy to ma związek z doświadczeniami filmu ,,Katyń”, w którym także opowieść prowadziły bohaterki kobiece?
– Nie, tam była inna sytuacja, to była opowieść o mojej matce. Moja matka była ofiarą kłamstwa katyńskiego, a ojciec był ofiarą zbrodni katyńskiej; trudno było w pierwszym filmie na ten temat nie pokazać jednego i drugiego. Nie bardzo mogłem sobie wyobrazić inne rozwiązanie.
– Wyobraża pan sobie udział Danuty Wałęsowej w przyszłym filmie?
– Myślę, że to będzie raczej wykreowanie, ale jeszcze nie wiem. Przypuszczam, że kodą tego filmu będzie je występ przed Akademią Norweską, kiedy odbiera dla Lecha Wałęsy Pokojową Nagrodę Nobla. Zaczniemy opowieść pewnie w 1970 roku, natomiast mniej ważne będzie to, co miało miejsce, kiedy zakończyła się walka, a rozpoczęła się realizacja wszystkiego, o co walczyliśmy.

Rozmawiał: Tadeusz Lubelski
,,Kino” kwiecień 2009

Pani Krysiu, moc serdeczności i ukłony wysyłam! I miłego dnia życzę.
Julita

przez nat Pt, 17.04.2009 11:51
Gra w szczerość
Piotr Bratkowski
10 kwietnia 2009 16:38

W świecie popkultury ludzie budzący zainteresowanie mediów stoją przed dylematem: albo sam sprzedasz swoją prywatność, albo zrobi to za ciebie Paweł Zyzak.

Z jednej strony Kazimierz Marcinkiewicz, były premier, który rozpad swojego małżeństwa i – przede wszystkim – nowy romans przekształcił w telenowelę ciągnącą się od tygodni na łamach plotkarskich mediów. Z drugiej strony Krystyna Janda, aktorka, która grając w filmie Andrzeja Wajdy „Tatarak”, wplotła w jego narrację prywatną opowieść o tym, jak towarzyszyła mężowi w umieraniu.
Z jednej strony wybitny krytyk sztuki Anda Rottenberg, która w autobiograficznej książce „Proszę bardzo” rozliczyła się z głębokiej traumy, jaką była dla niej degradacja narkotykowa i śmierć syna. I z własnego poczucia winy za to, że poprzez błędy i zaniedbania nie zapobiegła tej tragedii.
Z drugiej strony teleturniej „Moment prawdy”, w którym uczestnicy kuszeni bardzo wysoką nagrodą finansową publicznie opowiadają o najbardziej drastycznych zdarzeniach swego życia, a także o przekraczających normy kulturowe marzeniach. [Wywiad z Andrzejem Wajdą i recenzje
„Tataraku” publikujemy na s. 82, zaś tekst o książce Andy Rottenberg na s. 74]
Drzwi do ludzkiej prywatności, do prywatności osób publicznych, są dziś szeroko otwarte. Czasem przez nieproszonych, wścibskich gości w rodzaju Pawła Zyzaka, autora skandalizującej biografii Lecha Wałęsy. Najczęściej jednak przez samych gospodarzy, którzy w owych drzwiach stają i zapraszają przechodniów do wysłuchania ich opowieści. Najczęściej miałkich i pod pozorami głębokiej introspekcji przeraźliwie banalnych. W „Vivie” Cezary Pazura opowiada o swym proroczym śnie, w którym wyrywał się z krępujących go okowów: to ten sen sprawił, że aktor na powrót uwierzył w miłość i związał się z nową kobietą. „Gala” oferuje wspólną opowieść Małgorzaty Potockiej i Jana Nowickiego o tym, jak odkryli, że złamany niegdyś palec znakomitego aktora przeszkadza mu w pieszczotach.
Tabloidy od miesięcy nie mogą się rozstać z telenowelą w stylu latino, czyli historią rozstań i powrotów piosenkarki Dody i dożywającego piłkarskiej emerytury na ławce rezerwowych Polonii Warszawa Radosława Majdana. Kolorowe pisma i portale plotkarskie pełne są żalów próbującego odzyskać dawną, zbyt krótką popularność Rafała Olbrychskiego, opowiadającego o tym, jak wielki ojciec zniszczył mu dzieciństwo, a przy okazji ujawniającego, że procesuje się z rodzicami o prawo do opieki nad własnymi dziećmi. Zaś we wspomnianym „Momencie prawdy” czy w programach w rodzaju „Rozmów w toku” możemy wysłuchać drastycznych i intymnych wyznań osób anonimowych, przeważnie dotyczących krzywd, jakich doznały od świata albo uczyniły innym.
Padają kolejne bastiony intymności. Udostępnienie przez gwiazdy i chwilowe gwiazdki praw medialnych do ślubu, telenoweli z ciąży, sprzedaż praw do pierwszych zdjęć noworodka, wystawienie na widok publiczny perypetii rozwodowych (jak w głośnej parę lat temu historii aktorki Anny Samusionek) to już banały, które mało kogo szokują.
Ostatnio kolejną barierę przekroczyła skandalizująca gwiazdka brytyjskiego (a potem – indyjskiego) „Big Brothera” Jade Goody, która dowiedziawszy się o śmiertelnej chorobie, zaoferowała dziennikarzom prawa do pokazywania umierania i momentu śmierci. Śmierci na żywo ostatecznie nie pokazano, umieranie jednak sprzedało się dobrze. W efekcie na pogrzeb Goody (skądinąd znienawidzonej wcześniej przez publiczność za rasistowskie wypowiedzi i inne ekscesy) przybyły tysiące ludzi. Co więcej: temu sterowanemu przez media rytuałowi towarzyszyła powódź podniosłych komunałów. Podglądactwo zostało (przynajmniej w ustach samych podglądaczy) nobilitowane dzięki temu, że Goody przeznaczyła pieniądze uzyskane z upublicznienia umierania dla swoich dzieci. Padały więc, także z ust intelektualistów i teologów, komentarze o tym, że dzięki owemu rytuałowi gwiazdka odkupiła marne etycznie życie, że jej umieranie na oczach publiczności wiele ludzi nauczyło (choć czego dokładnie – nie wiadomo).
To zresztą stała cecha kultury podglądactwa i ekshibicjonizmu splecionych ze sobą w niedającym się rozplątać uścisku. Zjawiska do niedawna podejrzanej proweniencji i w sposób oczywisty komercyjne, mające z jednej strony zwiększyć sprzedaż i oglądalność mediów, z drugiej zaś pozwolić gwiazdkom wykorzystać czas prosperity do maksimum, podlewane są sosem patetycznych sloganów. Twórcy „Momentu prawdy” mówią o zwycięstwie prawdy nad hipokryzją. Rafał Olbrychski o odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. Pazura i Marcinkiewicz to też szermierze wartości: dzielą się z publicznością wiarą w czystą, prawdziwą miłość, która (jak odkryli) jest wartością cenniejszą od kariery i dostatku. Zaś niemal wszyscy celebryci, których intymne szczegóły życia są stałym tematem mediów, wszem i wobec przysięgają, że bronią swej prywatności jak niepodległości. I skarżą się na wścibskich dziennikarzy i paparazzich. Tyle że gdy przez nazbyt długą chwilę media o nich milczą, sami podrzucają im smakowite tematy.
– Pojawił się nowy rodzaj celebrytów, zwanych socialite – mówi Tomasz Łysakowski, kulturoznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – To ludzie znani z tego, że obracają się wśród innych znanych ludzi. Jeśli zależy im na popularności, muszą opowiadać o swym intymnym życiu, bo to jedyna sprawa, którą mogą się pochwalić.
Zdaniem Łysakowskiego, odbiorcy takich zwierzeń przyzwyczaili się do publicznego roztrząsania cudzej intymności i uczynili zeń normę w dyskursie publicznym. I dlatego ta strategia zaczęła kusić także gwiazdy z nieco wyższej półki. – Ludzie to kupują, cały czas jest się na topie. Nawet ktoś, kto nie chce w tym uczestniczyć, zmienia zdanie, gdy czuje na plecach oddech konkurencji – mówi.
Jeszcze stosunkowo niedawno ludzka prywatność, nawet jeśli chodziło o osoby ogólnie znane, pozostawała – wedle niepisanej umowy społecznej – zakryta przed oczami publiczności. Ta umowa obowiązywała jeszcze wtedy, gdy zbiorową wyobraźnią XX-wiecznego społeczeństwa masowego zawładnęli pierwsi idole rodzącej się popkultury. Gretę Garbo i Rudolfa Valentino powszechnie utożsamiano z filmowymi kreacjami (do tego stopnia, że w oczach dawnych, naiwnych kinomanów aktor był graną przez siebie rolą), także dlatego, że nic nie wiedziano o ich życiu prywatnym. Nieprzypadkowo wielki pisarz Sándor Márai, którego dzieciństwo przypadło na początek ubiegłego stulecia, wspominał, że gapienie się było wówczas zajęciem przynależnym dzieciom i służbie. A po latach podobną metaforą posłuży się socjolog Zygmunt Bauman, gdy opisując podglądactwo i ekshibicjonizm współczesnej popkultury, stwierdzi ironicznie, że przez całe stulecia dziurka od klucza była narzędziem poznawania świata, przysługującym lokajom i pokojówkom.
Owszem, podglądactwo zawsze było częścią natury ludzkiej. Napędzała je pożyteczna skądinąd ciekawość świata, jednak jak przed laty, przy okazji pierwszej polskiej emisji „Big Brothera” pisała o tym w „Tygodniku Powszechnym” Agata Bielik-Robson – otaczała je aura wstydliwej dwuznaczności. Choć naruszało cudzą intymność, pozostawało w sferze prywatności, nie aspirując do rangi usankcjonowanego kulturowo obyczaju. I zachowywało wymiar lokalny: podglądano przecież rodziców, sąsiadów, chlebodawców, a narzędziami były wspomniana dziurka od klucza, podwórko, okno.
Dziś już prawie nikt nie wygląda przez okno, żeby zobaczyć, co słychać na ulicy. Patrzy w ekran telewizora czy komputera, żeby się dowiedzieć, co nowego u bohaterów zbiorowej wyobraźni. W efekcie to, co lokalne i wstydliwe, stało się globalną normą kulturową. Globalną, bo dziś wszyscy podglądamy tych samych ludzi; normą, bo wstydliwe dawniej plotki sprzedawane są w charakterze istotnych i zinstytucjonalizowanych przez media informacji.
Jeśli współczesna kultura wzmacnia w nas potrzebę podglądactwa, to trzeba przyznać, że zarazem znakomicie na to zapotrzebowanie odpowiada. Popkultura zatarła, a nawet odwróciła tradycyjne hierarchie. Sprawiła, że – mówiąc brutalnie – lepsi uczą się dziś strategii przetrwania od gorszych: intelektualiści od gwiazdek, a te z kolei od tzw. zwykłych ludzi, obnażających swą prywatność w talk-show. Zygmunt Bauman wiąże „popęd do publicznego spowiadania się i nacisk społeczny, by się publicznie z przeżyć intymnych spowiadać” ze zmierzchem tradycyjnych autorytetów. Gdy ich nie ma, ludzie próbują uczyć się życia z doświadczeń i przeżyć innych, takich jak oni sami. Zdaniem Baumana, prawo do wynoszenia swego życia do rangi sprawy publicznej jest dziś „jednym z najbardziej nośnych czynników stratyfikujących społecznie”, a więc zarazem jednym z najbardziej pożądanych przywilejów.
A skoro tak, nic dziwnego, że staje się przedmiotem gry prowadzonej między (prawdziwymi lub potencjalnymi) celebrytami, żyjącymi z ich zwierzeń mediami i obserwującą to publicznością. Etapem wstępnym jest gra o samo medialne zaistnienie, a więc – według Baumana – o kwestię tak fundamentalną, jak społeczny awans i nobilitacja. Zaś w miarę przełamywania kolejnych barier obyczajowych trzeba sprzedać coś, co zatrzyma na chwilę uwagę zblazowanej skandalami publiczności, a więc obnażyć własną intymność jeszcze bardziej niż to dotychczas czyniono (choć warto dodać – także za większe niż wcześniej pieniądze).
Jednak dla osób, które o zainteresowanie mediów zabiegać nie muszą, prawdziwa rozgrywka zaczyna się później. Jej stawką jest to, kto opowie twoją historię. Czy o młodości Lecha Wałęsy opowie sam zainteresowany, czy też Paweł Zyzak, który wyeksponuje fakt sikania do kropielnicy? A jeśli obaj, to czyja narracja okaże się bardziej atrakcyjna i wiarygodna. Jest to w istocie gra o zachowanie kontroli nad własnym życiem i jego publicznym wizerunkiem. Mniej lub bardziej świadomie podjął ją ostatnio Kazimierz Marcinkiewicz. Świadom tego, że rozstanie z żoną i rozpoczęcie nowego związku z jednej strony burzy jego wizerunek wyznającego katolickie wartości męża stanu, z drugiej zaś stanie się łakomym kąskiem dla mediów, postanowił wykonać ruch uprzedzający, próbując sprzedać dziennikarzom własną wersję wydarzeń. Były premier poległ jednak, bo był w tej grze amatorem rzucającym wyzwanie zawodowcom. Nie docenił samoistnej logiki stabloidyzowanego dyskursu, w ramach której obnażanie kończy się nie wtedy, gdy chce tego sam zainteresowany, lecz dopiero wówczas, gdy media znudzą się tematem. Zamiast wykorzystać ten dyskurs dla własnych celów, sam dał się bezlitośnie stabloidyzować, co najpewniej zakończy jego karierę polityczną.
W tej grze nie ma najmniejszego znaczenia prawdziwość wyznań celebrytów, liczy się tylko ich atrakcyjność. Tylko najbardziej naiwni konsumenci popkultury wierzą w autentyzm publicznych zwierzeń celebrytów, cała reszta wie, że to tylko konwencja. Podobnie zdecydowana większość czytelników tabloidów i portali plotkarskich zdaje sobie sprawę, że prawdziwość zawartych w nich rewelacji należy dzielić przez dziesięć. Niektórzy nawet się domyślają, że to, co dostają do lektury, jest efektem mozolnych negocjacji między tabloidem a samą gwiazdką i jej agentem. Dlaczego więc uczestniczą w tej grze? – Odbiorca często ma świadomość, że to, o czym opowiada gwiazda, jest po prostu częścią jego wizerunku, a nie szczerym wyznaniem. Udajemy jednak, że w to wierzymy, bo chcemy być na czasie i będąc blisko kogoś znanego, czujemy się lepiej – mówi Tomasz Łysakowski.
Ekshibicjonizm popkultury nie jest więc żadnym rewolucyjnym odkłamywaniem rzeczywistości. Jest kolejną, wymyśloną przez kulturę konsumencką rozrywką, w ramach której jedni udają, że mówią prawdę, drudzy, że w nią wierzą. I jest jednym z podstawowych sposobów współczesnego komunikowania się społecznego.
Dlatego od czasu do czasu w taki dyskurs włączają się osoby – zdawałoby się – z kompletnie innej bajki. Wybitni artyści, poważni intelektualiści. – W pewnym momencie swojego życia przekonują się, że o wiele lepiej prosperują ci, których dorobek jest mniej znaczący albo wręcz żaden, ale którzy nie mieli oporów przed publicznym odsłanianiem się – mówi Magda Zena Sadurska, psycholog z SWPS. – Może to prowadzić do naśladowania strategii promocyjnych rodem z kultury niskiej przez twórców proponujących rzeczy bardzo wartościowe.
Jako przykład skuteczności tej metody Sadurska wymienia piosenkarkę Marię Peszek, której zastosowanie promocyjnej strategii Dody pomogło wyjść z artystycznej niszy bez równoczesnego schlebiania gustom konsumentów popkulturowej papki. Jednak są i koszty: przekonała się o tym Dorota Masłowska, gdy promując „Wojnę polsko-ruską”, zagościła na pewien czas w plotkarskich mediach. Sprzedaż wprawdzie osiągnęła poziom niespotykany przy tzw. ambitnych debiutach literackich, ale jej twórczość zaczęła być wśród wielu odbiorców postrzegana przez pryzmat stabloidyzowanego dyskursu, całkowicie unicestwiającego jej przesłanie.
Jednak czasami w ogóle nie chodzi o strategię promocyjną. Nie potrzebowała jej przecież Krystyna Janda, opowiadając w „Tataraku” o umieraniu męża. Nie zabiegała też o nią Anda Rottenberg, obwiniając się publicznie o błędy, które doprowadziły do śmierci jej syna. Ani szefowa radia TOK FM Ewa Wanat, gdy przed kilku laty opowiedziała w głośnym wywiadzie, że była w dzieciństwie molestowana seksualnie przez dziadka. Nie chodziło też o promocję autorom wciąż bulwersujących sporą część polskiej opinii publicznej coming outów: homoseksualnych (aktor Jacek Poniedziałek) czy żydowskich (pisarze Michał Głowiński czy Agata Tuszyńska). Ani wybitnemu konstytucjonaliście Wiktorowi Osiatyńskiemu czy też aktorce Stanisławie Celińskiej, gdy głośno obwieszczali o chorobie alkoholowej.
Zaś najbardziej radykalnego upublicznienia swojej intymności nie dokonała żadna z popkulturowych gwiazdek, lecz papież Jan Paweł II, gdy w ostatnich tygodniach życia odsłaniał przed wielomilionową, globalną widownią kolejne etapy cierpienia, a potem umierania. Po to, by przywrócić należną godność cierpieniu i śmierci, zakłócającym radosny szczebiot popkulturowego dyskursu i dlatego wypychanym ze świadomości.
Nie tylko papież, także Janda, Wanat czy Osiatyński: wszyscy mieli do załatwienia jakąś ważną sprawę. Po części prywatną: publiczna opowieść jest przecież sposobem walki z osobistą traumą, odsłonięciem czegoś, co boleśnie ukryte. Przede wszystkim jednak – publiczną: w ich wyznaniach była nadzieja na poszerzenie dyskursu publicznego o tematy, którym należy się tam miejsce. Nadzieja na społeczne otwarcie się na rozmowę o sprawach niewygodnych, na co dzień zamiatanych pod dywan.

Owszem, posłużyli się konwencją, która wielu odbiorcom mogła skojarzyć się z popkulturowym ekshibicjonizmem. Czy jednak nie było warto, skoro takie są reguły współczesnej komunikacji społecznej? Gra takimi konwencjami zawsze niesie ze sobą ryzyko. Swego czasu Fiodor Dostojewski wykorzystał popularną konwencję powieści brukowej, by napisać wielki moralitet: tak powstała „Zbrodnia i kara”. Ale pamiętając o tym, warto mieć równocześnie świadomość, że część odbiorców do dziś czyta ten moralitet jak zwykłą powieść brukową, całkowicie ignorując jej prawdziwe przesłanie.

W tekście wykorzystałem m.in. fragment rozmowy antropologa prof. Wojciecha Burszty z prof. Zygmuntem Baumanem „Kultura do spożycia na miejscu” („Kultura Popularna” 2/2004)
___________________________________________________________________________________________

Przypadkiem trafiłam wieczorem na TVP Kultura. Widzę, że ‚wyzwoliła’ się już Pani z rewersowej fryzury, dopinek, węzełków etc. Urocza minka w odpowiedzi na życzliwe słowa Pana Kutza
Pozdrawiam,
N.

przez Julita89 Cz, 16.04.2009 21:56
Pani Krysiu jak dobrze do Pani napisać po ciężkim dniu, a wcześniej iście „upojnej” nocy spędzonej z Piotrem Skargą – wreszcie się trzeba było zmobilizować do napisania tej pracy na ćwiczenia na uczelni… Ale jakoś go wymordowałam Ja wczoraj w związku z tym po raz kolejny uświadomiłam sobie, że o 3 nad ranem o wiele milej mi się do Pani pisze, a nie zagrzebuje w jakichś kazaniach sejmowych… Poza tym ja nie mam podzielnej uwagi, niestety, więc niezbyt sprawnie mi szło to pisanie jak się w tym samym czasie po raz n-ty na okrągło oglądało tysiąc pięćset sto dziewięćset Pani zdjęć zapisanych u mnie w komputerze…
Byłam dziś w kinie zapytać od kiedy będzie grany ,,Tatarak”, to znaczy ja wiem od kiedy, ale zapytałam pana pracującego w kinie od kiedy będzie u nich (bo ja to już bym mogła bilet rezerwować gdyby była taka możliwość, dla mnie żaden problem, że ponad tydzień wcześniej ), na co ten pan (ostatnie czego się spodziewałam od niego usłyszeć): ,,Tatarak”…??? Wie pani, że nie wiem…” No to już jest szczyt wszystkiego… Czubek szczytu wierzchołka jak słowo daję… Tak popatrzyłam na niego i zastanawiałam się czy on w ogóle o filmie słyszał, przecież trudno było nie słyszeć, ale on sprawiał nieco mylne, że tak to oględnie nazwę, wrażenie w tej kwestii i w porę się ugryzłam w język żeby jednak nie zapytać. Moja koleżanka strasznie się z niego śmiała i stwierdziła, że on chyba jednak nie słyszał skoro taką minę zrobił i pewnie tak sobie pomyślał: ,,Jaki Tatarak…?! Ty idź kobieto sobie nad jezioro tataraku narwij, a nie tu do mnie!”. No ja mam nadzieję, że jednak aż tak źle z nim nie było, a jeśli jednak, no to niezła antyreklama dla kina. No tak, ja zawsze mówiłam – Lublin miasto bez tramwajów… No i co mnie podkusiło, żeby tu na te studia?? I jeszcze do Pani kawałek drogi, niby nie tak daleko, ale mogło być bliżej… Aj trudno… za rok zobaczymy.
Taka ładna scena jakiś czas temu miała miejsce. Jechałam z koleżanką z autobusem, ale ze mną to jest tak, że ja wiecznie słuchawki w uszach, no bo bez tych Pani płyt to ja po prostu nie mogę! Trochę rozmawiałyśmy, ale ja w pewnym momencie nie wytrzymałam i jakoś tak wypaliłam ,,Przepraszam Cię Aniu, że ja tak cały czas z tymi słuchawkami, ale ja mam tam nagrane: Wdech – wydech, wdech – wydech, no i sama rozumiesz, bez tego ani rusz!” No Pani Krysiu to naprawdę tak działa Ja myślałam, że koleżanka umrze ze śmiechu… choć podejrzewam, że jakby usłyszała co to za ,,wdech – wydech”, to by jej szczęka opadła!
Pozdrawiam Panią ciepło, życzę spokojnej nocy i udanego dnia!
Julita

przez Magnolia Śr, 15.04.2009 21:25
Dobry Wieczór Pani Krysiu,

piszę ten post już drugi raz, przed chwilą jakimś nieopatrznym skrótem na klawiaturze skasowałam wszystko no trudno, a wiec od nowa:

Tatarak, to film, na który wszyscy czekamy , ja na pewno… na najważniejszą premierę tego roku
http://film.gazeta.pl/film/10,28313,6470729,Tatarak___zwiastun_filmu.html

A nie czytałam do tej pory „Tataraku” Iwaszkiewicza. Postanowiłam to czym prędzej zmienić, zwłaszcza, że ja zawsze staram się być „przygotowana”, przeczytać konkretny tekst, o autorze lub coś wokoło… A więc sięgnęłam po „Tatarak”. Opowiadanie rzeczywiście krótkie.. Zaczyna się tajemniczo… trochę jak „Wróżby Kumaka”, następnie jest leniwe jak miasteczko Z., by potem przyspieszyć, stać się gwałtowne (ale czy to dobre słowo?) jak ta 25-letnia młodość… Początek i koniec tworzą spójną całość, obejmują te kilka stron, które wydają się być jakby muśnięte tylko piórem…, jakby szkicem. „Tatarak” pozostawia we mnie wrażenie, odczucie, że jest w nim tyle do dopowiedzenia. Być może Państwo – Pani, Pan Andrzej Wajda oraz Pan Paweł Szajda – mi to „coś” dopowiedzą…

Zbierając siły na zwolnieniu mam trochę więcej czasu, przypomniałam więc sobie dziś dwa odc. Męskie-Żeńskie (Buty, Aktorka) oraz jeden z odc. Modrzejewskiej (zaspałam rano ). I taka mnie myśl dopadła, że wszystko co Pani „robi”, każdy szczegół jest dopracowany, każde zdanie…, a ile w tym mądrości.. Dziękuję.

przez nat Cz, 09.04.2009 19:49
Byliśmy tylko od tego, żeby to sfotografować…

Jolanta Gajda-Zadworna 09-04-2009

Laureat Oscara za całokształt twórczości mówi nam m.in. o tym, jak w jego wieku udaje się wytyczać nowe kierunki w sztuce filmowej.

Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Jeżeli się potrze w palcach zieloną jego wstążkę, miejscami przymarszczoną, poczuje się zapach, łagodną woń »wierzbami ocienionej wody« , jak mówi Słowacki, trochę tylko zatrącającą wschodnim nardem. Ale kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby wata, czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek, po prostu błota.

Tak zaczyna się opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Tatarak” – spisane przez autora zwierzenie ciężko już chorej pani Marty, szanowanej żony lekarza z niewielkiej sennej miejscowości. Uwięziona w rutynie codziennych zdarzeń doktorowa przeżywa fascynację młodym mierniczym…

Oryginalny tekst „Tataraku“ jest bardzo krótki. Andrzej Wajda, przymierzając się do jego ekranizacji, od początku zakładał więc rozbudowanie scenariusza. Ostatecznie do filmu wszedł niewielki fragment opowiadania węgierskiego autora Sandora Maraia, korespondujący klimatem z prozą Iwaszkiewicza, w którym mąż lekarz bada żonę i stwierdza u niej chorobę. O wiele bardziej rozbudowaną część współczesną filmowej historii początkowo miała napisać Olga Tokarczuk. Życie narzuciło jednak inne rozwiązanie.

Film „Tatarak” pojawi się w kinach 24 kwietnia.

Z czym kojarzy się panu zapach tatarskiego ziela?

Andrzej Wajda: Z opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza „Tatarak”. To historia jakby zawieszona między życiem – z jego urodą, zapachem wody w cieniu wierzb, jak u Słowackiego, którego Iwaszkiewicz cytuje – a śmiercią, którą autor łączy z częścią rośliny zatopioną w mule. Pisarz bardzo plastycznie opisuje ten zapach na początku tekstu. Trudno o inną interpretację.

Wielu widzom filmowy „Tatarak” będzie się jednak kojarzył z osobistą tragedią Krystyny Jandy – chorobą i śmiercią jej męża, operatora Edwarda Kłosińskiego.

Nic nie zapowiadało, że coś takiego może się zdarzyć. Wydawało mi się, że po zrealizowaniu prawie 50 filmów w ciągu 54 lat spotkałem się już ze wszystkimi sytuacjami, jakie łączą nasz zawód z życiem. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad „Tatarakiem”, jedynym problemem wydawało się dopasowanie zdjęć do obowiązków teatralnych Krystyny, których wzięła na siebie ogrom. Ponieważ jednak jestem wielkim entuzjastą jej teatru – tak dalece potrzebnego, co potwierdza widownia; prowadzonego z taką energią i pomysłowością – było oczywiste, że dostosuję się do jej kalendarza.
Spodziewałem się, że aktorka, która kiedyś postawiła pierwsze kroki przed kamerą w moim filmie „Człowiek z marmuru”; którą namówiłem, by grała tak ekscentrycznie, jak na tamte czasy, i która w tej roli odnalazła siebie na tyle, że potem realizowała taką rzeczywistość, jaką postać wykreowała w tym filmie… że teraz ta dojrzała aktorka i kobieta jest już gotowa zmierzyć się na ekranie z innym tematem i inną postacią.

Wybrał więc pan dla niej postać diametralnie różną od jej ówczesnego wizerunku?

Uważałem, że wycofana z życia pani Marta, pełna melancholii i dramatycznej potrzeby spotkania się z młodością, która ją przerasta i której ona nie może opanować, to dziś materiał właśnie dla Krystyny. Ważny i dający możliwość zbudowania znakomitej, dramatycznej roli. Ona chyba też tak do tego podeszła – postanowiła odmienić się na ekranie do tego stopnia, że zmieniła nie tylko kolor włosów, ale i oczu.
Stała się jakby kimś innym. Podobała mi się ta przemiana, zrozumiałem, że jest to coś, co ona oddaje postaci stworzonej przez Iwaszkiewicza, by tym mocniej być sobą – aktorką grającą panią Martę – we współczesnym fragmencie. Zamierzaliśmy w nim także sfotografować siebie i nasze spotkanie przed kamerą. I tu miało miejsce największe moje zdumienie. Przed przystąpieniem do realizacji części współczesnej, Krystyna dała mi na kilku kartkach opis ostatnich jej dni z Edwardem, który odchodził na jej oczach.

„Tatarak” nagrodzono na festiwalu w Berlinie za wytyczanie nowych kierunków w sztuce filmowej. Czy od razu zdecydował się pan na połączenie fabuły z paradokumental- nymi migawkami z planu oraz fragmentami wstrząsających zwierzeń aktorki?

W pierwszym momencie odebrałem zwierzenie Krystyny jako potrzebę podzielenia się z kimś bliskim; po prostu napisała to, żebym wiedział, co przeżywa, niezależnie od roli pani Marty. Gdy jednak zapytałem, czy to jest tylko dla mnie, powiedziała, że jest skłonna powiedzieć to również do kamery. W tym momencie zrozumiałem, że żadne inne rozwiązanie nie będzie godne „Tataraku”.

Kto wyznaczał granice szczerości?

Gdybym był młodszym reżyserem, nie wiem, czy bym się zdecydował użyć tego zwierzenia do mojego filmu, dopuścić do takiej sytuacji. Myślę, że długie lata doświadczeń pozwoliły mi na to, by powiedzieć: „Niech ta rzeka płynie, a my jesteśmy od tego tylko, żeby to sfotografować”. Postawiliśmy kamerę. To był zresztą bardzo trafny pomysł Pawła Edelmana, z którym od dłuższego czasu pracuję i który ma piękne, szlachetne filmowe idee.Nie umawiałem się, czy Krystyna będzie podchodzić do okna, siadać na krześle, czy wyjdzie z kadru i zostawi pusty pokój. Zostawiłem to jej. Na słowa, owszem, miałem wpływ. To, co napisała, było nieco obszerniejsze. Nakręciliśmy cztery jej wyznania. A potem się okazało, że jednak dla filmu liczba trzy jest bardziej adekwatna.

W filmie „Wszystko na sprzedaż” – pożegnaniu ze Zbyszkiem Cybulskim – grający reżysera Andrzej Łapicki na pytanie dziennikarki, czy można zrobić film o aktorze bez aktora, odpowiada: „Nie można”. Pan udowodnił, że to możliwe.

To zbieg okoliczności, że Edward był moim przyjacielem, że robiliśmy razem filmy. Upewniało to Krystynę, że zwraca się do kogoś, kto zna jej męża, że nie rzuca swoich słów, uczuć przelanych na papier, komuś obcemu. Jej pierwszy krok był dla mnie bardzo ważny, to, że był zwrócony właśnie do mnie. Ale nie on zadecydował. Gdybym nie znał Edwarda, gdyby to był zupełnie obcy mężczyzna, w jej życiu odgrywałby dokładnie taką samą rolę. Opowiadałaby o nim dokładnie tak samo – o mężczyźnie, który odchodził z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Jak się zachowywał, z jaką odwagą przyjmował nadchodzącą śmierć. Jak wysuwał jej osobę na pierwszy plan w ich wspólnym życiu.

Jakie było największe niebezpieczeństwo takiego rozwiązania?

Kino to obrazy. Opowiadanie o pani Marcie to obrazy, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że mogę pokazać to, o czym opowiada Krystyna Janda. Cywilizacja odsunęła nas od istoty życia – sprawiła, że dzieci się rodzą w szpitalu, ludzie w szpitalu cierpią, borykając się z chorobą i starcy w szpitalu odchodzą z tego świata. A przecież w tych wszystkich wspaniałych powieściach i opowiadaniach jeszcze do XIX wieku dzieci się rodzą w domu i starcy umierają też w domu, a bliscy ich żegnają. Na pytanie Krystyny: „Edward, czy ja mam cię zawieźć do szpitala?” on odpowiada: „Nie, chcę zostać w domu”.

Powiedział pan, że oddał tę część filmu aktorce, a jednak wystylizował pan jej otoczenie…

To mi się natychmiast skojarzyło. Pokój hotelowy. Jaki jest pokój hotelowy? Więcej niż połowę życia spędziłem w pokojach hotelowych. Realizując filmy, stale gdzieś jadę, mieszkam poza domem. Wiem, czym jest taki pokój. Znam jego obcość. Ten pokój nigdy nie da się oswoić. Zawsze będzie obcy. W malarstwie światowym tylko Edward Hopper, amerykański malarz z lat 30., umiał namalować samotność hotelowego pokoju. I co ciekawe, malował w nim kobiety jakby czekające na coś, w jakimś zwierzeniu. Skojarzenie z Krystyną było oczywiste.

Nieraz pokazywał pan w swoich filmach śmierć malowniczo, w cytowanych później scenach: karabinowej serii na krętych schodach w „Pokoleniu”, pożegnaniu „Stokrotki” i „Koraba” przy kracie kanału; upadającego na wysypisku śmieci Zbyszka Cybulskiego czy ciał oficerów przykrywanych zwałami ziemi w filmie „Katyń”…

Kiedy zaczynałem pracę jako reżyser, obraz był czymś trudniejszym do skreślenia przez cenzurę niż słowo. Siła polskiego kina, twórców polskiej szkoły filmowej, ale i późniejszych filmów, także Skolimowskiego i Polańskiego, polegała na poszukiwaniu wyrazistych obrazów. Takich, jak wódka podpalana w kieliszkach – w powieści Andrzejewskiego jedzą w tym momencie sałatkę śledziową – czy „Stokrotka” patrząca na drugi brzeg Wisły przez kraty zamykające wylot kanału. Widzowie doskonale wiedzieli, co kryje się za tymi obrazami.

Umieranie było w tych scenach bardziej dopełnieniem historycznej sytuacji niż wewnętrznym przeżyciem bohaterów. Czy opis śmierci intymnej wymaga więcej odwagi niż martyrologicznej?

Ale co to jest śmierć martyrologiczna? Stawiński, który przeżył gehennę w kanałach, opisał ją po prostu jako zwykłe ludzkie wydarzenie, bo martyrologia to jest śmierć na sprzedaż. Nie myśleliśmy takimi kategoriami.

Powiedział pan: kino to obrazy. Czy cieszy się pan, że kiedyś wybrał malowanie kamerą, a nie pędzlem?

Wręcz odwrotnie. Nigdy nie przestanę myśleć o tym, że porzuciłem sztukę dla czegoś, co jest zawsze połowiczne. Kino bardzo rzadko może się zdobyć na taką bezinteresowność, jaka pojawiła w „Tataraku” i nie ja byłem jej przyczyną, lecz Krystyna Janda.

Ale to pan przeznaczył jej rolę w „Tataraku”. Czego, poza pięknymi rolami dla ulubionych aktorów, szuka pan w prozie Iwaszkiewicza?

Rytmu, który pozwala sięgnąć głębiej, i czasu jakby zatrzymanego w przeszłości. A także bezinteresowności. Brzezina – jak tatarskie ziele – rośnie, czy patrzymy na nią, czy nie. Nie interesuje się nami i ludzie, którzy w niej żyją, jak słusznie zauważał Iwaszkiewicz, też żyją swoim życiem. Nie czekają, aż zrobimy o nich film. Iwaszkiewicz potrafił – bodaj najlepiej spośród polskich autorów – i ludzi, i miejsca, w których żyją, głęboko i przenikliwie opisywać.

„Brzezina”, „Panny z Wilka”, teraz „Tatarak” – dlaczego wybrał pan właśnie te teksty?

Wybieram te, które mogę sfilmować. Opowiadania Iwaszkiewicza z lat 30. są emocjonalnie i dramaturgicznie o wiele silniejsze niż powieści. Sięgam też po prozę Iwaszkiewicza, kiedy uciekam od polityki. Filmy polityczne mają wymuszony rytm. Za pomocą akcji, postaci, dialogów wciskają widzowi pogląd i temat, które w danym momencie wydają się twórcom istotne. Iwaszkiewicz czytelnika nie zniewala.

Jest jeszcze jakiś utwór tego autora, który chciałby pan sfilmować?

Mam wrażenie, że za każdym razem jego opowiadania pojawiają się jakby mimowolnie, w kontekście nie tylko moich filmów, ale trochę i mojego życia. Może więc jeszcze z Iwaszkiewiczem na planie się spotkam, ale nie dążę do tego na siłę.

Teraz wraca pan do polityki przed kamerą? Czy po „Człowieku z marmuru” i „… z żelaza” powstanie „Człowiek ze stoczni”?

Zobaczymy. Na razie stoję przed niespodzianką – Agnieszka Holland, która jeszcze w stanie wojennym napisała serial, prawie tysiącstronicowy, o Lechu Wałęsie, pisze dla mnie scenariusz fabularnego filmu.

Czy to prawda, że – jak w „Katyniu” i „Tataraku” – znów opowie pan filmową historię z kobiecej perspektywy?

Im dłużej żyję, tym mocniej jestem przekonany, że jeżeli ten kraj w ogóle jeszcze żyje; jeżeli cokolwiek ma z niego być, to tylko za sprawą kobiet. Dlatego filtrem tej historii mogłaby być Danuta Wałęsowa… ale nie przesądzajmy tego już teraz.

To pana odpowiedź na film Schloendorffa „Strajk”, który opowiadał o „Solidarności” poprzez losy Anny Walentynowicz?

Mnie film Schloendorffa usatysfakcjonował, ale myślę, że tamta postać i jej rola w ruchu „S” jest zupełnie inna, niż – jak sądzę – będzie to w scenariuszu Agnieszki Holland.

Uważa pan, że Lechowi Wałęsie potrzebne jest wsparcie?

To dla mnie postać historyczna, jeden z niewielu bohaterów wydarzeń, które zaszły za mojego życia, którego miałem szczęście znać, którego miałem szczęście sfilmować wtedy, gdy się te wydarzenia rozpoczynały za pierwszej „Solidarności”. Dzisiaj, gdy wygraliśmy, jest wielu ojców sukcesu, ale wtedy największe ryzyko ponosił właśnie on.
Nie mogę się pogodzić, że teczki ubeckie, którymi nam grożono za PRL-u, wykorzystywane są dziś do prywatnych porachunków. To jakaś choroba. Trzeba było te wszystkie teczki przestudiować i jeżeli tam była nieprawda, to tych ubeków, którzy fałszywie świadczyli, ukarać, a nie oskarżać dziś na podstawie niezweryfikowanych dokumentów każdego, kto sprzeciwia się „nowej polityce historycznej”, polityce PIS-u czy rządzącym TVP.

Włącza się pan w dyskusję czy zamyka jakiś etap?

Na razie nie mogę znieść zakłamania, jakie jest wokół, i nie podoba mi się, że podający się za historyków młodzi ludzie robią karierę, rzucając się do gardła postaciom, które coś w tym kraju zrobiły. Jest coś absurdalnego w wyznaczaniu granicy wieku, powyżej której wszyscy są podejrzani. To wygląda mi na parodie ustaw norymberskich. Nie zamierzam w tej sprawie milczeć.

Rozmawiałam ostatnio, niezależnie, z Kazimierzem Kutzem i Januszem Morgensternem. Byli zgodni, że jesteście, jak trzej muszkieterowie. Co pan o tym sądzi?

Na pewno nie to, że chcemy się wysunąć przed innych, tylko pożegnaliśmy już i Wojciecha Hasa, i Jerzego Kawalerowicza, i innych naszych przyjaciół, którzy odegrali ważną rolę w polskim kinie. Niestety, zostaliśmy już tylko we trzech.

I działacie, planując m.in. kolejne filmy. Skąd czerpiecie siły?

Jeżeli odpowiednio wcześnie zaczyna się trening, a ja miałem 27 lat, kiedy zrobiłem pierwszy film, to nawet w moim wieku trudno żyć bez tej pracy.

Trening czyni mistrza?

Przede wszystkim czyni człowieka odpornym na wiele sytuacji, uważnym na wiele wydarzeń i daje nadzieję, że jeżeli nie wczoraj, to może dziś albo jutro spotka go właśnie to, na co czekał całe życie. Wierzę, że może to zdarzyć się jutro.

Życie Warszawy

przez Radek Lucjan Cz, 09.04.2009 09:59
Pani zdjęcie w pustym hotelowym pokoju jest tak piękne iż bardzo chciałbym je mieć na ścianie w domu.
Proszę o poradę jeśli wie Pani: Jak i gdzie można zdobyć choci/aż plakat z filmu „Tatarak” ?
Czekam na Ten Film z ogromną niecierpliwością i obawami – dotyczącymi Tego Monologu.
Mam podobne doświadczenia za sobą i nie bardzo sobie z nimI radzę…
Zazdroszczę Pani tej niezwykłej możliwości wyrażenia Tego.
A przede wszystkim takiej umiejętności.
Być może kolejny raz okaże się że Pani lepszą wyrazicielką moich myśli niż ja sam
Serdecznie wiosennie pozdrawiam
Spokojnych Świąt i Szczęścia.

przez nat Śr, 08.04.2009 10:52
Andrzej Wajda: Przyjaźń ponad wszystko!

środa, 08 kwietnia 2009 11:11 | Katarzyna Szymanek/ AKPA Polska Press

Andrzej Wajda wciąż zaskakuje i zachwyca swoim kunsztem reżyserskim. Jego najnowszy film „Tatarak” również nie przeszedł bez echa. Ledwie ukończono realizację tego projektu, a już został nagrodzony na Festiwalu w Berlinie. Jednak mimo bogatego dorobku artystycznego, reżyser przyznaje, że w życiu najważniejsza jest przyjaźń.

Panie Andrzeju, również tym razem nie opuścił Pan festiwalu w Berlinie bez wyróżnienia. Czy kolejne nagrody cieszą równie mocno jak pierwsza?

Nagroda jest zawsze wyrazem, że ktoś czekał na dany film, że chce go obejrzeć. A to nie jest bez znaczenia. Pierwsze nagrody torowały mi drogę do światowego kina i do możliwości, które potem się przede mną otworzyły. Dzisiaj nie mają już takiego znaczenia, ale wciąż niezmiernie miło jest je otrzymywać.
fotka fotka fotka fotka

Film „Tatarak” został nagrodzony za innowacyjność i wyznaczanie nowych torów filmowych aexequo z debiutantem z Urugwaju…

I to mnie szczególnie ujęło! Byłem zaskoczony tym wyróżnieniem. Nie spodziewałem się, że reżyser w moim wieku może startować w konkurencji, która jest zwrócona do młodych reżyserów, wkraczających dopiero do kina. Rozumiem, jak to jest dla nich ważne, bo sam tego niegdyś doświadczyłem.

Jak Pan rozumie tę innowacyjność w filmie?

Pojawia się obecnie pewna tendencja, której przykładem jest także „Tatarak”, że łączy się fikcję filmową z materiałem dokumentalnym. I widz chyba nie jest obecnie zdziwiony takim połączeniem, ponieważ coraz częściej ma okazję oglądać nie tylko sam film, ale i making offy. Wie, w jakich realiach powstawała dana produkcja i jacy ludzie ją tworzyli.

W „Tataraku” poszliśmy krok dalej. Krystyna Janda stworzyła sytuację, w której zdecydowała się na pewne wyznanie. Gdyby nie nasza współpraca wcześniej, pewnie nie odważyłbym się tego wyznania przyjąć. Z pomocą przyszedł operator Paweł Edelman, który znalazł odpowiednią formę, w której jest ono najbardziej taktowne i filmowe. Niemniej wymagało to odwagi.

Dlaczego w takim razie zdecydował się Pan na taki krok?

Powiem szczerze, że gdybym był młodszym reżyserem, pewnie nie uczyniłbym tego, nie miałbym śmiałości. Na starość jest łatwiej, bo różne rzeczy się już w życiu widziało. Zawsze mnie ciekawiło, to zresztą temat odwieczny, jak to jest z tymi aktorami… Przecież oni też są ludźmi, którzy mają swoje przeżycia, przychodzą na plan ze swoimi problemami, a potem grają jakieś role, które wcale nie są adekwatne do ich uczuć.

Zapamiętałem pewien fragment piosenki: „Uśmiech na twarzy, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról”. Choć to banalne słowa, jest w nich głębia. Przez tyle lat robienia filmów spotkałem się z wieloma bolesnymi sytuacjami aktorów, którzy mimo tego bólu, zdecydowali się wejść na scenę i wcielić w rolę, która wcale nie była im po drodze. Pomyślałem, że może to powinno pojawić się w filmie, że Krystyna chce opowiedzieć o swych uczuciach przed moją kamerą.

Krystyna Janda powiedziała, że decydując się na to wyznanie, zaufała Panu najbardziej spośród wszystkich reżyserów, których zna. To dla Pana była też wielka odpowiedzialność, by nie zawieść tego zaufania…

Gdyby po obejrzeniu materiałów Krystyna powiedziała: „Nie, jednak nie chcę tego widzieć”, uszanowałbym to. Cały czas się z tym liczyłem i brałem pod uwagę fakt, że być może trzeba będzie zakończyć film w inny sposób.

Proszę zdradzić, jaka atmosfera panowała na tegorocznym festiwalu w Berlinie…

Muszę przyznać, że w tym roku widziałem niewiele filmów, ponieważ byłem zajęty udzielaniem wywiadów, spotkaniami z dziennikarzami. Tak się złożyło, że zainteresowano się i moim nowym projektem, i faktem, że dwa lata pod rząd pojawiam się na festiwalu z moim filmem – bo w zeszłym roku byłem z „Katyniem”. Mówiono, że znów przyjechał ten stary reżyser, którego filmy niegdyś były obecne na tym festiwalu (śmiech).

Czy coś szczególnie przykuło Pana uwagę?

Spodobało mi się to, że berliński festiwal zwraca się ku nowym autorom, reżyserom i ku nowym krajom. Tym razem głównie ku Ameryce Południowej, gdzie rodzi się kinematografia. Przyznam, że z tego powodu serce zabiło mi mocniej.

Dlaczego?

Ponieważ pamiętam czasy, kiedy polskie kino wkraczało na ekrany, przede wszystkim poprzez festiwale, bo nie mieliśmy żadnej innej możliwości, aby zaistnieć we Francji, czy w innych krajach. W związku z tym festiwale, które wówczas istniały, otworzyły przed nami – przed Jerzym Kawalerowiczem, Wojciechem Hasem, a potem przed naszymi młodszymi kolegami – drogę do tego, by polskie filmy zaistniały na świecie. Polskie kino, które było do tej pory nikomu nieznane, znalazło w tych festiwalach wsparcie. I festiwal w Berlinie wciąż rozumie, że to jest właśnie jego rola.

Podobno jest to jeden z najbardziej ulubionych Pana festiwali…

Na festiwalu w Cannes jest tak wiele filmów towarzyszących, że właściwie gubi się już sam konkurs. Tonie w ilości produkcji, które wszyscy chcą za wszelką cenę pokazać. Jeśli chodzi o święto filmu w Wenecji, utraciło nieco swą siłę z czasu, kiedy zupełnie przypadkowo został na nim pokazany mój „Popiół i diament”. Od tamtej pory oddaliłem się trochę od tego festiwalu. Berlin natomiast wciąż próbuje być festiwalem społecznym i udaje mu się to. Pokazywane są tam filmy społeczne, polityczne, a to mi zawsze było bliższe.

Jest Pan uznanym reżyserem, doświadczonym człowiekiem… Co teraz ceni Pan w życiu najbardziej?

Kiedy patrzyłem na moją pracę z Krystyną Jandą, doszedłem do wniosku, że najważniejszą rzeczą w życiu jest przyjaźń. Przyjaźń, która jest ufundowana na długich doświadczeniach wspólnej pracy, akceptacji tych samych ideałów, dążeniu do tego, by być coraz lepszym w swoim zawodzie, ale też i w życiu. I takie doświadczenia życiowe trzeba przekazać i opowiadać o nich innym. A to się łączy też z moją pracą w szkole, z młodzieżą, która zaczyna robić pierwsze filmy.

Spotkania ze studentami za każdym razem utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest w życiu coś ważnego, że są ciągle ludzie, na których my kiedyś wpłynęliśmy, a oni tworzą dalej swój świat, który emanuje na innych. Kiedy patrzę jak Krystyna Janda zachowuje się wobec ludzi, z którymi pracuje w Teatrze Polonia, jestem szczęśliwy. Widzę z jaką akceptacją ją przyjmują i jaki mają w niej autorytet.

Jakie są Pana dalsze plany?

Mam nadzieję zrobić jakiś dobry film… Wśród bardziej konkretnych zamierzeń znajduje się film o Lechu Wałęsie, do którego scenariusz obiecała mi napisać Agnieszka Holland. Właściwie chciałbym, aby był to także film o Pani Danucie Wałęsowej, która jest piękną kobietą i w tym wszystkim, co wydarzyło się w naszym kraju, odegrała ważną rolę, a mało ją widać. Ponadto nie podoba mi się to, że opluwają naszych bohaterów. Nie mogę się z tym pogodzić. Ktoś musi stanąć w ich obronie.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

przez mafelini Śr, 22.04.2009 23:08
Pani Krystyno, widziałam dziś „Tatarak” we Wrocławiu. Liczyłam, że może i Panią spotkam:) Nie udało się. Film piękny, odkrywam na nowo Iwaszkiewicza, od jutra szukam tego opowiadania, do poczytania. Wzruszyła mnie Pani mocno swoimi opowieściami o odchodzeniu męża, swoją rolą Pani Marty. Oglądałam film w wielkim zdumieniu, napięciu. Zdjęcia piękne, pomysł na adaptację rewelacyjny. Myślałam, że Pan Wajda już niczym nie zaskoczy, myliłam się. Przepraszam. Jestem zadziwiona Pani otwartością w tym filmie, podziwiam Panią Martę, zazdroszczę jej… Wyszłam z kina i lał ulewny deszcz, nastrój wpisał mi się w to, co w duszy zagrało. Dużo by pisać, wystarczyy jedno: dziękuję, Pani Krystyno, za tę rolę. Pozdrawiam z Wrocławia i zapraszam częściej w nasze gościnne progi:).

przez diablo Śr, 22.04.2009 20:32
Dobry wieczór

Pani Krystyno widziałam Tatarak i ….nie wiem co napisać, chyba tylko: Boże jak ja chciałabym tak kochać
pozdrawiam
sylwia z Wrocławia

przez Magnolia Śr, 22.04.2009 12:22
Następny, proszę
Anita Piotrowska / 21.04.2009
Oto kino przekracza granice umowności. Przestaje mieć znaczenie, czy mówi do nas bohaterka Iwaszkiewicza, czy grająca ją Krystyna Janda. Obie mówią do nas innymi językami, ale dokładnie o tym samym.

Wajda w ostatnim swoim filmie pokazuje, że największym skandalem nie jest bynajmniej śmierć – ale po prostu życie: bujne, kuszące konkretem, bezwstydne w swoim zmysłowym kształcie. To ono rzuca nam największe wyzwanie. Życie w cieniu choroby, swojej lub kogoś bliskiego, życie w cieniu śmierci – zawsze niesprawiedliwej, zawsze przedwczesnej, wydaje się zadaniem najbardziej heroicznym i najbardziej absurdalnym ze wszystkich.

Doktorowa Marta z „Tataraku” Iwaszkiewicza żyje naznaczona śmiercią swoich synów w Powstaniu Warszawskim. W zamkniętym na klucz dawnym pokoju dziecinnym stworzyła sanktuarium swojej pamięci. Sama odsuwa od siebie świadomość zżerającej ją po kawałku choroby. Spazmatycznie chłonie każdą minutę wyciekającego życia, dostrzega piękno w najbardziej pospolitej witalności. W swoim ostatnim erotycznym porywie zdaje się być poza swoim wiekiem czy społeczną kondycją. Nie umknie jednak dziwacznej logice przeznaczenia. To, czego trzymała się najbardziej kurczowo, odejdzie pierwsze. „Następny, proszę” – usłyszymy z ust Doktora po zdiagnozowaniu śmiertelnej choroby małżonki. To banalne zdanie, żywcem zaczerpnięte z finału „Nagłego wezwania” Máraia, wprowadzało do opowiadania aurę nieuchronności i mrocznej determinacji. W filmie brzmi ono cicho i nieznacząco, ale równie dobrze mogłoby stać się jego mottem.

Grająca Martę aktorka przeżywa na planie filmu podobne zmaganie. Krystyna Janda wcielając się w postać Doktorowej odgrywa przed kamerą swój prywatny żałobny monodram. W kinie, w literackiej fikcji, w czyjejś historii odnajduje wyraz dla swojego bólu. Samotna w hotelowym pokoju, wystylizowanym w swej melancholii na płótna Edwarda Hoppera, odtwarza świat swoich przeżyć. Dobudowuje w ten sposób kolejne piętro do historii filmowej Marty. Śmiertelnie chora bohaterka, ulepiona z prozy Iwaszkiewicza i Máraia, wcielająca się w nią aktorka zwana w filmie Krystyną Jandą oraz prawdziwa Janda z napisów końcowych filmowego „Tataraku” stapiają się w jedną postać, obdarzoną dodatkową, potrójną samowiedzą – bo zdolną mówić o śmierci w imieniu wszystkich trzech osób.

TATARAK – scen. (na podst. opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza i Sándora Máraia) i reż. Andrzej Wajda, zdj. Paweł Edelman, muz. Paweł Mykietyn, wyst. Krystyna Janda, Paweł Szajda, Jan Englert, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Julia Pietrucha, Roma Gąsiorowska i inni. Prod. Polska 2009. W kinach od 24 kwietnia.
——————————————————–
Spróbujemy pokonać tę śmierć
Andrzej Wajda / 21.04.2009
Andrzej Wajda: Spotkania z Iwaszkiewiczem przypominały, że istnieje jeszcze świat, w którym szukamy samych siebie. Rozmawiał Andrzej Franaszek

Andrzej Franaszek: Czy tworząc „Tatarak”, nie obawiał się Pan połączenia tak wielu różnych wątków, bo i opowiadania Iwaszkiewicza, i prozy Maraia, i oczywiście tego, co robi tu największe wrażenie – a więc niezwykle osobistej opowieści Krystyny Jandy?

Andrzej Wajda: Robiłem ten film z dwóch powodów. Nie tylko dla Jarosława Iwaszkiewicza, ale też by znaleźć materiał do ekranowego spotkania z Krystyną Jandą, która – co doskonale rozumiałem – nie chciała znów wcielać się w zbuntowaną młodą kobietę, szukała czegoś, czego nie zagrała dotychczas, bohaterki refleksyjnej. I to, dzięki postaci pani Marty, która ostatni raz w życiu spotyka się z młodością, ale spotkanie kończy się tragicznie, dawał nam „Tatarak” w najwyższym stopniu. Ta proza jest jednak zbyt krótka – martwiłem się, co do niej dołożyć, żadne inne opowiadanie Iwaszkiewicza nie chciało się z nią zrymować. Postanowiłem więc pokazać w filmie także aktorkę grającą Martę, powiązać ich losy. Spotkałem się wreszcie z Janem Englertem, który miał zagrać doktora – męża bohaterki. W opowiadaniu ta postać jest zaznaczona bardzo skąpo i tu przyszedł mi z pomocą profesor Andrzej Szczeklik, który nie tylko leczy moje serce, ale – jak się okazuje – także moje filmy. Doradził mi, żeby sięgnąć po Sandora Maraia, jego prozę „Nagłe wezwanie”. To dobrze się komponowało, także dlatego, że Marai okazał się bliski Iwaszkiewicza – poprzez swoisty namysł nad ludźmi, stosunek do opisywanych postaci.

Realizacja filmu odsunęła się jednak o rok, bo zachorował Edward Kłosiński, mąż Jandy i znakomity operator filmowy. Stopniowo sytuacja się pogarszała i coraz wyraźniej było widać, że jest to choroba śmiertelna. Oczywiście Krystyna nie mogła w tej sytuacji uczestniczyć w zdjęciach „Tataraku”.

Po roku, już po śmierci Edwarda, powróciliśmy do naszego filmu, rzecz jasna zaczynając jego realizację od opowiadania Iwaszkiewicza, zostawiając na później opowiadanie o aktorce – przerabiane i przepisywane wielokrotnie. Ostatniego dnia, kiedy postać pani Marty zobaczyliśmy już na ekranie, Janda dała mi do przeczytania swoje wspomnienie tamtych godzin, dni, tygodni, które spędziła z umierającym mężem. Bardzo mnie to poruszyło, tekst wydał mi się nie tylko wzruszający, ale też doskonale napisany i w jakiś sposób korespondujący z Iwaszkiewiczem. Na przykład dlatego, że mowa tu o śmierci bliskiej osoby, śmierci dokonującej się w domu, o byciu przy tej śmierci. To doświadczenie dziś bardzo rzadkie – przecież teraz umieramy anonimowo, w szpitalach, pomiędzy przypadkowymi ludźmi, podłączeni do jakichś urządzeń.

Krystyna zaproponowała, by to zwierzenie trafiło na ekran. Paweł Edelman wymyślił dla niego formę – możliwie najbardziej dyskretną, neutralną. Kamera stoi daleko, nie porusza się, nie zagląda Krystynie w oczy, nie szuka wzruszeń, bo tu Janda nie jest filmową postacią, ale sobą. Więc „Tatarak” zaczyna się opowiadaniem aktorki, która przeżyła tragedię, a teraz gra w ekranizacji Iwaszkiewicza. Jaki związek ma to osobiste doświadczenie z jej kreacją? Nie nam o tym sądzić..

Całość tekstu -> Tygodnik Powszechny
————————————————————————————————————————-
Andrzej Wajda: muszę być ciągle zajęty
http://www.tvp.info/wiadomosci/kultura/andrzej-wajda-musze-byc-ciagle-zajety
Autor: Beata Zatońska

Znowu jest głośno o filmie Andrzeja Wajdy. „Tatarak” odniósł sukces na festiwalu w Berlinie, gdzie za innowacyjność uhonorowano go nagrodą im. Alfreda Bauera. Od 24 kwietnia obraz będzie można oglądać w naszych kinach. Wajda nie składa broni i zapowiada realizację kolejnych filmów, m.in. o Chopinie i o Lechu Wałęsie.
Tatarak” to filmowy collage. Wajda połączył elementy dokumentalne z fabułą, która jest adaptacją opowiadania ulubionego pisarza reżysera – Jarosława Iwaszkiewicza (pojawiają się tu też motywy z opowiadania „Nagłe wezwanie” Sandora Maraiego). To, co stanowi o wyjątkowości filmu to bardzo osobiste wyznanie Krystyny Jandy, grającej w „Tataraku” główną rolę doktorowej Marty. Zdjęcia do filmu rozpoczęły się z prawie 2-letnim opóźnieniem. Aktorka musiała przesunąć pracę na planie, bo dowiedziała się o śmiertelnej chorobie męża, znanego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego.

Po śmierci męża Krystyna Janda opisała swoje przeżycia, związane z cierpieniem i odchodzeniem. Swoje zapiski pokazała Andrzejowi Wajdzie. Wspólnie zdecydowali, że zostaną one włączone do filmu. Podzielone na trzy części osobiste wyznanie Jandy tworzy dokumentalną ramę do zaczerpniętej z Iwaszkiewicza historii doktorowej Marty. Opowiadania, nad którym unosi się atmosfera śmierci, pachnącej jak tytułowy tatarak. Śmiercią jest tu dotknięte wszystko. Cierpiąca na nieuleczalną chorobę Marta opłakuje zabitych w powstaniu synów. Gdy zainteresuje się 20-letnim Bogusiem, chłopak utonie, zrywając tatarak na Zielone Świątki.

– To był moment, chwila, nie zastanawiałam się nad tym. Moje życie doścignęło tematu, o którym rozmawialiśmy przez 2 lata. Sprawy zaczęły biec niebezpiecznie blisko. Którejś nocy w jakiś naturalny sposób usiadłam i napisałam te 19 stron, wiedząc oczywiście, że ewentualnie piszę je do filmu „Tatarak”. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby pisać jedynie dla siebie. Los w paradoksalny sposób dał mi okazję do opowiedzenia czegoś, co jest mi najbliższe – powiedziała Krystyna Janda.

Andrzej Wajda na konferencji prasowej mówił, że o ekranizacji „Tataraku” myślał od dawna. Piękno tej historii polega, jego zdaniem, m.in. na ukazaniu sił przyrody w niesamowitym połączeniu z losami postaci przedstawionych u Iwaszkiewicza. – Gdy opowiadanie Iwaszkiewicza łączy się z opowieścią Krystyny Jandy, cała historia nabiera nowego wymiaru – powiedział reżyser.

Pytany, dlaczego do historii stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza dodał wątki z opowiadania Maraiego, Wajda odparł, że film na podstawie samego opowiadania Iwaszkiewicza trwałby 45 minut. – A ja nie robię filmów do telewizji, bo się zniechęciłem – powiedział.

– Od dawna myślałem o tym opowiadaniu, bo jest niewiele tekstów, które tak dalece odkładają się w wyobraźni, że się do nich wraca – mówił Wajda.

– Od dawna chciałem spotkać się z Krystyną Jandą, bośmy dawno nie pracowali razem. Powód takiego spotkania musiał być ważny. Mogłaby to być tylko rola godna jej talentu. Wiedziałem, że rola pani Marty to aktorskie wyzwanie. Gdy się zgodziła, starałem się zrobić wszystko, co jest możliwe, by powstał ten film – opowiadał reżyser.

Wajda opowiedział też, że gdy razem z Krystyną Jandą zdecydowali się na włączenie jej monologu do filmu, od razu pomyślał o malarstwie amerykańskiego artysty Edwarda Hoppera, który często malował samotne kobiety w pustych hotelowych pokojach. I w takim właśnie pokoju, ciemnym, w którym stoją tylko łóżko i krzesło, Janda opowiada o ostatnich chwilach swojego męża.

Po „Katyniu” Andrzej Wajda wspominał, że jest już zmęczony robieniem filmów. Odpoczął jednak i zmienił zdanie. Teraz mówi o kolejnych projektach filmowych – o Chopinie i o Lechu Wałęsie. Podczas konferencji reżyser opowiedział anegdotę o rabinie, który przechytrzył śmierć, dlatego że był ciągle zajęty. Jak mówił ze śmiechem Wajda, śmierć zaglądała do gabinetu rabina i widząc zapracowanego, postanawiała, że przyjdzie później.

– Zbliża się rok chopinowski i myślę, że byłoby dobrze, aby na ten temat powstał polski film. Taki, jaki moglibyśmy teraz zrobić. Szukam możliwości, żeby taki obraz powstał – powiedział Andrzej Wajda.

– Chciałbym, aby film o Lechu Wałęsie nie tyle opowiadał o nim samym, ale o tym, jak opluwa się i obrzuca błotem ludzi w Polsce. To mnie oburza. Natomiast cała reszta? On zostaje, a jego rola w historii jest potwierdzona i nie widzę dzisiaj niczego, co można by jeszcze dodać z tej krótkiej perspektywy, z jakiej film mógłby być zrobiony. Chciałbym tymczasem zobaczyć na ekranie film, jak się fabrykuje oszczerstwo? Może mógłby zrobić to kto inny, ale na wszelki wypadek zrobię to sam – wyjaśnił reżyser pytany o zapowiadany już wielokrotnie film o przywódcy „Solidarności”.

W konferencji po pokazie prasowym filmu wzięła udział córka Jarosława Iwaszkiewicza, Maria. – Bardzo się wzruszyłam. Czytałam to opowiadanie wiele razy. Ale dopiero teraz, przy okazji filmu, zrozumiałam na przykład rolę motywu wody w tej historii. Woda to przecież początek, to „matka” – powiedziała Maria Iwaszkiewicz.

Autorem zdjęć do „Tataraku” jest Paweł Edelman. W filmie zagrali też: Paweł Szajda, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Jan Englert, Julia Pietrucha. Muzykę do filmu skomponował Paweł Mykietyn.

Beata Zatońska
——————————————————————————————————–
WYDARZENIE

„Tatarak” Wajdy otworzył festiwal goEast
22 kwietnia 2009

Film „Tatarak” Andrzeja Wajdy otworzył dziś wieczorem 9. Festiwal Filmów Środkowo- i Wschodnioeuropejskich goEast w niemieckim Wiesbaden w Hesji. Do 28 kwietnia publiczność zobaczy ponad 110 filmów fabularnych i dokumentalnych z 20 państw Europy Środkowej i Wschodniej.

„Tatarak” z Krystyną Jandą w roli głównej jest pokazywany poza konkursem. Za film ten Wajda został wyróżniony nagrodą za innowacyjność w sztuce filmowej na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie.
W konkursie goEast zaprezentowany zostanie też dokument „Kocham Polskę” Joanny Sławińskiej i Marii Zmarz-Koczanowicz na temat organizacji Młodzież Wszechpolska.

W związku z 40. rocznicą śmierci muzyka jazzowego i kompozytora muzyki filmowej Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego, w ramach festiwalu filmowego goEast pokazany zostanie dokument na jego temat, a także wystawa oryginalnych plakatów filmowych. Zaplanowano także koncert Trio Andrzeja Jagodzińskiego oraz Lory Szafran.

GoEast organizowany jest od 2001 r. przez Niemiecki Instytut Filmowy. Festiwal ma na celu przybliżenie niemieckiej publiczności sztuki filmowej z sąsiedniego regionu Europy Środkowej i Wschodniej.

[PAP/MM]
——————————————————————————————————–

———————————————————————————————————
„Tatarak” i „Co jest grane?” od piątku w kinach
PAP
2009-04-22, ostatnia aktualizacja 2009-04-22 18:10

Dramat Andrzeja Wajdy „Tatarak” zrealizowany na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza oraz dwie amerykańskie komedie – „Co jest grane?” z Robertem De Niro i „Za jakie grzechy” z Renee Zellweger trafią w piątek do polskich kin.

„Tatarak” to – jak ocenili zagraniczni krytycy filmowi – „poruszająca medytacja o śmierci”, „minimalistyczne dzieło o szczerej poetyckiej sile”. Główną rolę w filmie zagrała Krystyna Janda.

Andrzej Wajda połączył w „Tataraku” elementy fabularne i dokumentalne. Jedna płaszczyzna filmu to ekranizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza pod tym samym tytułem, wzbogacona o wątki pochodzące z utworu innego pisarza – opowiadania „Nagłe wezwanie” autorstwa Węgra Sandora Maraiego. Płaszczyzna druga to natomiast osobiste wyznanie Krystyny Jandy po śmierci jej męża, wybitnego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego (zmarł 5 stycznia 2008 r.).

„Tatarak” to w warstwie stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza opowieść o doktorowej Marcie – dojrzałej, doświadczonej życiem kobiecie, tęskniącej za młodością i miłością, opłakującej śmierć dwóch dorosłych synów poległych w Powstaniu Warszawskim. Przypadek sprawia, że do Marty na moment „wraca młodość”. W życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna. Kobieta przypomina sobie, czym jest bliskość i fizyczna fascynacja. Niestety, przygoda będzie miała smutny finał.

Autorem zdjęć do „Tataraku” jest Paweł Edelman. Muzykę do filmu skomponował Paweł Mykietyn. Scenografię zaprojektowała Magdalena Dipont, a kostiumy Magdalena Biedrzycka. Film jest dedykowany Edwardowi Kłosińskiemu.

(…)
———————————————————————————————————-
Między prawdą uczuć a grą
Monika Małkowska , Rafał Świątek 22-04-2009, ostatnia aktualizacja 22-04-2009 21:10

Czy osobisty wątek Krystyny Jandy jest atutem czy skazą na filmie Andrzeja Wajdy – spierają się krytycy „Rz” Monika Małkowska i Rafał Świątek

Kontra: Ekshibicjonizm w scenerii z Hoppera

Monika Małkowska

Krystyna Janda występuje w „Tataraku” w podwójnej roli: doktorowej Marty (na zdjęciu z Bogusiem – w tej roli Paweł Szajda) i aktorki, która mówi do kamery monolog o śmierci męża.

Największym grzechem „Tataraku” jest nadmiar stylizacji. I to bynajmniej nie w partiach dotyczących przeszłości – klimaty Iwaszkiewiczowskie to specjalność Wajdy. Fałsz pobrzmiewa tam, gdzie ma dojść do głosu naga prawda – w scenach monologów Krystyny Jandy.

Andrzej Wajda kilkakrotnie z sukcesem ekranizował wielkiego skamandrytę. Tym razem postawił na wyjątkowo karkołomną figurę stylistyczną: metaforę zmiksował z weryzmem. Iwaszkiewiczowską fascynację tajemnicą bytu splótł z ocierającymi się o ekshibicjonizm wynurzeniami Krystyny Jandy.

Na pomysł łączenia w jednym dziele filmowym fikcji i realiów wpadło już wielu twórców. Jednak „Tatarak” nie ma nic wspólnego z „Osiem i pół”, „Kochanicą Francuza” czy „Kinem Paradiso” – by przywołać kilka różnych koncepcji tzw. kina w kinie.

U Wajdy podwójna rzeczywistość nie podnosi wymowy fabuły ani nie dodaje siły zwierzeniom. To obce sobie byty, połączone osobą aktorki.

Co zaskakujące – straceńczy odlot doktorowej Marty ku młodości uosabianej przez Bogusia wydał mi się bardziej wiarygodny niż prawdziwy dramat Jandy.

Aktorka relacjonuje przebieg choroby i ostatnie dni męża. Snuje wspomnienia w pokoju, gdzie stoją tylko łóżko i krzesło. Umowna sceneria. Ani hotel, ani prywatne mieszkanie. Wpadające przez okno ostre słoneczne światło (reflektor?) wykreśla zarys niby-sceny. Bohaterka wstaje z czarnej jedwabnej pościeli, wsuwa stopy w ekskluzywne klapki na wysokich szpilkach (Manolo Blahnik?), otula ciało czarnym satynowym miniszlafroczkiem. Jest elegancka, efektowna. W takim sztafażu zaczyna grać. Zwierza się z intymnych przeżyć. Dlaczego nie potrafię dzielić z nią rozpaczy? Bo widzę, że to kreacja aktorska. Że Janda nie jest sobą, lecz siebie przedstawia.

Słowa nie raziłyby sztucznością, gdyby nie oprawa plastyczna monologów. To fałsz, imitacja. Aktorka nie zachowuje się spontanicznie, lecz przybiera pozy. Stylizuje się na bohaterkę obrazów Edwarda Hoppera.

Jakim cudem amerykański malarz realista przeniknął do „Tataraku”? Co ma wspólnego z Iwaszkiewiczem i osobistym dramatem Jandy? Nic. Po prostu jego płótna stały się modne. Przeniknęły do masowej kultury. I skaziły „Tatarak”.

Pro: Wielki film o fenomenie sztuki

Rafał Świątek

Arcydzieło. Dzięki genialnie prostemu zabiegowi dopełniają się w nim dwie artystyczne wizje adaptacji „Tataraku” – koncepcja Andrzeja Wajdy i Krystyny Jandy.

Śmierć jest w tym filmie – podobnie jak w opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza – wszechobecna. Jej zapach skrywa tytułowe ziele. Wydaje się zamknięta w pokoju synów doktorowej Marty (Krystyna Janda) poległych w powstaniu. Pani Marta, choć jeszcze o tym nie wie, jest śmiertelnie chora. Zginie także Boguś (Paweł Szajda). Prosty chłopak – który obudził w niej matczyne uczucia – utopi się, zrywając tatarak. Jednak film Wajdy, w przeciwieństwie do prozy Iwaszkiewicza, nie jest opowieścią o sile namiętności. Reżyser nie eksponuje erotyzmu podszytego śmiercią, który przenika opowiadanie. Dla Wajdy „Tatarak” ma osobiste znaczenie. Mistrz dokonuje w nim bilansu własnej twórczości i życia. Wprowadza nawiązania do filmów szkoły polskiej, a zarazem podejmuje próbę spokojnego pogodzenia się z przemijaniem. Przygląda się również młodości, która fascynuje go witalnością, beztroskim patrzeniem w przyszłość. „Mnie zawsze ogarnia taki straszny wstyd, kiedy widzę jakieś młode życie” – mówi Marta o Bogusiu. Ale ja traktuję te słowa jak wyznanie samego Wajdy, który ma świadomość, że „życie przechodzi tak łatwo w śmierć”, jak pisał Iwaszkiewicz.

Ekranizacja „Tataraku” przeplata się z monologiem Krystyny Jandy o śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego. Widzimy również ujęcia z planu, gdy aktorzy uczestniczą w próbie czytanej. Po co Wajda zdecydował się na zabieg odsłaniający filmowe kulisy? Dlaczego pozwala widzom oglądać intymne wyznanie aktorki, balansujące między ekshibicjonizmem a artystyczną kreacją? Janda wyznaje w monologu, że nie potrafi myśleć osobno o mężu i „Tataraku”. Film, nad którym unosi się widmo jego śmierci, zrósł się z życiem. Kreacja Marty mogła powstać tylko dlatego, że aktorka sięgnęła do najgłębiej skrywanych emocji i użyła ich do zbudowania roli. Na tym polega właśnie fenomen sztuki, która pasożytuje na życiu, żywi się uczuciami. A jednocześnie ma moc oczyszczającą. Pozwala artyście wyrzucić z siebie ból, cierpienie, lęk i nadać im głębszy sens.
Rzeczpospolita
———————————————————————————————————-
Już ta informacja się gdzieś przewijała, że na portalu interia.pl raport specjalny o „Tataraku”: http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda, ale tam też znalazłam krótki, lecz interesujący zapis wideo – Duet Janda-Wajda: http://film.interia.pl/raport/tatarak-wajda/tworcy-o-filmie/news/duet-janda-wajda/wideo/andrzej-wajda-i-krystyna-janda-opowiadaja-o-wzajemnej,3260552

(bardzo ładnie tu Pani wygląda)

Pozdrawiam i życzę aby jeszcze nie jeden raz czuła się Pani „jak wystrzelona w kosmos”

Tak, to były czasy…

Patrzę na te moje zdjęcia i mam wrażenie, że byłam szczęśliwsza, jakieś iskry beztroski widzę w tych oczach…
Potem rzuciłam się w codzienność – w wir pracy.. która od 2005 r. ta sama.. z zadowolenia zapomniałam, albo zepchnęłam na drugi tor, o innych, ważnych aspektach mego życia.
I co teraz?
Zmieniłam się, to wiem. Jestem odważniejsza, bardziej świadoma. Dojrzalsza? Nie wiem. Udało mi się na pewno zmienić tzw. poczucie własnej wartości. Okazuje się, że pewność siebie, samoświadomość – można się tego nauczyć. A może to pozory – że niby się nauczyłam, może to kwestia innego rodzaju, że wiedza, umiejętności to sprawia…
Tak czy inaczej są zmiany, in plus.
Czas mojej rekonwalescencji okazał się być czasem wspomnień i co się z tym wiąże przemyśleń.
Gdzieś się zapędziłam, zapomniałam co ważne i gdzie jest moje ja.
Teraz wiem..

Jeszcze raz pozdrawiam.

przez Małgosia Solak Śr, 22.04.2009 08:59
Dla Pani kwietniowy tatarak z „mojej” wsi:

Mądrych i wrażliwych widzów życzę. Mój tatarak już jutro. Serdeczności. Małgosia Solak

przez nat Śr, 22.04.2009 08:56
Drugie narodziny Jandy w Tataraku
środa 22 kwietnia 2009 08:52

Takiej pozycji nie ma w Polsce żaden aktor. Teatr Polonia Krystyny Jandy pęka w szwach, a ona sama planuje repertuar na wiele miesięcy z góry. Jednocześnie mocno wraca do kina. Wielka rola we wchodzącym na ekrany ”Tataraku” Andrzeja Wajdy podsumowuje jej dorobek i wytycza drogę na przyszłość – pisze w DZIENNIKU Jacek Wakar, szef działu Kultura.

Wiadomo oczywiście, że dla Krystyny Jandy „Tatarak” to jedyny taki film, żadnej powtórki nie będzie. Miała go kręcić wcześniej, ale na przeszkodzie stanęła choroba męża, wybitnego operatora Edwarda Kłosińskiego. – Andrzej na ciebie poczeka – miał powiedzieć do żony. Słowa Kłosińskiego się spełniły, a opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza stało się tylko jednym z elementów scenariusza. Czy najważniejszym? Może. Nie byłoby jednak filmu Wajdy bez monologu Krystyny Jandy. Aktorka zdaje w nim relację z ostatnich chwil życia męża. Mówi o chwili, gdy dowiedziała się o jego chorobie. Opowiada, że długo nie dawała umrzeć nadziei, że wszystko podporządkowała byciu z nim. O tym, że po sylwestrze 2007 roku wrócił do domu. Że go karmiła wedle zaleceń lekarzy – co minutę jedna łyżeczka. I pomiędzy tymi łyżeczkami zmarł. Przyznaje, że nie była pewna, czy TO już się stało. A kilka godzin później pojechała do teatru, który razem zbudowali. Zagrała tego wieczoru w „Boskiej” – jedną z najśmieszniejszych ról w całej swej karierze. „Jak ja mogłam zagrać” – pyta samą siebie w „Tataraku”. Nie ma odpowiedzi.

Janda mówi wprost – monolog został napisany, potem nauczyła się go na pamięć, traktując jak zwyczajne zadanie aktorskie. Nie było odstępstw od partytury tekstu, miejsc na improwizację. Koniec końców zostało to zagrane jako fragment partii aktorki szykującej się do występu w filmie według „Tataraku”. Tę perspektywę widać wyraźnie w scenariuszu Wajdy. A jednak nic nie jest do końca jasne. Janda zaburza kąt patrzenia na swoją postać, mieszając sztukę z życiem. Bo mówi o życiu, a ono zawsze przekracza wymiar sztuki. Bo w swojej opowieści występuje pod własnym nazwiskiem, zdając sobie sprawę, że bywa ono i przywilejem, i ciężarem. Wreszcie dlatego że dopuszcza widzów w krąg wielkiej intymności, nie łamiąc przy tym granicy wstydu. Nie jest tak, jak się niektórym wydaje, że Janda w filmie Wajdy powiedziała wszystko. Że odarła doświadczenie śmierci najbliższej osoby z tajemnicy. Jeśli dobrze rozumiem jej intencje – deklarowała je zresztą – chciała zostawić ślad.

Monolog Jandy i cała rola w „Tataraku” nierozerwalnie łączy się z życiem, nie pozostawia wyboru, wymuszając odbiór poprzez emocje. A jednak warto popatrzeć inaczej. Spróbować zapomnieć, co się stało, a zobaczyć, jak to jest zrobione. Takie spojrzenie nic nie ujmuje roli, dziełu, a może po prostu sile obecności aktorki na ekranie.

Paweł Edelman filmuje ją w półcieniach, rzadko widać jej całą twarz. Janda mówi niecicho i niegłośno. Wyraźnie, by nikt nie uronił słowa. Precyzyjnie, by dać im wybrzmieć do końca. Sucho, nieubłaganie, by przed jej opowieścią nie było ucieczki. Nie chce współczucia, niczego na nikim nie wymusza. Zatem w ani jednej sekundzie nie ma mowy o emocjonalnym szantażu.

„Tatarak” jest kolejnym krokiem w samookreślaniu się Jandy. Kiedy odeszła z warszawskiego Teatru Powszechnego, będąc jego pierwszą gwiazdą, niektórzy pukali się w czoło. Gdy otworzyła Polonię, wątpili, czy to się może udać. Dziś do teatru Jandy niezależnie od tytułu nie sposób dostać biletów. Widzom wystarczy sama rekomendacja ulubionej artystki – to, że zdecydowała się widowisko firmować. Sytuacja komfortowa, ale i niezręczna. Skoro Krystyna Janda wie, że bezwarunkowa akceptacja jej sceny jest de facto zadekretowana, bo publiczność Polonii nie zdradzi, musi sama być dla siebie lustrem. Powinna włączyć w sobie coś na kształt wewnętrznej cenzury, by utrzymywać propozycje na wysokim poziomie. Polonii zdarzały się wpadki, ale na ogół jest dobrze. Janda znalazła przepis na teatr środka. Taki, który nie obraża się na gusty publiczności, ale próbuje je kształtować.

W Polonii też odkryła nową barwę swego aktorstwa. To już nie jest gwiazda powielająca ten sam wizerunek w niezliczonych filmach i spektaklach. Nie ma już Jandy rozbieganej, nerwowo zapalającej papierosa od papierosa. Aktorka rozważnie wybiera role, nie ukrywając wieku i doświadczenia. W „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan w Polonii daje esencję wściekłości i bólu, w „Boskiej” – czysty pastisz. W „Dancingu” wreszcie nie kryje zdartego chropowatego głosu, bawi się własną bezradnością w tańcu. To przedstawienie po kilku miesiącach od premiery i po „Tataraku” nabiera nowego znaczenia. Poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Janda oswaja śmierć, kontempluje przemijanie. Zwalnia tempo, obniża głos, by mówić tylko o rzeczach ostatecznych.

Jakiś czas temu rozmawiałem z artystką w jej gabinecie w Polonii. Mówiła o „Dancingu”, paląc papierosa. Była taka jak zawsze, a jednak miałem wrażenie, że inna. Jakby na dawną Jandę ktoś naciągnął czarny woal. Jakby odebrał jej trochę życia.

Krystyna Janda zagrała w „Tataraku” także siebie. Ten film, ostatnie role teatralne, raz po raz potwierdzają: tak, to jest wielka aktorka. Świadoma siebie, stroniąca od siebie upiększania. Odrzuca gwiazdorstwo na rzecz ograniczania, rezygnacji z tego wszystkiego, co w roli niekonieczne. Ma miłość widzów, robi dla nich swój teatr, ale wydaje się, jakby grając, przestała o nią zabiegać. Ale zyskuje skalę właściwą tylko wybranym. Znowu powraca suchość głosu, czasem ostry ton filmowego monologu. Kilka lat temu grała Winnie w „Szczęśliwych dniach” Becketta w Polonii z zamierzeniem zuchwałym, lecz moim zdaniem bez sukcesu. Opowiadając siebie w „Tataraku”, trafia w ton, jakiego wtedy nie osiągnęła. Zamknąwszy rozdział, otwiera nowe perspektywy. Jej każda nowa rola będzie niespodzianką.

Jacek Wakar
Dziennik
____________________________________________________________________________________________

Intymne kino mistrza Wajdy
22.04.2009

Wielką gwiazdą filmu Wajdy jest Krystyna Janda. Dzięki jej kreacji możemy zrozumieć ból tych, którzy stracili najbliższych

Wierzyłam, że to będzie piękny i mądry film. Znakomicie zrealizowany i wciągający. A ja dzięki kunsztowi Andrzeja Wajdy przeniosę się na półtorej godziny do świata wyobraźni Jarosława Iwaszkiewicza. Ba, nastawiałam się też na nowatorskie rozwiązania formalne – w końcu przecież mistrz Wajda na ostatnim festiwalu filmowym w Berlinie otrzymał nagrodę za „poszerzenie filmowych horyzontów”. I tak, jak wielu moich kolegów po fachu podążałam na pokaz „Tataraku” z wielką nadzieją na wielkie kino z wielką rolą Krystyny Jandy. Po wszystkim okazało się, że wielkości nie mogę odmówić tylko kreacji stworzonej przez Jandę. I to tylko w tej części filmu, kiedy aktorka gra siebie.

Andrzej Wajda sam przyznaje, że Iwaszkiewiczowskie opowiadanie „Tatarak” na film kinowy było zwyczajnie za krótkie. – Nadawało się na 40-minutowy film telewizyjny, a ja ostatnio do TVP jestem zrażony – tłumaczył reżyser. Więc zaczął kombinować, jak tu z „Tataraku” ukręcić pełnometrażową fabułę. Szukał więc elementów, które będą pasowały do opowieści o starzejącej się doktorowej Marcie spotykającej na swej drodze 20-letniego Bogusia.

Ktoś mu podsunął opowiadanie węgierskiego pisarza Sándora Máraia. – Wykorzystałem jego fragmenty – mówi Wajda. Jednak cały czas brakowało mu materiału na długi kinowy film. Z kuszącą ofertą pojawiła się też Krystyna Janda. Na 19 stronach opisała chorobę i śmierć męża, operatora Edwarda Kłosińskiego. – Wiedziałam, że piszę to na potrzeby „Tataraku”. Zaproponowałam, że nauczę się tego tekstu na pamięć i po prostu go zagram – wspomina aktorka.

I tak też się stało. Film rozpoczyna się od monologu Jandy. Aktorka wstaje z łóżka. Widzimy ją tuż po przebudzeniu – w kusym stroju, nieuczesaną, z lekko rozmazanym makijażem. Zaczyna mówić. Prawie bez emocji. Matowym głosem, bez charakterystycznej dla niej nerwowości. Dowiadujemy się, kiedy jej mąż zaczął chorować i kto odebrał wyniki badań z laboratorium. Janda mówi o wielkiej miłości i o tym, że w każdej sytuacji mogła liczyć na Edwarda. Słucha się tego wyznania z zapartym tchem. I nie potrzeba żadnych upiększeń – kamera stoi nieruchomo, a Janda chodzi po pokoju i po prostu mówi. Jesteśmy z nią przy chorym mężu, karmimy go zupą, myślimy o miłości i śmierci.

Bowiem aktorka wypowiada przed kamerą przejmujące studium miłości i śmierci. I kiedy jesteśmy w samym środku zasłuchania, monolog brutalnie się urywa, a my cofamy się w czasie do lat 50. Oto przed nami wyrasta Krystyna Janda ucharakteryzowana na Panią Martę (rude włosy, brązowe oczy, twarz opalona i postarzona). Wraz z przyjaciółką (Jadwiga Jankowska-Cieślak) wchodzą do urządzonego na przedwojenną modłę domu. To dom doktora i jego żony Marty, gdzieś w małym miasteczku. Przed wojną mieszkało tu jeszcze dwóch chłopców – synów doktorstwa, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Przyjaciółka podaje lekarzowi (Jan Englert) kartkę. Mężczyzna czyta i mówi: „Nie wiem czy Marta dożyje końca tego lata”.

W następnych ujęciach widzimy, jak doktor bada małżonkę aparatem rentgenowskim i w płucach spostrzega guza (podobnego zdiagnozowano u Edwarda Kłosińskiego). Żonie mówi tylko, że nabawiła się przeziębienia i za kilka dni wyzdrowieje. Po chwili Marta wraz z przyjaciółką wybiera się nad rzekę, gdzie młodzi ludzie każdego wieczoru tańczą i flirtują. Tam doktorowa spostrzega młodzieńca… i od razu wiadomo, że dystyngowanej pani coś w sercu zadrżało.

Pani Marta przypadkiem zagaja rozmowę, a następnie, niczym w filmie akcji Boguś, bo tak na imię zalotnikowi, pojawia się w domu doktorstwa pod pretekstem pożyczenia książki. Gospodyni wręcza mu „Popiół i diament”, a następnego dnia siedzą już wspólnie nad brzegiem rzeki i młodzieniec obcałowuje kobietę. I nie mija minuta, gdy wbiega do wody, by popłynąć na drugi brzeg i zerwać naręcze tataraku.

W kadrze widzimy tę roślinę rosnącą na pierwszym planie – nie trzeba było płynąć, wystarczyło sięgnąć. Ale nie byłoby tak potrzebnej w filmie tragedii. Bowiem nagle wysportowany chłopak z niezrozumiałych przyczyn zaczyna tonąć. Marta próbuje go ratować, ale w pewnym momencie odpuszcza i tu dzieje się rzecz dziwna, bo nasza bohaterka zaczyna biec i to wcale nie po to, żeby szukać pomocy. Wdrapuje się na most. Widzimy, jak z rzeki wynurzają się nurkowie, a zdezorientowani członkowie ekipy krzyczą: „Pani Krystyno, proszę wracać!”.

Marta/Krystyna tymczasem łapie okazję, zdejmuje perukę, a my prości widzowie rozumiemy, że w tym oto momencie fikcja połączyła się z rzeczywistością. Niestety, nie wiemy czy to Janda tak się przejęła rolą, czy też takie zwieńczenie fabuły wymyślił sam mistrz Wajda.

Magdalena Rigamonti
POLSKA Dziennik Zachodni
____________________________________________________________________________________________

Recenzja filmu „Tatarak”, reż. Andrzej Wajda
22 kwietnia 2009

Historia powstawania tego filmu zasługiwałaby na film. Najpierw pojawił się pomysł ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza, z którym Andrzej Wajda ma jak najlepsze doświadczenia („Brzezina”, „Panny z Wilka”). Ale „Tatarak” to utwór zwięzły, przy nadzwyczajnych wysiłkach scenarzysty dałoby się może nakręcić film 40-minutowy, ale nic więcej. Podejmowano zatem próby dopisania dodatkowych wątków do oryginału, angażując autorów tak znanych jak Olga Tokarczuk, lecz rezultaty nie były do końca zadowalające. Wtedy do sztuki wmieszało się życie. Krystyna Janda zaproponowała, że opowie o śmierci swego męża, operatora Edwarda Kłosińskiego, z którym Wajda współpracował wielokrotnie i który miał robić zdjęcia do „Tataraku”. Reżyser, który nieprzypadkowo na ostatnim festiwalu w Berlinie dostał nagrodę za „wyznaczanie nowych perspektyw sztuki filmowej”, zrozumiał natychmiast, że to jest owo uzupełnienie Iwaszkiewiczowskiego opowiadania, którego dotychczas bezowocnie poszukiwał.

Monolog aktorki doskonale wpisuje się w klimaty „Tataraku”, w warstwie fabularnej opowiadającego o fascynacji starszej kobiety młodym chłopcem, ale w istocie o przemijaniu i śmierci. W rezultacie mamy na ekranie trzy główne uzupełniające się wątki: rozbudowany w niektórych momentach oryginał, wyznania Jandy oraz film o tym, jak powstaje film. Ta trzecia warstwa, pomijając prolog, w którym twórcy czytają początek opowiadania Iwaszkiewicza („Tatarskie ziele ma dwa zapachy…”), jest chyba najsłabsza. To, co zostało wzięte wprost z oryginału, Wajda przekłada w swoim stylu na język obrazów. Niech się Mistrz nie obrazi, ale najważniejsza w tym filmie jest Krystyna Janda. Gra Martę z Iwaszkiewicza, a wprost do kamery opowiada przejmująco historię umierania męża, aż do samego końca. Nie dajmy się jednak zwieść pozornej spontaniczności tych sekwencji – to nie są bowiem improwizowane monologi, to jest najprawdziwsza aktorska kreacja. Kto Jandzie grającej Jandę uwierzy, tego film głęboko poruszy. Kto nie uwierzy, będzie zapewne rozczarowany. Ja uwierzyłem.

Zdzisław Pietrasik
POLITYKA
____________________________________________________________________________________________

Młoda śmierć (kino)

Andrzej Wajda powraca do bardziej kameralnego tonu i po latach sięga po prozę Jarosława Iwaszkiewicza, by raz jeszcze zmierzyć się z tematem śmierci panoszącej się w ulotnych dekoracjach ludzkiego przemijania. Eros i Tanatos biorą się za bary, szkoda tylko, że zamiast funeralnego szumu tataraku słychać tu zbyt często szelest papieru.

Napisane krótko po wojnie kilkudziesięciostronicowe opowiadanie to historia starzejącej się żony prowincjonalnego lekarza, która w samotni małego miasteczka próbuje zapomnieć o traumie związanej ze śmiercią dzieci (obaj synowie zginęli w Powstaniu Warszawskim). Pewnego dnia zwraca uwagę na dwudziestoletniego Bogusia, w jego młodości i świeżości dostrzega szansę na ucieczkę przed przemijaniem. Nawiązuje z nim specyficzną, na poły matczyną, na poły erotyczną relację, jednak ucieczka przed śmiercią okazuje się daremna, ta ostatnia jak zawsze zaatakuje z najmniej oczekiwanej strony. W filmie rolę Marty wspaniale kreuje Krystyna Janda, co ciekawe – w wyniku zabiegów reżysera, to ona sama, a nie literacka postać, staje się główną bohaterką filmu i jego największym atutem. Wajda postanowił bowiem połączyć opowiadanie Iwaszkiewicza z nowelką Sandora Maraia, a także napisanym specjalnie do filmu monologiem Jandy. Mamy więc trzy różne filmy mające spleść się w jedną opowieść, w której głównymi tematami są: śmierć, starość i… aktorstwo.

Pomieszanie tych trzech narracji wyszło nadzwyczaj dobrze, choć przyznam, że włączenie wątku osobliwego making offu, podczas którego obserwujemy próbne sceny, rozmowy reżysera z aktorami, wreszcie ucieczkę Jandy z planu, jest co najmniej dyskusyjne i słabo koresponduje z resztą filmu. Zabieg „film w filmie” w polskim kinie pierwszy wykorzystał Wajda we „Wszystko na sprzedaż”, tam chodziło jednak o nakreślenie pewnego „krajobrazu ze stratą w tle”, w „Tataraku” podobny chwyt jest już tylko niepotrzebnym dodatkiem. Nie da się tego powiedzieć o wspomnianym już monologu Jandy. Aktorka, siedząc w pustym i ciemnym pokoju, stylizowanym na obrazy Edwarda Hoppera, opowiada o chorobie i śmierci swojego męża, znanego operatora (współpracownika Wajdy) Edwarda Kłosińskiego. Bez kojarzonej ze sposobem gry aktorki emfazy, w obiektywie nieruchomej kamery, bez zbliżeń, spokojnym głosem opowiada intymną historię własnej straty. To czysty teatr, ale podzielony na części świetnie korelujące z Iwaszkiewiczowską opowieścią. Spowiedź wielkiej aktorki dopełnia historię powieściowej Marii, przełamuje konfesyjność opowieści.

Ta ostatnia nie wynika z literackiego pierwowzoru, a postępującej ostrożności reżysera i zaniku czegoś, co można by nazwać zmysłem dwuznaczności. U Iwaszkiewicza relacja Marty i Bogusia jest niezwykle ambiwalentna, oparta na nieustającej grze między niewinną czułością a pożądaniem. Reżyser wyzuł ją z tej szczególnej zmysłowości, ujednoznacznił, odarł z intrygującego erotyzmu. Przywiązanie do oryginału owocuje „szeleszczącymi” dialogami, szkoda że Wajda równie hojnie nie czerpał z tego, co u autora „Panien z Wilka” najbardziej filmowe. Na szczęście nie odejmuje to ekranizacji siły. Antynomie między rozbuchaną przyrodą a gasnącym życiem, witalnością a przemijaniem, młodością i starością („nienawidzę młodych kobiet – powie bohaterka – to takie pretensjonalne”) zostały zachowane i pięknie oddane kamerą Pawła Edelmana. Tak więc mimo zastrzeżeń ci, którzy marzyli, by zobaczyć jeszcze jeden film Wajdy, o którym nie będzie trzeba mówić dobrze tylko ze względu na szacunek dla Mistrza, powinni czuć się usatysfakcjonowani.

Michał Burszta
FilmWeb
____________________________________________________________________________________________

Między prawdą uczuć a grą
22-04-2009

Czy osobisty wątek Krystyny Jandy jest atutem czy skazą na filmie Andrzeja Wajdy – spierają się krytycy „Rz” Monika Małkowska i Rafał Świątek

Kontra: Ekshibicjonizm w scenerii z Hoppera

Monika Małkowska

Największym grzechem „Tataraku” jest nadmiar stylizacji. I to bynajmniej nie w partiach dotyczących przeszłości – klimaty Iwaszkiewiczowskie to specjalność Wajdy. Fałsz pobrzmiewa tam, gdzie ma dojść do głosu naga prawda – w scenach monologów Krystyny Jandy.

Andrzej Wajda kilkakrotnie z sukcesem ekranizował wielkiego skamandrytę. Tym razem postawił na wyjątkowo karkołomną figurę stylistyczną: metaforę zmiksował z weryzmem. Iwaszkiewiczowską fascynację tajemnicą bytu splótł z ocierającymi się o ekshibicjonizm wynurzeniami Krystyny Jandy.

Na pomysł łączenia w jednym dziele filmowym fikcji i realiów wpadło już wielu twórców. Jednak „Tatarak” nie ma nic wspólnego z „Osiem i pół”, „Kochanicą Francuza” czy „Kinem Paradiso” – by przywołać kilka różnych koncepcji tzw. kina w kinie.

U Wajdy podwójna rzeczywistość nie podnosi wymowy fabuły ani nie dodaje siły zwierzeniom. To obce sobie byty, połączone osobą aktorki.

Co zaskakujące – straceńczy odlot doktorowej Marty ku młodości uosabianej przez Bogusia wydał mi się bardziej wiarygodny niż prawdziwy dramat Jandy.

Aktorka relacjonuje przebieg choroby i ostatnie dni męża. Snuje wspomnienia w pokoju, gdzie stoją tylko łóżko i krzesło. Umowna sceneria. Ani hotel, ani prywatne mieszkanie. Wpadające przez okno ostre słoneczne światło (reflektor?) wykreśla zarys niby-sceny. Bohaterka wstaje z czarnej jedwabnej pościeli, wsuwa stopy w ekskluzywne klapki na wysokich szpilkach (Manolo Blahnik?), otula ciało czarnym satynowym miniszlafroczkiem. Jest elegancka, efektowna. W takim sztafażu zaczyna grać. Zwierza się z intymnych przeżyć. Dlaczego nie potrafię dzielić z nią rozpaczy? Bo widzę, że to kreacja aktorska. Że Janda nie jest sobą, lecz siebie przedstawia.

Słowa nie raziłyby sztucznością, gdyby nie oprawa plastyczna monologów. To fałsz, imitacja. Aktorka nie zachowuje się spontanicznie, lecz przybiera pozy. Stylizuje się na bohaterkę obrazów Edwarda Hoppera.

Jakim cudem amerykański malarz realista przeniknął do „Tataraku”? Co ma wspólnego z Iwaszkiewiczem i osobistym dramatem Jandy? Nic. Po prostu jego płótna stały się modne. Przeniknęły do masowej kultury. I skaziły „Tatarak”.

Pro: Wielki film o fenomenie sztuki

Rafał Świątek

Arcydzieło. Dzięki genialnie prostemu zabiegowi dopełniają się w nim dwie artystyczne wizje adaptacji „Tataraku” – koncepcja Andrzeja Wajdy i Krystyny Jandy.

Śmierć jest w tym filmie – podobnie jak w opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza – wszechobecna. Jej zapach skrywa tytułowe ziele. Wydaje się zamknięta w pokoju synów doktorowej Marty (Krystyna Janda) poległych w powstaniu. Pani Marta, choć jeszcze o tym nie wie, jest śmiertelnie chora. Zginie także Boguś (Paweł Szajda). Prosty chłopak – który obudził w niej matczyne uczucia – utopi się, zrywając tatarak. Jednak film Wajdy, w przeciwieństwie do prozy Iwaszkiewicza, nie jest opowieścią o sile namiętności. Reżyser nie eksponuje erotyzmu podszytego śmiercią, który przenika opowiadanie. Dla Wajdy „Tatarak” ma osobiste znaczenie. Mistrz dokonuje w nim bilansu własnej twórczości i życia. Wprowadza nawiązania do filmów szkoły polskiej, a zarazem podejmuje próbę spokojnego pogodzenia się z przemijaniem. Przygląda się również młodości, która fascynuje go witalnością, beztroskim patrzeniem w przyszłość. „Mnie zawsze ogarnia taki straszny wstyd, kiedy widzę jakieś młode życie” – mówi Marta o Bogusiu. Ale ja traktuję te słowa jak wyznanie samego Wajdy, który ma świadomość, że „życie przechodzi tak łatwo w śmierć”, jak pisał Iwaszkiewicz.

Ekranizacja „Tataraku” przeplata się z monologiem Krystyny Jandy o śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego. Widzimy również ujęcia z planu, gdy aktorzy uczestniczą w próbie czytanej. Po co Wajda zdecydował się na zabieg odsłaniający filmowe kulisy? Dlaczego pozwala widzom oglądać intymne wyznanie aktorki, balansujące między ekshibicjonizmem a artystyczną kreacją? Janda wyznaje w monologu, że nie potrafi myśleć osobno o mężu i „Tataraku”. Film, nad którym unosi się widmo jego śmierci, zrósł się z życiem. Kreacja Marty mogła powstać tylko dlatego, że aktorka sięgnęła do najgłębiej skrywanych emocji i użyła ich do zbudowania roli. Na tym polega właśnie fenomen sztuki, która pasożytuje na życiu, żywi się uczuciami. A jednocześnie ma moc oczyszczającą. Pozwala artyście wyrzucić z siebie ból, cierpienie, lęk i nadać im głębszy sens.

Monika Małkowska , Rafał Świątek
Rzeczpospolita

____________________________________________________________________________________________
I jeszcze WPROST:

kliknąć
____________________________________________________________________________________________

Jeśli Pani ma jeszcze cierpliwość, to naprawdę podziwiam. Ja pasuję, odpuszczam sobie lekturę tych wszystkich recenzji, sprawozdań, rozprawek, wrażeń i poczekam na własne.
(Te dwa zdania napisałam rano, kiedy też wkleiłam zaledwie dwa artykuły. Teraz jest 22:00, treści przybyło, a ja…nadal je czytam.)
Życzę…(sama nie wiem jakiej?)… Spokojnej i udanej, cokolwiek to dla Pani znaczy, premiery.
Pozdrawiam serdecznie,
Pani Osobista Researcherka
N.

przez Julita89 Śr, 22.04.2009 00:47
Pani Krysiu, tak mi się przypomniało jak oglądałam te zdjęcia obrazów z Dziennika, jak to moja polonistka w liceum, skądinąd złota kobieta, już kiedyś o niej wspominałam, mówiła i podkreślała za każdym razem ,,Ja nie rozumiem co ludzie widzą w tej sztuce współczesnej? Same kwadraty, kropki, kreski? I dzieło życia – czarny kwadrat na czerwonym tle!” To chyba było jedyne w czym się z nią nie zgadzałam. Te obrazy u Pani strasznie mi sie podobają, ma Pani rację, że to radosne malarstwo. No tak, to uspokoić i poprawić humor może. To dobrze.
Zawsze to za mną chodziło, czyją twórczość malarską Pani najbardziej lubi?
Pozdrawiam Panią serdecznie i heliotropy Van Gogha zostawiam na udany dzień i pomyślną, spokojną premierę. Dobrych, mądrych odbiorców życzę. Mnie jakoś przypadła do gustu ta nazwa „heliotropy”…

PS. Coś mnie dziś wieczór wzięło na ,,Przesłuchanie”… oglądałam po raz drugi. Nie wiem dlaczego… przecież ten film trzeba oglądać w szczególny sposób, a nie tak ni z tego ni z owego… Cóż, chyba muszę rozgryść swoje myśli, posiedzieć sama ze sobą żeby przemyśleć parę rzeczy, które sobie gdzieś głęboko we mnie w środku siedzą, żeby dojść z sobą do ładu.
W każdym razie chciałam raz jeszcze podziękować za ten film i Pani wielką rolę.
A ja na „Tatarak” dopiero 8 maja pobiegnę, najwcześniejszy seans tu w Lublinie, no strasznie późno… i to tylko w jednym kinie! Nie do uwierzenia! Komercja się szerzy… No, ale ja już tam swoje powiedziałam, jak się okazało, że w tym największym nie grają w ogóle…
Julita

przez krakowianka jedna Wt, 21.04.2009 23:30
Pani Krystyno,

Siedzę właśnie z moją Znajomą w Austrii, pijemy wódkę, palimy papierosy i zażarcie kłócimy się czy: najpierw przeczytać opowiadanie a potem zobaczyć film Andrzeja Wajdy „Tatarak” czy najpierw obejrzeć film a potem przeczytać opowiadanie aby w pełni ocenić warsztat reżysera, grę aktórów i atmosferę filmu. Założyłyśmy się o wycieczkę zagraniczną… Stawia ta, która przegra Bardzo prosimy o jednoznaczną odpowiedź, jeśli się Pani nie obrazi, albowiem osoba Pani jest dla nas obu wielkim autorytetem i naprawdę zależy nam na Pani opinii.

przez Magnolia Wt, 21.04.2009 12:56
Dzień Dobry Pani Krysiu,

w świeżo kupionej Gazecie Wyborczej, w Stołecznej:

„Tatarak” – gdy życie rymuje się z filmem

O śmierci, starcie, spotkaniu dojrzałości z młodością – film „Tatarak Andrzeja Wajdy od piątku
w kinach. Wczoraj reżyser pokazał go dziennikarzom. Za tydzień Andrzej Wajda wspólnie z Krystyną Jandą będę gośćmi spotkania w cyklu „Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe” w siedzibie redakcji.
Nagrodzony na festiwalu filmów w Berlinie „Tatarak” jest ekranizacją prozy Jarosława Iwaszkiewicza, twórcy filmu sięgnęli także po opowiadanie „Nagłe wezwanie” węgierskiego pisarza Sandora Maraiego.
To historia pani Marty, żony lekarza, która spotyka młodego, pociągającego ją mężczyznę. To ostatnie spotkanie dojrzałości z młodością , witalnością. W filmie główną rolę zagrała Krystyna Janda. Jej tekst napisany po śmierci męża Edwarda Kłosińskiego stanowi integralną część filmu. – To był moment, chwila. Usiadłam i napisałam 19 stron. Dla tego filmu. Nie dla siebie. O „Tataraku”, który według mnie jest przede wszystkim o śmierci, rozmawialiśmy z Andrzejem przez dwa lata. W tym czasie moje życie zaczęło rymować się z filmem. Los dał mi szansę o tym opowiedzieć. Zagrałam to, jak najlepiej potrafiłam – mówiła Krystyna Janda.
– Od dawna chciałem ponownie spotkać się na planie z Krystyną Jandą. Pani Marta z „Tataraku” to rola godna jej talentu. Każda z ról w tym filmie jest po coś, każdy z aktorów zagrał ją tak, że od początku wiemy, kim jest jego postać – mówił Andrzej Wajda.
W „Tataraku” wystąpili także: Jan Englert, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Paweł Szajda i Julia Pietrucha. Autorem zdjęć jest Paweł Edelman. Film wejdzie do kin w piątek.
Już dziś nakładem wyd. Prószyński i S-ka ukazuje się książka „Tatarak. Pożegnanie miłości” opowiadająca o powstaniu filmu.

http://www.proszynski.pl/Tatarak__Pozegnanie_milosci-p-30083-.html

Uśmiecham się do Pani wiosennie i do zobaczenia oczywiście – 28 kwietnia w Gazeta Cafe

przez nat Wt, 21.04.2009 08:48
Opowieść o spotkaniu z młodością i śmiercią
21-04-2009

Gościem premiery prasowej „Tataraku” była córka Jarosława Iwaszkiewicza Maria. Film Andrzeja Wajdy ją wzruszył

– Czytałam opowiadanie napisane przez ojca ileś tam razy – mówiła Maria Iwaszkiewicz po pokazie. – Jednak dopiero dzięki tej adaptacji zrozumiałam, że najważniejszy w „Tataraku” jest motyw wody, przy której rośnie tytułowe ziele. Woda przecież oznacza początek wszystkiego, pramatkę istnienia, a zarazem symbolizuje przemijanie, zmienność. Wzruszyłam się. Andrzeju, jeszcze raz ci dziękuję!

Reżyser chciał, aby ekranizację opowiadania Iwaszkiewicza dopełniła opowieść o aktorce. – U Iwaszkiewicza jest historia doktorowej Marty i jej spotkania z młodością – mówił. – Uznałem, że byłoby ciekawe pokazać, kto gra tę postać, i co robi w trakcie przerwy między zdjęciami. – To były rutynowe przygotowania do nakręcenia adaptacji i przy okazji opowieści o zawodzie aktorskim – opowiadała Krystyna Janda, odtwórczyni obu ról. – Ale w trakcie się okazało, że opowiemy o tym w zupełnie inny sposób.

Na kształt „Tataraku” wpłynęła śmierć operatora Edwarda Kłosińskiego, męża Krystyny Jandy. Relacja aktorki o ostatnich chwilach jego życia weszła do filmu.

Rolę męża pani Marty zagrał Jan Englert. – To jest film osobisty – mówił. – Opowiada nie tylko o aktorstwie, ale o ważniejszych, powiedziałbym ostatecznych, sprawach: śmierci, przemijaniu. Ujęło mnie w pracy nad „Tatarakiem” to, że nie czułem wymogu tworzenia postaci. Atmosfera na planie była naturalna. Wszyscy starali się być skromni. Film robi wrażenie poprzez prostotę mówienia o rzeczach niezwykle ważnych.

Rzeczpospolita
___________________________________________________________________________________________

Wajda: opowiadanie „Tatarak” ma w sobie fantastyczną siłę
2009-04-20

Opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Tatarak”, na podstawie którego powstał nowy film Andrzeja Wajdy, „ma w sobie fantastyczną siłę” – powiedział reżyser na poniedziałkowej konferencji prasowej w Warszawie.
W filmie Wajdy „urzeka niezwykła prostota mówienia o rzeczach bardzo ważnych” – powiedział z kolei odtwórca jednej z ról w „Tataraku” Jan Englert.

„Tatarak” – z Krystyną Jandą w roli głównej – trafi do kin w całej Polsce w piątek. Dwa dni wcześniej, w środę, odbędzie się w Warszawie jego uroczysta premiera.

Po pierwszych pokazach na tegorocznym Berlinale, niemieccy krytycy nazwali obraz Wajdy „poruszającą medytacją o śmierci; niemal samobójczo odważnym filmem”, „prawdziwie osobistym, minimalistycznym dziełem o szczerej poetyckiej sile”.

Wajda połączył w „Tataraku” elementy fabularne i dokumentalne. Jedna płaszczyzna filmu to ekranizacja opowiadania Iwaszkiewicza, wzbogacona o wątki pochodzące z utworu innego pisarza – opowiadania „Nagłe wezwanie” autorstwa Węgra Sandora Maraiego. Płaszczyzna druga to natomiast osobiste wyznanie Krystyny Jandy po śmierci jej męża, wybitnego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego (zmarł 5 stycznia 2008 r.).

W poniedziałek Wajda mówił, że o ekranizacji „Tataraku” myślał od dawna. Piękno tej historii polega, jego zdaniem, m.in. na ukazaniu sił przyrody w niesamowitym połączeniu z losami postaci przedstawionych u Iwaszkiewicza. „Gdy opowiadanie Iwaszkiewicza łączy się z opowieścią Krystyny Jandy, cała historia nabiera nowego wymiaru” – powiedział reżyser.

Pytany, dlaczego do historii stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza dodał wątki z opowiadania Maraiego, Wajda odparł, że film na podstawie samego opowiadania Iwaszkiewicza trwałby 45 minut. „A ja nie robię filmów do telewizji, bo się zniechęciłem” – powiedział.

Krystyna Janda wyznała, że gdy kreowała w „Tataraku” postać doktorowej Marty, a także prowadziła osobisty monolog dotyczący śmierci męża, zależało jej przede wszystkim na „prostocie i prawdzie”.

Jan Englert, który w „Tataraku” zagrał męża doktorowej Marty, ocenił nowy obraz Wajdy jako film, w którym reżyser mówi o rzeczach bardzo ważnych „bez dydaktyki i kokietowania widza”. Englert zaznaczył, że opowiadać o śmierci jest niezwykle trudno. „Ktoś, kto kiedykolwiek zetknął się ze śmiercią wie, że o śmierci się nie mówi. Nie chce się mówić”.

„Atmosfera i wszystko co towarzyszyło zdjęciom do +Tataraku+ było niezwykle naturalne, niewymuszone. Wszyscy starali się być skromni w prezentowaniu swych umiejętności. To jest, według mnie – jeśli mówimy o aktorstwie – niezwykła siła” – powiedział Englert. „W czasach, w których żyjemy, krzyczy się. W tym filmie mówi się szeptem” – zwrócił uwagę.

W poniedziałkowej konferencji, zorganizowanej po pokazie prasowym filmu, wzięła udział córka Jarosława Iwaszkiewicza, Maria. „Bardzo się wzruszyłam. Czytałam to opowiadanie wiele razy. Ale dopiero teraz, przy okazji filmu, zrozumiałam na przykład rolę motywu wody w tej historii. Woda to przecież początek, to +matka+” – powiedziała Maria Iwaszkiewicz.

Plakat do filmu „Tatarak”, przedstawiający Krystynę Jandę siedzącą samotnie w pustym hotelowym pokoju, jest inspirowany twórczością amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera (1882-1967). Hopper – przypomniał Wajda – tworzył przejmujące obrazy samotności, malując samotne kobiety w hotelowych pokojach. Z taką właśnie postacią kojarzy się Wajdzie rola Krystyny Jandy w „Tataraku”.

Pytany na konferencji o swoje dalsze plany, Wajda oświadczył, że „ma zamiar robić filmy tak długo, jak długo będzie stał na nogach”. „Lepiej jest pracować i zająć się innymi, niż nie pracować i zajmować się sobą” – uważa reżyser „Tataraku”.

Jak powiedział, myśli obecnie o realizacji dwóch kolejnych filmów. Pierwszy ma wiązać się z osobą Fryderyka Chopina (w 2010 r. przypadnie 200. rocznica urodzin kompozytora), drugi zaś z osobą Lecha Wałęsy. Wajda zaznaczył, że w przypadku tego drugiego ma na myśli nie biograficzną opowieść o Wałęsie, lecz film „o tym, jak się opluwa i obrzuca błotem ludzi w Polsce”, „jak się fabrykuje oszczerstwo”.

„Tatarak”, który Wajda zadedykował Edwardowi Kłosińskiemu, to w warstwie stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza opowieść o doktorowej Marcie – dojrzałej, doświadczonej życiem kobiecie, tęskniącej za młodością i miłością, opłakującej śmierć dwóch dorosłych synów poległych w Powstaniu Warszawskim. Przypadek sprawia, że do Marty na moment „wraca młodość”. W życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna. Kobieta przypomina sobie, czym jest bliskość i fizyczna fascynacja. Niestety, przygoda będzie miała smutny finał.

Autorem zdjęć do „Tataraku” jest Paweł Edelman. Muzykę do filmu skomponował Paweł Mykietyn. Scenografię zaprojektowała Magdalena Dipont, a kostiumy Magdalena Biedrzycka.

Gazeta.pl
____________________________________________________________________________________________

„Tatarak” Wajdy wchodzi do kin
Beata Kęczkowska
2009-04-20

O śmierci, stracie, „zrymowaniu” życia z pracą, sztuką – film „Tatarak” Andrzeja Wajdy od piątku w kinach. 20 kwietnia reżyser pokazał go dziennikarzom. 28 kwietnia wspólnie z Krystyną Jandą będą gośćmi spotkania w cyklu „Film, muzyka, teatr w Gazeta Café” w siedzibie redakcji

Nagrodzony na festiwalu filmów w Berlinie „Tatarak” jest ekranizacją prozy Jarosława Iwaszkiewicza, twórcy filmu sięgnęli także po opowiadanie „Nagłe wezwanie” węgierskiego pisarza Sándora Máraiego. To historia pani Marty, żony lekarza, która spotyka młodego, pociągającego ją mężczyznę. To ostatnie spotkanie dojrzałości z młodością, witalnością. W filmie główną rolę zagrała Krystyna Janda. Jej tekst napisany po śmierci męża Edwarda Kłosińskiego stanowi integralną część filmu. – To był moment, chwila. Usiadłam i napisałam 19 stron. Dla tego filmu. Nie dla siebie. O „Tataraku”, który według mnie jest przede wszystkim o śmierci, rozmawialiśmy z Andrzejem przez dwa lata. W tym czasie moje życie zaczęło się rymować z filmem. Los dał mi szansę o tym opowiedzieć. Zagrałam to, jak najlepiej potrafiłam – mówiła Krystyna Janda.

– Od dawna chciałem ponownie spotkać się na planie z Krystyną Jandą. Pani Marta z „Tataraku” to rola godna jej talentu. Każda z ról w tym filmie jest po coś, każdy z aktorów zagrał ją tak, że od początku wiemy, kim jest jego postać – mówił Andrzej Wajda.

W „Tataraku” wystąpili także Jan Englert, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Paweł Szajda i Julia Pietrucha. Autorem zdjęć jest Paweł Edelman. Film wejdzie do kin w piątek. Już dziś nakładem wyd. Prószyński i S-ka ukazuje się książka „Tatarak. Pożegnanie miłości” opowiadająca o powstaniu filmu. W rozmowie o swojej roli Krystyna Janda wyznaje w niej: „Jest to najbardziej osobista rola w moim życiu i najbardziej osobista historia. A wszystko przez przypadek, splot okoliczności, dzięki Andrzeja intuicji i wrażliwości, i odwadze”.

Spotkanie w Gazeta Café

Krystyna Janda i Andrzej Wajda we wtorek 28 kwietnia, będą gośćmi spotkania w cyklu „Film, muzyka, teatr w Gazeta Café”, które poprowadzi Remigiusz Grzela. Odbędzie się ono w naszej redakcji przy ul. Czerskiej 8/10. Początek o godz. 19. Wstęp wolny. Ci, którym nie uda się przyjść, będą mogli zobaczyć transmisję na http://www.wyborcza.pl

Gazeta Wyborcza Stołeczna
____________________________________________________________________________________________

Zbyt późno, za wcześnie
Anna Kilian 20-04-2009

Jutro odbędzie się uroczysta premiera nowego – nagrodzonego w Berlinie – obrazu Andrzeja Wajdy „Tatarak”. Odważny dramat o śmierci i umieraniu wejdzie do kin w piątek.

Nagroda imienia Alfreda Bauera przyznawana jest na Berlinale obrazom innowacyjnym. W tym roku przyznano ją ex aequo „Tatarakowi” Andrzeja Wajdy i urugwajsko-argentyńsko-niemiecko-hiszpańskiej produkcji „Gigante” Adriana Binieza.

Bez znieczulenia

„Tatarak” to film rzeczywiście zaskakujący. Nie tylko trzema płaszczyznami narracyjnymi i dwoma planami czasowymi. Przede wszystkim widz jest tu konfrontowany z osobistą tragedią Krystyny Jandy. Śmierć męża, Edwarda Kłosińskiego, człowieka, który był jej najbliższy na świecie spowodowała, że aktorka zapragnęła opowiedzieć o umieraniu na raka płuc.

– Chciała podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi – powiedział Wajda, z którym Kłosiński współpracował jako operator przy „Człowieku z marmuru”, „Ziemi obiecanej”, „Dyrygencie” i „Człowieku z żelaza”. Podczas kręcenia zdjęć Krystyna Janda wręczyła reżyserowi dwie strony tekstu zapisane ekshibicjonistycznym monologiem. Wpleciony do „Tataraku” i odegrany przez aktorkę w ciemnym i pustawym pomieszczeniu tekst stanowi dopełnienie adaptacji prozy Jarosława Iwaszkiewicza. Jest jeszcze jedną opowieścią o śmierci. Obok tej filmowej, fikcyjnej – prawdziwą.

Zwierzenia Jandy odbiera się bez zażenowania, choć dotyczą spraw intymnych i ostatecznych. Tekst monologu pozbawiony jest emfazy, a aktorka wygłasza go spokojnym tonem, z twarzą ukrytą przed okiem widza. Odbiera się go mocno. Nie ma tu miejsca na dystans widz – aktor. W jego miejsce pojawia się relacja oparta niemal na przyjaźni, jakbyśmy słuchali kogoś, kogo dobrze znamy.

Miłość i pożegnania

Gdy kończy się pierwsza część monologu aktorki, nie od razu przechodzimy od bolesnej rzeczywistości do ekranowej kreacji. Pasażem staje się sekwencja z realizacji „Tataraku”, w której oglądamy aktorkę i reżysera na planie, czytających opowiadanie Iwaszkiewicza. Wyczuleni i odpowiednio nastrojeni przez aktorski monolog odbieramy wiele rzeczy już inaczej (na przykład ucieczkę aktorki z planu), niż gdyby został pozbawiony emocjonalnie brawurowego wprowadzenia.

Żałoba odtwórczyni głównej roli przydaje dodatkowych niuansów postaci Marty – bohaterce literackiego „Tataraku”. Żona małomiasteczkowego lekarza (Jan Englert) nie wie, że rozpoczynające się lato będzie ostatnim w jej życiu. Bo w fikcyjnej opowieści sytuacja się odwraca – to kobieta jest śmiertelnie chora na płuca, z czego nie zdaje sobie sprawy. Doktor postanawia trzymać chorobę w tajemnicy. Dziś, kiedy każdy pacjent świadomie podejmuje walkę z rakiem, taka sytuacja nie byłaby możliwa. Ale akcja opowiadania napisanego w 1953 r. została przeniesiona na koniec lat 50. – młodzi bawią się tu, słuchając orkiestry grającej wielki szlagier z filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Pożegnania”, który miał premierę w 1958 r. Od siebie Andrzej Wajda dodał tu powstańcze motywy wojenne – w Powstaniu Warszawskim zginęli obaj synowie Marty. Zapracowany mąż jest jej oddany całym sercem, ale oboje dzieli dystans przyzwyczajenia i kurtuazji – co Wajda kapitalnie pokazuje w dwóch scenach wspólnych posiłków. Może dlatego – szukając bliskości – a może przeczuwając zbliżającą się śmierć, Marta lgnie do 20-letniego Bogusia (Paweł Szajda), zwyczajnego chłopaka stojącego u progu życia. Ona widzi w nim młodość pozbawioną przygniatającego bagażu doświadczenia, on w niej dojrzałość. Młodość i starość przeglądają się w sobie także dosłownie – w dwóch mistrzowskich ujęciach kamery Pawła Edelmana obserwujemy, jak w salonowym lustrze odbijają się kolejno Boguś i Marta. Tych dwoje nigdy nie będzie razem, ich historia skończy się szybciej, niż zacznie – i to jest w „Tataraku” najsmutniejsze. Miłość przyjdzie do Marty zbyt późno, a Bogusia zabierze śmierć – zbyt wcześnie.

O śmierci od nowa

Kino zna efekt „filmu w filmie” nie od dziś (np. „Kochanica Francuza” Karela Reisza). Niczym nowym nie jest też fascynacja młodością kogoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, że znajduje się u schyłku życia – to już widzieliśmy choćby w „Śmierci w Wenecji” Luchina Viscontiego. Ale subtelna, psychologiczna proza Iwaszkiewicza, który jak żaden inny polski pisarz potrafił opowiadać o umieraniu i przemijaniu (m.in. sfilmowane przez Wajdę „Brzezina” i „Panny z Wilka”), w połączeniu z monologiem Jandy czynią z tego filmu dokonanie oryginalne i poruszające. Nostalgiczne wizualnie i piękne muzycznie ścieżką dźwiękową Pawła Mykietyna.

Krystyna Janda o osobistym tonie filmu „Tatarak”

Od początku było wiadomo, że współczesna część filmu, dopełniająca opowiadanie Iwaszkiewicza, będzie mówić o aktorce. Rozmawialiśmy z reżyserem, jak powinny różnić się te role i postaci. Jak powinnam na ekranie wyglądać, zachowywać się, grać jako aktorka Krystyna Janda a jak, gdy stawałam się panią Martą. Dlatego jako Iwaszkiewiczowska bohaterka mam zmieniony kolor włosów i oczu, trochę inaczej chodzę, w innym rytmie mówię. To rutynowe przygotowania. Nowy pomysł na część współczesną pojawił się nagle.

To był moment, chwila, kiedy postanowiłam opisać, jak życie doścignęło temat, o którym z Andrzejem Wajdą rozmawialiśmy przez prawie dwa lata. W naturalny sposób, którejś nocy siadłam i napisałam te 19 stron, wiedząc, że piszę je ewentualnie do filmu.

Potem nauczyłam się tego tekstu na pamięć – jestem przede wszystkim aktorką – i go zagrałam. Kiedy przed aktorem staje takie zadanie, kiedy temat jest mu tak bliski, musi wybrać drogę najprostszą. Większość mojego zawodowego życia spędziłam w teatrze. Grałam dużo monodramów i wiele godzin byłam sama na scenie. Wiedziałam, jaki ton mam przyjąć. Znam też relacje z kamerą, więc kiedy zobaczyłam przestrzeń, jaką mi dano, zagrałam. Najlepiej jak umiałam, czyli najprościej, prawdziwie.

Życie Warszawy
____________________________________________________________________________________________

„W tym filmie mówi się szeptem”

Opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Tatarak”, na podstawie którego powstał nowy film Andrzeja Wajdy, „ma w sobie fantastyczną siłę” – powiedział reżyser na poniedziałkowej konferencji prasowej w Warszawie. Wyznał też, że – obok filmu o Wałęsie – ma w planach produkcję o Fryderyku Chopinie.

W filmie Wajdy „urzeka niezwykła prostota mówienia o rzeczach bardzo ważnych” – powiedział z kolei odtwórca jednej z ról w „Tataraku” Jan Englert.

Po pierwszych pokazach na tegorocznym Berlinale, niemieccy krytycy nazwali obraz Wajdy „poruszającą medytacją o śmierci; niemal samobójczo odważnym filmem”, „prawdziwie osobistym, minimalistycznym dziełem o szczerej poetyckiej sile”.

Wajda połączył w „Tataraku” elementy fabularne i dokumentalne. Jedna płaszczyzna filmu to ekranizacja opowiadania Iwaszkiewicza, wzbogacona o wątki pochodzące z utworu innego pisarza – opowiadania „Nagłe wezwanie” autorstwa Węgra Sandora Maraiego. Płaszczyzna druga to natomiast osobiste wyznanie Krystyny Jandy po śmierci jej męża, wybitnego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego (zmarł 5 stycznia 2008 r.).

W poniedziałek Wajda mówił, że o ekranizacji „Tataraku” myślał od dawna. Piękno tej historii polega, jego zdaniem, m.in. na ukazaniu sił przyrody w niesamowitym połączeniu z losami postaci przedstawionych u Iwaszkiewicza. „Gdy opowiadanie Iwaszkiewicza łączy się z opowieścią Krystyny Jandy, cała historia nabiera nowego wymiaru” – powiedział reżyser.

Pytany, dlaczego do historii stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza dodał wątki z opowiadania Maraiego, Wajda odparł, że film na podstawie samego opowiadania Iwaszkiewicza trwałby 45 minut. „A ja nie robię filmów do telewizji, bo się zniechęciłem” – powiedział.

Krystyna Janda wyznała, że gdy kreowała w „Tataraku” postać doktorowej Marty, a także prowadziła osobisty monolog dotyczący śmierci męża, zależało jej przede wszystkim na „prostocie i prawdzie”.

Jan Englert, który w „Tataraku” zagrał męża doktorowej Marty, ocenił nowy obraz Wajdy jako film, w którym reżyser mówi o rzeczach bardzo ważnych „bez dydaktyki i kokietowania widza”. Englert zaznaczył, że opowiadać o śmierci jest niezwykle trudno. „Ktoś, kto kiedykolwiek zetknął się ze śmiercią wie, że o śmierci się nie mówi. Nie chce się mówić”.

„Atmosfera i wszystko co towarzyszyło zdjęciom do Tataraku było niezwykle naturalne, niewymuszone. Wszyscy starali się być skromni w prezentowaniu swych umiejętności. To jest, według mnie – jeśli mówimy o aktorstwie – niezwykła siła” – powiedział Englert. „W czasach, w których żyjemy, krzyczy się. W tym filmie mówi się szeptem” – zwrócił uwagę.

W poniedziałkowej konferencji, zorganizowanej po pokazie prasowym filmu, wzięła udział córka Jarosława Iwaszkiewicza, Maria. „Bardzo się wzruszyłam. Czytałam to opowiadanie wiele razy. Ale dopiero teraz, przy okazji filmu, zrozumiałam na przykład rolę motywu wody w tej historii. Woda to przecież początek, to matka” – powiedziała Maria Iwaszkiewicz.

Plakat do filmu „Tatarak”, przedstawiający Krystynę Jandę siedzącą samotnie w pustym hotelowym pokoju, jest inspirowany twórczością amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera (1882-1967).

Hopper – przypomniał Wajda – tworzył przejmujące obrazy samotności, malując samotne kobiety w hotelowych pokojach. Z taką właśnie postacią kojarzy się Wajdzie rola Krystyny Jandy w „Tataraku”.

Pytany na konferencji o swoje dalsze plany, Wajda oświadczył, że „ma zamiar robić filmy tak długo, jak długo będzie stał na nogach”. „Lepiej jest pracować i zająć się innymi, niż nie pracować i zajmować się sobą” – uważa reżyser „Tataraku”.

Jak powiedział, myśli obecnie o realizacji dwóch kolejnych filmów. Pierwszy ma wiązać się z osobą Fryderyka Chopina (w 2010 r. przypadnie 200. rocznica urodzin kompozytora), drugi zaś z osobą Lecha Wałęsy. Wajda zaznaczył, że w przypadku tego drugiego ma na myśli nie biograficzną opowieść o Wałęsie, lecz film „o tym, jak się opluwa i obrzuca błotem ludzi w Polsce”, „jak się fabrykuje oszczerstwo”.

„Tatarak”, który Wajda zadedykował Edwardowi Kłosińskiemu, to w warstwie stanowiącej ekranizację prozy Iwaszkiewicza opowieść o doktorowej Marcie – dojrzałej, doświadczonej życiem kobiecie, tęskniącej za młodością i miłością, opłakującej śmierć dwóch dorosłych synów poległych w Powstaniu Warszawskim. Przypadek sprawia, że do Marty na moment „wraca młodość”. W życiu doktorowej pojawia się młody mężczyzna. Kobieta przypomina sobie, czym jest bliskość i fizyczna fascynacja. Niestety, przygoda będzie miała smutny finał.

Autorem zdjęć do „Tataraku” jest Paweł Edelman. Muzykę do filmu skomponował Paweł Mykietyn. Scenografię zaprojektowała Magdalena Dipont, a kostiumy Magdalena Biedrzycka.

INTERIA.PL
____________________________________________________________________________________________

Wajda planuje film o Chopinie. „Tatarak” od piątku w kinach
21 kwietnia 2009

Wczoraj w warszawskim SilverScreenie odbył się pokaz prasowy najnowszego filmu Andrzeja Wajdy pod tytułem „Tatarak”, w którym niezwykle poruszającą kreację stworzyła Krystyna Janda. Po projekcji, na specjalnej konferencji, z dziennikarzami spotkali się twórcy obrazu. Usłyszeliśmy na niej między innymi, iż reżyser planuje film poświęcony, poza Lechowi Wałęsie, także Fryderykowi Chopinowi.

„Tatarak” Wajdy zdobył rozgłos już samym faktem jego realizacji, ale prawdziwe głosy uznania napłynęły w lutym br. z Berlina. W efekcie „Tatarak” został wyróżniony na tegorocznym Berlinale Nagrodą im. Alfreda Bauera (za innowacyjność). Pierwsze prasowe relacje pozwalały sądzić, że Mistrz jest w formie i rzeczywiście stworzył dzieło na miarę swego kunsztu i filmowego zmysłu. Andrzej Wajda, co sam podkreśla uciekł się do zabiegu bynajmniej nie nowatorskiego, czyli wykorzystał paradokument z jawną fabułą. Nie jest to pomysł szczególnie oryginalny. Teraz trudno sobie wyobrazić film, którego nie poprzedza tzw. making off. Wydawało mi się, że skoro spotykamy się z Krystyną Jandą, to dobrze by było to spotkanie pokazać, jak rozmawiamy, myślimy o tym filmie. Zastanawiamy się, jak przenieść to na ekran.

„Tatarak” na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza jest połączeniem prozy autora „Brzeziny” z opowiadaniem zatytułowanym „Nagłe wezwanie” z tomu „Magia” autorstwa węgierskiego pisarza Sandora Maraiego i wreszcie osobistego monologu Krystyny Jandy odnoszącego się do jej przeżyć związanych z chorobą oraz śmiercią jej męża, wybitnego operatora filmowego, Edwarda Kłosińskiego. Powstał film bardzo osobisty, wyrazisty i zaskakujący. Mówiący o umieraniu, jako nieodłącznym elemencie życia. W partiach adaptujących tekst Iwaszkiwicza to także film o uczuciach, ukrywanych, tłumionych, ale wciąż gotowych by się ujawnić. Jednak największe wrażenie pozostawia po sobie zaskakująco szczery monodram grającej główną rolę aktorki.

To jej trauma, jej doświadczenia dopełniają sens tego przekazu. Ból, cierpienie, kruchość życia, ale też siła oraz wiara jaką daje miłość stanowią esencje tego, wskazującego na ludzką egzystencję, dramatu. Janda w ciszy, w hotelowym pokoju z obrazu Edwarda Hoopera, opowiada o szczególnym, intymnym momencie w jej życiu. Nie robi z tego jednak pozy, nie kokietuje, jak zauważył obecny na konferencji Jan Englert, tylko mówi jakby do siebie, przeżywając te trudne dni raz jeszcze. Widz staje się jedynie mimowolnym, choć zahipnotyzowanym słuchaczem. Panuje cisza, a w końcu nabieramy przekonania, że w tym przypadku jesteśmy świadkami czegoś więcej niż tylko kina. To film przekraczający znane ramy, mający w sobie coś z epitafium, ale też traktatu o sztuce, życiu i śmierci. Uderza swoją wiarygodnością i naturalizmem. Również tekst, który deklamuje Janda napisała ona sama.

To był moment, chwila, nie zastanawiałam się nad tym. Moje życie doścignęło tematu, o którym rozmawialiśmy przez 2 lata. Sprawy zaczęły biec niebezpiecznie blisko. Którejś nocy w jakiś naturalny sposób usiadłam i napisałam te 19 stron, wiedząc oczywiście, że ewentualnie piszę je do filmu „Tatarak”. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby pisać jedynie dla siebie. Los w paradoksalny sposób dał mi okazję do opowiedzenia czegoś, co jest mi najbliższe – mówi aktorka.

Wajda sam podkreślił, że: „Tatarak” ma jakąś fantastyczną siłę poprzez połączenie przyrody z opowieścią oraz postaciami w nim występującymi i dodając ponadto – po moich dotychczasowych doświadczeniach z Iwaszkiewiczem wiedziałem, że to połączenie może dać żywy film. Film wejdzie na ekrany już w najbliższy piętek. Tymczasem jego twórca już myśli o kolejnych przedsięwzięciach. Od jakiegoś czasu mówi się o obrazie poświęconym Lechowi Wałęsie, ale autor „Katynia” nie zaprzeczył, jakoby myślał o zrobieniu filmu o Fryderyku Chopinie. Chodzi tu o „Paktofonikę”.

Zbliża się rok chopinowski i myślę, że byłoby dobrze, aby na ten temat powstał polski film. Taki, jaki moglibyśmy teraz zrobić. Szukam możliwości, żeby taki obraz powstał – wyjaśnia Wajda. Jednocześnie zdradza, jak widzi projekt o pierwszym przewodniczącym niezależnych związków zawodowych „Solidarność”.

Chciałbym, aby film o Lechu Wałęsie nie tyle opowiadał o nim samym, ale o tym jak opluwa się i obrzuca błotem ludzi w Polsce. To mnie oburza. Natomiast cała reszta? On zostaje, a jego rola w historii jest potwierdzona i nie widzę dzisiaj niczego, co można by jeszcze dodać z tej krótkiej perspektywy, z jakiej film mógłby być zrobiony. Chciałbym tymczasem zobaczyć na ekranie film, jak się fabrykuje oszczerstwo? Może mógłby zrobić to kto inny, ale na wszelki wypadek zrobię to sam – zakończył Andrzej Wajda.

Stopklatka
____________________________________________________________________________________________

We wczorajszym Teleexpresie, w materiale z konferencji „Tataraku”, w opisie filmu usłyszałam wyrażenie „namiętny romans”… Szczerze zbaraniałam…
Pozdrawiam serdecznie,
N.

przez Agness Wt, 21.04.2009 07:30
Pani Krystyno!

Wczoraj miałam okazję obejrzeć „Tatarak” na pokazie przedpremierowym
i chciałam podziękować za ten piękny, poruszający obraz.
Dla osób „znających” Panią będzie to niezwykłe przeżycie,
dla innych po prostu film…

Życzę uśmiechu
Agnieszka

przez hedone Pn, 20.04.2009 15:15
Dzień dobry Pani Krystyno.
Wzruszył mnie wywiad w „przekroju”. Teraz czekam na „Tatarak” z jeszcze większą niecierpliwością i chyba niepokojem. Takie historie trzeba opowiadać, dobrze że są ludzie, którzy chcą i potrafią.
Też czasami dzwonię do kogoś, kto już nie odbierze. Myślę sobie, że jeśli coś potem rzeczywiście jest, to forma mówienia do nie ma znaczenia. A jeśli nie ma, to to tym bardziej znaczenia nie ma.
Tylko nie złoszczę się, że ktoś żyje dłużej niż ona. Też żyję dłużej.
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.

P.S. Przy okazji dziękuję za nadzwyczajną obsługę w teatrze. Jednym z planów na ‚po chorobie’ była wizyta w Pani teatrze. Gdy już było prawie pewne, że tego ‚po’ nie będzie, został jeden dzień przed jej wyjazdem z Warszawy. Bilety wysprzedane, sama poszłabym na schody, ale tutaj nie dałoby się. I gdy już konieczna wydawała się rezygnacja z pomocą przyszła pewna pani bileterka.

przez Julita89 Wt, 21.04.2009 00:24
Pani Krysiu, chciałam podziękować za niedzielny wywiad w Kocham Kino. Tylko jak tak się ogląda te wszystkie wywiady dotyczące ,,Tataraku”, to kołacze się ciągle jedna myśl, Pani już pewnie też dawno to odczuła, że dziennkarze ciągle zadają Pani te same pytania… a szczególnie uwzięli się na to pytanie o Pani zagranie w Teatrze w tamten dzień… Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje. A przecież Pani nie może na te wszystkie powtarzające się pytanie odpowiadać za każdym razem inaczej, bo prawda jest jedna… więc jak? Jak dla mnie to oni często – gęsto nie trzymają granic w stosunku do Pani. I to jest strasznie przykre. Tym bardziej Pani dziękuję. I chciałam także podziękować za Pani słowa, że dla Pani nie są ważne te wszystkie negatywne opinie, bo ten film zrobiliście Państwo z potrzeby serca. I takie Pani podejście do sprawy bardzo mi się podoba.
,,Tatarak” zasługuje na zainteresowanie i uznanie widzów, wiem, że takie mieć będzie, przecież już ma. Przede wszystkim szacunek widzów do Pani nie pozwoli pozostać im na ten film obojętnymi.
A ja muszę napisać, że trochę osób zadeklarowało już, że pójdzie ze mną do kina, bo, jak mówią, ich zaraziłam. Chyba za dużo mówiłam na ten temat… Ale jak to służyło dobrej sprawie, to w porządku. Niech zobaczą, powinni, muszą, bo film jest bardzo ważny. Ważny dla Pani. I tym samym dla nas, Pani widzów, którzy zawsze jesteśmy za Panią. Pani jest nam niesamowicie Droga.
Załączam z serii odnalezione

Pozdrawiam Panią ciepło, dziękuję i zadziwia mnie, ale jak pozytywnie, Pani cierpliwość… Chociaż dziwić w ogóle nie powinna, nawet tak, bo ja mam wiecznie, niezmiennie i przez nic nie zachwianą wiarę w Panią. Raz jeszcze wszelkiej spokojności życzę, tak na wszelki wypadek. I bardzo proszę solidnie odpocząć jak to wszystko się skończy.
Julita

PS. Ach i chciałam jeszcze dodać, że niesamowicie mi się spodobało to Pani wspomnienie o poważnej rozmowie przy stole na temat katolicyzmu w Polsce nad tą najzwyklejszą i najbardziej prozaiczną pomidorową… No ale to jest właśnie piękne!
Serdeczności!
J.

przez nigra54 Pn, 20.04.2009 21:36
Pani Krystyno,jeszcze chwila i premiera,niech Pani wytrzyma ten najazd mediów,potem „Tatarak”obroni się sam.
Ludzie będą oglądać go i przyjmować z ogromnym szacunkiem bo ludzie zwyczajni mają wpisany w sercu i w umyśle szacunek do życia ,miłości i śmierci.
A z mediami musimy sobie poradzić,a zwłaszcza z tymi prowadzącymi spotkania,którzy chcieliby wykorzystać swoje 5 min.przy KRYSTYNIE J.i zadają Pani pytania,często „od czapy”.
Zamurowało mnie jedno z ostatnich pytań: Słyszałem,że jest taki region w Polsce,w którym zmarłego opłakuje się tydzień,co Pani o tym sądzi?
Nie wierzyłam,że takie pytanie padło,dzięki temu forum odsłuchałam jeszcze raz,tak padło.Na szczęście nie odniosła się Pani do tego pytania ale ja chwytając się za głowę pomyślałam:jak dużo jest do zrobienia w temacie kształtowania wrażliwości i wiedzy o śmierci bliskich.Ale to rzeczywiście trzeba tego doświadczyć,żeby wiedzieć jakie pytania zadawać,albo w ogóle nie zadawać pytań i pozwolić gościowi powiedzieć to co chce powiedzieć,albo pomilczeć.
Czy to trzeba mieć specjalistyczne wyższe studia skończone,żeby wiedzieć,że ludzie po stracie bliskich cierpią,tęsknią,różnymi sposobami ocalają ich „od zapomnienia” i to jest normalny proces,który zmienia życie na długo, u niektórych na zawsze.
Zastanawiam się często, dlaczego tak dużo wątpliwości w pytaniach kierowanych do Pani, takiej jakby małej wiary pytających w to,że taka silna osobowość Pani Jandy tak znacząco i wyrażnie poddała się żałobie.
Jeszcze kilka dni i niech „Tatarak” za Panią pracuje,niech tym wątpiącym podpowie,że to tylko kwestia czasu i każdy będzie wiedział o co tutaj chodzi,bez pytań „od czapy”.
Pozdrawiam i odpoczynku życzę.

przez maciejlysakowski Pt, 24.04.2009 13:49
Droga Pani Krystyno,

wczoraj projekcja filmu „Tatarak” otwarto 9 Festiwal Filmow z Europy Srodkowej i Wschodniej „goEast” w Wiesbaden!!!
Niemiecka Agencja Prasowa (dpa) podala blednie, ze film bierze udzial w konkursie o „Zlota Lilie”, ale „Tatarak” pokazywany jest po za konkurencja.
Na tym festiwalu mozna bedzie jeszcze zobaczyc „Wojne swiatow- nastepne stulecie” z Pani udzialem.

To tak dla informacji, z kronikarskiego obowiazku.

Najserdeczniej Pania pozdrawiam

Maciej

23.04.2009
Osteuropa-Filmfest beginnt mit Andrzej Wajda
Wiesbaden (dpa) – Mit dem Werk «Tatarak» des polnischen Regie-Altmeisters Andrzej Wajda ist in Wiesbaden am Mittwoch das 9. goEast-Festival des mittel- und osteuropäischen Films eröffnet worden.

Bis zum 28. April sind in der hessischen Landeshauptstadt mehr als 110 Dokumentar- und Spielfilme zu sehen. Die Produzenten und Regisseure der Filme kommen aus mehr als 20 Ländern von Kasachstan und Bosnien bis Polen und Estland.
«Tatarak» (dt: Röhricht, Kalmus) des 83-jährigen Wajda ist eine Meditation über Trauer und Tod. In den Dokumentarszenen des Werks spricht die polnische Starschauspielerin Krystyna Janda über den Tod ihres Mannes, des Kameramannes Edward Klosinski. In den Spielszenen betrauert Janda als reife Frau den Tod ihres jungen Freundes. Der Film, der auch auf der Berlinale zu sehen war, stellt sich mit neun anderen Streifen dem Wettbewerb um die «Goldene Lilie» des Festivals. Zu den Jurymitgliedern zählt die Schauspielerin Julia Jentsch («Sophie Scholl»).
20 Jahre nach dem Fall der Berliner Mauer widmet goEast eine eigene Reihe den Filmen, die in den 1980er Jahren als «Vorboten der Wende» gelten konnten. Dazu gehören der DDR-Dokumentarfilm «Winter adé» von Heike Misselwitz ebenso wie das Drogendrama «Igla» (Die Nadel) von Raschid Nugmanow aus der Sowjetunion.

przez J. Koch Pt, 24.04.2009 23:32
no wiec…
[nie wiem jak zacząć]
zacznę od poprzedniego wątku, czyli „ucho, gardło, nóż”
nie, najpierw tak:
właśnie wróciliśmy – Magda i ja – z „Tataraku”
i wszystko się dziwnie ułożyło i przedziwnie skomplikowało

ale od początku: 3 kwietnia pojechaliśmy do Warszawy, ja służbowo, i zostaliśmy na 3 dni u kuzynostwa i poszliśmy na wejściówki na „Dowód”
– coś nas w tym spektaklu, w tym teatrze uderzyło od razu kupiliśmy bilety na „Ucho, gardło nóż” za dwa tygodnie
i przyjechaliśmy do Warszawy specjalnie na ten spektakl
[chyba zwariowałem – kiedyś w Belgii już raz jechałem samochodem z Lowanium do Gandawy na spektakl
teatralny, ale to kilkadziesiąt kilometrów i oświetlone autostrady, ale kilkaset?! po polskich drogach?!]

w sobotę przed południem kuzynostwo, nasi gospodarze, pytają „no to co robimy”, a my, że najchętniej poszlibyśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego
[idą z nami Kasia i Zbyszek, którego ojciec był w obozie w Oświęcimiu, a mama z babką przez całą wojnę chowały znajomych Polaków żydowskiego pochodzenia pod podłogą]
chodzimy tam, oglądamy, czytamy dokumenty, podpisy pod zdjęciami, snujemy się, włazimy na wieżę…
coś nas dusi i otwiera do samego środka, coś…
[no więc tak, ja sam byłem internowany w 1982 i pamiętam moją tramtadrackość z ulotkami i konspirą i
zamrażający umysł i wszelkie emocje strach w więzieniu w Strzelinie; ale uważam, że za dużo u nas w
Polsce martyrologii i romantyzmu, za mało sławimy zwycięskie powstania, jak Wielkopolskie, za mało
jest pozytywnego myślenia o sobie samych i pracy, służby, za mało życia, za dużo śmierci…]

wieczorem… „Ucho, gardło, nóż” – już pisałem, ale powiem raz jeszcze i krócej:
powalające i [bo] osobiste, profesjonalne i [bo] raniące
wojna
inna, ale wciąż ta sama

no i dziś wieczorem „Tatarak”
[nie, jeszcze przedtem kilka wywiadów z Krystyną Jandą; nieudanych jak w „Zwierciadle” – nie wiem
dlaczego, ale nie udało się rozmówczyni wyciągnąć z Aktorki czegoś, co by zaskoczyło, było inne, dotarło
do sedna… zwierciadło zamglone jakimś oddechem, parą wodną… potem – na szczęście! – wywiad w
„Tygodniku Powszechnym”, nagle postawiono odpowiednie pytania, we właściwej kolejności, pozwolono
Jandzie mówić… więc wiem już coś więcej, a może tylko przeczuwam; no i wczoraj w pociągu relacji
Poznań-Wrocław dwukrotna lektura podobnie dogłębnego wywiadu w „Polityce”; Magda odbiera mnie z
dworca i mówi: jutro idziemy na „Tatarak”, tak, odpowiadam]

dziś wieczorem obejrzeliśmy „Tatarak”
i nagle się złożyło!
i Muzeum Powstania Warszawskiego (synowie Marty), i trauma wojenna (Marta i Tonka), i śmierć (mąż Tonki, terminalnie chora Marta, Boguś, mąż Aktorki) – jakby za dużo… choć ascetycznie… muszę się z tym jeszcze zgodzić, jakoś uładzić, jak?

film oglądaliśmy we wrocławskiej „Koronie”, więc przyszliśmy pod koniec reklam
[wolę już pochodzić po tej świątyni konsumpcji niż gapić się przez 15 minut na reklamy, które mnie
uniewrażliwią na film – całkowicie, emocjonalnie, fizycznie, wzrokowo]
w sali niewiele osób
zaczyna się film
młodzież za nami rozmawia półgłosem
słyszę, że z drugiej strony, z tyłu z lewej, facet je popcorn
staram się skupić na monologu Aktorki, czuję, że to przedziwnie ciąg dalszy „Ucha, gardła, noża”
i właśnie wtedy, kiedy jestem już skoncentrowany [„pomimo”!], wszlekie odgłosy cichną: młodzież, która po recenzjach-dyrdymałach przyszła obejrzeć romans starszej kobiety z młodym chłopakiem, milknie
facet z tyłu z lewej przestaje grzebać w kubełku z popcornem
jest CISZA!
[taka jak w teatrze, kiedy Tonka, choć nadal rzuca „k…” na lewo i prawo, przestaje śmieszyć
publiczność, choć ta jeszcze się opiera, chce się śmiać na bluzgającej Jandzie, i nagle siedzi
zmagnetyzowana, straumatyzowana, wyrwana z koleiny codzienności]

…kiedyś napisała Pani, że Edward Kłosiński powiedział, że jak Pani wchodzi, to idzie za Panią światło…
po Jego śmierci Daniel Olbrychski powiedział, że on był „świetlany”, czyż nie?

…w monologu jest jakiś półmrok, nie ma światła, dużo cienia
ale są słowa, ważne i ważone, proste, stłumione
i one rozświetlają
scenę Pani zagrała – ale myślę sobie, że w tej scenie idzie za Panią światło…

Pani grając Aktorkę w „Tataraku” jest jak Tonka z „Ucha, gardła, noża” – profesjonalna i raniąca

młodzież w rzędzie za nami i facet od popcornu siedzą tak jak Magda i ja – do końca napisów
[do końca!!!]
po raz pierwszy widzę coś takiego w multipleksie
nawet obsługa nie zapala wcześniej światła

Jerzy

przez Magnolia Pt, 24.04.2009 23:11
Kochana Pani Krysiu,

Witam Panią serdecznie!

Dziś obejrzałam wreszcie „Tatarak”, najdłużej i najbardziej niecierpliwie oczekiwany film.. bo wyjątkowy, specyficzny, inny od tych, w których Pani grała do tej pory. Nasłuchiwałam, jak szumu wody, wszystkich doniesień, wywiadów, fragmentów, scen, recenzji… chłonęłam je jak gąbka, tak byłam spragniona.. Ale czy dobrze uczyniłam? Czy to nie ma wpływu na mój „odbiór” – znajomość tych dwóch scen, posiadanie informacji – o czym, dlaczego? Nie wiem, to już się stało. Z tą wiedzą poszłam na film.

(Pierwszy dzień po dłuuuugim zwolnieniu.. wiedziałam, że nie zdążę na 16:30, kolejny seans był o 18.30. A tak w ogóle to miałam bardzo udany dzień, wróciłam po 3 tyg nieobecności, wszyscy byli tacy mili…)

Wczoraj bałam się iść zobaczyć „Tatarak”, że za bardzo mnie poruszy… że będzie za dużo emocji.. potem, we mnie… Nie pomyliłam się. W napięciu, nieruchomo siedziałam… kiedy pojawiły się pierwsze kadry.. wody.. tej majestatycznej, tajemniczej, a zarazem pięknej – kiedy słońce przedostawało się w jej głąb, ale kiedy było widać tylko jej ciemną falującą powierzchnię – od razu przywoływała na myśl strach, śmierć…
Potem „weszła” Pani ze swoim monologiem… nie wiem dlaczego, po tych wywiadach wyobraziłam sobie, że film składa się z 3 części (teraz wiem, że żadna z nich nie mogłaby istnieć osobno), po kolei po sobie następujących, a pan Andrzej Wajda je tak pięknie skomponował, poprzeplatał wzajemnie, że stworzyły harmonijną całość.
Opowieść „iwaszkiewiczowska” jest dokładnie taka, jak ją widziałam oczami wyobraźni, czytając niedawno to opowiadanie. Może tylko tyle, że w Państwa „Tataraku” Boguś jest młodszy… no i bardziej inteligentny niż go „widziałam” u Iwaszkiewicza
„Tatarak” poruszył mnie do głębi.. bo.. jest mi Pani bliska.. jest Pani nie tylko moją ulubioną aktorką, niezwykle przeze mnie cenioną, ale jest dla mnie Pani ważna jako człowiek i właśnie przez pewnego rodzaju znajomość…. tym mocniej przeżywam wszystko to.. co Pani..
Pani Krysiu, to co Pani powiedziała było niezwykłe.. z jednej strony miałam przed oczami te ostatnie chwile pana Edwarda… po czym przewijały mi się przed oczami obrazy, wspomnienia o tym, jak odszedł najbliższy mi człowiek – mój dziadek, którego kochałam najbardziej na świecie, zastępował mi niejako ojca.. i ta choroba.. zawsze będę „mocno” odbierać każde o niej słowo, spotykam się z nią na co dzień, kiedyś była po prostu chorobą, na którą chorują „inni”, wszystko to.. dopóki nie spotkała kogoś mi bliskiego.. jak kiedyś Pani wspominałam.. poruszona po „Małej”… i na końcu.. przemówiła do mnie miłość, Państwa wielka miłość.. niestety nie wiem, nie poznałam takiego uczucia, znam zauroczenie… więc po wyjściu z kina zadzwoniłam do mojego ostatniego niewłaściwego zauroczenia.. nie ważne.. może jeszcze kiedyś spotkam Miłość, jeśli tylko jest mi pisana…
Dziękuję bardzo za to wszystko, kłaniam się panu Andrzejowi Wajdzie za Jego mistrzostwo, całej wspaniałej obsadzie, a przede wszystkim Pani, za to co Pani z siebie oddała, dzięki czemu pamięć o panu Edwardzie Kłosińskim pozostanie na zawsze…
Przepraszam za długi list, mam tylko nadzieję, że udało mi się odzwierciedlić, to co czuję…

Kochana Pani Krysiu bardzo dziękuję i pozdrawiam najserdeczniej!

przez Bożena B. Pt, 24.04.2009 22:08
Pani Krystyno, właśnie wróciłam z kina.
Chciałam Pani tyle powiedzieć, też przeżyłam śmierć bliskiej osoby,mojej córki.
I nie potrafię wyrazić tego, co czuję po obejżeniu „Tataraku”. Dlatego tylko DZIĘKUJĘ.
Chylę czoła B.B

przez mo.nika Pt, 24.04.2009 20:42
Proszę Pani widziałam TATARAK i boli aż do teraz. Czuję w nim dwa filmy: Jandy i Wajdy i wolę ten pierwszy. Czytałam oczywiście o nim przed premierą, ale nie byłam przygotowana na taką aż szczerość, ona mnie peszyła, czułam się nieuprawniona ale też ujęta szczerością. Uważam, że przełamała Pani tabu mówiąc wprost o umieraniu NA RAKA, o przerzutach, terminach, słabości. Wpuściła Pani ludność do sypialni, w której umierał Pani mąż. Nie każdy to uszanuje. Dla niektórych to będzie pewnie ekshibicjonizm, dla mnie skarga, nieutulony żal, krzywda nieprzedawniona, o musi Pani mówić. Kulminacyjnym momentem wydaje mi się Pani pytanie: dlaczego poszłam tego dnia do teatru? Bardzo dobrze rozumiem, o czym Pani mówi, myślę też, że oni nie są w stanie zatrzymać się nad tym pytaniem. Film wielki, nie tylko w tej warstwie osobistej, bo przez oczy, twarz, ciało i duszę. Chylę czoła, podziwiam, dziękuję. Monika

przez kardolinka Pt, 24.04.2009 20:40
Pani Krystyno,
nie pisałam od jakiegoś roku, nawet nie wiem czy Pani mnie sobie przypomni. Jeszcze nie tak dawno byłam stałym bywalcem na forum. Nieważne. Po tym co dziś zobaczyłam prawie wszystko jest nieistotne. Po filmie nie mogłam się otrząsnąć przez kilka godzin. Zresztą nadal jestem jakby sparaliżowana całą tą historią. Brak słów, które wyrażą mój podziw i wdzięczność. Mam 16 lat, jestem naiwna, porywcza i życiowo głupia, lecz ten film uświadomił mi wiele. Zrozumiałam, jak ważne jest to aby zwolnić tempo życia, zatrzymać się i być ze swoimi bliskimi jak najdłużej, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może to się skończyć. Pomimo tego, że moja dziecięca fascynacja Panią minęła(sama odeszła, nawet nie wiem czemu i kiedy) to podziw i szacunek za to co Pani zrobiła jest nieskończony. Na zawsze będzie Pani dla mnie największym autorytetem. Jako artystka i jako człowiek. Dziękuję i życzę Pani radości.

o-o-o-Karolcia-o-o-o( tak się kiedyś podpisywałam na forum )
o-o-o-K-A-R-O-L-C-I-A-o-o-o

przez nat Pt, 24.04.2009 10:21
W cieniu śmierci i zła

Ksiądz z kobietą w kinie

Ksiądz Andrzej Wajda, osiemdziesięciodwuletni mistrz polskiego kina zrealizował – nie waham się tego powiedzieć – arcydzieło. Jego Tatarak, oparty na podstawie krótkiego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, mówi z jednej strony o próbie godzenia się z ostatecznością, a z drugiej – o pragnieniu życia pomimo tragicznych doświadczeń, o tęsknocie za miłością i młodością, niepostrzeżenie przechodzącą w śmierć. Pozornie podobnych problemów dotyka Lektor Stephena Daldry’ego zrealizowany według głośnej powieści Bernharda Schlinka. Pozornie, bo perspektywa angielskiego reżysera jest diametralnie inna. Marta, bohaterka Wajdy i Iwaszkiewicza, traci synów w czasie Powstania Warszawskiego. Hanna Schmitz, główna bohaterka Daldry’ego i Schlinka, to strażniczka z obozu koncentracyjnego Auschwitz. Obie w tym samym czasie, prawie dwanaście lat po wojnie, przeżywają swoją ostatnią miłosną fascynację, próbują choć na chwilę odwrócić się od swojego bolesnego niespełnionego życia. To okazuje się jednak niemożliwe, niezależnie od tego, czy tragiczna przeszłość była bohaterska czy zbrodnicza. Wydarzenia sprzed lat stały się piętnem nie do zatarcia.

Zdaję sobie sprawę z ryzykowności zestawienia tych dwóch postaci, ale przecież taki jest nasz świat: zło i dobro istnieją tuż obok siebie. Synowie Marty zginęli zabici przez hitlerowców, „tak ich wychowaliśmy” – powie Marta, która nigdy nie pogodziła się z tą stratą. Esesmanka Hanna jest winna śmierci wielu ludzi, ukrywa swoją tajemnicę, może wyparła ją z pamięci. Jednak człowiek, w którym pozostała choćby odrobina wrażliwości nie wyzwoli się od demonów przeszłości. I to też jest rodzaj cierpienia.

Kobieta Marta z Tataraku i Hanna z Lektora… Inicjujesz, Andrzeju, trudne i niezwykłe spotkanie, tym bardziej, że jego uczestniczką jest jeszcze jedna osoba – Krystyna Janda. W Tataraku wciela się nie tylko w postać Marty, ale również… samej siebie. Dużą część filmu stanowi monolog aktorki, w którym opowiada o śmiertelnej chorobie nowotworowej i umieraniu swojego męża – znakomitego operatora, Edwarda Kłosińskiego. Ten właśnie monolog rozpoczyna Tatarak i muszę przyznać, że sam jego początek wzbudził mój dystans – Krystyna Janda w czarnej satynowej piżamie i czarnych szpilkach zaczyna wieść swoją opowieść. Dystans szybko zniknął, Janda opowiada o rzeczach najboleśniejszych i najtkliwszych – o trwaniu przy cierpiącym mężu, o umieraniu człowieka, który był w jej życiu kimś pierwszym. Satynowa piżama i szpilki nie są ozdobnikiem czy stylizacją, są rekwizytem, który pozwala zdobyć się na odwagę rozpoczęcia opowieści (pisarz ma do dyspozycji słowa, aktor kostium). Rekwizytem, który bardzo szybko okaże się niepotrzebny.

Opowieść Jandy jest spokojna, wyciszona – jest w niej ta charakterystyczna święta cisza, którą przynosi ze sobą śmierć. Aktorka nie boi się szczerości, ale przecież nie wyjawia nam spraw najsekretniejszych – te pozostają własnością jej i zmarłego męża. Jestem wdzięczna i za tę szczerość – mam wrażenie jakbym słuchała zwierzeń mnie tylko wyjawionych – i za tę dyskrecję, za to, że nie ujawnia mi się spraw, do których jako obca nie powinnam mieć dostępu.

Masz rację, Andrzeju, Tatarak to film piękny i misterny – skomponowany z wielu materii: opowiadania Iwaszkiewicza i Sándora Máraia – zadziwiające jak te dwa teksty cudownie się spotkały i dopełniły – intymnego dziennika Krystyny Jandy, a także filmowych notatek z planu filmowego. Dzięki tym ostatnim wchodzimy niejako „za kulisy”, widzimy aktorów, reżysera, ekipę filmową w trakcie ich pracy. Tutaj to bardzo adekwatne, ten film opowiada przecież i o tym, co dzieje się za kulisami… życia.

Ksiądz Wajda pragnął w Tataraku po latach spotkać się na planie filmowym z Krystyną Jandą, która debiutowała u niego w Człowieku z marmuru. Rola Marty była od początku zarezerwowana dla niej. I nagle ta straszna wiadomość: Edward Kłosiński, mąż aktorki, jest chory na raka. Brał chemię. Janda była cały czas przy nim. Nie mogła zostawić go dla filmu. Niedługo potem zmarł. W tej eschatologicznej atmosferze Wajda i Janda zaczynają pracę nad filmem. Pamiętasz, Kasiu, tę scenę filmu w filmie? Aktorka czyta fragment z Iwaszkiewicza: „Kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby watą…” – siedzący obok Wajda podaje jej do powąchania to dziwne zielsko, bylinę albo, jak niektórzy mówią, lepiech – a ona czyta dalej: „…czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek”. Tak blisko siebie istnieją zieleń łodyg tataraku i woń gnicia, aromatyczny zapach i gorzki smak. Janda i Wajda czytają tekst, a w tle już widzimy film – młodzi ludzie z pokolenia tuż powojennego tańczą na molo w rytm melodii Pamiętasz była jesień. Musiało to być zatem po 1958 roku, kiedy Pożegnania Hasa już weszły na ekrany. W trakcie realizacji filmu Janda pokazała Wajdzie swoje notatki z czasu choroby męża. Wajda zapytał: „Czy dajesz je tylko mnie, czy chcesz powiedzieć do kamery? Kiedy wyznała, że opowie to też innym, pomyślałem – opowiada reżyser – że ona z tymi myślami każdego dnia wraca do hotelu, gdzie w samotności wraca do tamtych chwil. Natychmiast stanęły mi przed oczami samotne kobiety w hotelowych pokojach namalowane przez Hoppera.”

Kobieta Rzeczywiście coś z malarstwa Hoppera jest w scenach monologu Jandy. Nieruchoma kamera i ascetyczne wnętrze pokoju, gdzie snuje swoją opowieść, stanowią niezwykły kontrast z sensualną atmosferą i krajobrazem, w którym dzieje się akcja opowiadania Iwaszkiewicza. W chwili śmierci kochanej osoby nasz świat tężeje, zatrzymuje się, a my sami jesteśmy jakby zamrożeni w soplu lodu. Monolog Jandy o umieraniu Edwarda Kłosińskiego rozgrywa się właśnie w takim soplu lodu.

Ksiądz Janda wypowiada go w ascetycznej scenografii – tylko łóżko i krzesło. Nie ma zbliżeń twarzy. Aktorka mówi spokojnie, bez egzaltacji: „guz na jednym płucu i cienie na drugim”. Cienie, czyli przerzuty, wyniki badań, szpital, budzący zaufanie lekarz („Leczyć się trzeba” – odpowiedział bez przekonania na pytanie: „co robić dalej”?). Czuwanie przy łóżku w domu. Kiedy mąż powiedział: „Andrzej zaczeka na ciebie z filmem”, to właściwie poinformował w ten sposób żonę, że wkrótce umrze…

Kobieta Wajda zaczekał na Jandę, a ona podarowała mu nie tylko swój talent – jej Marta jest tak inna od wcześniejszych bohaterek aktorki, zdumiało mnie, że również fizycznie jest tak różna i zadziałała tu nie tylko charakteryzacja – ale swoją własną historię. „Decydując się na to – mówi aktorka – nie wiedziałam, jaki będzie rezultat artystyczny, ale przyznam, że było to dla mnie mniej ważne. Film powstał, jest skończony. Niezależnie od tego, jak zostanie przyjęty, nie żałuję. Coś, co było dla mnie najcenniejsze, zostało zarejestrowane na zawsze.” Podarować swoją historię filmowi, oznaczało znowu ją przywoływać i przeżywać. Chociaż to bolesne, to dla człowieka w żałobie naturalne i paradoksalnie życiodajne – pozwala mu jeszcze przez chwilę być ze swoim ukochanym zmarłym.

Marta, bohaterka Jandy, również umiera, choruje na tę samą chorobę, co mąż aktorki. Mąż Marty, szanowany lekarz, zatai przed żoną jej chorobę. Nie stanie się ona dla nich szansą nowego spotkania i bliskości.

Ksiądz Przyjaciółka, która przywiozła ze sobą wyniki badań Marty także nie odważy się wyznać jej prawdy, chociaż są sobie bliskie. To u niej latem 1944 roku przebywali jako goście synowie Marty i wtedy zginęli w powstaniu. Teraz czuje się jak kurier śmierci. Ale Marta wie, że umrze. Czuje to. Wszyscy zatem przeczuwają zbliżającą się śmierć. I wtedy Marta wraca do przeszłości, tęskni za młodością, pojawia się fascynacja pięknym młodym chłopcem, którego zobaczyła na przystani. Patrzy na ciało chłopaka, próbuje go dotknąć. Boguś staje się jakby wspomnieniem młodzieńczej miłości, czegoś, co zostało bezpowrotnie utracone, pojawia się tu tak charakterystyczna dla Iwaszkiewicza erotyczna gra ze śmiercią. W Marcie odżywają nie tylko zmysły, ale również, a może przede wszystkim niedopełniony instynkt macierzyński. Sposób w jaki odnosi się do Bogusia łączy namiętność z opiekuńczością.

Kobieta Dla mnie czułe gesty Marty wobec Bogusia są bardziej macierzyńskie niż erotyczne. Jest w nich pewna płochość, jednak wydaje się ona wynikać raczej z zagubienia w całej tej sytuacji niż wybuchu namiętności. Marta nie bardzo wie, jak zachować się wobec młodego mężczyzny, w którym widzi swoich nastoletnich synów. Jej gesty nie zawsze są adekwatne i być może przez ich adresata tak zostają odczytane. Sam Boguś to postać również dosyć szczególna – zwyczajny do bólu, a przecież w jakiś sposób inny. Ta bladość jego ciała, przezroczystość, jakby przynależał nie do tego świata, chociaż tak bardzo jest z tego świata. A ich ostatnie spotkanie nad rzeką i wstrząsające ostatnie sceny – jakby ożyła Pieta Michała Anioła…

Ksiądz Zgadzam się z tobą, scena w której Marta z trudnością podtrzymuje na rękach młodego mężczyznę jest tak wstrząsająca, że swoim wyrazem przypomina mi – bez żadnej przesady – rozpacz matki Boga pod krzyżem z Ewangelii według świętego Mateusza Pasoliniego.

Mówisz, Kasiu, o zwyczajności Bogusia. Andrzej Wajda długo szukał odtwórcy tej roli. Ostatecznie wybrał Pawła Szajdę, aktora ze Stanów Zjednoczonych, syna polskich emigrantów z początku lat 80. Zapytałem Wajdę, dlaczego właśnie jemu powierzył tę rolę. Reżyser odpowiedział, że Szajda wydał mu się „taki przedwojenny i taki nietknięty”. Możemy zatem, Kasiu, powiedzieć, że Iwaszkiewicz znowu nie zawiódł Wajdy i nie zawiedli go jego aktorzy z Krystyna Jandą na czele.

Kobieta A Wajda, jak zawsze, nie zawiódł Iwaszkiewicza.

Ksiądz I nam, widzom, dał piękną opowieść, gdzie intensywność życia miesza się z bólem niespełnienia i śmierci.

Kobieta Ten ból jest nie do pokonania, może jednak nie zawsze musi odbierać siły i sens?

(…)

WIĘŹ
Katarzyna Jabłońska, ks. Andrzej Luter
____________________________________________________________________________________________

TATARAK *****

Niezwykły, piękny film. Kolejna odsłona innego, chyba nie w pełni zrealizowanego Andrzeja Wajdy. Wajdy eksperymentatora, który już prawie 40 lat temu nakręcił przecież w Niemczech „Piłata i innych” – brawurowy obraz luźno inspirowany „Mistrzem i Małgorzatą”, w którym Jezus – Pszoniak wyglądał jak hipis, z Judą spotykał się w restauracji Las Vegas, a rolę Golgoty odgrywało wysypisko śmieci w pełnym samochodów Frankfurcie nad Menem.

„Tatarak” zaczyna się od sceny, w której Krystyna Janda – jeszcze nie filmowa postać, ale aktorka – czyta Andrzejowi Wajdzie fragment opowiadania Iwaszkiewicza. Za chwilę to opowiadanie zmieni się w serię obrazów: chora na nowotwór pani Marta (Janda) pozna znacznie od siebie młodszego Bogusia (Szajda), z którym umówi się na spotkanie przy brzegu porośniętej tatarakiem rzeki. Fabularna historia parokrotnie zostaje jednak rozbita – z udawanego świata przechodzimy do ciemnego, prawie pustego pokoju („jak z obrazów Hoppera” – tłumaczył reżyser), w którym nieruchoma kamera rejestruje monolog Krystyny Jandy opowiadającej o chorobie i śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego.

I właśnie w połączeniu tych dwóch planów kryje się przeszywająca siła filmu Wajdy. Z jednej strony Iwaszkiewicz, który w „Tataraku” opowiada o pożądaniu podszytym śmiercią („zmysłowa słodycz przechodząca w zgniliznę”). Z drugiej – przejmująca spowiedź Jandy, która zwierza się przed kamerą z tego, co najbardziej intymne.

„Iwaszkiewiczowska” część filmu zrobiona została tak, jakby Wajda chciał podkreślić jej umowność: widać, że ten świat jest inscenizowany, trzymany w reżyserskich ryzach. Nawet namiętność, seksualna gorączka, cielesność, która w opowiadaniu jest między Marią i Bogusiem najważniejsza, tu przypomina jedynie dyskretną fascynację, która nie kończy się – jak u Iwaszkiewicza – odczuciem zapachu Erosa i Tanatosa w jednym. Wszystko to zabiegi świadome, bo przecież w „Tataraku” nie o realistyczną wierność Iwaszkiewiczowi chodzi, nie o fabułę, ale o przejmujące pytanie starego mistrza i jego ulubionej aktorki: jak się ma sztuka, gra w udawanie, do tego, co iluzją nie jest?

W najważniejszej chyba sekwencji filmu dwa światy – fikcyjny i prawdziwy – splatają się w jedno: w momencie ostatecznej deziluzji, gdy podczas sceny w rzece Krystyna Janda odwraca się i w deszczu ucieka z planu, by złapać na ulicy pierwszy lepszy samochód i odjechać. To oczywiście część filmu – tak jak jego częścią jest monolog aktorki, niezwykle osobisty, ale ubrany w formę, w jakiś sposób deklamowany. Jest w tej ucieczce coś z bezradnego krzyku: aktorka, która ma grać kobietę przejętą fikcyjną śmiercią, jednocześnie zmaga się przecież ze śmiercią nie na niby. Po co więc sztuka? Czy w czymkolwiek pomaga, cokolwiek ocala? Czy jest tylko artystowską błahostką, pięknym zewnętrznie, groteskowym, bolesnym fałszem?

Kiedy Krystyna Janda wspomina o przedstawieniu „Boskiej” w dniu śmierci męża („jak mogłam wtedy wyjść na scenę?”), kiedy opowiada o obrazach, przez które patrzył na świat jej mąż operator Edward Kłosiński, kiedy wreszcie Wajda słucha fragmentu tekstu Iwaszkiewicza i daje aktorce do powąchania tatarak – widać w tym przejmujące, intymne przyznanie się do zwątpienia w kino, literaturę. Sztukę w ogóle.

W Berlinie, gdzie „Tatarak” zebrał świetne recenzje (i dostał nagrodę za poszukiwanie nowego, oryginalnego języka filmowego), Andrzej Wajda żartował na konferencji prasowej, że chce teraz bez przerwy robić filmy, by – jak w starym żydowskim dowcipie – przechytrzyć w ten sposób śmierć („jest zajęty, przyjdę po niego później”). Krystyna Janda na Berlinale nie przyjechała. – To nie przypadek – mówił na festiwalu Jan Englert, w „Tataraku” grający jej męża lekarza. – Są przecież rzeczy od kina i sztuki ważniejsze.

Paweł T. Felis
Gazeta.pl FILM
___________________________________________________________________________________________

Co z tym „Tatarakiem”?

Krytycy DZIENNIKA w dyskusji o nowym fimie Wajdy
24 kwietnia 2009

”Tatarak” Andrzeja Wajdy to nie tylko ekranizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza pod tym samym tytułem. Najważniejszą i dominującą częścią filmu jest monolog Krystyny Jandy dotyczący jej osobistych doświadczeń… O najnowszym obrazie Wajdy rozmawiają krytycy DZIENNIKA: Magdalena Michalska, Wojtek Kałużyński i Jacek Wakar.

Magdalena Michalska: Po premierze „Tataraku” w Berlinie pytałam zagranicznych krytyków, co sądzą o filmie, i większość odnosiła się do niego z szacunkiem – jako do dzieła starego mistrza – ale bez zachwytu, nikt nie wspominał o odwadze aktorki, która zdecydowała się opowiadać o śmierci męża przed kamerą, bo większość tej historii nie znała i odbierała „Tatarak” bez kontekstu osobistego. Myślicie, że recepcja filmu Wajdy jest w pewnym sensie hermetyczna, zamknięta w wiedzy pozafilmowej, znajomości historii osobistej Krystyny Jandy?

Wojtek Kałużyński: Trudno nie czytać tego przez osobistą historię Jandy.

MM: Pytam o coś innego. Czy „Tatarak” obroni się jako film wśród publiczności, która wiedzy na temat osobistego doświadczenia aktorki nie ma?

WK: Nie byłoby tego filmu, gdyby nie było tam Jandy, Kłosińskiego, ich historii. Zastanawiam się, na ile w ogóle jest to film Andrzeja Wajdy, a na ile Krystyny Jandy. Wajda owszem zainscenizował plan i sam się w takiej roli wewnątrz filmu umieścił. Kamera to pokazuje. Ale gdyby nie było osobistej historii Jandy, to wyszłyby pewnie z tego „Panny z Wilka 2”.

Jacek Wakar: Tylko że „Panny z Wilka” to było arcydzieło…

WK: Zgoda. Ale obawiam się, że byłby to plagiat „Panien z Wilka”. A plagiat arcydzieła pozostaje plagiatem.

JW: Wielkość Wajdy polega na tym, że na taki film pozwolił. I że dał Jandzie instrumenty, by tę opowieść tak zagrała. Dwa plany filmu zostały wyczyszczone ze wszystkiego, co niekonieczne – myślę o samej ekranizacji opowiadania Iwaszkiewicza i monologu Jandy o śmierci Edwarda Kłosińskiego. Wracając jednak do pytania o Berlin… Publiczność ogląda „Tatarak” jako dzieło starego mistrza, którego zna od lat z poprzednich dzieł i co widzi? Widzi film, który zupełnie nie zabiega o względy widza, jest kompletnie wyzbyty chęci podobania się. I to mam za komplement. Wajda wyrzeka się kokieterii, tak wyraźnej w wielu poprzednich dziełach. Dostaje za to w Berlinie nagrodę za wyznaczanie nowych kierunków w kinematografii, jego film jest znacznie lepiej przyjęty niż filmy innych starych mistrzów na tym samym festiwalu.

MM: Zgadza się, inni mistrzowie w Berlinie pokazali raczej brak formy i film Wajdy bardzo się wyróżniał. Ja się trochę tego filmu bałam. Nie lubiłam tego, co robił Wajda przez ostatnie dwadzieścia lat. Tymczasem w kinie mnie zamurowało. Dostałam film mocny, spójny. Monolog Jandy doskonale komponuje się z tym, co dzieje się we właściwym Iwaszkiewiczowskim „Tataraku”, włącza się nienachalnie w odpowiednich momentach i odnosi się do nich tematycznie. Gorzej łączą się z całością sceny kręcenia filmu – bardzo zgrabne na początku, w drugim wejściu – ucieczce Jandy z planu – wypadają sztucznie. Film w filmie jest pomysłem, który dla mnie osłabia „Tatarak”.

WK: Właśnie. Tu jest sedno problemu z „Tatarakiem”. Ta część filmu, która miała być esejem o kręceniu filmu czy esejem o filmie, wypadła źle.

MM: Bo to dla mnie niczemu nie służy. Choć podoba mi się to, że Wajda gra ze sobą, nawiązuje do samego siebie, do swojej twórczości. To są kapitalne detale: nie tylko takie oczywiste jak pokazanie powieści „Popiół i diament”. Na przykład scena dla mnie szalenie istotna, która wraca do mnie najczęściej, kiedy Janda i Jankowska-Cieślak jako bohaterki „Tataraku” Iwaszkiewicza rozmawiają o swoich synach, którzy zginęli podczas Powstania. Pada tam zdanie, że inaczej nie mogło się stać, bo tak tych młodych ludzi wychowały. Przyznają, że wychowały pokolenie samobójców! Dla mnie to jest powrót Wajdy do „Kanału”, do zadziornej dyskusji z polską historią. Za takie fragmenty „Tatarak” cenię, za to, że każda scena tu coś znaczy.

WK: Mówisz o czymś innym. Tam nie tylko jest korespondencja Wajdy z Wajdą. W czasie, w którym rozgrywa się akcja „Tataraku”, lektura „Popiołu i diamentu” jest czymś dość naturalnym i oczywistym. Naturalnym kontekstem. Cały problem: wstydzę się tego, że żyję, gdy inni młodzi nie przeżyli, który jest jednym z tematów „Popiołu i diamentu”, jest też jednym z punktów odniesienia do historii opowiedzianej w „Tataraku”.

MM: I tu, moim zdaniem Wajda tematycznie wraca do siebie z czasów „Kanału”, „Popiołu i diamentu”. Do siebie z okresu, którego nie sposób nie docenić.

JW: I który ufundował polskie kino.

WK: Ale przecież sam temat to nie wszystko. Bo temat Wajda próbował podejmować w „Wielkim tygodniu” i okazało się, że temat nie wystarczy.
JW: Zgadzam się z wami, że film w filmie zdecydowanie Wajdzie się nie udał. Próbuję jednak znaleźć dla niego wytłumaczenie. Może Wajda, oddając pole Jandzie i korzystając z jej doświadczenia, chciał w ten sposób zaznaczyć swoją obecność? Przez pojawienie się na ekranie? Może uznał, że „Tatarak” jest do tego idealny, bo to i dla niego rzecz bardzo osobista – film o przeczuciu śmierci. Dla mnie to najlepszy film Wajdy od „Kroniki wypadków miłosnych”. Być może to jego ostatni film. Wcale nie czekam na film Wajdy o Lechu Wałęsie. Niech go zrobi i niech to będzie dobry film. Jednak to właśnie w „Tataraku” Wajda wyzwolił się od przeróżnych powinności, które zazwyczaj pętały jego kino. Mamy tu powrót do absolutnej ascezy, do małego kina. Bardzo wartościowy powrót. I dlatego fakt, że Wajda zostawia swój ślad akurat w tym filmie, da się wytłumaczyć.

WK: Wajda mógł siebie zostawić jakkolwiek inaczej. Tu się po prostu nie udało to, co udało się we „Wszystko na sprzedaż”. Mogło się zresztą udać jeszcze lepiej, ale wtedy Wajda stchórzył i zamiast pokazać tam samego siebie, kazał grać siebie Łapickiemu. Po latach przyznał, że popełnił błąd, nie grając w tym filmie. Teraz próbował tego błędu nie popełnić. I Wajda pokazuje się w „Tataraku” fizycznie i symbolicznie. Można by nawet zrekonstruować na podstawie tego filmu pewien katalog problemów, tematów, prywatnych mitów. Mamy tu odwołania do filmów nakręconych na podstawie Iwaszkiewicza, a nawet wszystkich filmów Wajdy na podstawie literatury, mamy napięcie między powinnością a prywatnością, życiem i śmiercią. Ale mimo to Wajdy jest w tym filmie za mało, jest wyłącznie kimś, kto siedzi za kamerą, czyta Iwaszkiewicza.

MM: Przerwę w tym momencie, by przypomnieć, co mówiłeś na początku. Powiedziałeś, że to film Krystyny Jandy, nie Andrzeja Wajdy. Tymczasem od dłuższej chwili omawiamy tylko autorski ślad Wajdy w „Tataraku”.

WK: Może to była przesada. Ale o tyle swoje zdanie podtrzymuję, że gdyby nie kontekst intymnych zwierzeń Jandy, gdyby nie splot dwóch narracyjnych planów, które się nawzajem oświetlają i dopełniają, dostalibyśmy ekranizację opowiadania Iwaszkiewicza, której nie udałoby się zapewne oddać zmysłowego ducha tej literatury.

MM: „Tatarak” jest dla mnie filmem wybitnym również bez tego osobistego kontekstu, ale nie bez kontekstu wajdowskiego, bez kontekstu polskiej historii, tego pokolenia, bez kontekstu filmowej drogi Wajdy.

JW: Film Jandy? Może film Wajdy i Jandy. Od pewnego czasu jestem przekonany, że jej aktorstwo jest znów wypreparowane z przypadku, z nerwowości, rozbiegania, jakie przez lata były jej znakami. Jest aktorką dużo bardziej skupioną. Mam pewność, że doświadczenie osobiste zmieniło ją jako aktorkę.

WK: Nie jestem pewien, czy w przypadku „Tataraku” można mówić wyłącznie o aktorstwie Jandy. Na pewno gra Iwaszkiewicza…

MM: …I na pewno gra swój monolog, który jest napisany i wyreżyserowany.

JW: Nie improwizowany.

WK: Co innego zagrać własne życie, a co innego cudze.

JW: Gdyby Janda tego nie zagrała, mielibyśmy film dokumentalny. Janda jak Ewa Błaszczyk w „Roku magicznego myślenia” mówi tekst sucho, lakonicznie. To wzrusza, ale nawet przez moment nie dochodzi do emocjonalnego szantażu, że oto ktoś sprzedaje nam swoją prywatność i oczekuje współczucia.

MM: Przecież ona tego nie gra „na Jandę” – nie krzyczy , nie biega, gra inaczej, niż nas do tego przyzwyczaiła, i chyba więcej ją to kosztuje jako aktorkę.

JW: Takie sprawy grane na sucho robią zawsze największe wrażenie.

WK: Widziałem wywiad Tomasza Lisa z Jandą, w którym bardzo otwarcie mówiła, dlaczego to zrobiła. Nawet się wzruszyłem. Mówiła, że ten film poza tym, że był rzecz jasna aktorskim wyzwaniem, jednocześnie był też rodzajem autoterapii. Choć to, co Janda pokazuje, to jest oczywiście gra aktorska, ale jest to jednocześnie coś więcej niż tylko gra.

MM: Wajda też twierdzi, że robienie filmu o śmierci to dla niego terapia – uciekanie od myśli o śmierci w nieustanną aktywność.

WK: U Jandy jest to bardziej ewidentne. Wajda uchwycił ją, tak jak uchwycił Kobielę we „Wszystko na sprzedaż”, którego pyta o Cybulskiego. Złapał go wtedy nagiego, bezbronnego. Ona, chociaż świadomie, też się tutaj niejako pozbawiła masek, odarła z maniery, z warsztatu.

JW: I gra tak, że można by to odebrać jako historię fikcyjną. Dla mnie to jest wielka rola Krystyny Jandy.

WK: Bergman inscenizował własną biografię, rozliczał się z niej, pozostawał na styku fikcji i autobiografii i to też mogłyby być opowieści czysto fikcyjne, ale świadomość pozafilmowego kontekstu pewien odbiór jednak programuje. Wraca pytanie: czy ten film bez prywatnej historii Jandy działa?

MM: Na Berlin nie do końca podziałał, ale my znając historię, nie wyjdziemy poza odbiór w jej kontekście.

WK: Strukturalnie mogłaby być to opowieść fikcyjna, emocjonalnie mógłby być kłopot.

JW: Zadam wam inne pytanie. Przywołam recenzję Bartosza Żurawieckiego z „Filmu”, który zestawia „33 sceny z życia” z „Tatarakiem”, pokazując dzieło Szumowskiej jako wzorcowy film o umieraniu, prawdziwy, przejmujący, przeciwny do zamkniętego w konwencjach filmu Wajdy. Żurawiecki nie dopuszcza dwóch równorzędnych sposobów opowiadania na ten sam temat. Moim zdaniem sytuacja, w której Wajda robi film w stylu Szumowskiej i vice versa, jest na wskroś fałszywa. Malarskość „Tataraku”, skąpanie go w konwencji literackiej, komentowanie planu Iwaszkiewicza z opowieścią Jandy daje przyczynek do rozmowy o śmierci, w od początku do końca założonej konwencji. Nie uważam, że konwencje są czymś złym.

MM: Dochodzimy do katalogu Wajdy, o którym mówił Wojtek. Strata, śmierć to są tematy Wajdy, które on sygnalizuje czy rozdrapuje od początku. Pewnie jedną z jego mocniejszych wypowiedzi na ten temat było „Wszystko na sprzedaż”, ale na pewno nie tylko ten film.

WK: Zgadzam się z Bartkiem Żurawieckim o tyle, że uważam film Szumowskiej za lepszy. Bartkowi nie chodziło chyba też o to, że Wajda ma pokazywać śmierć według przepisu Szumowskiej, tylko o to, że ona zrobiła to prawdziwiej, a on jednak schował się za pozornie odważną konwencją, której nota bene ja osobiście nie odrzucam. Poza wszystkim przecież tak naprawdę poza korzeniami biograficznymi i tematem śmierci korespondencji między „33 scenami z życia” i „Tatarakiem” tak naprawdę nie ma.

MM: Dla mnie nie ma żadnej. Nawet ta śmierć jest inna. Śmierć rodziców, jak bardzo zaskakująca może być, jest wpisana w rytm naturalny. Śmierć młodego chłopaka w wypadku w jeziorze, śmierć dzieci w Powstaniu czy śmierć ukochanego mężczyzny nie muszą się wszystkim przydarzyć, mają przypisaną większą nerwowość, nie są w ciągu życiowym oczywiste. Jeszcze co innego, gdy o śmierci opowiada człowiek 80-letni. Moglibyśmy teraz wymyślić 10 innych filmów o śmierci, które by nam się skojarzyły z Wajdą czy z Szumowską. Z tego klucza bym nie szukała.

WK: O to mi chodzi. Nie ma sensu szukać porównań. Cieszy mnie jedno: że Wajda zrobił film, w którym konwencja została od początku do końca założona i przekroczona. Gdyby jeszcze udało się zazębić z całą resztą ten metafilmowy poziom, tak jak we „Wszystko na sprzedaż”, gdzie śmierć Cybulskiego była rekonstruowana i falsyfikowana, gdzie te klapsy filmowe na ekranie niosły jakąś nadwyżkę sensu, sygnalizowały ton osobistej spowiedzi, rozliczenia. Tutaj można ten metatekstowy poziom wytłumaczyć, ale obronić jest trudno. „Tatarak” pozostaje filmem dobrym, ale nie bardzo dobrym. W naszej skali, od jednej do sześciu, oceniania na cztery gwiazdki.

MM: Zgodzę się z Wojtkiem. „Tatarak” to najlepszy film Wajdy od dwóch dekad, co nie znaczy, że to w ogóle film wybitny. Cztery gwiazdki.

JW: Daję pięć gwiazdek.

Magdalena Michalska, Wojtek Kałużyński, Jacek Wakar
Dziennik
___________________________________________________________________________________________

„Tatarak”: Krystyny Jandy (auto)portret ze śmiercią

Andrzej Wajda nie podbił tegorocznego Berlinale. Złoty Niedźwiedź powędrował do Peru. Szczerze rozbawiła mnie natomiast wiadomość o wyróżnieniu reżysera za… innowacyjność. Stary wyjadacz innowacyjny? Niemożliwe! Byłem jednak w błędzie…

Wajdzie przynajmniej na chwilę przeszło nieznośne zadufanie: po kilkunastu latach zamknął się wreszcie etap jego twórczej niemocy. Niewątpliwie pomogła w tym Krystyna Janda.
Tatarak

„Tatarak” miał być ekranizacją opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Tymczasem film otwiera zaskakujące wyznanie Jandy, odtwórczyni głównej roli. W ciemnym, prawie pustym pokoju aktorka opowiada o śmierci swojego męża, cenionego operatora Edwarda Kłosińskiego. Monologi Jandy przerywają właściwą fabułę jeszcze dwukrotnie. Pojawiają się także sceny z planu zdjęciowego. Początkowo wydaje się, że Wajda będzie eksponował formułę filmu w filmie. Lecz wyważony „Tatarak” ma niewiele wspólnego z przewrotnym „Tristramem Shandym: Wielką ściemą” i tym podobnymi produkcjami.

Z Iwaszkiewicza Wajda wziął historię Marty, żony małomiasteczkowego lekarza. Kobiecie doskwiera samotność. Nieświadoma, że cierpi na śmiertelną chorobę, zabija czas spacerami po okolicy. Obserwuje beztroskę młodych ludzi w powojennym świecie. Dwaj nastoletni synowie Marty zginęli w Powstaniu Warszawskim. Dziś mieliby po dwadzieścia kilka, może trzydzieści lat. Marta wciąż nie może się pogodzić z tą stratą. Początkowo nie dziwi zainteresowanie, z jakim obserwuje młodego Bogusia – chłopak obudził w kobiecie macierzyńskie uczucia. Jednak ta fascynacja zyskuje wkrótce erotyczny posmak.

Po berlińskiej premierze jeden z recenzentów, lekko kpiąc, napisał, że „Tatarak” broni się tylko dzięki Jandzie. Dziwny to zarzut: mamy przecież do czynienia z filmem… Jandy o Jandzie (nie wiadomo, jak produkcja wyglądałaby w oryginalnej formie, bez „interwencji” aktorki). To ona zaproponowała Wajdzie wykorzystanie własnych wspomnień. Dlatego jej postać jest najważniejsza: nadaje filmowi dynamikę, buduje napięcie, gwarantuje autentyczność. Oglądając niezwykle osobiste, szczere wyznania Jandy, trudno zachować obojętność. Bezsilność, rozpacz, strach towarzyszą każdemu w tej najtrudniejszej chwili – gdy odchodzą najbliżsi. Popularna aktorka opowiada, jak przyjęła wiadomość o chorobie męża, jaka była reakcja Kłosińskiego itd. Relacjonuje wizyty u lekarza, najcięższe dni, ostatnie chwile. Czuje ogromną pustkę. Obwinia się, że mogła zrobić więcej.

Wspólnym mianownikiem historii aktorki i losów granej przez nią bohaterki jest właśnie śmierć. „Tatarak” pachnie śmiercią. Przejmująca spowiedź Jandy nie przytłacza jednak widza. Tym razem to zasługa Wajdy i jego koncepcji kompozycyjnej. Reżyser umiejętnie wmontował w treść ekranizacji trzy ujęcia z ponurego pokoju. Nie przewidział jednego: że przy dramatycznej opowieści o ludziach z krwi i kości, inspirowana Iwaszkiewiczem fabuła wypadnie mdło i przestarzale. Smętne dialogi gryzą się z komicznymi wysiłkami aktorskimi Pawła Szajdy (co gorsza – dubbingowanego). Zastanawia mnie, dlaczego uparty Wajda postawił akurat na niego? Wyśmienicie sprawdza się natomiast konwencja filmu w filmie. Szczególnie gdy w pełnym dramaturgii, ważnym dla fabuły momencie ekranowa Marta niespodziewanie staje się aktorką-Jandą, która – poruszona odgrywaną sceną – ucieka z planu w strugach deszczu.
Tatarak

Do niedawna byłem przekonany o wypaleniu Andrzeja Wajdy. Irytowało mnie (i to raczej się nie zmieni) bałwochwalcze uwielbienie jego osoby. Przede wszystkim jednak – Wajda od dawna nie nakręcił dobrego filmu. Filmu, którym udowodniłby, że na tytuł „mistrza polskiego kina” zasłużył nie tylko produkcjami sprzed lat 80. Kameralny i plastycznie dopracowany „Tatarak” nie jest dziełem wybitnym, lecz po obejrzeniu najnowszej produkcji reżysera nie potrafię wydać już tak kategorycznej opinii o jego kondycji twórczej. Jak film wypadłby bez intymnego wyznania i otwartości Jandy? Czy uznano by go za równie wartościowy? Nigdy się nie dowiemy. W „Tataraku” aktorka opowiada nie tylko o chorobie męża, podsumowuje również długoletnią współpracę z reżyserem. To właściwy moment na zapowiadane jeszcze przed „Katyniem” pożegnanie Wajdy z kinem. Za to półwiecze, chapeau bas!

Piotr Guszkowski
Recenzenci.pl
___________________________________________________________________________________________

Wajda i Janda (zbyt) pięknie o śmierci
24.04.2009

Wzruszający, ale nie przesadnie. Szczery, ale do pewnych granic. Za to estetyczny do bólu – Andrzej Wajda spełnił marzenie i przeniósł na ekran opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, uzupełniając o refleksje Krystyny Jandy o śmierci jej męża. Najlepsze dzieło Mistrza od kilku lat, ale pozostawia niedosyt – pisze Katarzyna Wężyk.

W najnowszym filmie Andrzeja Wajdy przeplatają się trzy historie. Pierwsza, która nadała tytuł całości, to ekranizacja krótkiego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Jego bohaterką jest Marta, starzejąca się żona lekarza z sielskiego miasteczka nad rzeką, która przeżywa ostatnią w życiu namiętność do dwudziestoletniego chłopaka. Druga to monolog Krystyny Jandy o śmierci jej męża, operatora Edwarda Kłosińskiego. Trzecia, najmniej udana i na szczęście najkrótsza, to tzw. film w filmie, migawki rozmów aktorki i reżysera, sceny z planu.

Wszystkie trzy historie spaja motyw śmierci i buntu przeciw jej nieuchronności. Umierająca jest Marta, choć jeszcze o tym nie wie, i być może dlatego tak kurczowo trzyma się uczucia, które może się skończyć tylko tragicznie. Umieranie męża – od pierwszej diagnozy, przez etapy leczenia, do śmierci „w takim momencie, żeby się nie spóźniła do teatru” – to temat monologu aktorki, który dominuje nad całym filmem. Wreszcie sztuka jako sposób na oszukanie śmierci, na oswojenie jej – przenika rozmowy osiemdziesięcioletniego reżysera z ulubiona aktorką.

Piękny, choć zgrzyta

Andrzej Wajda ma wśród polskich reżyserów status szczególny. Dlatego krytykowanie dzieła Mistrza to trochę jak założenie koszulki „Nie płakałem po papieżu” – od jednych się obrywa za szarganie świętości, od innych, bo to zbyt tania prowokacja. Tym niemniej choć nagrodzony w Berlinie za innowacyjność „Tatarak” jest filmem ważnym i dobrym, to jednak nie wielkim. Jest przepięknie sfotografowany, liryczny, nastrojowy, a Janda stworzyła w nim jedną z lepszych kreacji. Do tego monolog, napisany przez aktorkę momentami na granicy wiwisekcji, chwyta za gardło. Ale coś w filmie zgrzyta, słychać w nim jakąś fałszywą nutę. Ma się wrażenie, że zderzenie dwóch „mocnych” tematów – opowiadania Iwaszkiewicza i tekstu Jandy – paradoksalnie osłabia wymowę obu.

„Tatarak” Iwaszkiewicza traktuje o bardzo filmowym uścisku Erosa i Tanatosa, o miłości i śmierci, o grze między młodością, piękną, witalną, niewinną i w swojej niewinności okrutną, a dojrzałością – mądrą, doświadczoną, pozornie wyzbytą złudzeń, a jednak czepiającą się ostatniego złudzenia przed przejściem w smugę cienia. Jednak w filmie Wajdy młodym Bogusiem jest tak bezbarwny Paweł Szajda, że trudno uznać, by budził w Marcie jakiekolwiek uczucia poza macierzyńskimi.

Bez taniego sentymentalizmu, ale przeestetyzowany

Z kolei monolog Jandy, napisany przez nią i zagrany pół roku po śmierci męża, choć przejmujący, sprawia wrażenie zbyt teatralnego. Aktorka nie ucieka w tani sentymentalizm, ani nawet nie gra „Jandą” – neurotyczną, gestykulującą, trochę afektowaną – ale też mimo całej szczerości zachowuje dystans. W pierwszej scenie budzi się w pokoju hotelowym, wstaje z łóżka w samej koszuli, zapala papierosa, zakłada szpilki i zaczyna mówić. Kadr, światło, minimalistyczne wnętrze nawiązuje do obrazów Hoppera, Janda głęboko się zaciąga i stuka modnymi obcasami, a to, co mówi, jest równie estetyczne, wzniosłe i pozbawione przyziemnych, nieprzyjemnych detali, jak kompozycja obrazu. Śmierć w monologu Jandy i filmie Wajdy jest piękna, a cierpienie – nie fizjologiczne, a duchowe.

„Tatarak” jest przeestetyzowany i choć jest to stylizacja momentami zachwycająca, to jednak bierze opowiadane historie w zbyt duży cudzysłów. Z ostatnich filmów na tzw. tematy ostateczne bardziej przekonywały „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej.

Katarzyna Wężyk
tvn24
___________________________________________________________________________________________

„Tatarak”, czyli kronika wypadków lokalnych
24 kwietnia 2009

Gdy nie ma filmu za co pochwalić, najczęściej chwali się go za zdjęcia i muzykę. To właśnie przypadek „Tataraku”.

Muzyka Pawła Mykietyna jest tu rzeczywiście świetna, a zdjęcia Pawła Edelmana – znakomite. Reszta jednak powinna być milczeniem. Tego zresztą może oczekiwałby i sam reżyser. No bo co tu się niby wymądrzać w obliczu rzeczywistego bólu, wobec którego stawia nas jego film? Jednak mówić przecież wolno i trzeba. W końcu spowiedź Krystyny Jandy jest częścią dzieła artystycznego i jako element większej całości siłą rzeczy podlega ocenie. Aktorka wplatając swój monolog w filmową opowieść doskonale o tym wiedziała. I z pełną determinacją zaryzykowała.

Powiem od razu: zwierzenia Jandy w pustym pokoju nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem. Głównie dlatego, że w tych „pokojowych” intymnych sekwencjach prawda słowa wyraźnie kłóci się z prawdą obrazu. Słowa padają tu w sumie zwyczajne (raczej opisują dramatyczną sytuację niż definiują traumę), obrazy zaś są przerafinowane.

Z tej rozbieżności między prostotą wyznania a wystudiowaną scenerią bierze się poczucie nieautentyczności całej sytuacji. I rodzą się pytania. Czy Janda mówiąca o ostatnich chwilach swojego męża musiała być zaraz pozowana na postać z obrazów Hoppera? Czy musiała być wystylizowana jak do sesji zdjęciowej dla jakiegoś ekskluzywnego pisma kobiecego? Czy prawdziwe cierpienie wymagało tu sztucznego wsparcia? W tym miejscu trudno nie przywołać dawnego filmu Wajdy, myślę o „Wszystko na sprzedaż” (1968). Jest tam krótki fragment, kiedy Bogumił Kobiela wspomina swojego tragicznie zmarłego przyjaciela, czyli Zbyszka Cybulskiego. Scena ta obywa się bez jakiegokolwiek sztafażu, a mimo to – a raczej: właśnie dlatego – wstrząsa nami i dziś. Jest w niej bowiem sama szczerość.

Wajda spróbował w „Tataraku” zmieszać rzeczywistość z fikcją, dorzucając jeszcze do tego wątek autotematyczny (film w filmie). Niestety, nie udało mu się materii życia z materią literacką skomponować w spójną całość. On je ledwie ze sobą skleił. Stąd film jawi się jako dość niezborny. Za dowód może tu służyć epizod, kiedy to Janda nie wytrzymując emocji zbyt przypominających jej własne, ucieka z filmowego planu. Gdyby aktorka w ogóle zniknęła z pola widzenia kamery, miałoby to jakiś sens. Uwierzylibyśmy w spontaniczność tego aktu. Tyle że kamera cały czas towarzyszy Jandzie w jej ucieczce. Ba, czeka na nią nawet w przygodnym aucie, do którego ta wsiada. I to już sensu nie ma. No bo albo gramy w cinema-verite, albo tylko udajemy.

Co jeszcze w „Tataraku” Wajdy przeszkadza? Z pewnością dysproporcja w umiejętnościach aktorskich Krystyny Jandy i Pawła Szajdy. Za tym ostatnim stoi tylko młodzieńczy wdzięk i nic więcej. Dlatego nieśmiałe próby zbliżenia między filmową panią Martą a filmowym Bogusiem wypadają niezbyt przekonująco. I jeszcze coś. Tematem Iwaszkiewiczowskiego opowiadania jest przemijanie czasu, miłość i śmierć. A więc same uniwersalne archetypy. W filmie Wajda zaś mocno eksponuje wątek martyrologiczny. Wygląda więc na to, że pisarz opowiedział nam historię starą jak świat, a reżyser sprowadził ją poniekąd do kroniki wypadków lokalnych.

Lech Kurpiewski
Newsweek Polska
____________________________________________________________________________________________

Oj tak, wklejam te recenzje, czytam, mimo postanowienia, że nie będę tego robić, ale jakoś nie potrafię, i też się zdumiewam. Tę pierwszą recenzję-rozmowę czytałam natomiast z jakąś…przyjemnością… Z wrażeniem, że piszący zrozumieli film we ‚właściwy’ sposób… Ale dziś to jeszcze tylko wrażenie. Przekonam się jutro, choć przyznam się, że w jakiś irracjonalny sposób „boję” się tego filmu. Wiem, że na długo wgryzie mi się w świadomość.
Nie rozumiem, np.w recenzji z Newsweek’a, tego czepiania się „wystudiowania” i „wystylizowania” w scenach monologu. Stary szlafrok i bambosze zamiast szpilek byłyby bardziej przekonujące? Ale niby dlaczego? To nie jest dokument, więc ma swoją formę, scenografię, symbolikę…
I znowu baranieję.
A tatarakowy album piękny. Fantastyczny pomysł.
Pozdrawiam ciepło,
N.

przez Małgosia Solak Pt, 24.04.2009 07:52
Pani Krysiu!
Matko, tyle chciałam napisać ale…..
Bardzo, bardzo dziękuję.
Małgosia Solak

przez Julita89 Cz, 23.04.2009 23:43
Katarzyna Janowska
22 kwietnia 2009
Tak łatwo się umiera
Rozmowa z Krystyną Jandą, grającą główną rolę w filmie Andrzeja Wajdy „Tatarak”

Katarzyna Janowska: – O czym dla pani jest opowiadanie „Tatarak” Jarosława Iwaszkiewicza?

Krystyna Janda: – Dla mnie od początku to było opowiadanie o śmierci. Tym boleśniejszej, że w opowiadaniu Iwaszkiewicza powtarzają się śmierci młodych ludzi, synów pani Marty, wreszcie 20-letniego Bogusia, co na mnie robiło wrażenie przy lekturze… Andrzej Wajda patrzył jakby jaśniej na tę historię. Dla niego była ona tajemnicza, piękna, skomplikowana, zanurzona w przyrodzie, w krajobrazie, w milczeniu. Mówił o przemijaniu, żalu, że odchodzi młodość…

Wasza też?

Tak, to jest też w jakimś sensie film o nas. Zresztą takie zamierzenie było od początku… Andrzejowi parę razy się wyrwało, niby żartem, niby ze śmiechem, że może to będzie jego ostatni film…, ale to robiło na mnie piorunujące wrażenie. Czułam, że podchodzimy do czegoś, co nie będzie w żaden sposób rutynowym zadaniem. Nie mogłam uwierzyć, że dziennikarze opisują ten film jako romans starzejącej się kobiety z młodym chłopcem. To historia wielopiętrowa, powikłana, subtelna, uwodząca wieloznacznością i mrokiem, jak to u Iwaszkiewicza.

W filmie zdecydowanie mocniej niż w opowiadaniu zarysowany został wątek synów głównej bohaterki, którzy zginęli w powstaniu warszawskim.

Andrzej położył na to nacisk, rozumiałam to od początku, to jest mu bliskie, zawsze było mu bliskie, w wielu filmach, poza tym wiedział, że to mi pomoże w zagraniu skomplikowanej relacji z tym młodym chłopcem, który mógłby być moim synem. Nagraliśmy np. dwie wersje sceny, w której czytam list od Bogusia. Raz czytam na głos, raz po cichu. Weszła pierwsza wersja, bo wtedy nie ma żadnej dwuznaczności. Z opowiadania Iwaszkiewicza każdy może wybrać to, co jest mu bliższe. Dla mnie młode ciało jest zawsze ciałem dziecka, ciałem moich synów. Pani Marta pyta Bogusia, dlaczego nie czyta książek, dlaczego chce robić w życiu akurat to, a nie co innego, martwi ją, że nie chce się uczyć, żal jej, że jest tak mało ambitny, że jej zdaniem marnuje życie, pyta, czy nie potrzebuje pieniędzy. A jednocześnie jest to młody mężczyzna, który ją zaczepił i w jakimś sensie ją przyciąga. Ważne było, żeby nie osunąć się w małość, w dosłowność.

Irytował mnie aktor, który gra Bogusia. Amerykanin polskiego pochodzenia, którego trzeba było dubbingować, jest jak z drewna. Nie można było w Polsce znaleźć zdolnego, młodego aktora?

Nie. Paweł Szajda ma charme, jest dobrze wychowany, jakby przedwojennie, trudno było znaleźć chłopca, aktora o takim klimacie wewnętrznym. Zrobiliśmy zdjęcia próbne chyba z czterdziestoma młodymi polskimi aktorami i wszyscy grali, chcieli mnie uwieść. Za każdym razem brakowało niedopowiedzenia, tajemnicy. Zawsze było coś nie tak. Andrzej postanowił, że będzie to ktoś „obcy”, szukał aktora w Rosji, na Ukrainie i pewnego dnia przyjechał z Ameryki Paweł. Nic nie wiedział ani o mnie, ani o projekcie. Spojrzeliśmy głęboko w jego spokojne, roześmiane oczy. Andrzej się nie wahał. „Obcość” Pawła sprawiła między innymi, że film nie jest jednowymiarową opowieścią o romansie starzejącej się, zmęczonej i rozczarowanej życiem, jak to opisywano w mediach, pani z młodym chłopcem.

Pani bohaterka mówi w pewnym momencie, że nienawidzi młodych kobiet. Są takie pretensjonalne.

To genialne zdanie w tej roli, zagadkowe, długo się nad nim zastanawiałam. Dla mnie oznacza ono po prostu zazdrość matki o synów. Jestem matką dwóch młodych mężczyzn, jest mi to bliskie. Boję się, że jakaś nieodpowiednia kobieta zapanuje nad nimi. Kobiety nie poddają się mężom w takim stopniu jak mężczyźni swoim żonom. Nigdy nie bałam się o moją córkę. Zawsze wiedziałam, że będzie niezależną, wolną kobietą, która sama decyduje o swoim życiu osobistym i zawodowym. Natomiast o synów się boję. Mężczyźni zakochują się często bez refleksji, nieodpowiedzialnie, w jakimś sensie tracą rozum. Ale wracając do opowiadania, ośmielam się twierdzić, że to zagadkowe zdanie wyrwało się Iwaszkiewiczowi jakby przez przypadek, a może naprawdę obrazuje zazdrość pani Marty o młodą sympatię Iwaszkiewiczowskiego Bogusia.

Dla matki na ogół żadna kobieta nie jest dość dobra dla jej syna.

Nie, tak nie myślę. Wśród koleżanek moich synów jest kilka dziewcząt, które są inteligentne, są fajnymi ludźmi, z którymi miło spędza się czas, i dobry, i zły czas, ale to nie one im się podobają. Kiedyś podczas obiadu rozmawialiśmy z mężem o „Dziennikach” Maraia, które właśnie czytał. Mój młodszy 17-letni syn mówi: O czym wy rozmawiacie? My mamy przechlapane. W innych domach nie mówi się o takich rzeczach przy stole. Gdzie ja znajdę żonę, chyba w bibliotece?

A może jest w tym także zazdrość starzejącej się kobiety o młodość dziewczyny, o to, że przed nią całe życie, że nie dotknęła jej jeszcze gorycz, rozczarowanie?

W tym jest jeszcze coś innego. Pani Marta, którą gram, to przecież sam Iwaszkiewicz. „Tatarak” jest bardzo intymnym opowiadaniem.

W jego prozie jest elegancka powściągliwość, nic nie jest powiedziane wprost. Jest zachowana granica między tym co intymne a co publiczne. Pani, wygłaszając swój monolog o umieraniu męża, ustawia się na przeciwnym biegunie.

W prozie Iwaszkiewicz jest powściągliwy, ale już w „Dziennikach”, które ukazały się po jego śmierci, nie kryje swojej orientacji, tęsknot, rozpaczy, przygód, lęków, miłości. Najintymniejszych i naprawdę wstydliwych szczegółów.

Pani nie miała poczucia, że przekracza granicę, za którą zaczyna się ekshibicjonizm?

Nie. To oczywiście moje zdanie, inni mogą to odczuć inaczej, najpewniej ci, którzy filmu nigdy nie zobaczą. Od pięciu lat robię zapiski w Internecie i czytelnicy mnie nauczyli, co można napisać, a czego nie. W monologu, który napisałam do filmu, cały czas robię odniesienia do „Tataraku”, do pracy nad tym filmem. Opowieść o chorobie mojego męża towarzyszyła tej pracy: tak się złożyło, tak napisał to los, życie. Sens dla filmu tworzą te fragmenty, w których spotykają się te dwie historie.

One zresztą napędzają się wzajemnie i obie zmierzają w jednym kierunku: ku śmierci. Dla mnie pani monolog przysłonił Iwaszkiewicza. Literatura przegrała z siłą pani przeżycia.

Ale niech sobie pani wyobrazi ten film bez Iwaszkiewicza? Nie byłoby filmu. „Tatarak” jest trzonem, głównym powodem, podstawą, na której trzyma się całość.

Kiedy oglądałam „Tatarak”, miałam w pamięci film Małgorzaty Szumowskiej „33 sceny z życia”, w którym opowiedziała o śmierci swoich rodziców. Pokazała, że śmierć to czysta fizjologia. Sztuka, religia, wielkie słowa tracą sens. Jest trud umierania. W państwa filmie jest inaczej.

Bardzo lubię i cenię Małgosię, ale totalnie nie zgadzam się z wymową jej filmu. Inne wartości są dla mnie ważne. We mnie na zawsze zostanie pamięć ludzi, od których się tyle nauczyłam, którzy mnie wzruszali, byli ważni. Znałam i szanowałam Dorotę Terakowską, matkę Małgosi, czytałam jej książki. Znałam też tatę, opowiadał mi z dumą o pierwszych sukcesach Małgosi, jeszcze szkolnych. I w tym, co mówię, nie ma nic sentymentalnego czy nienowoczesnego. Jeżeli mają po nich zostać choćby te wstrząsające sceny umierania piękne i pięknie zagrane, to ja się na to nie zgadzam. Jest to film o Małgosi, a nie o nich. To prawda, okrutny i zastanawiający film o kondycji ludzkiej, ale to dla mnie obcy rodzaj wypowiedzi.

Szumowska miała prawo pokazać, jak to przeżyła, tym bardziej że jest to fabuła, a nie dokument.

Oczywiście, że miała prawo. Każdy artysta ma prawo do wypowiedzi artystycznej na każdy temat. Wielkie i piękne prawo. Z takich wypowiedzi urodziła się sztuka wielokrotnie. Ale to musi być

coś więcej niż fizjologia, nawet życie. Choćby przez konteksty i kompozycję.

Jednak opowiada pani o tym, jak czuwała przy mężu, nawadniała go, karmiła – to przecież też fizjologia?

To, co powiedziałam, też należy do „kompozycji”. Andrzej Wajda wymyślił formę. Pokój hotelowy. Pustka. Malarstwo Hoppera, który jest ulubionym malarzem filmowców, operatorów filmowych.

Hopper był malarzem samotności, takiej porażającej, ostatecznej. Czuje się pani samotna?

W pewnym sensie tak, choć jestem otoczona ludźmi, i to młodymi. Nasz teatr robią młodzi ludzie. Mój mąż mimo swoich 65 lat był bardzo młody. Rozmowa z nim była łykiem świeżego powietrza, nie był zasklepiony w żadnych obsesjach, zawsze otwarty na nowe sprawy, na ryzyko artystyczne też. Był szalenie wykształcony, wszystko znim miało swój prawdziwy sens. Rozmawialiśmy z mężem o literaturze, sztuce, architekturze. Miał niesamowitą wiedzę. Śmiał się ze mnie, że gdyby to od niego zależało, toby mi odebrał maturę, bo poziom naszej wiedzy był tak różny. Zawsze mówił: Ty masz godną podziwu odwagę, bo niewiele wiesz. Między nami jest taka różnica, że ty skanujesz niebo Van Dycka i wkładasz do spektaklu telewizyjnego tylko dlatego, że ono ci się podoba. Ja bym się nigdy na to nie odważył.

Poznała pani Edwarda Kłosińskiego na planie filmu Andrzeja Wajdy. Życie i sztuka się zapętliły.

Żadnemu innemu reżyserowi nie dałabym swojego zwierzenia do ręki. Andrzej był przyjacielem mojego męża. Zrobili razem bardzo wiele rzeczy. To było naturalne. Od początku pracy nad „Tatarakiem” mówiliśmy o śmierci, ale w te rozmowy wplotła się osobista historia, która potoczyła się tak, a nie inaczej. Rozmawialiśmy o tym, co jest u Iwaszkiewicza i we współczesnej wymyślonej części filmu, napisanej przez panią Tokarczuk, ale w głębi czuliśmy, że ważniejszy, prawdziwy, gorący temat jest obok, że cały świat się obok zawalił, a my rozmawiamy, jakby się nic nie stało. Andrzej bardzo szybko to zrozumiał. I zaczęliśmy nagle kręcić inny film. Dla nas ważniejszy. No, niech pani powie, czy istnieje drugi taki reżyser, który w jednej chwili, w trakcie zdjęć, zmieniłby o 180 stopni koncepcję filmu, który odważyłby się iść w tę trudną, ryzykowną stronę? Wajda jest najmłodszym reżyserem świata.

Po festiwalu w Berlinie w prasie pojawiły się komentarze, że ten film jest dla pani terapią.

A niech to nazywają, jak chcą. Mnie to nie przeszkadza. W ogóle już nic mi nie przeszkadza. Teraz się mówi, że film się udał, ale od pewnego momentu nam było to obojętne. Po prostu wiedzieliśmy, że chcemy zrobić ten film i chcemy go zrobić takim. A to, czy on się będzie komuś podobał, czy nie, było sprawą drugorzędną.

Według pani film się udał?

Trudno mi to ocenić obiektywnie. Zagranie tej roli było balansowaniem na ostrzu brzytwy, milimetr w tę, pół milimetra w tamtą stronę, barwa głosu trochę jaśniejsza czy bardziej ciemna w danym momencie. Zarówno w relacji z tym chłopcem, jak i w moim monologu. Musiałam tak to zagrać, żeby publiczność nie czuła się niewygodnie. Oni muszą wziąć tę historię za swoją i dlatego nie mogłam wywołać jakiegokolwiek zażenowania. Andrzej prosił mnie, żebym napisanego przeze mnie monologu nauczyła się na pamięć, żeby ani na moment nie pozostało to bez kontroli, ani chwili improwizacji. To miała być rola, a nie dokument. Był taki moment, kiedy zaczęłam przekraczać granicę grania, po prostu puściły mi na moment nerwy. Paweł Edelman natychmiast zdjął ze mnie światło, a Andrzej przerwał ujęcie. To było fantastyczne, kiedy tylko wyczuli drgnienie w moim głosie, natychmiast obaj powiedzieli: stop. Czy się udał? Wyszedł dokładnie taki film, o jakim myśleliśmy. Jaki zaplanowaliśmy.

O czym jest filmowy „Tatarak”?

To nie jest film o mnie ani o moim mężu, ale o wielu bardzo istotnych sprawach bliskich wszystkim, film, mam nadzieję, uniwersalny. Co chwila ktoś spośród nas odchodzi, kto często bardzo wiele znaczył w życiu wielu ludzi. Przed chwilą odszedł Franek Starowieyski, profesor Stelmachowski. Umiera ktoś, kto zmienił czy pokolorował świat, życie, pomógł zrozumieć tyle rzeczy, a my, po chwili, już o nim zapominamy? Po aktorach teatralnych nie zostaje prawie nic. Ostatnio zastanawiałam się, co zostało po największej powojennej aktorce teatralnej Ewie Lasek? Kilka nagrań telewizyjnych złej jakości, nie oddających prawie nic z geniuszu, jaki posiadała. „Tatarak”, dedykowany mojemu mężowi, przetrwa do końca świata, bo to jest film Andrzeja Wajdy. I choćby dlatego, z mojego punktu widzenia, warto go było zrobić.

Mieliście państwo szczęśliwe życie?

Nadzwyczajne. Nie tyle szczęśliwe, co interesujące. Ludzie wyobrażają sobie szczęście jako spokój i dobrobyt, a dla nas ważne było to, żeby działo się coś inspirującego. Nie było dnia, żeby nie wydarzyło się coś ciekawego. Choćby wypowiedziane zdanie.

Dwoje artystów w domu to sytuacja ryzykowna dla związku.

Mój mąż zdecydował, że to ja i moje sprawy zawodowe będą ważniejsze. To był prawdziwy facet. Nie było w nim żalu ani zazdrości. Na wszystko patrzył z uśmiechem. Bez wahania odrzucał propozycje pracy w Ameryce tylko dlatego, że dzieci były małe. I to jakie propozycje! Nie wiem, czy istnieje inny operator, który by się na to zdobył. Gdyby pracował w Stanach, to albo musiałabym bardzo długo być sama, zająć się dziećmi, domem, albo pojechać z nim, a to z kolei oznaczałoby konieczność rezygnacji z moich ambicji, teatru, pasji. Nie chciał ode mnie takiej ofiary. Tężałam, kiedy odbierał telefon i po chwili mówił, że niestety nie może przyjąć tej propozycji. Protestowałam. Namawiałam go. Pytałam, kto dzwonił, a on odpowiadał – nieważne, jedziemy na wakacje. Odrzucał propozycje, które naprawdę mogły zmienić jego życie zawodowe.

Była mu pani za to wdzięczna?

Nie. Jak ktoś żyje, to się nie czuje wdzięczności, bo wszystko wydaje się całkowicie naturalne. Poza tym uważałam, że ja mu to sobą całkowicie wynagradzam (śmiech). No tak myślałam.

Czego pani teraz najbardziej brakuje?

Rozmowy. Tego, żeby był. Zawsze mogłam zadzwonić, porozmawiać, zapytać o coś. Kiedy ja dzwoniłam, on przerywał ujęcie, żeby ze mną porozmawiać.

Teraz do kogo pani dzwoni?

Dorosłam. Wchodzę do lasu i biorę kompas, bo wiem, że nie mam do kogo zadzwonić, żeby mnie z tego lasu wyprowadził, co się nam raz zdarzyło. Mam poczucie większej odpowiedzialności za dzieci. Zaczęłam się interesować tym, co one naprawdę robią, myślą, bo do tej pory raczej wtajemniczony był w to mój mąż. Każdego dnia pojawia się całe mnóstwo drobnych spraw, które teraz muszę sama załatwiać. Wymieniam żarówki, naprawiam bramę do ogrodu.

Prowadzi pani teatr, który zbudowaliście państwo wspólnie. W „Tataraku” mówi pani, że mąż zamiast zajmować się swoimi wynikami badań, jechał na spotkanie z hydraulikiem. Nie przeraża panią świadomość, że teraz została pani z tym sama?

Nie. Nic mnie już nie przeraża, nawet śmierć. Wcześniej o niej nie myślałam, a teraz się jej nie boję. Zdziwiło mnie tylko, że tak łatwo się umiera. A teatr to są po prostu sprawy do załatwienia. Gdybym otworzyła fabrykę komputerów, tobym się martwiła, ale – na litość boską – ja otworzyłam teatr, czyli coś, na czym się teoretycznie znam.

W dniu śmierci męża zagrała pani spektakl. Pamięta pani coś z tego?

To że siedziałam sama w kulisie w kostiumie, w różowym peniuarze, to że wyszłam na scenę, a potem już nic nie pamiętam. Prawdę powiedziawszy, nie pamiętam wielu miesięcy przed i po. Zresztą byłam na silnym leku. Pewnie dlatego.

Myśli pani, że mąż byłby zadowolony, że opowiedziała pani o jego śmierci?

Pewnie głośno mówiłby, że nie, albo w ogóle by się nie odzywał, ale tak naprawdę byłby bardzo zadowolony. Każdy byłby zadowolony. Ja też bym chciała, żeby o mnie ktoś zrobił film po mojej śmierci. Tylko żeby miał talent!

http://www.polityka.pl/tak-latwo-sie-um … 288315,18/

PS. Pani Krysiu bardzo dziękuję Pani za ten wywiad… Samo podziękowanie, bo ja już nie mam słów, żeby tę Państwa Miłość doskonałą opisywać… Zresztą przecież Pani wie… Ale ta Pani ostatnia odpowiedź… Boże, tylko nie za wcześnie…
Wszystkiego co najlepsze życzę!
Julita

przez Magnolia Cz, 23.04.2009 20:27
Kochana Pani Krysiu, Moja ulubiona…

i jak się udał dzień?
U mnie ostatni dzień lenistwa, od jutra wracam do pracy (no wreszcie! ).
A dziś poszłam do fryzjera, bo już okropnie wyglądałam i co? – chyba za krótko wyszło, trudno odrosną… mniej do czesania

Czytam ostatnio Virginii Woolf – „Między aktami’, jej ostatnią powieść..
Matko! Wszystko kojarzy mi się .. z „Tatarakiem”. Jest tam taki fragment:
“Woda ściekała w to zagłębienie terenu przez setki lat i teraz stała w nim – głęboka na cztery czy pięć stóp – ponad ciemną poduchą mułu. (…) gdzie drżące trawy tworzyły obrąbek potakujących cieni. (…) W tej głębi, w tym czarnym sercu, utopiła się kiedyś dziedziczka.”
Czytała może Pani? Chociaż w okresie premiery chyba byłoby to trudne. W takich gorących okresach to zupełnie jest Pani „wyłączona”?

A mój „tatarakowy” album, który zamówiłam we wtorek do tej pory do mnie nie dotarł, obiecali, że jutro wyślą Jutro, jak się nic nieprzewidzianego nie wydarzy, to ja zobaczę wreszcie „Tatarak”

A maj zapowiada się przepięknie… Dancing & Shirley.. Jak ja się cieszę
Wspaniały, poruszający i porywający me serce Dancing i Kochana Shirley, to ta, która wyznacza kierunek marzeniom…!!!

Jak zwykle serdecznie Panią pozdrawiam i do miłego…

przez pastelowy Cz, 23.04.2009 12:53
Pani Krystyno,

Jak nie stracić pogody ducha, jak pozostać optymistą, bo przecież psychologowie twierdzą ,ze takim ludziom żyje się lepiej.
Już jakiś czas temu kiedy wyszłam z przedstawienia Ucho gardło nóż, poruszona wyznaniami Tonki zaczęłam się zastanawiać co ja mam zrobić z tymi emocjami? Gdziekolwiek człowiek się nie obejrzy spotyka ludzkie dramaty, nieszczęścia. W Ugandzie dzieci myją samochody, czyszczą buty, żebrzą, są uprowadzane i wcielane do armii. W Stanach jakiś psychopata znowu zastrzelił uczniów. W Polsce- pożar…
Wczoraj obejrzałam Tatarak. Dziękuję, że opowiedziała nam Pani swoja historię (choć wiem, że przede wszystkim zrobiła to Pani dla siebie, z potrzeby serca).Wyszłam z tego filmu głęboko poruszona. Na pewno wybiorę się do kina jeszcze raz na ten film.
Boję się śmierci, boję się nagłych nieprzewidzianych, złych zdarzeń. Przeraża mnie upływ czasu. Przeraża mnie starość i to że będę ciężarem dla swoich dzieci i bliskich.
Pani Krystyno, pytam Pani jak przy tym wszystkim zachować radość życia i pogodę ducha? Staram sie doceniac drobiazgi, cieszyć się pierwszymi wiosennymi listkami, nowym wypowiedzianym słowem przez mojego synka, ze mam kochającego męża, ale każdego dnia dociera do mnie ,że ja tu sobie tak spokojnie żyję a wkoło tyle tragedii i nieszczęść.Czym mam przestać współodczuwać, czy się separowac od tego, udawać,ze tego nie dostrzegam? Media bombarduja złymi informacjami , bo przeciez takie wywołuja sensacje i najlepiej się sprzedają. Zauważyłam u siebie, ze ostatnio uciekam od złych obrazów, emocji, informacji – może staję się nadmierną egoistką? Przecież mam tylko jedno życie. Ja nie wierze w życie po śmierci. Moim zdaniem, z całym szacunkiem dla ludzi wierzących, ludzie to wszystko wymyślili ze strachu przed „nicością” . Staram sie je przeżyc jak najlepiej.
Po tym co usłyszałam od Tonki pomyślałam, jakie to okrutne, jakie to życie jest okropne, byłam zdruzgotana a dźwięk włączonego telewizora długo jeszcze pobrzmiewał w moich uszach…Pomyślałam tak jak kiedyś Pani powiedziała. „Jakie to szczęście ,że żyje tu i teraz, tylko czy to nie jest równoznaczne z „jakie to szczęście ,ze nie przytrafiło się to mnie?

Pozdrawiam serdecznie
Karina

przez nat Cz, 23.04.2009 11:48
Jak reżyserować śmierć
2009-04-23

Film „Tatarak” Andrzeja Wajdy imponuje jako akt artystycznej odwagi, nie jest jednak arcydziełem. Od piątku w kinach

„Tatarak” ma dwoje bohaterów. Pierwszym z nich jest Krystyna Janda, która w tym filmie gra dwie postacie: doktorową Martę, bohaterkę noweli Jarosława Iwaszkiewicza, oraz siebie, aktorkę, która wypowiada przed kamerą własny tekst, dotykający najbardziej osobistych doświadczeń.

Drugim bohaterem jest Andrzej Wajda. On też występuje w podwójnej roli. Jest autorem filmu, który oglądamy, a równocześnie widzimy go za kamerą: starego reżysera realizującego „Tatarak” Iwaszkiewicza – opowiadanie o pogoni starzejącej się kobiety za życiem i młodością – przeciętej gwałtowną śmiercią chłopca, który wzbudził w niej wstydliwą, niespełnioną namiętność. Chłopak tonie na jej oczach w najgłupszy sposób – zrywając z dna jeziora pędy tataraku.

W trakcie realizacji „Tataraku” zdarzyła się śmierć prawdziwa. Zmarł na raka Edward Kłosiński, mąż Krystyny Jandy, operator filmów Wajdy. Śmierć rozbiła fikcję, przerwała prace nad filmem. Jednak Wajda powrócił do „Tataraku”. Włączył tę prawdziwą śmierć do swego filmu. Zderzył śmierć opowiedzianą w literaturze z monologiem Krystyny Jandy, która opowiada o śmierci prawdziwej.

Ten monolog działa w filmie silniej niż Iwaszkiewiczowski „Tatarak”.

Janda mówi go w sztucznie wykreowanej przestrzeni pokoju hotelowego. Sztuczność tej sytuacji razi w pierwszej chwili. Słucha się tego monologu w takim napięciu, jakby się obserwowało kogoś stąpającego po linie. Czy aktorce starczy kunsztu, aby przekazać graniczne doświadczenie? Starczyło. Tekst, który sama napisała, mówi z pamięci, beznamiętnym, obiektywnym tonem. Słuchając jej, nie mogę przestać myśleć: jak ona to robi? W czym jej to pomaga? W czym mnie może to być pomocne? Co to znaczy dla mnie?

W jej monologu zwraca uwagę kilka momentów, które dotyczą choroby i śmierci, ale zarazem w szczególny sposób wiążą się z aktorstwem. Moment wyjawienia choremu diagnozy Krystyna Janda analizuje jak scenę teatralną. Diagnoza okazuje się fatalna. Wszyscy obecni – lekarz, chory i jego żona – grają, każdy na swój sposób. Grać – oznacza tutaj: zachować twarz, nie zranić, nie rozpaczać. Inaczej mówiąc, okazać nadzieję. Ale nie tylko okazać – mieć ją naprawdę.

„Tatarak” Wajdy mówi o sile sztuki, o tym, ile jest warta, co znaczy wobec potęgi śmierci degradującej, unicestwiającej człowieka. W dniu śmierci swojego męża Krystyna Janda nie odwołała przedstawienia, poszła grać – mówi nam o tym z ekranu. Wiejskie kobiety z dokumentu Małgorzaty Szumowskiej „A czego tu się bać?” śpiewałyby pieśni przy zmarłym, modliłyby się. Aktorka rozumie swoją powinność inaczej – opowiada nam o tym, jak towarzyszyła umieraniu. Mówi nam o tym z dystansem, wykorzystując cały swój kunszt. To, co najbardziej bolesne, odsyła w sferę sztuki i oddaje swojej widowni.

To, co nazywamy „grą”, nabiera heroicznego sensu. W adaptacji „Tataraku” Iwaszkiewicza (choć akurat ten motyw wzięty jest z opowiadania Sandora Maraia) takim heroizmem na co dzień jest zachowanie lekarza (Jan Englert), który nie daje żonie poznać, że z prześwietlenia płuc wyczytał jej bliską śmierć. Ale również żona, która zapewne się tego domyśla, zachowuje spokój, który przerwie pojawienie się na jej horyzoncie chłopca, Bogusia.

Opowiadanie Iwaszkiewicza uzupełnione motywami z Maraia (pisarza o zupełnie innym charakterze, moralisty) zostało w filmie Wajdy tak przykrojone, żeby rymowało się z sytuacją osobista aktorki. Stanowi jedynie tło dla jej dramatu. I tak jak monolog hotelowy jest rodzajem autoterapii aktorki, terapią jest również rola Marty w „Tataraku”.

W pięknej scenie ukazującej kulisy realizacji Wajda na rzecznej przystani wprowadza Jandę w atmosferę opowiadania. Prosi ją o przeczytanie pierwszych zdań tekstu, o tym, że „tatarskie ziele ma dwa zapachy”, i że obok „kadzidlanej woni” czuje się w nim „zapach błotnistego iłu”. W swojej najsubtelniejszej warstwie „Tatarak” jest gestem reżysera wobec swojej aktorki. Realizacja „Tataraku” ma być dla aktorki rodzajem szczepionki przeciwko śmierci. Jej praca zakończy się rozpaczliwą ucieczką z planu zdjęciowego w scenie śmierci Bogusia.

W tym zderzeniu „filmu” i „życia” razi – niestety – sztuczność całego założenia. Gdy ekipa Wajdy szuka zaginionej aktorki, my, jakby nigdy nic, obserwujemy jej ucieczkę, zadając sobie pytanie: czyja kamera śledzi Jandę? Czy Wajda chciał w ten sposób podkreślić, że nie ma czegoś takiego, jak „samo życie” i wszystko, co oglądamy, zostało wykreowane?

Z punktu widzenia drogi artystycznej Wajdy „Tatarak” jest dziełem niezwykle charakterystycznym. Jednym z głównych tematów Wajdy – począwszy od debiutanckiego „Pokolenia”, a skończywszy na „Katyniu” – jest protest przeciw śmierci. Wajda przywołuje obrazy tragicznej śmierci młodych ludzi (niekoniecznie wojennej). Wajda przygląda się śmierci ze zgrozą, przemieszaną z fascynacją. „Tatarak” brzmi jak wyznanie: dopóki możemy robić filmy, reżyserować obrazy śmierci, dopóty żyjemy. Jak Krystyna Janda ucieka z planu w scenie śmierci, tak reżyser „Tataraku” ucieka przed śmiercią, robiąc o niej film.

Podobny gest ucieczki Wajda wykonał przed laty we „Wszystko na sprzedaż”, filmie, który był reakcją na śmierć Cybulskiego. W pamiętnym finale kamera biegła za następcą aktora, który zginął – młodym Danielem. W „Tataraku” jest jednak inaczej: artyści kierują kamerę na siebie, na swoją własną sztukę. Może dlatego ten film wywołuje we mnie efekt obcości, trzyma na dystans, nie wpuszcza do środka i działa słabiej niż inny polski film ostatniego sezonu: „33 sceny z życia”?

Szumowska dotknęła prawdy, jaką jest nasza bezradność wobec śmierci. Bezradność niedająca się zagłuszyć ani przez sztukę, ani przez religię. Przyznanie się do niej budzi jednak poczucie solidarności.

Natomiast w „Tataraku” wystudiowane melancholijne piękno obrazów tworzy chłodny dystans i w rezultacie przysłania to, co w tej historii jest goryczą, bezradnością, szczerością.

Wobec śmiałości części współczesnej zbladła w filmie śmiałość opowiadania Iwaszkiewicza, dla którego nie tyle sztuka przeciwstawiona jest śmierci, lecz także eros. Boguś, chłopak znad rzeki, który w opisie Iwaszkiewicza przypomina niemal jakiegoś proletariackiego Dionizosa, w filmie jest postacią nijaką (Paweł Szajda). Filmowa pani Marta, żona lekarza z nadwiślańskiego miasta, to ktoś w rodzaju Matki Polki pogrążonej w żałobie po synach, którzy zginęli w Powstaniu. Tymczasem Iwaszkiewicz kładzie nacisk na co innego – wyrwanie się niekochanej kobiety z martyrologicznego kręgu. Pozwala swojej bohaterce pod koniec życia, na jeden moment porzucić nękające ją „poczucie zbędności istnienia”.

Porzucając wstyd, dziwiąc się samej sobie, pani doktorowa biegnie za chłopakiem, który „wyłonił się spomiędzy wiklin i szedł ku niej swoim tanecznym krokiem w malutkich slipach cytrynowego koloru”.

„Tatarak” Iwaszkiewicza – opowiadanie będące zakamuflowanym wyznaniem pisarza – to drapieżna dionizyjska opowieść o spóźnionej namiętności, która nie mieści się w życiu i która potrzebuje aż śmierci, żeby się spełnić.

Tadeusz Sobolewski
Gazeta Wyborcza
____________________________________________________________________________________________

Za mało Iwaszkiewicza w ”Tataraku” Wajdy

Po premierze na tegorocznym Berlinale część krytyki obwołała ”Tatarak” najlepszym filmem festiwalu. Inni jednak podkreślali jego zbytnią hermetyczność, niemożność zbliżenia się do bohaterów. Ozdobą obrazu jest wybitna rola Jandy, ale to za mało, żeby film uznać w pełni za udany. Akcja grzęźnie w monologach – autoterapeutycznych i zbyt teatralnych.

Wszystko jedno, czy zna się genezę filmu, czy ma się świadomość pozaekranowego kontekstu – trudno się przebić przez jego formalną strukturę do wewnątrz, sięgnąć sedna opowieści. Mimo wszystko nie da się chyba nie czytać tego filmu przez osobistą historię Jandy. Nie byłoby tego filmu, gdyby nie było w nim Jandy, Kłosińskiego i ich traumatycznej historii. W tym sensie trzeba by „Tatarak” uznać za wspólny film Wajdy i Jandy. Wajda, owszem, zainscenizował wszystkie plany filmowe i sam się wewnątrz filmu umieścił. Kamera to pokazuje. Pochylony nad książką odczytuje początek opowiadania Iwaszkiewicza o tym, że tatarak ma zdumiewającą woń „wody ocienionej wierzbami”, a zarazem zapach śmierci. Ale gdyby nie było osobistej historii Jandy, to wyszłaby z tego czytania jakoś niepełna, jakoś niedokończona ekranizacja. Bo Wajdzie nie do końca udało się oddać ducha iwaszkiewiczowskiej literatury. Nie ma w tym filmie ani dusznej aury zakazanej namiętności, ani niemal erotycznej gry ze śmiercią. Monolog Jandy zagłuszył Iwaszkiewicza. W pustym hotelowym pokoju wystylizowanym na obrazy Edwarda Hoppera aktorka rozpoczyna swój aktorski monodram mówiony napisanym przez nią samą tekstem o ostatnich miesiącach życia swego męża. Monodram intymny, ale zarazem wypreparowany z przypadku, z nerwowości, rozbiegania. Janda ani przez moment nie posuwa się do emocjonalnego szantażu, nie sprzedaje swej prywatności na bazarze tabloidowych sensacji, nie popada w histerię.

Za chwilę ta sama Janda wcieli się w doktorową Martę – kobietę w średnim wieku nieświadomą własnej śmiertelnej choroby. Pewnego dnia poznaje Bogusia (Paweł Szajda), 20-letniego chłopaka, który młodzieńczą energią z jednej strony przypomina jej o tragicznej śmierci syna, z drugiej pozwala na nowo odkryć uroki życia. Tę część narracji Wajda konstruuje z nieprzekonujących dialogów, teatralnych póz, co w rezultacie skończyć się musiałoby kolejnym skostniałym dziełem zakonserwowanym w formalinie formy. Gdyby nie Janda właśnie. Wzajemne komentowanie się i oświetlane planu czytania Iwaszkiewicza z narracją Jandy daje przyczynek do mimo wszystko poważnej rozmowy o śmierci, w od początku do końca założonej konwencji. Pewien opór, jaki sprawia ten film, dystans, z jakim się go ogląda, wydaje się więc mimo wszystko nieprzypadkowy. Ten film nie jest zrobiony, aby chwycić za gardło, wstrząsnąć albo po cieszyć. Bo też trudno nawiązać więź z ekranowymi postaciami, trudno się skupić na ich losach, gdy co chwila wyrywa się nas z jednego narracyjnego planu i wrzuca w inny. Taki zabieg działa tak jak efekt obcości w teatrze Brechta. Ostentacyjnie podkreślanie, że to, co oglądamy, to nie życie, tylko sztuka, nie pozwala bezpiecznie zanurzyć się w fikcji. Każe co chwila mierzyć się ze świadomością, że tak jak u Iwaszkiewicza młodość nagle przechodzi w śmierć – tak i w życiu śmierć jest wciąż obecna i realna. Nie tylko ta, która zdarzyła się naprawdę, śmierć Edwarda Kłosińskiego, ale także i świadomość śmierci ciążąca nad samym egzorcyzmującym nieuchronną ostateczność twórcą.

Wajda gra sam ze sobą, nawiązuje do samego siebie. Nieprzypadkowo pojawia się „Popiół i diament” Andrzejewskiego, nieprzypadkowo w rozmowie o synach, którzy zginęli w powstaniu, pada zdanie o pokoleniu samobójców. Tych samych, których oglądaliśmy w „Kanale”, „Pokoleniu”. Można by zrekonstruować na podstawie tego filmu katalog problemów, tematów, prywatnych mitów Wajdy. Mamy tu odwołania do filmów nakręconych na podstawie Iwaszkiewicza, a nawet wszystkich filmów Wajdy na podstawie literatury, mamy napięcie między powinnością a prywatnością, życiem i śmiercią.

Ale mimo to Wajdy jest w tym filmie za mało. Trzecia narracyjna warstwa – swego rodzaju film w filmie – zamiast Wajdę dodatkowo uobecnić, redukuje go do funkcji siedzącego na stołku reżysera kręcącego film. Ta płaszczyzna „Tataraku”, która miała być esejem o filmie, okazała się zupełnie zbędna. Nie udało się, mieszając fikcję z rzeczywistością, osiągnąć efektu, który Wajda uzyskał we „Wszystko na sprzedaż”, gdzie metafilmowy poziom niósł jakąś nadwyżkę sensu, sygnalizował ton osobistej spowiedzi, rozliczenia. Tutaj można ten metatekstowy poziom wytłumaczyć, ale obronić go trudno. Wtedy Wajda stchórzył i zamiast pokazać na ekranie samego siebie, kazał grać siebie Andrzejowi Łapickiemu. Po latach przyznał, że popełnił błąd.

Teraz próbował tego błędu nie popełnić. Pokazuje się w „Tataraku” fizycznie i symbolicznie, ale jego zredukowana fizyczna obecność paradoksalnie osłabia symboliczne sensy. A zupełnie niezrozumiała sekwencja, gdy Janda w kulminacyjnej scenie ucieka z planu w kostiumie kąpielowym, kompletnie rozbija dramaturgiczne napięcie między trzema poziomami narracji. W efekcie ani poroniona warstwa filmu w filmie, ani dość w gruncie rzeczy powierzchowna oś opowieści Iwaszkiewicza nie wytrzymują ciśnienia monodramu Jandy. Słuchając jej monologu, zagłębiając się w osobistą spowiedź, w osobiste autoterapeutyczne katharsis, jakoś chcąc nie chcąc, tracimy zainteresowanie historią filmowej Jandy – Marty. To chyba największy problem tego filmu – za mało Iwaszkiewiczowskiego „Tataraku” w „Tataraku” Wajdy. Cała czysto narracyjna warstwa tego filmu staje się w efekcie tylko komentarzem do intymnych zwierzeń aktorki. Znaczącym, dopełniającym, ale jednak obdartym z pełni znaczeń, niekompletnym albo wręcz przeciwnie, zbyt wiele chcącym powiedzieć naraz – o śmierci, próbie oszukania przemijania, bezbronności wobec rzeczy ostatecznych.

Wojtek Kałużyński
Dziennik
____________________________________________________________________________________________

„Tatarak” – wszystko na sprzedaż?
23.04.2009

„Tatarak” przynosi więcej pytań niż odpowiedzi, ale te pytania są fascynujące

Czy to wyznanie wiary w kino, czy może ucieczka od zrobienia filmu? Śmiały zamysł artystyczny czy wyraz bezradności? Rzecz o tym, że sztuka nadaje bezsensownym zdarzeniom jakiś sens, czy opowieść o jej zachłanności i cynizmie? „Tatarak” nie jest – jak chciało jury berlińskiego festiwalu – filmem innowacyjnym (wie to każdy, kto widział choćby „Wszystko na sprzedaż” samego Wajdy), ale bez wątpienia intrygującym.

Zderzając poprawną ekranizację Iwaszkiewiczowskiego „Tataraku” ze scenami z planu i mocnym monologiem Krystyny Jandy opowiadającej o chorobie i śmierci męża Edwarda Kłosińskiego, Andrzej Wajda w zasadzie ujawnia słabość konwencjonalnej narracji, literackich zasłon, całego tego kulturowego filtru, przez który opowiadamy o rzeczywistości. Jakim filmem byłby „Tatarak” bez spowiedzi Jandy? Fabularne fragmenty nie są powalające, to Iwaszkiewicz potraktowany dosłownie – mamy więc modernistyczne zapasy Erosa z Tanatosem w atmosferze dusznego lata i sunącą rzekę jako symbol przemijania.

Siła filmu pochodzi skądinąd: z napięcia między fikcją próbującą oddać „prawdę życia” i życiem, dla którego twórcy próbują znaleźć adekwatną formę. Krystyna Janda w dekoracjach pożyczonych z obrazu Edwarda Hoppera nie wylewa z siebie potoku zwierzeń, lecz recytuje swój monolog. Kim jest na ekranie? Sobą czy aktorką? – Nie wiem, jak mogłam wtedy grać – wspomina dzień śmierci męża, w którym jak co dzień wyszła na scenę.

„Tatarak” jest nie tylko próbą dotknięcia fenomenu, jakim jest proces twórczy. To także przyznanie, że w artyście nie mieszka jedynie sama wrażliwość, ale i rodzaj bezwzględności czy egoizmu, dla których sztuka bywa dobrym alibi. Wyznanie tym śmielsze, że Wajda powtarza gest swojej aktorki, czyniąc z jej „spowiedzi” jeden z atutów własnego filmu. W „Tataraku” starzejący się Andrzej Wajda podejmuje więc temat śmierci nie tylko przez filtr literatury, ale też cudzego doświadczenia. Zrobić bardzo osobisty film ale samemu się przy tym nie odsłonić – czy nie na tym polega reżyserski geniusz?

Małgorzata Sadowska
„Przekrój”
____________________________________________________________________________________________
Wyimki z wywiadu z Pawłem Szajdą:

Z podziwem patrząc na Krystynę Jandę. Paweł Szajda, gwiazda „Tataraku”
23 kwietnia 2009

Jego oboje rodziców są Polakami, on sam urodził się już w Stanach Zjednoczonych. O aktorstwie marzył jeszcze w szkole średniej. Pierwszą poważną rolę zagrał w „Pod słońcem Toskanii”, znamy go też z serialu „Generation Kill: Czas wojny”. Teraz o dwudziestosiedmioletniego Pawła Szajdę poprosił sam Andrzej Wajda, powierzając mu rolę w swym najnowszym filmie „Tatarak”. Między innymi o tym wydarzeniu rozmawialiśmy z odtwórcą postaci Bogusia w kolejnej adaptacji prozy Jarosława Iwaszkiewicza.

Artur Cichmiński: Często bywasz w Polsce?

Paweł Szajda: Teraz już nie. Częściej bywałem kiedy byłem młodszy i miałem szkolne wakacje. Przyjeżdżałem wtedy na miesiąc, dwa. Od paru już jednak lat tego nie robię. Na dłużej byłem tutaj jeszcze podczas studiów i na kursie językowym organizowanym przez UJ.

Podczas konferencji prasowej po projekcji filmu „Tatarak” powiedziałeś, że ten film jeszcze bardziej Cię przekonał, aby być aktorem.

Już praca przy tym obrazie była wyjątkowa. Patrzyłem pełen podziwu na to, jak pracowała pani Krystyna Janda, która wkładała do swej roli część swego życia i cały czas próbowała zrobić coś lepiej i lepiej. Jej osoba to, co przeżyła, bardzo mnie zafascynowało. Stała się dla mnie przykładem do naśladowania. Urzekła mnie siła jej aktorstwa, jak i sama osobowość. To wszystko jeszcze bardziej przekonało mnie do tego zawodu.

Jak w takim razie wyglądało spotkanie z Mistrzem, Andrzejem Wajdą? Nie paraliżowało Cię poznanie legendy kina?

Na początku, jeszcze przed przyjazdem na zdjęcie próbne. Potem również na krótko przed samymi zdjęciami, jednak pan Andrzej potrafił bardzo szybko mnie uspokoić. Rozmawialiśmy może przez piętnaście minut, podczas których nie pytał mnie o postać i scenariusz tylko o moją rodzinę, o mnie samego. Był bardzo ciekawy kim jestem. To mnie naprawdę uspokoiło, kiedy Andrzej Wajda patrzył na mnie nie tyle, jak na aktora, co na osobę. Od tamtej pory nie miałem już żadnych problemów z odnalezieniem się na planie.

Andrzej Wajda znany jest z tego, że chroni i dba o swoich aktorów, wytwarza taką rodzinną atmosferę. Poczułeś to również?

Coś w tym jest. Pan Andrzej stawia bardzo wyraźnie na współpracę. Wie, że robiąc film naprawdę wspólnie, będzie on lepszy.

Czy po tym filmie coś się zmieniło w Twoim zawodowym życiu?

Mam nadzieję, że coś się dopiero zmieni. Moim sukcesem jest już to, że mogłem spotkać się z tymi wszystkimi ludźmi. Nigdy nie myślałem, że coś takiego mi się przydarzy.

Kiedy otrzymałeś propozycję zagrania w „Tataraku”, wiedziałeś kto w nim gra?

Wiedziałem tylko, że bierze w tym udział pani Krystyna Janda. O reszcie dowiedziałem się później. To jest zresztą ciekawe w samym aktorstwie. Nigdy nie wiadomo, co i jak się ułoży, kogo spotka się na swej drodze. Po tym jak skończyłem „Pod słońcem Toskanii” mogłoby się wydawać, że po pewnym sukcesie tego filmu będzie mi łatwiej. Wcale tak nie było. Dalej muszę po prostu walczyć o kolejne role. Trzeba chodzić na castingi i robić wszystko, by przekonać reżysera, że jest się najlepszą osobą do tej czy innej roli. Jeśli to się uda, masz rolę.

Czy udział w tym filmie był też dla Ciebie jakąś nauką zawodu, czymś nowym wobec tego, co doświadczyłeś za oceanem?

Wydaje mi się, że przy każdym filmie uczymy się czegoś nowego. Nie mniej jednak ta praca, zarówno tu czy gdziekolwiek indziej, nie różni się w zasadzie niczym. Wszędzie na planie jest tak samo. Każdy musi być profesjonalistą w tym, co robi. Aktor przygotowuje się do swojej roli tak, jak umie. Chodzi o to, żeby efekt był potem zadowalający na ekranie. Tego każdy powinien wymagać przede wszystkim od siebie.

Pawle jaki miałeś w kontakt z polskim kinem czy w ogóle ze sztuką? Przecież nazwiska Wajda czy Janda nie były Ci bynajmniej obce?

Tak to prawda znałem te nazwiska. W USA nie miałem też zbyt dużych problemów z poznawaniem polskiego kina, ale to dzięki rodzicom. Co prawda niechętnie patrzyli na to bym oglądał telewizję, ale jeśli jakiś tytuł był grany niedaleko w kinie, wtedy mnie ze sobą zabierali. Pożyczaliśmy również kasety, ale to już nie to samo, co zobaczyć pełen obraz na dużym ekranie. Jest coś magicznego w ciemnej kinowej sali i we wspólnym przeżywaniu filmowego dzieła. Gdybym mógł w taki sposób zobaczyć więcej polskich filmów na pewno byłoby lepiej, ale musiało mi wystarczyć to, co było.

„Katyń” zobaczyłeś w kinie?

Tak, w kinie. Miałem wtedy lecieć do Kalifornii, tymczasem pokaz był tylko w jednym kinie na Manhattanie, ale musiałem pójść i ten film zobaczyć. Wcześniej będąc w Polsce oglądałem go na DVD, jednak to nie to samo. To było naprawdę wzruszające przeżycie. Poza tym rok temu w Nowym Jorku odbywał się przegląd 32 filmów Andrzeja Wajdy. Obejrzałem tam raz jeszcze „Człowieka z marmuru”, gdzie gra pani Krystyna Janda, a którą chciałem pokazać też moim kolegom. Poza tym wspaniałą, epicką „Ziemię obiecaną”.

Jesteś gotów na oferty pracy w Polsce?

Oczywiście, że tak. Bardzo chciałbym dalej tutaj pracować. Uwielbiam ten kraj, chcę być też bliżej, naprawdę licznej, rodziny. Moi kuzyni zaczynają się żenić, niektórzy mają już dzieci, dobrze byłoby być blisko nich.

Masz już jakieś propozycje z Polski

Są takie. Nie ma jeszcze nic konkretnego, ale prowadzone są rozmowy. Mam propozycje z Polski, ale też i ze Stanów.

Czyli jest szansa, że niedługo znów zobaczymy Cię w polskiej produkcji?

Tak.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Stopklatka
____________________________________________________________________________________________

http://www.vipnews.pl/page,article,aid,5235,index.php

http://www.plejada.pl/7601,1,2,zobacz__kto_pojawil_sie_na_premierze_tataraku,fotogaleria_duze.html

http://film.onet.pl/zwiastuny/0,65453,,,322,fotonews.html
http://film.wp.pl/idGallery,4690,idPhoto,192873,galeria.html

…a już myślałam, że nie będzie uśmiechu.

I filmik jeszcze:
http://www.plejada.pl/94151,0,tylko_u_nas,najnowsze,0,dotknelo_mnie_to_do_zywego,wideo.html
____________________________________________________________________________________________
Kłaniam się nisko,
N.

przez Julita89 Cz, 23.04.2009 11:28
Czwartek, 23 kwietnia (07:49)

W środę, 22 kwietnia, w warszawskim Multikinie Złote Tarasy odbyła się uroczysta premiera najnowszego filmu Andrzeja Wajdy „Tatarak”. Wśród licznych gości nie zabrakło Władysława Bartoszewskiego.

„Tatarak” Andrzeja Wajdy dotknął najczulszych strun.

„Mocne uderzenie w splot słoneczny. Jestem tak głęboko dotknięta, że nie znajduję słów, żeby to opisać. Jedyne o czym marzę, to wyjść stąd i pobyć sam na sam z wrażeniami z filmu” – powiedziała wzruszona do łez Danuta Stenka.

„Wzruszający, przepiękny, wybitny…” – przyznała Katarzyna Żak.

„Bardzo przejmujący film o śmierci. Wajda doskonale połączył dwa wątki – Tatarak Iwaszkiewicza i opowieść Krystyny Jandy o śmierci jej męża Edwarda Kłosińskiego. Znamy Krystynę, znaliśmy Edwarda. Poruszająca historia” – zaznaczył Cezary Żak.

Podobnych reakcji po premierze „Tataraku” w Multikinie Złote Tarasy było znacznie więcej. A wyśmienitych gości nie brakowało. Na premierze filmu pojawili się m.in. Karolina Wajda, Janusz Gajos, Krzysztof Kolberger, Maja Komorowska, Magdalena Cielecka, Małgorzata Kożuchowska, Maciej Zakościelny, Władysław Bartoszewski, Rafał Królikowski, Ilona Ostrowska, Ilona Łepkowska, Janusz Morgenstern i Feliks Falk.

„Tatarak” to pierwsze po latach spotkanie Wajdy z Krystyną Jandą, która debiutowała u niego w „Człowieku z marmuru”.

„Uznałem, że Iwaszkiewicz będzie najlepszym pretekstem do tego spotkania. Historia o ciężko chorej kobiecie, która na progu śmierci opowiada najbardziej intymną przygodę miłosną swojego życia, rzadko trafia się w literaturze. W tej roli zawsze chciałem zobaczyć Krystynę Jandę” – wyjaśnił Wajda.

Aktorka z kolei przyznała, że to jedna z najpiękniejszych opowieści o aktorstwie. Grając w niej postawiła na prostotę i prawdę.

„Ta rola to połączenie mnie, Krystyny Jandy, bo gram tam siebie, i pani Marty. To film o aktorce, która gra rolę Marty. Opowieść o zawodzie, życiu i śmierci” – przyznała.

I, jak to bywa u Iwaszkiewicza, erotyka łączy się nierozerwalnie ze śmiercią, czego symbolem jest tytułowy tatarak.

„To film Krystyny Jandy. Dla wszystkich najważniejsza była skromność i prostota gry” – powiedział Jan Englert, grający doktora, męża pani Marty.

Na premierze obecny był również odtwórca roli Bogusia – Paweł Szajda, amerykański aktor polskiego pochodzenia.

„Wśród polskich aktorów nie znaleźliśmy żadnego, który by się z tą rolą rymował. Może dlatego, że postać z Tataraku to chłopiec jakby z innej epoki. Paweł wniósł do roli naiwność i świeżość, rodem ze świata, który minął” – powiedział reżyser.

Jak najlepszego zdania o młodym aktorze była również Krystyna Janda: „Paweł jest bardzo polskim chłopcem – dobrze wychowany, kulturalny. Kindersztuba, takt i urok. W dodatku świetnie się fotografuje, i ten uśmiech na ekranie! Po prostu cud, że się zjawił – uroczy, niewinny, czysty”.

AKPA

http://film.interia.pl/wiadomosci/film/ … ku,1294849

———————————————————————————————————————————

Zdzisław Pietrasik
Tatarak
Recenzja filmu „Tatarak”, reż. Andrzej Wajda
POLITYKA

Historia powstawania tego filmu zasługiwałaby na film. Najpierw pojawił się pomysł ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza, z którym Andrzej Wajda ma jak najlepsze doświadczenia („Brzezina”, „Panny z Wilka”). Ale „Tatarak” to utwór zwięzły, przy nadzwyczajnych wysiłkach scenarzysty dałoby się może nakręcić film 40-minutowy, ale nic więcej. Podejmowano zatem próby dopisania dodatkowych wątków do oryginału, angażując autorów tak znanych jak Olga Tokarczuk, lecz rezultaty nie były do końca zadowalające. Wtedy do sztuki wmieszało się życie. Krystyna Janda zaproponowała, że opowie o śmierci swego męża, operatora Edwarda Kłosińskiego, z którym Wajda współpracował wielokrotnie i który miał robić zdjęcia do „Tataraku”. Reżyser, który nieprzypadkowo na ostatnim festiwalu w Berlinie dostał nagrodę za „wyznaczanie nowych perspektyw sztuki filmowej”, zrozumiał natychmiast, że to jest owo uzupełnienie Iwaszkiewiczowskiego opowiadania, którego dotychczas bezowocnie poszukiwał.

Monolog aktorki doskonale wpisuje się w klimaty „Tataraku”, w warstwie fabularnej opowiadającego o fascynacji starszej kobiety młodym chłopcem, ale w istocie o przemijaniu i śmierci. W rezultacie mamy na ekranie trzy główne uzupełniające się wątki: rozbudowany w niektórych momentach oryginał, wyznania Jandy oraz film o tym, jak powstaje film. Ta trzecia warstwa, pomijając prolog, w którym twórcy czytają początek opowiadania Iwaszkiewicza („Tatarskie ziele ma dwa zapachy…”), jest chyba najsłabsza. To, co zostało wzięte wprost z oryginału, Wajda przekłada w swoim stylu na język obrazów. Niech się Mistrz nie obrazi, ale najważniejsza w tym filmie jest Krystyna Janda. Gra Martę z Iwaszkiewicza, a wprost do kamery opowiada przejmująco historię umierania męża, aż do samego końca. Nie dajmy się jednak zwieść pozornej spontaniczności tych sekwencji – to nie są bowiem improwizowane monologi, to jest najprawdziwsza aktorska kreacja. Kto Jandzie grającej Jandę uwierzy, tego film głęboko poruszy. Kto nie uwierzy, będzie zapewne rozczarowany. Ja uwierzyłem.

—————————————————————————————————————

Recenzje – Tatarak

Młoda śmierć (kino)

Andrzej Wajda powraca do bardziej kameralnego tonu i po latach sięga po prozę Jarosława Iwaszkiewicza, by raz jeszcze zmierzyć się z tematem śmierci panoszącej się w ulotnych dekoracjach ludzkiego przemijania. Eros i Tanatos biorą się za bary, szkoda tylko, że zamiast funeralnego szumu tataraku słychać tu zbyt często szelest papieru.

Napisane krótko po wojnie kilkudziesięciostronicowe opowiadanie to historia starzejącej się żony prowincjonalnego lekarza, która w samotni małego miasteczka próbuje zapomnieć o traumie związanej ze śmiercią dzieci (obaj synowie zginęli w Powstaniu Warszawskim). Pewnego dnia zwraca uwagę na dwudziestoletniego Bogusia, w jego młodości i świeżości dostrzega szansę na ucieczkę przed przemijaniem. Nawiązuje z nim specyficzną, na poły matczyną, na poły erotyczną relację, jednak ucieczka przed śmiercią okazuje się daremna, ta ostatnia jak zawsze zaatakuje z najmniej oczekiwanej strony. W filmie rolę Marty wspaniale kreuje Krystyna Janda, co ciekawe – w wyniku zabiegów reżysera, to ona sama, a nie literacka postać, staje się główną bohaterką filmu i jego największym atutem. Wajda postanowił bowiem połączyć opowiadanie Iwaszkiewicza z nowelką Sandora Maraia, a także napisanym specjalnie do filmu monologiem Jandy. Mamy więc trzy różne filmy mające spleść się w jedną opowieść, w której głównymi tematami są: śmierć, starość i… aktorstwo.

Pomieszanie tych trzech narracji wyszło nadzwyczaj dobrze, choć przyznam, że włączenie wątku osobliwego making offu, podczas którego obserwujemy próbne sceny, rozmowy reżysera z aktorami, wreszcie ucieczkę Jandy z planu, jest co najmniej dyskusyjne i słabo koresponduje z resztą filmu. Zabieg „film w filmie” w polskim kinie pierwszy wykorzystał Wajda we „Wszystko na sprzedaż”, tam chodziło jednak o nakreślenie pewnego „krajobrazu ze stratą w tle”, w „Tataraku” podobny chwyt jest już tylko niepotrzebnym dodatkiem. Nie da się tego powiedzieć o wspomnianym już monologu Jandy. Aktorka, siedząc w pustym i ciemnym pokoju, stylizowanym na obrazy Edwarda Hoppera, opowiada o chorobie i śmierci swojego męża, znanego operatora (współpracownika Wajdy) Edwarda Kłosińskiego. Bez kojarzonej ze sposobem gry aktorki emfazy, w obiektywie nieruchomej kamery, bez zbliżeń, spokojnym głosem opowiada intymną historię własnej straty. To czysty teatr, ale podzielony na części świetnie korelujące z Iwaszkiewiczowską opowieścią. Spowiedź wielkiej aktorki dopełnia historię powieściowej Marii, przełamuje konfesyjność opowieści.

Ta ostatnia nie wynika z literackiego pierwowzoru, a postępującej ostrożności reżysera i zaniku czegoś, co można by nazwać zmysłem dwuznaczności. U Iwaszkiewicza relacja Marty i Bogusia jest niezwykle ambiwalentna, oparta na nieustającej grze między niewinną czułością a pożądaniem. Reżyser wyzuł ją z tej szczególnej zmysłowości, ujednoznacznił, odarł z intrygującego erotyzmu. Przywiązanie do oryginału owocuje „szeleszczącymi” dialogami, szkoda że Wajda równie hojnie nie czerpał z tego, co u autora „Panien z Wilka” najbardziej filmowe. Na szczęście nie odejmuje to ekranizacji siły. Antynomie między rozbuchaną przyrodą a gasnącym życiem, witalnością a przemijaniem, młodością i starością („nienawidzę młodych kobiet – powie bohaterka – to takie pretensjonalne”) zostały zachowane i pięknie oddane kamerą Pawła Edelmana. Tak więc mimo zastrzeżeń ci, którzy marzyli, by zobaczyć jeszcze jeden film Wajdy, o którym nie będzie trzeba mówić dobrze tylko ze względu na szacunek dla Mistrza, powinni czuć się usatysfakcjonowani.

filmweb.pl

———————————————————————————————————-

Wzruszające dzieło mistrzów

Portret kobiety, sztuki, śmierci
Opowieść o romansie śmiertelnie chorej doktorowej i o wiele lat młodszego wodniaka w rękach Andrzeja Wajdy przeradza się w wielowymiarowy dyskurs o kobiecie, śmierci i sztuce.

Po raz trzeci na prozie Jarosława Iwaszkiewicza Andrzej Wajda odcisnął swoje piętno. Liczące zaledwie kilkanaście stron opowiadanie nie tyle zekranizował, co nadał mu indywidualny filmowy charakter. Ale nie jest to przecież zaskoczenie. „Tatarak” to spotkanie dwóch tytanów myśli. Spotkanie, w którym udział wzięła też aktorka Krystyna Janda, diva ekranu i sceny, muza Wajdy, przez niektórych nazywana nawet jego „fetyszem”. Wreszcie, to spotkanie artystyczne, w które brutalnie wtargnęła rzeczywistość.

Tak narodził się niezwykły obraz, w którym literatura przeplata się z osobistymi doświadczeniami twórców; historia o kobiecie, przemijaniu, samotności, miłości i małżeństwie, o konfrontacji wieku dojrzałego z nieokiełznaną i naiwną młodością, wojny z Polską powojenną, opowieść o realizacji filmu i o aktorce, która straciła swojego ukochanego towarzysza życia. Gdyby pokusić się o umieszczenie „Tataraku” w szerszym kontekście twórczości Andrzeja Wajdy, byłby to paradoksalnie film bliższy „Wszystko na sprzedaż”, niźli „Brzezinie”, czy „Pannom z Wilka”. Chociaż, to nadal „literacki Wajda”, który treść wzbogaca symboliką, odniesieniami do sztuki na czele z „Pietą”. Jest ten film wielowymiarowym dialogiem o sprawach ostatecznych i o tworzeniu, tego typu elementów nie mogło więc w nim zabraknąć.

Momentami „Tatarak” przekracza granice ekshibicjonizmu, acz…? Na ekranie widzimy Wajdę, Edelmana, Jandę – są sobą, ale zarazem grają też „reżysera”, „operatora”, „aktorkę”. Film nieustannie porusza się na granicy prawdy i fikcji. Jego najtragiczniejszym akcentem jest spowiedź, intymne wyznanie Krystyny Jandy, w którym opowiada ona o Edwardzie Kłosińskim, jego chorobie i odejściu. Jednak ze śmiercią (własną i cudzą) poradzić musi sobie też bohaterka Iwaszkiewicza, Pani Marta, a także aktorka, która ją gra (czyli, ależ oczywiście, Krystyna Janda).

„Tatarak” nie jest bowiem dokumentalnym zapisem słów znanej polskiej aktorki, która otwarcie opowiada o swoim cierpieniu. Ars poetica ma w tym przypadku głębokie zakorzenienie w faktach, ale wykracza poza nie, dzięki czemu „Tatarak” staje się dziełem uniwersalnym. Literatura Iwaszkiewicza, a także Sangora Maraiego, którego opowiadanie „Nagłe wezwanie” Wajda również wykorzystał, a także „film w filmie” dystansują nieco widza i autorów od osobistej, jednostkowej tragedii rodziny Krystyny Jandy. Ten „margines bezpieczeństwa” wydaje się tu być niezbędny, gdyż inaczej całość popadłaby w psychologiczną wiwisekcję, której konsekwencje byłoby nieprzewidywalne.

Sam tekst literacki jest w swojej wymowie bardziej skoncentrowany i jednoznaczny. Andrzej Wajda idzie o wiele dalej. Zresztą sam nigdy nie ukrywał, iż od dawna chciał zekranizować „Tatarak”, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż opowiadanie to daje możliwość zrealizowania filmu o połowę krótszego, noweli, a nie pełnometrażowej fabuły. Życie dopisało resztę scenariusza.

„Tatarak” zaskakuje swoją wielkością, znaczeniem, nośnością pytań i wielością poruszanych tematów, będąc jednocześnie wyjątkowo subtelnym i cichym filmem.

onet.pl

———————————————————————————————————–

http://www.tvp.pl/filmoteka/wywiady-i-w … mu-tatarak

———————————————————————————————————–

2009-04-23 23:36

Życie zrymowane z filmem

Dostałam od losu szansę, by opowiedzieć o moim doświadczeniu – mówi o roli w „Tataraku” Krystyna Janda. Najnowsze dzieło Andrzeja Wajdy dziś wchodzi do kin.

Wajda dostał za „Tatarak” nagrodę za innowację w filmie na tegorocznym festiwalu filmowym w Berlinie. Jak najbardziej zasłużenie. W filmie zachwycają zdjęcia Pawła Edelmana, zwłaszcza te wodne przywodzą na myśl trierowskie „Królestwo” czy obrazy Edwarda Hoppera (przedstawienie osób jakby poza realnym czasem i przestrzenią). Wajda zastosował też „film w filmie” – chwyt nie nowy, ale równie odświeżający. W „Tataraku” zobaczymy więc kulisy planu filmowego, m.in. samego reżysera ustawiającego kolejne sceny. Najważniejszą innowacją, choć niezwykle oszczędną w środkach, są monologi Krystyny Jandy. Aktorka mówi, że jej życie zrymowało się z filmem. Smutno zrymowało. W zeszłym roku propozycja od Andrzeja Wajdy, by zagrać w „Tataraku”, zbiegła się z wiadomością o chorobie nowotworowej jej męża Edwarda Kłosińskiego. A „Tatarak” to ekranizacja opowiadania Iwaszkiewicza o doktorowej Marcie zakochanej w młodszym o 20 lat chłopaku, który tragicznie ginie.

Andrzej Wajda doświadczenie Jandy postanowił sfilmować. Aktorka, mistrzyni monologu, sama napisała dla siebie rolę i, tak jak chciała, opowiedziała przed kamerą o utracie wielkiej miłości. Powstał więc prowadzony kilkupłaszczyznowo obraz o sztuce aktorstwa, jego kulisach, a także o śmierci. W”Tataraku” oprócz Jandy zobaczymy też Jana Englerta, Julię Pietruchę, Jadwigę Jankowską-Cieślak oraz Pawła Szajdę, aktora urodzonego w USA (grał m.in. w serialu „Generation Kill”).

Z Krystyną Jandą, filmową Martą, rozmawia Edyta Błaszczak

Postanowiła pani opowiedzieć całemu światu o swoim najbardziej traumatycznym doświadczeniu – utracie ukochanej osoby. Nigdy pani tego nie żałowała? Jest w „Tataraku” taka scena, jak ucieka pani z planu filmowego…

Nie, nigdy nie żałowałam. Przeżyłam już wiele i wiem, jaki ten świat bywa niewdzięczny. Gdy zorientowałam się, że mam możliwość opowiedzenia o moim zmarłym mężu, czułam, że to jakaś niespodzianka, nagroda, że Edward byłby zadowolony.

Ale za każdym razem, gdy opowiada pani o filmie, mam wrażenie, że szklą się pani oczy.

Nie wiedziałam, że to wszystko będzie takie trudne, że koszty będą tak wysokie. Myślałam, że może uda mi się zniknąć w czasie premiery. Ale nie udało się, więc muszę to wszystko po prostu „odpękać”. Ale jeszcze kilka dni i film zacznie żyć swoim życiem, a wtedy będę mogła spokojnie zająć się innymi sprawami.

Trzeba na to ogromnej siły, skąd pani ją czerpie?

Chyba mam ją zapisaną w genach (śmiech). A tak poważnie, wydaje mi się, że nie dokonałam niczego nadzwyczajnego, bo ludzie często znajdują się w jeszcze trudniejszych sytuacjach. Życie okrutnie zrymowało mi się z tematyką filmu Andrzeja Wajdy, wykorzystałam więc szansę od losu, żeby opowiedzieć o moim doświadczeniu. I to jest dla mnie najważniejsze, że film jest dedykowany mojemu mężowi. Chciałabym oczywiście, żeby ten film spodobał się ludziom, by było im mądrzej, lepiej.

Najczęściej na planie partnerował pani Paweł Szajda, to była udana współpraca?

Paweł to uroczy człowiek, wrażliwy, nadzwyczajnie inteligentny. Jest też bardzo otwarty, czego często brakuje młodym aktorom w Polsce. Cokolwiek by się zdarzyło na planie, zawsze zachowuje spokój i jest pozytywnie nastawiony. Ma wielki talent.

Z Pawłem Szajdą, filmowym Bogusiem, rozmawia Edyta Błaszczak

Mówi pan, że Krystyna Janda to siła. Na czym ona polega?

Sam chciałbym wiedzieć. I chciałbym mieć taką samą, żyć z siłą, z jaką ona żyje. Nie wiem, skąd Krystyna Janda ją bierze, ale wykorzystuje ją umiejętnie, inteligentnie, zawsze ma wszystko przemyślane. Po całym dniu zdjęć na planie pani Krystyna potrafiła wejść na scenę i zagrać ponaddwugodzinny monolog. To było niesamowite.

Najważniejsza lekcja, którą od niej dostałeś?

Że wszystko jest możliwe. I jeszcze, że aby zrobić coś dobrego, trzeba włożyć w to całego siebie. Nigdy nie spotkałem tak wielkiej aktorki, tak świadomej siebie.

W Stanach, gdzie mieszkasz i grasz na co dzień, nie spotkałeś się z taką intensywnością?

Ten film to bardzo unikalny projekt, zwłaszcza dla Krystyny Jandy. W życiu nie spotkałem nikogo, kto miałby odwagę opowiedzieć o śmierci ukochanej osoby i o swoim bólu w taki sposób.

Z tego, co mówisz, wynika, że ten film bardzo wiele dla ciebie znaczy.

Zawsze marzyłem, żeby choć wysłuchać wykładu Andrzeja Wajdy. Kiedy dostałem propozycję zagrania w jego filmie, nie mogłem uwierzyć. To bardzo znaczące doświadczenie w mojej karierze. Myślę, że jeśli w przyszłości będę grał choć w połowie tak dobrze jak Krystyna Janda, to będę usatysfakcjonowany.

Rozmawialiście na planie o śmierci męża Jandy? Jan Englert powiedział, że ten film jest szeptany. Właśnie dlatego?

To nigdy nie stanowiło problemu. Ja nawet nie wiedziałem o śmierci Edwarda Kłosińskiego. Nie wiedziałem też, że Krystyna Janda napisała monologi, które są kręcone równocześnie z opowieścią Iwaszkiewicza.

Źródło: Dziennik Metro

i jeszcze tutaj: http://www.filmweb.pl/WIDEO+Jan+Englert … s,id=50947

—————————————————————————————————————

Pani Krysiu mam nadzieję, że u Pani wszystko dobrze po premierze i że już Pani odetchnęła? W związku z tym ja wczoraj cały ten premierowy wieczór o Pani myślałam.
I mam nadzieję, że dzisiejszy dzień był dla Pani miły, bo dla mnie te czwartki zawsze czarne są… na szczęście tylko czwartki.
Z ciepłymi pozdrowieniami dla Pani
Julita
Za chwilę
będzie już naprawdę za chwilę.
A.O.

przez diablo Śr, 22.04.2009 20:32
Dobry wieczór

Pani Krystyno widziałam Tatarak i ….nie wiem co napisać, chyba tylko: Boże jak ja chciałabym tak kochać

pozdrawiam
sylwia z Wrocławia

przez tundra Pn, 27.04.2009 00:15
Dobry wieczór

Obejrzałam w sobotę Tatarak. Leciałam na niego, ile sił, żeby zdążyć. Przyznam, że trochę się bałam tego, co zobaczę na ekranie, bo wiedziałam/czułam, że to będą bardzo silne emocje [czytałam wszystkie zapowiedzi prasowe, na które natrafiłam]. Minęło już trochę czasu, a co rusz wracają do mnie wypowiedziane na ekranie słowa.

Proszę wybaczyć lakoniczność, nie bardzo umiem pisać o uczuciach. Dziękuję Pani za ten film. Podziwiałam w nim Panią szczerze. Jest bardzo piękny, piękna jest ukazana w nim przez Panią miłość. Oglądałam sceny z hotelu ze ściśniętym sercem. Mimo to jednak wyniosłam z filmu nadzieję, jeszcze nie wiem dobrze, z czym jest związana, może z tym, że takie piękne i trwałe uczucia istnieją naprawdę.

Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie
tundra

przez beapoz N, 26.04.2009 19:49
Pani Krystyno, dziękuję. Dziękuję i zazdroszczę tak pięknej miłości. Tego, że mogła Pani być z ukochaną osobą do końca. Ale przede wszystkim tego, że przez wiele lat miała Pani przy sobie opokę, skałę, na której mogła się Pani oprzeć. I że nic tego poczucia przez lata nie zburzyło. To najcudowniejsze, co może nam się w życiu zdarzyć. Samotność jest jednym z najstraszniejszych stanów. Im dłużej trwa, tym jest trudniej. Podobnie jak Pani straciłam rok temu najbliższą osobę. Taką, której byłam pewna w każdej chwili dnia i nocy, że jest moim najważniejszym przyjacielem. Pierwsze miesiące to była walka, moja walka z samą sobą. Ciągła aktywność, ani chwili pozostawionej na myślenie i strach, co dalej. Jakie to dalej ma być, skoro skończyło się całe życie, które kochałam. Teraz chyba przyszła rezygnacja i niemoc. Chociaż ostatkiem sił próbuję się nie poddawać.
Podziwam Panią. Za to, że w tak prosty sposób powiedziała Pani o tak trudnych dla siebie chwilach. I podziwiam Pana Andrzeja Wajdę. Za jego otwartość i młodość. Chciałabym tak podchodzić do życia będąc w jego wieku.
Mam 42 lata, 18-letnią cudowną córkę. Nigdy nie zdarzało mi się pisać na forach, ale po obejrzeniu Tataraku, musiałam to zrobić.
Pozdrawiam i życzę spokoju.

przez bunia N, 26.04.2009 19:25
Pani Krystyno,

dziękuję za ten film, temat, którego się boję pewnie nie jako jedyna…mówienie o rozstaniach jest trudne ale ważne…Pani opowieść i forma poruszyła mnie do głębi.

Dobrej energii Pani Krystyno

Agnieszka
BUNIA

przez mat28 N, 26.04.2009 18:27
Pani Krystyno,
bardzo dziękuję! Bałem się pojść do kina, balem się tego filmu i moich emocji.
2 lata temu odeszla po 10 letniej „walce” w wieku 57 lat moja mama. Wiem co to „cienie” w płucu, wiem co to noce na „krótkiej kanapie”. Ale nie było mnie przy niej w tym ostatecznym momencie, nie pożegnałem się. Nie byłem pewny jak zareaguję na film i Pani monolog. Wzruszylem się ale równocześnie chyba właśnie wczoraj późnym wieczorem napawdę „pożegnałem się” z mamą. Dziękuję za prawdę, za „czystość” tych scen.
Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie.
Marcin

przez Malgorzata78 N, 26.04.2009 16:58
Pani Krystyno

Od wczoraj, nie mogę przestac myslec o Pani, Pani mężu, filmie…

Wielki szacunek

M

przez monivi N, 26.04.2009 13:05
Poruszający do głębi film. Nie umiem chyba nawet znaleźć odpowiednich słów, aby opisać co czułam po obejrzeniu tego filmu… Rozpłakałam się na końcowych napisach, film skończył się jakoś tak nagle i dopiero jak zrozumiałam, że to koniec, nie mogłam powstrzymać łez… Przez całą drogę powrotną z kina dalej nie mogłam się uspokoić i myślę o tym filmie wciąż… Gratuluję i dziękuję…

przez agalamaga N, 26.04.2009 13:00
Dziękuję Pani za „Tatarak”. Dziękuję za Pani mówienie o panu Edwardzie.
Krytycy mogą sobie pisac, co chcą, ale każda osoba, która straciła kogoś bliskiego, wie, jak prawdziwa jest Pani „spowiedź”.
Życzę Pani, żeby ten czas żałoby był pełny. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że nie można niczego w tym czasie przyspieszac. Trzeba go przeżyc w jego rytmie – czasem apatycznym, czasem spazmatycznym. Bo to jest wciąż czas, kiedy jesteśmy z osobą, która odeszła. Potrzebujemy tego. Ja potrzebowałam.
Jeszcze raz dziękuję

agnieszka

przez Tamara N, 26.04.2009 11:59
Pani Krysiu byłam na „Tataraku” na premierze i na pierwszym seansie.Cóż mam powiedzieć – DZIĘKUJĘ ZA TATARAK. Pozdrawiam gorąco i ślę przytulaka.

przez nat So, 25.04.2009 21:22
Sobotnie, piękne wiosenne popołudnie, Stary Browar, tłumy ludzi.
Hol Multikina tętniący życiem, woń popcornu, rozgadani ludzie, roześmiana młodzież, a za chwilę, za drzwiami sali kinowej, totalna cisza…
Ludzi dość sporo. Spóźnieni, wchodzący już w czasie monologu, idą na miejsca tyłem, by jak najmniej uszło ich uwadze. Następny kontakt z rzeczywistością i otoczeniem to dopiero po napisach końcowych, po zapaleniu świateł. Wcześniej nikt nie drgnął. Może to namiastka tego „wystrzelenia w kosmos”…?
Jakaś inna rzeczywistość na pewno. Niesamowite.
W zasadzie o Tataraku chyba nie umiem nic powiedzieć. Chociaż właściwie… Może to głupie, może kompletnie niewłaściwe, ale ja nie umiem o tym filmie myśleć w kategoriach…filmu. Nie umiem go ocenić jako film dobry/zły, udany czy nie, wielkie dzieło czy arcydzieło. Dla mnie jest to…opowieść. Szczera, niewymuszona opowieść. Pięknie namalowana pejzażami, scenografią i formą. Iwaszkiewicz staje się tylko osią, wokół której ta Opowieść jest osnuta. Czyli czymś istotnym, ale wycofanym.
W pamięci zostaje głównie monolog. Słowa. Dziwię się tym, którzy… Chociaż nie, nie dziwię się. Każdy odbiera to, co widzi, inaczej i po swojemu, co innego dostrzega. Ale dla mnie cały anturaż tego monologu, to, czy Aktorka, a raczej Kobieta (niby to samo, ale dla mnie zmienia nieco perspektywę) jest w szpilkach czy nie, czy ma na sobie satynową koszulę czy kurtkę, nie miało praktycznie znaczenia. Właściwie gdyby nie wielokrotnie widziane zdjęcia i zapowiedzi, to nie wiem, czy wychodząc z sali potrafiłabym powiedzieć co Kobieta miała na sobie. Nie to było istotne. To słowa, historia i dwie Osoby były ważne. Kobieta i Jej Mąż. A także to, co monolog wzbudzał we mnie-widzu. Co przypominał, jakie wspomnienia odkurzał…

Mimo, iż nie są to wspomnienia przyjemne, bynajmniej, dobrze się stało.
Za to ja-widz mogę podziękować.
Poza Panią jeszcze jedna osoba w mojej prywatnej ocenie „wyszła przed szereg” w jak najbardziej pozytywnym sensie. Pan Jan Englert. Zawsze go ceniłam, ale teraz postawił tylko kropkę nad i. Zagrał, ‚był’ w tym filmie w jakiś taki…niesamowity sposób… Tak spokojny, że aż niepokojący.
Pani Krysiu, nie wiem czy mój odbiór tego, co zobaczyłam jest…”właściwy”. Ale jest mój. Tak czuję. Pozwoliłam sobie na szczerość.
Cieszę się, że miała Pani szansę TO stworzyć. Że udało się stworzyć piękne dzieło o i dla Pani Męża.
To, że jest to film niewymuszony, z prawdziwej potrzeby i w konkretnym celu bije z ekranu.
Chapeau bas dla całej ekipy.

Oj, początkowo nie chciałam nic pisać. Potem stwierdziłam, że jednak, ale krótko, bo sama nie wiem co, a tu proszę… Poniosło mnie. Przepraszam, że zawracam Pani głowę swoimi wrażeniami. Ma Pani już na pewno serdecznie dość wszelakich opinii i recenzji. Ale skoro już napisałam, niech zostanie.
Pozdrawiam Panią bardzo, bardzo serdecznie…
N.

przez petra665 So, 25.04.2009 11:03
Wczoraj widziałem tatarak. Wielka odwaga. Najwyższy poziom. Poza tym nie wiem co napisać. Film ten jest chyba poza kategoriami oceny, dla nas, dla ludzi, którzy przesiadują u Pani na blogu codziennie. Dla których Pani los nie jest obojętny.
Słów otuchy dostała już pewnie Pani setki, dlatego ja po cichu pamiętam w wieczornej modlitwie.
Michał

przez kropla wody N, 26.04.2009 05:08
Szanowna Pani Krystyno,

Bo w kinie i w zyciu- ważny jest moment poruszenia i zamyślenia…
Dziękuję za Tatarak i za to, że od lat dzieli sie Pani swoją cichą, odważną i spokojną mądrością…

…najdłuższe to rozstanie po którym sie żyje
jakby serce pękło i nic się nie stało
rozstania co przychodzą gdy nic nie wiesz o tym
i w taki sposób że nikt nie rozumie…

Pani- wraz z wiosennym uśmiechem- ks. Janem Twardowskim się chylę…

Ania

przez Magnolia So, 25.04.2009 22:57
Pani Krysiu,

Dziś wstałam przed ósmą, a w sobotę chętnie pospałabym dłużej. Niestety w ten weekend mam zjazd na uczelni. Napisała Pani kiedyś, że ranne wstawanie jest miłe… hmm.. rano wolę sen, ale jak już szłam na przystanek… czułam się taka jakaś szczęśliwa…
Po zajęciach zaplanowałam przejażdżkę do jednej z warszawskich galerii handlowych, a może by tak wiosenne zakupy? Ale zanim…to na Krakowskim Przedmieściu miałam okazję podziwiać – z okazji otwarcia sezonu wyścigowego – „pochód”:

Ale kiedy dotarłam już do galerii, metrem, nie konno… to pomyślałam: przecież w każdej takiej galerii jest kino! No nie mogłam postąpić inaczej, nie mogłam sobie odpuścić!!! I pierwsze co uczyniłam, to pobiegłam sprawdzić, czy jestem we właściwym miejscu, o właściwej porze.. No miodzio! „Tatarak” o 17:00
Dziś zastanawiałam się co ludzie myślą o Tataraku, inni ludzie… weszłam na jakiś portal i komentarze (dobrze wiedząc w jakim tonie się tam pisze, jaki by nie był temat…), więc po chwili uciekłam.. Ważne, że ten film powstał i dlaczego oraz czym jest dla mnie.
Tak, dziś znów, po raz drugi obejrzałam „Tatarak” (o jak dobrze, że nie mieszkam np. na ul. Pięknej…, bo bym chyba niemal codziennie była w teatrze… może i lepiej, że mieszkam dalej… bezpieczniej dla konta… )
A dziś „Tatarak” przyniósł mi ukojenie… mimo, że jest w nim.. „Ale kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze (…) Zapach ten na początku mojego życia skojarzył się z obrazem gwałtownej śmierci.” Ponadto tak jak – „Tatarskie ziele ma dwa zapachy”, tak film ten ma dla mnie dwa aspekty, dotyka – śmierci i miłości. W moim odczuciu bez tej wielkiej miłości nie byłoby śmierci osoby bliskiej, w takim wymiarze jakim jest.

Z serdecznością…

przez nat So, 25.04.2009 21:22
Sobotnie, piękne wiosenne popołudnie, Stary Browar, tłumy ludzi.
Hol Multikina tętniący życiem, woń popcornu, rozgadani ludzie, roześmiana młodzież, a za chwilę, za drzwiami sali kinowej, totalna cisza…
Ludzi dość sporo. Spóźnieni, wchodzący już w czasie monologu, idą na miejsca tyłem, by jak najmniej uszło ich uwadze. Następny kontakt z rzeczywistością i otoczeniem to dopiero po napisach końcowych, po zapaleniu świateł. Wcześniej nikt nie drgnął. Może to namiastka tego „wystrzelenia w kosmos”…?
Jakaś inna rzeczywistość na pewno. Niesamowite.
W zasadzie o Tataraku chyba nie umiem nic powiedzieć. Chociaż właściwie… Może to głupie, może kompletnie niewłaściwe, ale ja nie umiem o tym filmie myśleć w kategoriach…filmu. Nie umiem go ocenić jako film dobry/zły, udany czy nie, wielkie dzieło czy arcydzieło. Dla mnie jest to…opowieść. Szczera, niewymuszona opowieść. Pięknie namalowana pejzażami, scenografią i formą. Iwaszkiewicz staje się tylko osią, wokół której ta Opowieść jest osnuta. Czyli czymś istotnym, ale wycofanym.
W pamięci zostaje głównie monolog. Słowa. Dziwię się tym, którzy… Chociaż nie, nie dziwię się. Każdy odbiera to, co widzi, inaczej i po swojemu, co innego dostrzega. Ale dla mnie cały anturaż tego monologu, to, czy Aktorka, a raczej Kobieta (niby to samo, ale dla mnie zmienia nieco perspektywę) jest w szpilkach czy nie, czy ma na sobie satynową koszulę czy kurtkę, nie miało praktycznie znaczenia. Właściwie gdyby nie wielokrotnie widziane zdjęcia i zapowiedzi, to nie wiem, czy wychodząc z sali potrafiłabym powiedzieć co Kobieta miała na sobie. Nie to było istotne. To słowa, historia i dwie Osoby były ważne. Kobieta i Jej Mąż. A także to, co monolog wzbudzał we mnie-widzu. Co przypominał, jakie wspomnienia odkurzał…
Mimo, iż nie są to wspomnienia przyjemne, bynajmniej, dobrze się stało.
Za to ja-widz mogę podziękować.
Poza Panią jeszcze jedna osoba w mojej prywatnej ocenie „wyszła przed szereg” w jak najbardziej pozytywnym sensie. Pan Jan Englert. Zawsze go ceniłam, ale teraz postawił tylko kropkę nad i. Zagrał, ‚był’ w tym filmie w jakiś taki…niesamowity sposób… Tak spokojny, że aż niepokojący.
Pani Krysiu, nie wiem czy mój odbiór tego, co zobaczyłam jest…”właściwy”. Ale jest mój. Tak czuję. Pozwoliłam sobie na szczerość.
Cieszę się, że miała Pani szansę TO stworzyć. Że udało się stworzyć piękne dzieło o i dla Pani Męża.
To, że jest to film niewymuszony, z prawdziwej potrzeby i w konkretnym celu bije z ekranu.
Chapeau bas dla całej ekipy.

Oj, początkowo nie chciałam nic pisać. Potem stwierdziłam, że jednak, ale krótko, bo sama nie wiem co, a tu proszę… Poniosło mnie. Przepraszam, że zawracam Pani głowę swoimi wrażeniami. Ma Pani już na pewno serdecznie dość wszelakich opinii i recenzji. Ale skoro już napisałam, niech zostanie.
Pozdrawiam Panią bardzo, bardzo serdecznie…
N.

przez goBa Wt, 28.04.2009 22:30
To jest film dla koneserów Jandy. Jak ktoś czyta jej felietony albo śpiewa z nią że jest proszę pana na zakręcie albo znosi jej kurwy ze sceny.

To jest pierwszy film o miłości jaki widziałam w życiu
reszta to papka
A Wajda zrezygnował z jakiejśtam historyjki co ją miał robić,
ręce mu opadły, scenarisz mu się połamał
nie wiedział
nie umiał nie mówić o śmierci prawdziwej, która przykryła tę fabularną.
Wajda mógł sobie na to pozwolić.

bardzo wajdowy ten film i jandowy
a jednocześnie powstał jakiś dziwny witraż z czarnych i czerwonych szkiełek
głeboki aż do dna
MB

przez Alexxandra Śr, 29.04.2009 01:34
Dziś rano zobaczyłam „Tatarak”, nie będę oceniać filmu pod względem artystycznym, technicznym itp., bo ten film jest ponad to wszystko. Myślę, że to zasługa w większej mierze właśnie Pani. Chciałam tutaj napisać ten nieudolny wiersz, jak będzie miała Pani wolną chwilę, proszę ewentualnie przeczytać:)Pozdrawiam Panią serdecznie:)

rozcięty pachniał śmiercią
błotem pachniał w środku
nie tak intensywnie byś mogła nim oddychać
Moja Droga K.
z uśmiechem zawsze
z tą werwą tylko twoją
rozśpiewana
tańcząca wariatko
zbyt histeryczna czasem
rozbiegana
zabiegana
Heleno Modrzejewska
okropna Mario Stuart
Shirley Valentine
Fedro nieznośna
Tygrysico
Gorąca kochanko
Matko na pół etatu
Żono
jedna
druga
w końcu ostatnia
najpełniej
z czerwonymi pazurami
i głębią w spojrzeniu
roztrzepana wiecznie
gotowa na wszystko
dla miłości
na życie i na śmierć
śpiesz się kochać
wolno odchodzi
tuż obok ciebie
tuż zaraz w tobie
zostały ci buty
i telefon na abonament
nie wszystko na sprzedaż
a jednak nie wszystko
zapiski ostatnie
parę zdjęć
mały czas uchwycony
chwile…

ucichłaś
trochę schudłaś
stłumiłaś ekspresje
Moja Droga K.
jak ty doprawdy sobie radzisz?
taka mocna i dzielna
i zielna Matko na etaty
zamknięta w ciszy
swego teatru
w końcu wyremontowanego
po cichu sobie łkając
po cichu
nie poznaję Cię
dźwigasz
podnosisz
z tą blond czupryną
pojedyncze siwawe by cię odkryły
to pestka
dla ciebie
i temu podołasz
Porozmawiajmy o życiu i śmierci
o życiu co Cię przed śmiercią postawiło
między łyżką
jedną
a drugą
zapach błota
masz pod nosem
silny
przenikliwy
nieznośny
zapach rozciętego tataraku
w twoim powietrzu unoszony
Chciałam Ci tylko powiedzieć moja Droga K.
że Cię podziwiam.
To właściwie tyle.

przez goBa Wt, 28.04.2009 22:30
To jest film dla koneserów Jandy. Jak ktoś czyta jej felietony albo śpiewa z nią że jest proszę pana na zakręcie albo znosi jej kurwy ze sceny.

To jest pierwszy film o miłości jaki widziałam w życiu
reszta to papka
A Wajda zrezygnował z jakiejśtam historyjki co ją miał robić,
ręce mu opadły, scenarisz mu się połamał
nie wiedział
nie umiał nie mówić o śmierci prawdziwej, która przykryła tę fabularną.
Wajda mógł sobie na to pozwolić.

bardzo wajdowy ten film i jandowy
a jednocześnie powstał jakiś dziwny witraż z czarnych i czerwonych szkiełek
głeboki aż do dna
MB

przez Constance Wt, 28.04.2009 22:29
Piękny film. Pod każdym względem. Bardzo Pani dziekuję.

przez Magda_lena Wt, 28.04.2009 22:21
„Tatarak” widziałam wczoraj. W Gazeta Cafe byłam dzisiaj. Wiem już sporo. Nie wszystko, ale to dobrze… Rok temu w styczniu straciłam dziadka. Mam 22 lata i to było pierwsze świadome przeżywanie śmierci w moim życiu. Nie rozmawialiśmy o tym w domu, bo tak już mamy…
Przychodzę do kina. Siadam sobie wygodnie. Krystyna Janda mówi, że jej maż umierał między jedną, a drugą łyżką zupy. „A mój dziadek miał drgawki końcowe, potem jeszcze wypłynęła krew” – myślę sobie. Pani Janda mówi, że pocałowała męża i poczuła, że stygnie. A mój ojciec wybiegł na szpitalny korytarz i krzyknął „tato…” Tak. Ja z Panią rozmawiałam sobie w myślach, gdy oglądałam ten film. Taka rozmowa była mi potrzebna, bo wcześniej jej nie miałam. Dziś mówiła Pani o tym, że śmierć jest tematem uniwersalnym. Jest, ale jakoś tak tego nie traktujemy na co dzień. Zamykamy ją w domach, sercach… Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak blisko dzieła sztuki. Na ten film składają się opowiadanie Iwaszkiewicza, przeżycia twórców „Tataraku” i… moje. Ten film jest moją definicją sztuki. Sztuki, która zmienia, otwiera, intryguje, wstrząsa, pobudza i skłania do refleksji. Nie trzeba tego wszystkiego rozumieć. Wystarczy kontemplować.
Dziękuję.
M.

przez Ania_24 Wt, 28.04.2009 14:33
Dziękuję…

przez krzysztof.moczulski Pn, 27.04.2009 01:12
Wajda mówił o pokoju, w którym były kręcone sceny z Pani monologiem że podobny jest do obrazów Hoppera. Nieprawda. Ten pokój, pomijając krzesło, jest obrazem życia sporej części osób, których życie podzielone jest między dom a hotele. Tak samo kładę komórki przy łóżku, tak samo stawiam walizkę i tak samo nie zdzieram taśm bagażowych, które uświadamiają mi gdzie dziś jestem..

Świetny to film. Bo pokazuje śmierć w taki niemodny dziś sposób. Bo staje okoniem wobec oswajaniu jej. I to właśnie jest autentyczna siła tego obrazu.

Koniec dnia czerwonym pachnie winem
szkarłat ciemny przelewa się w czerń

Ty minęłaś, ja też kiedyś minę
i tak wszystko straciło swój sens…

Tylko raz czujemy wielkość Nieba
Wtedy trzeba zastygnąć i trwać.

Jestem sam. Ciebie już przy mnie nie ma…
Gdy wszystko chcę Ci dać….

Znała Pani Jonasza… A ja zazdroszczę Pani. Że ten najpiękniejszy Jego tekst nie dotyczy Pani. Bo Pani dała Edwardowi wszystko. I On dał wszystko Pani.

Pamiętam Panią i Edwarda. Jak przyjechaliście po ciężarówkę. I chciałem poprosić Go o autograf. Ale wydało mi się to tak pretensjonalne. Fobię w tej kwestii mam do tego stopnia, że poprosiłem o podpis jedynie Normana Davies’a. Myślałem że jeszcze będzie kiedyś okazja. I tak jak mówiła Pani o zdjęciach robionych w ostatnich chwilach tak ja zawsze będę miał pod powiekami i będę pamiętał Was razem odbierających ciężarówkę i martwiących się czy wszystkie dekoracje tam wejdą.

I cieszę się kiedy po raz tysięczny oglądam Panią w ‚Niedzieli na Głównym’, gdzie wszyscy, których podziwiam: Młynarski, Pani, Edyta Geppert są razem i pozwalają wierzyć że ten świat nie do końca jeszcze zwariował.

przez adamostrowski N, 26.04.2009 20:32
Pani Krystyno !

Szok ! Czekałem długo na ten film. Zobaczyłem go w sobotę na najpóźniejszym seansie by było mi intymniej. Kilkanaście osób ze mną na sali – i nie uwierzy Pani – WSZYSCY PŁAKALI. Dosłownie wszyscy – denerwujące jest szemranie popcornem, ale tu każdy w nerwowych ruchach szukał chusteczek. A gdy film się skończył nikt nie wstał. Ekipa kina chciała już zacząć sprzątać i iść do domu ale ludzie siedzieli. Kiedy wracaliśmy do domu nie odzywaliśmy się do siebie i dopiero dzisiaj padło pytanie „Jak ci się film podobał?”
Zawsze Panią ceniłem, ale ta rola, ten monolog, ta gra – jakie to wszystko było „dobre”.

bezkompromisowy film, bardzo uczciwy i „brudny”. Prawdziwy, szczery, gorzki …

Bardzo dziękuje za ten film – to jest moim zdaniem Pani najlepsza kreacja aktorska i zasługuje na najwyższe słowa uznanania.
OSCAR OSCAR OSCAR !

do zobaczenia,
Adam

przez Ania_24 Wt, 28.04.2009 14:33
Dziękuję…

przez mat28 N, 26.04.2009 18:27
Pani Krystyno,
bardzo dziękuję! Bałem się pojść do kina, balem się tego filmu i moich emocji.
2 lata temu odeszla po 10 letniej „walce” w wieku 57 lat moja mama. Wiem co to „cienie” w płucu, wiem co to noce na „krótkiej kanapie”. Ale nie było mnie przy niej w tym ostatecznym momencie, nie pożegnałem się. Nie byłem pewny jak zareaguję na film i Pani monolog. Wzruszylem się ale równocześnie chyba właśnie wczoraj późnym wieczorem napawdę „pożegnałem się” z mamą. Dziękuję za prawdę, za „czystość” tych scen.
Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie.
Marcin

przez divisadero Pn, 27.04.2009 23:19
Dobry Wieczór.
Pani Krystyno byłam, widziałam, jestem w totalnym otępieniu. Tatarak i jeszcze raz Tatarak.
Boże, jaki ten film ma głęboką formę przekazu.Słów mi brak żeby wyrazić, a co dopiero napisać .Najlepszą recenzją, była długa cisza po zakończeniu filmu, czegoś takiego dawno nie widziałam.
Pani Krystyno BRAWO,BRAWO i jeszcze raz BRAWO dla Pani i Pana Wajdy.Stworzyliście Państwo razem coś niezapomnianego.
Przed oczami przebiegają mi poszczególne sceny, ale jedna najbardziej utkwiła w pamięci. Moment utonięcia Bogusia.Może przez to, ze sama kiedys się topiłam, tylko że ja miałam więcej szczęścia, jeżeli tak to można nazwać.Do tej pory bardzo boję sie wody i czuję do tego żywiołu ogromny respekt.
Dlatego pozwolę sobie jeszcze raz powtórzyć :Brawo.

Przesyłam Pani zdjęcia, z którymi miałam problemy w Toronto.Przechodziłam przez bramę, aż tu nagle Cudowne Oświetlenie.Ja zesztywniałam i zapytałam sama siebie:Matko, ja chyba jestem w niebie.
A po chwili, dalej do siebie:Wot durna baba, na niebo to sobie trzeba zasłużyć…. . Mhhhhh.
A to moja brama:

Pozdrawiam Panią Błekitnie.
Ja na całe szczęście nie zaraziłam się świńską grypą.Ufffff.

przez m.dziurzynska Pn, 27.04.2009 12:54
Dzień dobry Pani Krystyno!!
Bylam wczoraj na „Tataraku”. Czułam, że film będzie dla mnie bardzo ważny, bo wszystko co Pani robi jest dla mnie cenne. Śledzę Pani kroki, często bywam w Państwa teatrze, czytuję Pani książki. Jestem w tej dobrej sytuacji, że znam Pani córkę i chylę czoła. bo może być Pani być dumna z Marysi, bo przekazała jej Pani wspaniale wartości. Nigdy nie zdobyłabym się na napisanie do Pani, dopiero „Tatarak” tak podziałał na mnie. Spijałam każde słowo, które Pani mówiła, każde zdanie dodytakało. Byłam tam z Panią, gdy w bólu, przemoczona łapała Pani taksówkę. To niesamowite, że mogla Pani wtedy grać. Dobrze, ze powstał taki film, dobrze, że ludzie wiedzą jakie znaczenie w życiu ma milość. Ten film to hołd dla Pani męża. Bliskie jest mi to co Pani przeżyła, ojciec moich dzieci też odszedł – szybko, niespodziewanie. W sali kinowej było cicho jak makiem zasiał, gdy film sie skończył dlugo nie wstawł nikt, a potem cicho wychodzili, niespiesznie, dwójkami, jak z kościoła. Caly dzień myśli o Pani natrętnie krążyły mi po głowie, wieczorem pojechałam do Pani teatru, żeby pobyć w tym miejscu, tak ważnym dla Was. Był koncert i tak magicznie zdażyło się, że mogłam siedzieć koło Pani. to ja ta kobieta po prawej . Dziękuję, Pani Krystyno z tą niedzielę z Panią. Pozdrawiam ciepło, też pracuję w teatrze.

przez MonikaDziedzic Pn, 27.04.2009 11:25
Pani Krystyno pragne PODZIEKOWAĆ Pani za „Tatarak”
Dziekuje
Monika

przez tane Pn, 27.04.2009 07:54
witam
bardzo slaby film tatarak , ale Pani rola jest wybitna .
po powrocie do domu nie moglam spac , opowiadlam przyjaciolom o pani roli o tym co pani w mowlia
trzbea miec wielka odwage a moze takze i wielka potrzebe , chyle czolo
jednak uwazam ze jako film w calosci to tylko pani monologi oraz kilka scen np. toniecie mlodecho chlopaka bardzo dramatyczna , bya swietna ,reszta fatalna .
wielka szkoda.

serdecznie pania pozdrawiam i zycze duzo spokoju w tym zalatanym swiecie

przez krzysztof.moczulski Pn, 27.04.2009 01:12
Wajda mówił o pokoju, w którym były kręcone sceny z Pani monologiem że podobny jest do obrazów Hoppera. Nieprawda. Ten pokój, pomijając krzesło, jest obrazem życia sporej części osób, których życie podzielone jest między dom a hotele. Tak samo kładę komórki przy łóżku, tak samo stawiam walizkę i tak samo nie zdzieram taśm bagażowych, które uświadamiają mi gdzie dziś jestem..

Świetny to film. Bo pokazuje śmierć w taki niemodny dziś sposób. Bo staje okoniem wobec oswajaniu jej. I to właśnie jest autentyczna siła tego obrazu.

Koniec dnia czerwonym pachnie winem
szkarłat ciemny przelewa się w czerń

Ty minęłaś, ja też kiedyś minę
i tak wszystko straciło swój sens…

Tylko raz czujemy wielkość Nieba
Wtedy trzeba zastygnąć i trwać.

Jestem sam. Ciebie już przy mnie nie ma…
Gdy wszystko chcę Ci dać….

Znała Pani Jonasza… A ja zazdroszczę Pani. Że ten najpiękniejszy Jego tekst nie dotyczy Pani. Bo Pani dała Edwardowi wszystko. I On dał wszystko Pani.

Pamiętam Panią i Edwarda. Jak przyjechaliście po ciężarówkę. I chciałem poprosić Go o autograf. Ale wydało mi się to tak pretensjonalne. Fobię w tej kwestii mam do tego stopnia, że poprosiłem o podpis jedynie Normana Davies’a. Myślałem że jeszcze będzie kiedyś okazja. I tak jak mówiła Pani o zdjęciach robionych w ostatnich chwilach tak ja zawsze będę miał pod powiekami i będę pamiętał Was razem odbierających ciężarówkę i martwiących się czy wszystkie dekoracje tam wejdą.

I cieszę się kiedy po raz tysięczny oglądam Panią w ‚Niedzieli na Głównym’, gdzie wszyscy, których podziwiam: Młynarski, Pani, Edyta Geppert są razem i pozwalają wierzyć że ten świat nie do końca jeszcze zwariował.

przez Nadia_ N, 03.05.2009 18:03
Kochana Pani Krystyno,

po pierwszym obejrzeniu „Tataraku”, w dniu premiery, nie byłam w stanie powiedzieć nic… Była we mnie tylko cisza i wielkie poruszenie. Dzisiaj, gdy obejrzałam film po raz drugi, nadal trudno mi go skomentować, ale chciałam Pani napisać, jak ogromnie istotny jest dla mnie „Tatarak”. Nigdy w życiu tak bardzo nie płakałam w kinie…

Film jest świetnie zrobiony już pod względem kompozycji. Trzy opowieści – Iwaszkiewiczowska, Pani monolog i ujęcia z planu – są świetnie zmontowane, a przejścia między nimi bardzo płynne. „Tatarak” jest w moim odbiorze mocno poetycki, płynie powoli, udowadnia, że słowa i obrazy są ważniejsze od wartkiej akcji – coś pięknego! A ten niesamowity klimat uwypuklają dźwięki – kunsztownie skomponowana muzyka, szum wody, śpiew ptaków… Wielkie brawa dla Pana Pawła Edelmana za zdjęcia: prawdziwie impresjonistyczne, nie sądziłam, że woda może być jednocześnie tak piękna i tak przerażająca.

Niesamowicie zafascynowała mnie postać Pani Marty. Dzięki Pani grze zrozumiałam, jaka to wspaniała kobieta. Mądra, dojrzała, potrafiąca panować nad uczuciami. Pozwala sobie na nadmierną emocjonalność tylko, gdy ma to związek z jej synami. Strasznie poruszyła mnie scena, w której Pani Marta głośno i szczerze się śmieje, opowiadając o ogórkach, a następnie nagle milknie, jakby miała poczucie winy, jakby było jej wstyd, że nadal się uśmiecha, że czasem potrafi czerpać radość z drobnostek, choć jej synów już nie ma… Późniejsza scena w pokoju chłopców – ogromnie przejmująca, pełna bólu i niezgody na los. Boże, jak Pani to zagrała!!!
Ale Pani Marta, pomimo swej powściągliwości, to także osoba pełna ciepła, dobra, poświęcająca się dla innych. Bo żyła przecież w pewnym sensie w cieniu swojego męża, płakała w samotności, by go nie martwić (brzmi znajomo…), nie mówiła mu o pogarszającym się stanie jej zdrowia, by go nie martwić, cały czas się jakby wycofywała…
Urzekło mnie jedno zdanie – „Ja nie mam z kim pływać” – wypowiedziała Pani tych kilka słów w taki sposób, że tysiąc razy lepiej pozwalały poznać i zrozumieć samotność Pani Marty, niż jakieś filozoficzne wywody na ten temat.

Pani Krysiu, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Pani gra. To niesamowite, że wciela się Pani w tak różne role i w każdej jest Pani tak przejmująco wiarygodna. I nie chodzi tu tylko o charakteryzację (choć przyznaję, że pięknie Pani wyglądała w tym kolorze włosów) czy o listę dialogową… Pani tyle od siebie daje każdej postaci – sposób poruszania się, ton głosu, uśmiechy, spojrzenia – za każdym razem inne i za każdym razem tak samo prawdziwe. Widziałam Panią już w tylu rolach filmowych, teatralnych i telewizyjno-teatralnych, że dawno powinnam się do tego wszystkiego przyzwyczaić, ale jakoś nie mogę, za każdym razem Pani profesjonalizm i maestria mnie zaskakują.

Tak się zastanawiam… Czy Doktor dobrze zrobił, nic nie mówiąc Pani Marcie o jej chorobie? Oczywiście miał dobre zamiary, chciał ją chronić. Ale z drugiej strony każdy ma prawo do takiej wiedzy, może Pani Marta inaczej przeżyłaby swoje ostatnie tygodnie, gdyby wiedziała, jak mało czasu jej zostało? A może właśnie wiedziała, domyślała się tego, stąd ta jej fascynacja młodością, próba zbliżenia się do Bogusia, co było przecież raczej „nie w jej stylu”? Tyle pytań stawia ten film, a tak trudno znaleźć odpowiedzi… Ale dobrze jest wiedzieć, o co należy pytać, o co warto pytać. To już wiele.

Dla mnie jednak najbardziej mistrzowskim, najbardziej poruszającym elementem „Tataraku” jest Pani monolog. Zachwyciło mnie, jak zagrała Pani te sceny. Tekst, który Pani napisała, pod względem literackim posiada niesamowity potencjał, jest tak naładowany emocjami, że wręcz w całości można go wykrzyczeć, przez cały czas płakać – a Pani to wszystko powiedziała cicho, spokojnie (choć momentami dało się usłyszeć, że głos się Pani załamywał, co zrozumiałe…), przez co, paradoksalnie, monolog uderzał jeszcze mocniej. Bo kazał skoncentrować się nie na środkach wyrazu, ale na tym, co Pani mówi, na Pani bólu, na Panu Edwardzie…
W monologu pada tyle pięknych słów, tyle przejmujących, bolesnych wyrażeń, że nie sposób się do wszystkiego odnieść, niepodobna skomentować… Nadmienię tylko, że mocno utkwiło mi w pamięci zdanie „Jak nie chciałam, żeby coś istniało, to udawałam, że tego nie ma” – jakie to prawdziwe! i pytanie: „Jak mogłam zagrać tego dnia?”… Bo ja chciałabym zapytać: jak Pani podziękować, że zagrała Pani tego dnia? Jak Pani podziękować, że zawód jest dla Pani tak ważny, że szanuje Pani swoich odbiorców tak bardzo, że zagrała Pani nawet wtedy? Brakuje słów…

Pani Krysiu, ja myślałam, że taka miłość, jak Państwa, się nie zdarza. Że takie związki są tylko wyidealizowanym tworem literatów. To takie piękne, że Pani spotkała taką miłość, że Państwo siebie spotkaliście… Jest Pani Artystką, Pani Mąż był Artystą, dlatego też uważam, że uczciła go Pani najlepiej, jak się dało – poprzez sztukę. Dzięki Pani świadectwu pamięć o Panu Edwardzie – nie tylko jako operatorze, ale przede wszystkim jako człowieku – przetrwa na zawsze. Non omnis moriar… To chyba najpiękniejsze, co mogła Pani teraz zrobić dla swojego Męża.

Jestem jednak przekonana, że ten monolog nie poruszyłby mnie tak bardzo, gdyby powiedział go ktoś inny, gdyby opowiadał o kimś innym. Proszę wybaczyć mi tę poufałość, ale czułam się, jakby całą historię wyznawała mi przyjaciółka podczas rozmowy w cztery oczy – taka bliska mi się Pani stała przez swój dorobek artystyczny…

Ja, na szczęście, nie przeżyłam jeszcze straty bliskiej osoby. Ale dzięki temu, co Pani pokazała, co i w jaki sposób powiedziała w monologu, myślę, że będzie mi łatwiej kiedyś zrozumieć i uporządkować to, co czuję, będzie mi łatwiej nauczyć się żyć z bólem. Dziękuję za tę lekcję.
Śmierć cały czas obserwuje się z boku, z przerażeniem oczywiście, z respektem, ale jednocześnie z niezachwianym przekonaniem: mnie to nie dotyczy, mnie to nie spotka. Fakt, że w „Tataraku” przemijanie i przeczucie końca wyłania się z każdej sceny, z każdego wątku, każe zrewidować to podejście. Uświadamia, że jedna z tatarakowych historii w końcu spotka każdego. Chciałoby się trywialnie dodać: w najmniej oczekiwanym, w najbardziej nieodpowiednim momencie. Ale przecież każdy moment jest nieoczekiwany i nieodpowiedni na śmierć… Jednak ta konstatacja nie jest tak stuprocentowo negatywna, bo uczy, żeby wszystkie chwile z bliskimi wykorzystywać silniej i doceniać bardziej. Mało który film przekazuje tyle fundamentalnych prawd. Dziękuję.

I jeszcze jedno: w jednym z wywiadów mówiła Pani, że „Tatarak” opowiada także o zawodzie aktora, który jest piękny i okrutny. Uderzyło mnie bardzo skonfrontowanie dwóch scen, ukazujących cienie i blaski tegoż zawodu. Pierwsza, gdy wspomina Pani, że pozwolili Pani obejrzeć wyniki Męża, bo nazywa się Pani Krystyna Janda. Fakt – dzięki temu, że jest się osobą publiczną, czasem można osiągnąć więcej. Ale tak naprawdę poruszyła mnie i zabolała druga scena: gdy ucieka Pani z planu, rozbita, roztrzęsiona, niespokojna, a kierowca nieustannie zalewa Panią pytaniami – „Czy Pani to Pani?” i tak dalej. Ten moment uświadomił mi, jak czasem trudno jest uciec, ukryć się, odnaleźć spokój i ciszę, gdy nazywa się Krystyna Janda… Ale wierzę, że po tylu latach pracy, nauczyła się Pani jakoś sobie z tym radzić.

Ciągle nie mogę się pozbierać po „Tataraku”, dojść do siebie… Mówiła Pani, że nie potrafi ocenić, czy ten film jest wielki, czy trochę mniejszy, czy dobry, czy zły. Ja się z Panią zgadzam i myślę, że „Tatarak” w ogóle wymyka się takim ocenom, gwiazdkom przyznawanym przez recenzentów i tak dalej… Jedno wiem na pewno: że jest to film ogromnie ważny.

Pani Krysiu… Życzę, z całego serca, nieskończonej ilości zdrowia dla Pani, Pani mamy, dzieci i wszystkich osób, które są dla Pani ważne. I żeby nadal szła Pani przez życie z podniesioną głową, mimo wszystkim i wszystkiemu…

Dziękuję i proszę wybaczyć nadmierną wylewność,
Nadia.

przez ladyBlack So, 02.05.2009 18:24
pani Krystyno kochana…
byłam wczoraj na Tataraku…jakoś wstałam w końcu, bo kino zaczęło pustoszeć, ale wychodziłam w okularach przeciwsłonecznych….
jest Pani bardzo odważna!
dziękuje i pozdrawiam…
Katarzyna

przez aga Z Pt, 01.05.2009 22:50
Dobry wieczór Pani Krystyno…

Wiele razy wspominała Pani, że ludzie „z Forum” są grupą bliskich, wzajemnie potrzebnych sobie ludzi…
I ja tak czuję, od ponad dwóch lat zaglądając tutaj, pisząc, a przede wszystkim spotykając się z Panią – w „Polonii”, poza nią, czytając Pani książki, no i tutaj… (kolejny raz za tą możliwość dziękuję…).
Mogę więc powiedzieć, że na pewno, przynajmniej w jakimś sensie, jest mi Pani bliska…
Dziś widziałam „Tatarak”, i powiem tylko tyle, że jest mi Pani jeszcze bliższa… Więcej na ten temat nie potrafię…
Dziękuję…

PS. Potwierdzam – ludzie nie wstają, jak to zwykle bywa, po rozpoczęciu napisów końcowych, i zapaleniu światła…

Pozdrawiam ciepło, wiosennie, z zapachem bzu, który stoi obok i pachnie niemiłosiernie…

Agnieszka Ż. z Dąbrowy

przez Magnolia Pt, 01.05.2009 14:09
Pani Krysiu,

Napisała Pani, że Tatarak to film dla każdego z osobna na sali …. Pani osobiste doświadczenia i cały wydźwięk filmu docierają do każdej osobistej historii, każdego z nas.. to film, w którym odnajdujemy siebie i własne dotychczasowe przeżycia i dzięki któremu ja zastanawiam się, co w moim życiu jest ważne, że najważniejsze jest zdrowie… i skłania by żyć pełniej oraz że nie na wszystko przyjdzie czas, że może nie warto odkładać na później, że nigdy nic nie wiadomo..

Frekwencja. Kiedy byłam pierwszego dnia, w piątek, było 30 osób; następnego w sobotę – już trochę mniej, ale nie liczyłam…. trochę mi przykro było.. ale myślę, że to nie ma większego znaczenia, przy tym CZYM jest ten film.. odczuwam go bardzo osobiście……

Pani Krysiu, czy Pani czyta forum ogólne? Bo się boję czy Pani aby czasem tu nie zagląda, bo aż mi wstyd za niektóre wpisy, na szczęście jestem ja i inni, co to za Panią murem…

Pozdrawiam najcieplej!

przez Oxygene_Lady Pt, 01.05.2009 11:35
Przeżyłam wczoraj wstrząs. Chciałam go przeżyć, więc poszłam na „Tatarak” zupełnie sama, nie chciałam żeby na fotelu obok mnie siedział ktoś mi bliski, bo bałam się, że zepsuje mi odbiór. I dobrze zrobiłam. Zachowywałam się po seansie jak wariatka, niemal uciekłam z kina, szlochając.
Ten film wstrząsa do głębi. Ale powinno się to przeżyć. Skonfrontować się ze śmiercią, a raczej z umieraniem, poczuć je, albo raczej wyobrażać sobie, oswajać się.
Nie byłam pewna, co będę myślała o tych Pani monologach.
Teraz już wiem. Może takie było zamierzenie reżysera, ale mam wrażenie, że mówiła je pani z wielką miłością. to musiało wymagać ogromnej siły, odwagi i właśnie tej miłości. Już rozumiem, że pożegnała Pani swojego męża najpiękniej i najlepiej jak Pani potrafiła.

Gratuluję Pani niezwykłej siły, podziwiam.
Życzę Pani, żeby wszyscy i wszystko, co Pani kocha dawało Pani już zawsze siłę by iść dalej. I by zawsze, bez strachu, z bólem, ale tym dobrym, mogła się Pani obejrzeć za siebie.

Do zobaczenia dziś na „Dancingu”.

adam29 Cz, 30.04.2009 05:14
Szanowna Pani Krystyno
Dziękuję za TATARAK, ten film wbija w fotel kinowy a, gdy się kończy nie chce się wychodzić z kina.
Dziękuje , dawno żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Serdecznie pozdrawiam z Łodzi.

przez Matowy Cz, 30.04.2009 22:35
Pani Krystyno,

Dziś obejrzałem „Tatarak”.
Pani i Pan Wajda sprawiliście, że film i jego wymowa jest czymś wielkim. Dziękuję. I nic już nie mówię bowiem na świeżo po projekcji najbardziej odpowiednia jest cisza.

Z ogromnym szacunkiem i pozdrowieniami
Tomek

przez helen Cz, 30.04.2009 22:09
Myślę, że film „Tatarak” jest ważny dlatego, że oswaja śmierć, pojęcie które w polskiej kulturze podobnie jak w całej kulturze zachodniej jest traktowane nienależycie, nie nadaje mu się odpowiedniego znaczenia, śmierć to lęk, obawa, strach. A to przeciez część życia, o której boimy się tylko myśleć.

Dzisiaj przypomniałam sobie, że pierwszy raz zobaczyłam Panią w Bałej Bluzce, w teatrze Komedia na Żoliborzu, chodziłam wtedy pewnie do piatej kalsy szkoły podstawowej, było to dawno temu. Pamiętam Pani żółty sweter i czerne rurki i ten fantastyczny monolog A.Osieckiej. Myślę, że to był także szczególny moment Pani życia.

Pozdrawiam serdecznie

przez nat Cz, 30.04.2009 10:33
Dwa zapachy tataraku
Rozmawiał Remigiusz Grzela
2009-04-29

Krystyna Janda i Andrzej Wajda byli we wtorek 28 kwietnia gośćmi spotkania w cyklu „Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe”. Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: Czy trudno jest napisać scenariusz z opowiadań Iwaszkiewicza? Do realizacji „Tataraku” przymierzał się pan kilka lat.

Andrzej Wajda: U Iwaszkiewicza są bardzo wyraziste postacie. Aktorzy nie mogą niczego ilustrować. To musi wypływać z nich samych, z akcji. W „Tataraku” jest napisane, że autor po latach spotyka panią Martę i ona opowiada mu tę historię. Jest śmiertelnie chora. Pomyślałem, że wprowadzenie tej choroby na początku opowiadania dawałoby większą dramatyczność jej spotkaniu z młodością, którą reprezentuje Boguś. Jak to można było zrobić? Przyjeżdża przyjaciółka z Warszawy, która w opowiadaniu Iwaszkiewicza nie ma specjalnego zadania, i rozmawiają o niczym, wypełniając pustkę życia pani Marty. Pomyślałem, że doktor, który mieszka w niewielkim miasteczku, posłał wyniki swojej żony do kolegów z Warszawy, którzy mają większą szansę sprawdzenia, co jej dolega. Przyjaciółka przyjeżdża z Warszawy i przywozi dokumenty.

Dowiedziałem się od mojego lekarza prof. Andrzeja Szczeklika, który nie tylko leczy moje biedne serce, ale i moje filmy, że istnieje opowiadanie Sándora Máraia pt. „Nagłe wezwanie”. Poradził, żebym przeczytał. Zabieg włączenia do „Tataraku” opowiadania Máraia o mężu lekarzu, który stwierdza u żony śmiertelną chorobę, wydał mi się dosyć istotny. Całą resztę pozostawiłem bez zmian, starając się oddać to, co najtrudniejsze w prozie Jarosława Iwaszkiewicza, czyli to, co wynika z połączenia krajobrazu i losów ludzkich. Nie jest bez znaczenia, kiedy i gdzie, o jakiej porze roku rozgrywa się ta historia.

Staraliśmy się z operatorem Pawłem Edelmanem, aby ta historia duszy znalazła dla siebie tak szerokie tło, jak sobie tego życzy autor opowiadania.

Obie te historie to wciąż było za mało na film?

Andrzej Wajda: Myślałem, że może trafię na inne opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, które się zrymuje z „Tatarakiem”. Ale nie trafiłem. I wtedy uznałem, że jedynym tematem, który mógłby dopełnić ten film, jest aktorka grająca panią Martę. Od samego początku wiedziałem, że to będzie Krystyna Janda, bo chciałem się z nią spotkać od lat. Uważałem, że takie spotkanie jest nam potrzebne. W każdym razie mnie było potrzebne spotkanie z jej talentem rozwiniętym po latach doświadczeń w filmach i w teatrze. Chciałem opowiedzieć, kim grająca panią Martę aktorka jest, jakie jest jej życie, o czym myśli? Koniecznie chcieliśmy dać piękną opowieść o tataraku, który ma dwa zapachy. Ale tego nie da się w żaden sposób zilustrować filmem. To musi być powiedziane słowami. Dlatego zaczynamy od sceny, w której aktorka grająca Martę i reżyser czytają opowiadanie „Tatarak”.

Potrzebował pan spotkania z Krystyną Jandą. Za czym pan tęsknił?

– Pamiętam, jak robiliśmy wiele lat temu „Bez znieczulenia”. Krystyna Janda grała tam epizodyczną rolę. Agnieszka Holland napisała scenariusz. Pierwsza scena, a Krystyna nic nie mówi. Mimo że są napisane dialogi. Myślę: „Zobaczymy, co będzie dalej”. Gdy reżyseruję, zawsze jestem zaciekawiony, co się wydarzy w takich momentach. Jestem tego ciekawy jak małe dziecko. Druga scena: znowu nic nie mówi. Biorę ją na bok i pytam: „Czy ty masz zamiar nic nie mówić w tym filmie?”. „Tak” – odpowiada. „Tu wszyscy tyle mówią, po co ja będę mówić”. Pomyślałem: „A, to jest inteligentne”. Poprosiłem tylko, aby na końcu powiedziała jednak jedno zdanie, bo inaczej wezmą ją za niemowę. Spotykając się z Krystyną Jandą na planie, wiem, że będę miał niespodziankę, przygodę. Jestem otwarty na interwencję aktorów, a to z bardzo prostej przyczyny – aktorzy stoją bliżej postaci niż reżyser. Moim zadaniem jest, aby postacie się spotkały i żeby zrealizowały wspólnie wydarzenie, które jest tematem scenariusza. Aktorom, którzy mają indywidualność, siłę, przekonania, a tacy są przecież najbardziej wartościowi, trzeba dać wolność. Cała trudność polega raczej na tym, że nie wszyscy mają taką wolę i nie wszyscy mają taki talent.

W „Tataraku” od początku wiedziałem, że potrzebna mi jest scena, w której aktorka w pewnym momencie ucieka z planu, nie chce grać dalej. Moi koledzy z ekipy byli temu przeciwni. Mówili, że to już trochę za dużo. Ale Krystyna nagle mówi: „Nie, Andrzej, to jest w porządku, dwa razy uciekłam z planu”. Uciekła do hotelu, bo zwykle kręci się z dala od domu, mieszkając w hotelach…

Naprawdę uciekała pani z planu?

Krystyna Janda: Rzeczywiście dwa razy uciekłam z planu. Raz, robiąc postsynchrony do filmu „Kochankowie mojej mamy”, zagrałam scenę improwizującą rozpakowywanie prezentów i otwierając papiery, improwizowałam cały dialog. Usłyszałam, że mamy jeszcze raz podłożyć cały dźwięk, całą scenę powiedzieć na nowo. Miałam już doświadczenie, wiedziałam, że drugi raz nie powiem tak samo czy równie dobrze. Szybko też zobaczyłam, że mówię między dźwiękiem, darciem papieru, czyli jeżeli reżyser się troszeczkę wysili i popracuje, to uratuje dialogi. I wtedy po prostu powiedziałam, że nie zrobię postsynchronu, bo to jest psucie sceny, i uciekłam. To było w Łodzi. Powiedziałam, że wracam do Warszawy. Na co reżyser wybiegł i krzyczał: „Natychmiast znajdźcie mi jakąś inną aktorkę o podobnym głosie!”.

Andrzej Wajda: Nie mów nazwiska.

Krystyna Janda: Asystent na to: „A gdzie jej mamy szukać? Dziś? W Łodzi?”. Drugi raz zbiegłam z planu, płacząc, ponieważ reżyser niespodziewanie zmienił zakończenie. Grałam cały czas coś innego, a on na końcu zmienił zakończenie i wszystko, co zagrałam, stawało się bez sensu. Grałam postać, której mąż nie chce dotknąć, a reżyser wymyślił potem, że jestem w ciąży. Dramat mojej postaci polegał na tym, że mąż ma kochankę i mnie nie dotyka. No nie.

Andrzej Wajda: Nie mów nazwiska.

Krystyna Janda: Zdarzyła mi się jeszcze inna, zupełnie nieprawdopodobna rzecz. Grałam w filmie „Matka mojej matki”. Scenariusz był tak napisany, że nie jestem matką tej dziewczyny. Na tym moim zdaniem polegała uroda mojej roli – jakaś dziewczyna przychodzi do kobiety, która lubi się czasem lekko napić, i mówi: „Pani jest moją mamą”. Na to moja bohaterka myśli: „Jak ona tak chce, to się pobawimy”. A tu producent obejrzał film i powiedział: „Nie, trzeba dokręcić scenę, że ona jest matką”. Przecież grałabym inaczej, gdybym była naprawdę matką. I ty się dziwisz, że nikomu innemu bym nie zaufała do końca, tylko tobie.

Wspominał pan, że pokoje hotelowe to miejsca, których nie można oswoić. Amerykański malarz Edward Hopper jest mistrzem w opowiadaniu o ludziach samotnych w hotelowym pokoju. To jego malarstwem inspirował się pan, pracując nad „Tatarakiem”.

Andrzej Wajda: Większość życia spędziłem w hotelach, zrobiłem pewnie z 50 filmów. Hotel jest czymś przejściowym. Hopper namalował najtrafniej, najpiękniej, najgłębiej Amerykę lat 30. z całą melancholią wielkiego miasta, ale i prowincji. Czasem jest u niego step, stoi jakiś domek, obok kobieta ubrana na czerwono, w kapeluszu, czerwone buty, a tu sawanna – nie ma nic. Dla kogo się tak ubrała? To są bardzo piękne i zastanawiające obrazy. Jest też seria pokoi hotelowych. Na jednym kobieta tylko w halce trzyma grubą książkę, czyta. Co to za książka? Łatwo się domyślić, bo w każdym amerykańskim hotelu otwierasz szufladę i leży Biblia. Czyta Biblię, czekając na ukochanego? A my to wszystko widzimy przez okno, jakbyśmy przypadkowo przechodzili. Najbardziej znanym obrazem Hoppera są „Nocni włóczędzy” – taki nocny bar, w którym siedzi para – mężczyzna i kobieta. Jest też na nim barman w białej furażerce i samotny mężczyzna, w sumie cztery osoby. Dookoła czarna, ciemna, pusta ulica, wszystkie okna zgaszone. Pomyślałem, gdzie – jeśli nie u Hoppera – powinienem szukać dla siebie natchnienia? Stąd monolog aktorki w pokoju kompletnie nie do oswojenia, w którym nie ma nic indywidualnego.

Jakie opowieści ukrywają w sobie kobiety na obrazach Edwarda Hoppera?

Krystyna Janda: Niedawno pewien widz napisał do mnie list o atmosferze pokojów hotelowych znanych z malarstwa Hoppera. My, którzy często mieszkamy w hotelach, zawieszeni między jednym wydarzeniem a drugim, życiowym czy zawodowym, wiemy, jak bardzo te pokoje są bezosobowe, jak trudno się w nich odnaleźć, jak często prowokują myśli. Jest w nich samotność, jest oczekiwanie, że coś się zdarzy, coś, na co nie mamy wpływu. Świetnie, że w „Tataraku” jest właśnie taki bezosobowy hotelowy pokój. Ten widz napisał: „Ja też nie odrywam z walizek bilecików samolotowych. Nie wiem, co będzie dalej. Tak jakby ta walizka miała tu już zostać. To jest tymczasowe miejsce. Chwila w zawieszeniu”.

Nie bała się pani zagrać sceny monologu w pokoju hotelowym?

Krystyna Janda: Nie, nie bałam się. Pracuję bardzo długo, dużo gram sama, gram monodramy. Lubię być sama na scenie. Lubię komponować wieczór, decydować, co tego wieczora będzie ważne. Gram tak, jak czuje mój organizm i jak psychika tego wieczora mi pozwala. Wydaje mi się, że rozumiem publiczność, że wiem, czego się obawia, wiem, że czasem przesadzam. Umiem to naprawić, tak żeby widzowie byli w dobrej kondycji przez całą opowieść , żeby rozumieli i czuli to, co wydaje mi się ważne. W „Tataraku” w scenach monologów narzędzia były w moim ręku. Bardzo chciałam to powiedzieć dokładnie tak, a nie inaczej. Co do westchnienia. Dlatego nie bałam się.

Puściły mi nerwy tylko raz, ale Andrzej to usłyszał. Nawet ja sama nie wiedziałam, że za chwilę będę płakać, a Andrzej i Paweł Edelman już to usłyszeli. Paweł podbiegł i zgasił lampę. Andrzej powiedział: „Stop”. Jestem za to bardzo wdzięczna. Nie można postawić widza w trudnej sytuacji. Jeżeli ten film ma wywołać wzruszenie, jeżeli ma się zrymować z życiem prywatnym widzów, to nie można ich sobą zawstydzać, wprawiać w zażenowanie. Wiedziałam, że muszę powiedzieć o śmierci w taki sposób, żeby widzowie mogli w moją opowieść wpisać samych siebie. Wiedziałam też, że mówię do ludzi, którzy wiedzą, co do nich mówię… I dlatego nie chciałam uciec z planu.

Powiedziała pani całkiem niedawno, że Andrzej Wajda jest najmłodszym reżyserem świata.

Krystyna Janda: (śmiech) To prawda, z żadnym innym reżyserem nie mogło mi się zdarzyć takie szaleństwo. Jakby mnie wystrzelili w kosmos – każde spotkanie z nim, każda praca niesamowita.

Ale mówiła też pani, że z Andrzejem Wajdą właściwie nic nie wiadomo, że najlepiej zagrać cały film w jednej fryzurze i jednym kostiumie…

Krystyna Janda: Tak Andrzej żartował z siebie przed laty, kiedy uczyłam się od niego wszystkiego – grać, pracować, być na planie, być artystką, być kobietą, być Polką. Zawsze przestrzegałeś mnie, Andrzeju, żebym nie zmieniała kostiumu, bo nie wiesz, w jakiej kolejności zmontujesz sceny, i mogę ci przeszkodzić. Mówiłeś, żebym w każdej scenie zagrała dokładnie wszystko, całą rolę, ponieważ nie wiadomo, czy ta scena, którą właśnie kręcimy, w ogóle wejdzie do filmu. I jeszcze coś. Mówiłeś: Kiedy aktor bardzo chce coś zagrać, jest jak chore dziecko, trzeba mu pozwolić zagrać to, co chce, bo inaczej nie będzie grał tego, czego chce reżyser. Czasem żartowałeś, że trzeba pozwolić mu to zagrać, nawet nie wkładając taśmy do kamery. Taśma była kiedyś bardzo droga. Zawsze zastanawiałam się, grając, czy jest taśma w kamerze. (śmiech).

Dokumentaliści mówią do niektórych bohaterów: „A teraz nakręcę pana na amerykańską taśmę”, czyli nie nakręcę.

Krystyna Janda: Dwa miesiące pracy przy „Człowieku z marmuru” nauczyły mnie wiele i potem całe moje życie zawodowe mogłam czerpać z doświadczeń naszego pierwszego spotkania, z tych dwóch miesięcy. Nauczyłam się przede wszystkim, że trzeba pracować odważnie, że warto ryzykować. Że warto być w sztuce odważnym i bezkompromisowym. Dla mnie to spotkanie, ta praca wtedy była tak ważna, odkrywcza, że to, czy „Człowiek z marmuru” wejdzie do kin, czy zatrzyma go cenzura, właściwie nie miało większego znaczenia. Najważniejsze było to, że spotkałam człowieka, od którego tak wiele mogłam się nauczyć. (oklaski).

Andrzej Wajda: Przez pierwsze dni na planie „Człowieka z marmuru” moją asystentką była Agnieszka Holland. Powiedziałem Krystynie Jandzie: „Ty patrz na Agnieszkę, jak ona reżyseruje, jak się zachowuje. To jest ktoś, kto idzie do przodu, kto będzie kimś”. A troszkę też patrzyłaś na mnie. I to nie bardzo się spodobało. Publiczność nie była przyzwyczajona, żeby kobieta na ekranie, Polka, tak się zachowywała, była tak energiczna, żeby robiła takie miny, żeby nie liczyła się z niczym. No, a jak zrobiła gest Kozakiewicza! Słuchaj, dlaczego my teraz nie zrobiliśmy tego, to by się tak dobrze nadawało.

Krystyna Janda: W „Tataraku”?

Andrzej Wajda: Nie, w „Tataraku” nie, ale trzeba zrobić szybko jakiś inny film, mogłabyś ten gest powtórzyć.

Planuje pan film o Lechu Wałęsie, więc może to jest miejsce na gest Kozakiewicza.

Andrzej Wajda: Lecha trzeba by namówić. On się nie da namówić do niczego. Niech zostanie sobą, jest fantastyczny.

Wracając do „Człowieka z marmuru”, jak Andrzej Wajda wytłumaczył pani tę rolę?

Krystyna Janda (do Andrzeja Wajdy): Powiedziałeś mi wtedy, przed „Człowiekiem…”, że mam sportretować pokolenie, które nadchodzi, które otworzy drzwi. Przypomniałam sobie wszystkich kolegów z liceum plastycznego, ich niekonwencjonalne poglądy, zachowania, zwariowane plenery malarskie, ich sposób bycia. A potem jeszcze powiedziałeś: „Amerykanie robią filmy z samymi mężczyznami, czy mogłabyś zagrać jak mężczyzna?” Gest Kozakiewicza po prostu postawiłeś przede mną takie zadanie.

Andrzej Wajda: Wiesz, co mi się spodobało w czasie zdjęć próbnych? Co zwróciło moją uwagę? Patrzyłem na kogoś innego, jak grał, ale kątem oka zobaczyłem ciebie – stoisz i palisz papierosa bardzo nerwowo. O, myślę sobie, dobre. I pamiętam, że powiedziałem: „Czy mogłaby pani zapalić papierosa?”… Patrzę, to fantastyczne, zrobiłaś to dokładnie tak samo. A znam aktorów i znam życie – przeważnie w takiej sytuacji słyszę następujące: „A może mi pan powiedzieć, co ja robiłam?”. Wtedy mówię: „Idź do domu, dziecko, nie będziemy robić razem filmu”.

To jest właśnie świadomość. Aktor musi mieć świadomość, że może coś powtórzyć. Jeżeli nie może powtórzyć, to mogę wziąć każdego, nie?

Krystyna Janda: (śmiech) Nie. Proszę państwa, to były czasy, kiedy robiliśmy filmy zupełnie inne niż składane scenariusze. Bardzo wiele działo się na planie. Jestem aktorką, która do dzisiaj nie uczy się tekstów na pamięć, bo mnie się ciągle wydaje, że tekst powstaje na planie, że ciągle jest cenzura.

Andrzej Wajda: Cieszę się, że dożyliśmy takiego filmu jak „Tatarak”, że nauczyłaś się dialogów. I widzisz, nie ma lepszych dialogów.

Mówiła pani, że czuła, przygotowując się do roli, że Iwaszkiewicz, pisząc „Tatarak”, miał w sobie prywatny ból. Jak dzisiaj patrzy pani na ten film?

Krystyna Janda: Czytałam to opowiadanie, czułam, że jest bardzo osobiste. Niedopowiedziane, zagadkowe. Są zdania, które świadczą, że między nimi jest coś więcej, że jest coś, co można wypełnić, każdy może uzupełnić je sobą, swoją tęsknotą albo historią. To opowiadanie tajemnicze, może bardziej osobiste, niż się nam wszystkim wydaje.

Mówiła pani też o naturalnej potrzebie, z której powstał ten film. Powstał z poczucia wolności?

Krystyna Janda: Przede wszystkim wiedziałam, jak jest dla mnie ważny. Nie ja jestem ważna, rola, jak temat jest dla mnie ważny. Ten film robiłam z wielką nadzieją, ale i przyjemnością. Zaczęło się niewinnie. Pierwsze rozmowy zaczęły się trzy lata temu. Andrzej Wajda powiedział, że ma ochotę spotkać się ze mną przed kamerą. Szukaliśmy ważnego powodu, żeby postawić kamerę na planie filmowym. Trzeba mieć naprawdę powód, żeby włączyć kamerę. Nie wchodzi się przed kamerę, na scenę po… byle co. Nie warto. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy. Powstawały kolejne wersje scenariusza. Rodziły się różne pomysły. Można by napisać opowieść o kolejnych wiosnach i latach, podczas których nie zrobiliśmy tego filmu. Ale cały czas pracowaliśmy. Potem stało się to, co się stało, a jeszcze później, tamtego lata, pewnego dnia postanowiłeś, Andrzeju, że możemy postawić kamerę. Że mamy powód. Wszystko stało się w rezultacie zupełnie inaczej, niż planowaliśmy, i to jest najpiękniejsze. Ale jak się stawało, zajrzałeś mi w oczy i zapytałeś, czy chcę, żeby tak było, i czy się na to decyduję. Czy chcę powiedzieć swój monolog. A ja pomyślałam tylko, że jeżeli Andrzej Wajda poświęca swój czas, swój autorytet, talent i uważa, że te dwa tematy, że te dwie historie mogą być razem, to jest to dla mnie wielkie szczęście i dziękuję, że los zdarzył w moim życiu coś takiego. Przy każdej okazji dziękuję za to, że tak się stało.

Andrzej Wajda: Gdyby nie stało się tak, że dajesz mi napisany monolog, nie wiem, czy bym się zdecydował. Przeczytałem i poczułem nagle, że to jest silne, wyraziste. Gdybyś to przed kamerą opowiedziała od siebie, bez napisanego tekstu, to byłoby żenujące. Jakbyś chciała koniecznie zadowolić dziennikarzy, którzy zadali ci pierwsze bolesne pytanie. To by było jak obrona przed nimi. Dlatego poprosiłem, żebyś nauczyła się na pamięć. Pomyślałem, że mogę postawić daleko kamerę, tak jak doradził Paweł Edelman, i nie zaglądać ci w oczy. I nie robić tego właśnie, czego nie chcesz, a czego żądają od ciebie dziennikarze.

Krystyna Janda: Nie miałam potrzeby, żeby to opowiedzieć w ogóle. To, co powiedziałam, jest opowiedziane do filmu „Tatarak”. Każdy akapit zaczyna się od spotkania z filmem „Tatarak”. To
tylko było zdumiewające, jak nagle te obie historie – prywatna i fikcyjna – zaczęły się przenikać. Nie mogły już bez siebie w mojej głowie istnieć.

Andrzej Wajda: Zaciekawiło mnie, że zdecydowałaś się pójść tak daleko w postaci pani Marty. Nie tylko przefarbowałaś włosy, zrobiłaś sobie nawet inne oczy. Wiedzieliśmy, że chcemy zrobić w drugiej części opowieść o aktorce, ale nie myślałem, że pójdziesz tak daleko.

Krystyna Janda: To było naturalne. Opowiadaliśmy też o zawodzie aktora, a dla ludzi z zewnątrz to, że aktor się zmienia, także fizycznie, jest chyba najbardziej fascynujące, to, że inaczej chodzi, mówi, w innym rytmie myśli i reaguje.

Tadeusz Sobolewski w „Gazecie Wyborczej” napisał, że realizacja „Tataraku” ma być dla aktorki rodzajem szczepionki przeciwko śmierci. Jak to pani rozumie?

Krystyna Janda: Myślę, że przy okazji tego filmu za często mówi się o mnie i o mojej prywatnej historii. Jestem aktorką od 30 lat. Od 30 lat używam własnego życia, przeżyć, doświadczeń, do opowiadania fikcyjnych historii. Śmierć jest uniwersalnym, wielkim tematem. To opowieść – jak już mówiliśmy – o zawodzie aktora. Aktor oddaje swojej postaci wszystko, co wie, rozumie, czuje.

Gazeta Wyborcza Stołeczna
____________________________________________________________________________________________

Pasolini, Janda i Kaczmarek na festiwalu Dwa Brzegi

„Świat zwariował” – to hasło tegorocznej edycji Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi, który już po raz trzeci odbędzie się w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą. Impreza potrwa od 1 do 9 sierpnia.

W warszawskim Empiku odbyła się dziś konferencja, na której przedstawiono zarys programu festiwalu. Jak zaznaczyła już na początku dyrektor artystyczna Grażyna Torbicka, Dwa Brzegi nie zmienią swojej formuły, w ramach której kino pokazane będzie na tle innych sztuk, takich muzyka czy malarstwo. Impreza będzie więc łączyć pokazy filmów, otwarte koncerty, a także artystyczny performance. Muzycznym hasłem tegorocznej edycji będzie: „bossa nova”, brazylijski gatunek muzyczny obchodzący w tym roku półwiecze. Imprezę otworzy koncert w wykonaniu brazylijskich muzyków (informacja, kto to dokładnie będzie, trzymana jest na razie w tajemnicy), a na otwarciu zostanie pokazany jeden z najbardziej znanych filmów inspirowanych bossa novą, czyli „Czarny Orfeusz” Marcela Camusa (film zdobył Złotą Palmę w Cannes w 1959, a rok później Oscara w kategorii: Najlepszy Film Nieanglojęzyczny). W sekcji zobaczymy także „Dona Flora i jej dwóch mężów” Bruno Barrety.

Z muzycznych atrakcji na gości Dwóch Brzegów czeka też koncert laureata Oscara Jana A. P. Kaczmarka, który zagra swoje mniej znane kompozycje z okresu współpracy z Orkiestrą Ósmego Dnia. Kompozytor będzie też jednym z gości cieszącego się zainteresowaniem widzów cyklu „Lekcja kina…”, czyli rodzaju spowiedzi twórcy i intymnej rozmowy o filmowej pasji. Spotkania ilustrowane są wybranymi przez gości fragmentami filmów. Poza Kaczmarkiem gościem tegorocznej „Lekcji…” będzie reżyser Piotr Szulkin.

Ciekawie zapowiada się sekcja filmów dokumentalnych, w ramach której zaprezentowany zostanie głośny dokument Piera Paolo Pasoliniego „La rabbia di Pasolini”. Z powodu tragicznej śmierci reżyser nie zdążył dokończyć filmu. W zeszłym roku zrobił to jego przyjaciel Giuseppe Bertolucci, a obraz miał premierę na festiwalu w Wenecji. Pokaz na Dwóch Brzegach będzie pierwszą szansą zobaczenia filmu w Polsce.

Na festiwalu kontynuację znajdzie także, zainaugurowany w zeszłym roku przez retrospektywę Janusza Gajosa, cykl „I Bóg stworzył aktora”, czyli autorski wybór filmów najwybitniejszych polskich aktorów. Tegorocznym gościem honorowym imprezy będzie Krystyna Janda.

Szczegółowy program trzeciej edycji Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi poznamy na przełomie maja i czerwca. Już w przyszłym tygodniu ruszy odświeżona strona internetowa imprezy. Szczegółowe informacje znajdziecie na: http://www.dwabrzegi.pl.

Filmweb objął patronat medialny nad festiwalem.

Michał Burszta
Filmweb
___________________________________________________________________________________________

Wajda, Janda, Stańko, Irena Kwiatkowska – aktorami nowego filmu animowanego Mariusza Wilczyńskiego

Kreskę Mariusza Wilczyńskiego, zwanego „Wilkiem” znają widzowie TVP Kultura. Ten 46-letni artysta, malarz, muzyk i performer jest autorem wielu filmów animowanych (m.in. „Czas przeszły”, „Niestety”, „Death to Five”, „Kizi Mizi”). W 2007 roku jego filmy pokazywano w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej MoMA. Obecnie Wilczyński pracuje nad pełnometrażowym autorskim filmem „Zabij go i wyjedź z tego miasta” – jest jego scenarzystą, reżyserem, autorem zdjęć i animacji. Muzykę zdążył skomponować i zagrać na gitarze „ojciec chrzestny polskiego bluesa” Tadeusz Nalepa. Prace nad filmem trwają od ponad roku, koniec realizacji jest przewidziany na 2011/12 rok. Rewelacyjnie zapowiada się strona dźwiękowa, aktorska antysentymentalnej bajki Wilczyńskiego. Udało mu się zaprosić do współpracy wybitne postacie sztuki podkładające głosy animowanych postaci. Krystyna Janda zagra główną bohaterkę Jadwigę. Andrzej Wajda zgodził się podłożyć głos Staruszka Kaczora Donalda. Irena Kwiatkowska będzie Starą Myszką Miki. Konduktorem – Tomasz Stańko. Uciętą Głowę Berlioza (z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa) zagra Daniel Olbrychski. Maja Ostaszewska będzie Jankiem, Krzysztof Kowalewski – Panem Wacławem. Udało się zarejestrować głosy artystów, którzy odeszli: ostatnią rolą Gustawa Holoubka będzie w filmie Wilczyńskiego Stary Pan Przechodzący Korytarzem Wagonu; głos muzyka z gitarą podłożył Tadeusz Nalepa.

Mariusz Wilczyński pisze w eksplikacji filmu: „Ja wiem, że tak jest, że z biegiem lat odchodzą wszyscy najbliżsi – dziadkowie, rodzina, ciocia z wujkiem, przyjaciele od serca i bluesa, nasze najukochańsze psy, kot i kanarek, akacja z podwórka i fabryka z kominem oraz tramwaj, którym zawsze jeździłem do szkoły, i smak wody z sokiem , i zabawki na sznurkach. Wszystko odchodzi, wszystko przechodzi do mojej głowy. Moja pamięć zaludnia się i mebluje. Zaraz zasiądą wszyscy do wigilijnego stołu, tylko jak zwykle ciocia Hela spóźnia się z dziewczynkami. To ja może szybko, póki jeszcze nie siadamy, odnajdę Tatę i Mamę i powiem im wreszcie pierwszy raz, że ich kocham, Ach, zapomniałem, rodzice rozeszli się, jak miałem trzy latka. (…) Chcę żyć długo, jak najdłużej. Chcę zabić te wszystkie piękne, łzawe sentymenty, kopnąć je w dupę. Nie wiem, jak to zrobić, i nie wiem, czy mi się to uda. Film pokaże”.

Gazeta Wyborcza
____________________________________________________________________________________________

Janda, jakiej nie znacie
29-04-2009

To bez wątpienia najbardziej znana sztuka Friedricha Dürrenmatta. Spektakl Waldemara Krzystka przekonuje, że nic nie straciła ze swej aktualności. Bo jak pisał Jan Kott – w każdej epoce znajdą się ludzie, z którymi można zrobić wszystko i to za niewielkie pieniądze

Przystaną na zbiorowe morderstwo, a kiedy już będą je mieli za sobą – samych siebie przekonają, że zrobili to w imię sprawiedliwości i ideałów”. Przedstawienie powstałe w 2002 roku odarte jest z teatralności i ogląda się je niemal jak współczesny film. Zgodnie z tradycją teatralną w postać tytułowej bohaterki – bezwzględnej Klary Zachanassian – wcielały się najczęściej dojrzałe aktorki. Waldemar Krzystek postąpił inaczej i odniósł sukces. Krystynie Jandzie w 2002 roku do sześćdziesiątki było jeszcze daleko, ale kiedy jej bohaterka pojawia się na ekranie, widzowie nie mają wątpliwości – takie jak ona rządzą światem.

Krytycy nazywali Dürrenmatta wielkim moralizatorem XX wieku. On sam zaś mówił, że przede wszystkim chce w swej twórczości ukazywać problemy nurtujące człowieka z dystansu, bez zaangażowania, które mogłoby wyglądać na moralną krucjatę. Był świadomy ogromu zła panującego na świecie. Zła, które – jak uważał – nie da się naprawić, co nie znaczy, że można być wobec niego obojętnym. Chciał je bezkompromisowo obnażać, a najwłaściwszymi do tego gatunkami literackimi były dla niego groteska, parodia i farsa.

Powstała w 1956 roku „Wizyta starszej pani”, mimo że należy do jego wczesnych sztuk, uważana jest za najwybitniejsze dokonanie pisarza. Ten znakomicie skonstruowany dramat, niewolny od czarnego humoru, stanowi wyjątkowo ostre i celne oskarżenie natury ludzkiej, pełnej przewrotności, obłudy i chciwości. Do małego miasteczka przybywa miliarderka, która chce finansowo wspomóc miejscową społeczność. Pod jednym warunkiem, jak się okazuje, wcale nie tak trudnym do spełnienia, jak się początkowo mieszkańcom wydawało…

W Polsce utwór Dürrenmatta był wielokrotnie z sukcesem wystawiany, także w Teatrze Telewizji. W pamięci widzów zapisał się zwłaszcza spektakl Jerzego Gruzy z 1971 roku. Zachwyt wzbudziła niezwykła kreacja Barbary Krafftówny. To ona sprawiła, że przedstawienie trafiło do elitarnej Złotej Setki Teatru TV. Krafftówna, obok Jandy, była najmłodszą polską Klarą Zachanassian.

A postać tę mają w swoim dorobku silne osobowości sceniczne. W 1958 roku w Krakowie wystąpiła w tej roli Lidia Zamkow, charyzmatyczna reżyserka teatralna, a w warszawskim Teatrze Dramatycznym, który dzięki reżyserowi Ludwikowi Rene stał się na wiele lat „domem Dürrenmatta” – Wanda Łuczycka. Potem Klarą były m.in. Sława Kwaśniewska, Halina Gryglaszewska, Maja Komorowska, Nina Andrycz, Halina Winiarska i Emilia Krakowska.

– W jednej z pierwszych scen, które zagrałam – mówi Krystyna Janda – moja bohaterka wypowiada takie zdanie: „Człowieczeństwo, moi panowie, jest podporządkowane giełdzie. Jeśli ktoś rozporządza takim kapitałem jak mój, stać go na stworzenie własnego porządku świata…”. Straszne – dodaje aktorka. – Ale i dziś niezwykle aktualne. Jak grać bogatych? Wolno! Ludzie naprawdę bogaci już nigdzie się nie śpieszą.

Spektakl Waldemara Krzystka kręcono w Chełmsku Śląskim, niedaleko granicy z Czechami. Reżyserowi zależało na tym, by osadzić tę opowieść w miasteczku, które kiedyś przeżywało okres świetności, a dziś jest w kompletnej ruinie. Oprócz Jandy świetnie zagrali m.in. Teresa Sawicka, Jerzy Stuhr, Witold Dębicki i Krzysztof Dracz. Scenografem spektaklu jest Tadeusz Kosarewicz. Muzykę napisał Zbigniew Karnecki.

Wizyta starszej pani
20.20 TVP 1 poniedziałek

Jan Bończa-Szabłowski
Rzeczpospolita
____________________________________________________________________________________________

Życie pod nazwiskiem

Łomnicki, Peszek, Seweryn – rozsławione przez rodziców nazwisko wbrew pozorom nie ułatwia dzieciom życia. Jeśli młodzi chcą robić karierę w tej samej dziedzinie, muszą nie tylko być wybitni, ale też walczyć o autonomię.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,97659,6559656,Zycie_pod_nazwiskiem.html

Polityka
____________________________________________________________________________________________

Jeśli tak wygląda sprawa, no to w porządku – rozgraniczymy monitoring teatralny i domowy i ten drugi kontynuuję
Mam nadzieję, że recitale się podobały i tydzień muzyczny uznaje Pani za udany.
Pozdrawiam serdecznie i majówkowo,
N.

przez okularnica Śr, 29.04.2009 13:26
Pani Krysiu, byłam wczoraj na „Tataraku” i od wyjścia z kina ciągle analizuję w głowie film. W ciągu dnia co chwila wracają sceny z filmu, urywki dialogów… zastanawiam się, co dalej czuła, myślała Marta, jak wyglądało to jej ostatnie lato… Nie czytałam jeszcze opowiadań, recenzji, nie oglądałam wywiadów, nie chciałam się niczym sugerować oglądając film, zawsze tak robię.

Podziwiam Panią za odwagę, potrzebną, żeby zagrać tę rolę, stanąć przed kamerami!! A właściwie dwie role, równorzędne, pierwszoplanowe, jak ja to odbieram, choć może się mylę. To wymagało ogromnej siły! Ale może ktoś obejrzawszy ten film zrozumie, co to miłość i bycie ze sobą na dobre i na złe, na zawsze… Tak zwana „młodość” czy „starość”, czy są to w ogóle pojęcia właściwe i jak definiować?
Tak, jest to film, zdumiewający, bo wielowarstwowy, bo taką prawdziwą i trudną, „niemodną” tematykę poruszający, zadziwiający, bo i konwencja i pomysł nietypowe. A przede wszystkim jest bardzo, bardzo wiarygodny. Takie mam wrażenie, że dzięki Pani podwójnej roli film „wychodzi z ekranu”, bo do widza dociera, że to co ogląda (a czasem czyta w powieściach, romansidłach, opowiadaniach, itp.), różne historie widziane w wygodnym fotelu klimatyzowanej sali kinowej, zagryzane popcornem, to nie odległa bajka (straszna/zabawna/dobra/zła/nawet poruszająca – ale story), tylko życie, które dzieje się tu i teraz. Dwie rzeczywistości równoległe, a może jedna?
Wczoraj, kiedy nagle poleciały napisy końcowe i zapaliły się światła, cała widownia siedziała nadal, zastygła w martwej ciszy, sparaliżowana…. Dobra chwila minęła zanim pierwsze osoby zaczęły wychodzić… Pierwszy raz zdarzyło mi się doświadczyć czegoś takiego.

Dziękuję za ten film, za te przeżycia.

Ciepłego maja życzę i spokojnej przystani z rodziną w Milanówku.
Pozdrawiam serdecznie,
Marta

PS I dzięki za zaśpiewane „Jesienne liście” w marcu, we Wrocławiu!!

przez ania1323 Śr, 29.04.2009 22:35
Dzień dobry Pani Krystyno,

Nie jesteśmy po imieniu, ale mam nadzieje że się Pani nie obrazi
Niespełna miesiąc temu, odprowadzając na dworzec PKP moją córkę studentkę, wpadając nieuchronnie w kolejny smutek po jej wyjeździe, zajrzałam do saloniku prasowego. Przeszukując masę wydawnictw z „oskarowymi” filmami, teraz dostępnymi za parę złotych dla spragnionych odrobiny kultury mas, zobaczyłam książkę – nadzieję, „Moja droga „B”. Pomyślałam sobie, no cóż, sama szukam nowej drogi, a tu znana aktorka, może rzeczywiście ma jakiś Plan „B”..
Kupiłam, wzięłam do domu, położyłam w miejscu „dla oczekujących”…
Przyjaciel odszedł zbyt szybko…, sięgnęłam po „Moją drogę B” , a tu po prostu życie i zapach Toskanii.. Zaskoczenie, zdziwienie, „droga B.” to przyjaciółka…

Przeczytałam gdzieś na skraju nocy i.. poszłam.. do kina na film, „Tatarak”, pierwszy raz sama!
Na sali 10 osób, dwie Panie, „matki Polki” ,w słusznym wieku, po sowitych zakupach, na chwilę wytchnienia zagłębiły się w wygodne fotele..
Ale życie płynie dalej, a telefon głośnym dzwonkiem wciąż przypomina o:
– żaluzjach, które się zepsuły,
– o wywiadówkach, które minęły..
– o zakupach, które jeszcze w domu nie są..

Trzy razy wstałam!, ale nie miałam śmiałości głośno zwrócić uwagi…
…A tu nagle film się kończy i Panie zdziwione i rozbawione mówią :

– „To już koniec?, naprawdę koniec?”
– Tak, proszę Pani, KONIEC! Czas wrócić do domu! Spieszcie się! Ja wrócę do samochodu i pół godzinki popłaczę, że KONIEC znaczy KONIEC i nic tego nie zmieni…

Chociaż, w sumie, jak tak pomyślę o tym wszystkim, to Pani Krystyna i Pan Edward , będą już, choć „niechcący”, zawsze ze mną, nawet przez tą jedną magiczną chwilę, a może nawet będą moją „drogą B”…

Będę do Pani zaglądać..

Pozdrawiam
Ania

przez tane Śr, 29.04.2009 21:39
Tatarak daje do myslenia , powala , ale kiedy zamykam oczy i mysle o tym filmie to tylko wiedze Pania
moze to wlasciewie nie jest rola , ja odebralam ten film ze jestem w pokoju na rozmowie z Pania , a wlasciwie na monologu , na spowiedzi , tak jak sie slucha swoich przyjaciol ktorzy nas potrzebuja , zeby nam cos powiedziec , tak wlasnie sie czulam .

serdecznie pozdrawiam i wreszcie zobacze w maju pania w Shirley Valentine ……wreszcie
bo ja mam malego synka , meza co dziko pracuje , tak malo czasu spedzamy razem ,wiec postanowilam wyciagnac go do teatru , a synek zostanie z baba .

pozdrawiam .

przez Agnieszka G. Śr, 29.04.2009 18:31
Dzien dobry Pani Krystyno,

W poniedziałek wczesnym popołudniem wybrałam się na „Tatarak”. Wolałam pójść sama, o takiej porze ( multipleksy odbierają filmom ich czar ), aby w spokoju odbierać wszystkimi zmysłami Państwa film.

Miałam rację. „Tatarak” to film bardzo intymny, skłaniający do refleksji, bardzo malarski, piękny muzycznie i głęboko poruszający, pod każdym względem. Tak szybko teraz żyjemy, a nie zastanawiamy się na tym, co naprawdę jest w życiu ważne.

Bardzo BARDZO dziękuję i Pani, i Panu Andrzejowi Wajdzie, i Panu Pawłowi Edelmanowi, a także całej ekipie. Po filmie przeczytałam od „deski do deski” książkę-album „Tatarak”, a wczorajsze spotkanie w Cafe Gazeta było taką „wisienką na torcie” Jeszcze raz dziękuję. Szkoda tylko, że nie przyjedzie Pani z Panem Andrzejem Wajdą na spotkanie do Łodzi …Ale rozumiem …

Wczoraj podczas spotkania w Cafe Gazeta powiedziała Pani, że widzowie przychodzą do teatru, ponieważ po prostu chcą zobaczyć coś dobrego. Ależ oczywiście ! Niedługo znów sie z Panią spotkam. Tym razem po raz 2 lub 3 na Shirley. Po raz kolejny przyjadę specjalnie z Łodzi do Pani Teatru. To chyba najlepiej świadczy o słuszności Pani słów. Do zobaczenia !

Pozdrawiam słonecznie i jeszcze raz BARDZO DZIĘKUJĘ ZA TATARAK !!!!!
Agnieszka

przez jatzkeleh Śr, 29.04.2009 14:35
Witam,
Kilka dni temu napisałem do Pani kilka może zbyt emocjonalnych słów, przekazując je za posrednictwem impresariatu.
Widzielismy Tatarak i zamilkliśmy. Każdy z nas inaczej przeżył ten obraz. Dla mnie to kolejne potwierdzenie, że najważniejsza jest prawdziwa, odwzajemniona miłość, jakie to szczęscie zatem, że jest, było nam dane…
Doceniajmy ten cud.
Pozdrawiam najserdeczniej.
Jacek.

przez Constance Wt, 28.04.2009 22:29
Piękny film. Pod każdym względem. Bardzo Pani dziekuję.

przez marysias16 Pt, 08.05.2009 21:53
Dzisiaj zgodnie z moim postanowiem byłam raz jeszcze na ”Tataraku”.Stety,niestety z klasą.Miałam nadzieję,że choć trochę inni mogą sie zachować normalnie,jednak się mocno przeliczyłam. Niezmiernie trudno jest ogladać ten film z szelestem papierkow po cukierkach..i innymi równie w tym momencie potrzebnymi rzeczami. Ale postanowialam że za wszelką cene obejrzę ten film tak jak chciałam. A co było najdziwniejsze , takie zaskakujace było to, że popłakałam się na tym filmie dużo,dużo bardziej niż jak byłam sama pierwszy raz. Wyszłam z kina strasznie przygnębiona,ale w pewien sposób inaczej zrozumiałam ten film. Wszyscy nie mogli uwierzyć w moje zachowanie , tylko moja Pani stwierdziła ”jesteś niesamowicie wrażliwa,to piękne”. Nie zdawalam sobie sprawy,ze jestem jedyna…to mnie trochę zasmuciło,w pewien sposób dobiło..Niestety jak mi kiedyś ktoś powiedział ” różnych ludzi spotyka się na swojej drodze” .Reasumując chciałam tylko jeszcze raz serdecznie podziękować za to , że Pani jest i że Pani jest tak wspaniałą aktorką..Miałam 7 lat gdy zobaczyłam Panią w ”Teatrze Telewizji” tylko 7 lat. Teraz mam 16 i inaczej postrzegam te sprawy..ale jedno się nie zmieniło i nie zmieni ,uwielbiam teatr ,to jak Pani gra i nie zmienia moich planów dotyczących przyszlosci.
Bardzo gorąco pozdrawiam.Dziękuję, „łączę prawdziwe wyrazy szacunku”. MArysia

przez Agnieszka Pt, 08.05.2009 08:38
Jest taki czas, że wszystkiego mamy aż zanadto. Dobrze jest się zatrzymać nad tym, co ważne i nieuniknione. „Tatarak” jest niezwykły. Pani Krystyno, bardzo dziękuję.

przez hedone Cz, 07.05.2009 10:02
Dzień dobry.
Obejrzałam drugi raz. Wcale nie chciałam. Nie to, żeby film mi się nie podobał. Zresztą w moim przypadku (a pewnie i innych) film ten zupełnie wymyka się kategorii podobania się. Film uderzył, za drugim razem ze zdwojoną siłą. Prawie rok temu zmarła moja koleżanka. Poznałam ją na oddziale onkologii dziecięcej, czyli przyjęłam ryzyko – można powiedzieć. Daleka jestem od porównań, smutne jest to wszystko. Gdy oglądałam pierwszy raz – wyłączyłam się, nie myślałam o odniesieniach, różnicach i podobieństwach. Fabuła i historia wystarczyły do wzruszeń.
Bardzo silna Pani musi być. Po takim filmie, po opowiedzeniu takiej historii w tak otwarty sposób, powinno się już nic nie chcieć. A tu jeszcze promocja, wywiady, spotkania, jeszcze wiadomości na forum (pisząc trochę przeczę sama sobie, ale).
Siły i spokoju. w tym dziwnym (chyba) czasie.

przez Julita89 So, 09.05.2009 20:59
Droga Pani Krysiu, moja mama była dziś na „Tataraku”. Napisała zaraz potem do mnie. Prosiła żebym Pani przekazała. Przekazuję więc. Oto co napisała:
,,Chwilkę temu wróciłam z kina. Film sprytnie pomyślany, a Krysia zrobiła fantastyczną rzecz ku pamięci swego męża. Po filmie pozostaje głębokie przeżycie i refleksja nad najwazniejszym-nad nieuchronną śmiercią. I jeszcze jedna ważna refleksja-dlaczego nie potrafimy docenić bliskich i kochanych w każdej chwili nam wspólnie danej? Piszę oczywiście o swoim odbiorze. Krysia zagrała świetnie, to kobieta z wielką klasą. Podobała mi się też gra Englerta ,szczególnie w scenie przy samochodzie. Było nas na sali około 30 osób-przekrój wiekowy- w przewadze moje lata (tutaj pozwolę sobie na mój dopisek – 53) i w przewadze kobiety. Wcześniejsze rozmowy na temat filmu, dużo dały, bo pewnie wiele ważnych drobiazgów by się samemu nie zauważyło. Jednym słowem ten film należy zobaczyć. Chylę głowę przed Krysią i Andrzejem Wajdą.”

PS. Przepraszam za bezpośrednią formę mojej mamy. Tak ma jak ja
A ja na „Tatarak” dopiero za tydzień, równo tydzień, czekam bardzo… W moim rodzinnym Krośnie, które jest mniejsze od Lublina, szybciej zaczęli ten film grać niż tu… no cóż…
Za tydzień napiszę o „Tataraku” od siebie.

PS 2. Pani Krysiu kochana, a gdzie to nam Pani zaginęła? Czy wszystko w porządku? Pewnie praca Panią zatrzymała, ale jak Pani długo nie ma, to ja zawsze rozmyślam co się u Pani dzieje…
Zdenerwowała mnie ta ostentacyjność tych dwóch osób w Elblągu… i czemu? Tak się zachowali? Nie roumiem co miała oznaczać taka ostentacja… Mam nadzieję, że poza tym koncert udany.
Pozdrawiam Panią najserdeczniej i życzę miłej niedzieli.

Julita

przez kropla wody So, 09.05.2009 17:26
Szanowna Pani K.,

mam dla Pani piękną bo prostą historię.
Mój Tata- ukorzeniony z Warszawą, a którego życie pociągnęło w stronę Końskowoli( 120 km dalej), specjalnie dla Pani ( i dla Pana Edwarda) przybył by spotkać się dziś z Tatarakiem. I poruszył Go Tatarak-film o filmie, film o miłośći na śmierć i życie, o zatarciu granic pomiędzy sztuką a tzw.prozą… i o tym co najważniejsze…I znowu ( ja byłam po raz drugi), podczas seansu panowała mądra cisza, a potem wszyscy siedzieliśmy- jakby w oczekiwaniu…
Piękny pomnik podarowała Pani Mężowi…
Kłaniam się nisko- z zapachem bzu w Łazienkach w tle…

A.

przez marysias16 So, 09.05.2009 12:32
”W rozmowach na koniec tygodnia ” powiedziała Pani,że Tatarak był stworzony dla Pani dla Andrzeja Wajdy, a jednak został stworzony dla Nas dla wszystkich ludzi. Film jest bardzo potrzebny,chociaż po to by zrozumieć jak bardzo życie jest kruche i nietrwałe..Doszłam do wniosku,że może dlatego połowa moich rówieśników wolała śmiać się z imienia Bogusław..im po po prostu nie było takie doświadczenie potrzebne.Ale dla mnie to i tak nie jest wytlumaczenie.Nikt z nas wcale nie musial tego filmu odwoływać do swojego życia,ale przynajmniej jako dorastajacy ludzie mogli się choć troche wykazać wrażliwością..Miałam wrażenie ze gdzieś z boku Pan Andrzej Wajda miał chęć pokazać ludziom jak ważne jest motto Carpe diem. Ja w tak młodym wieku odkrylam parę ważnych rzeczy i jestem za to wdzięczna Panu Wajdzie i Pani.Dla mnie bylo to bardzo ważne przyzycie..Dziękuję..
Pozdrawiam.
Marysia

marysias16

przez marysias16 Pt, 08.05.2009 21:53
Dzisiaj zgodnie z moim postanowiem byłam raz jeszcze na ”Tataraku”.Stety,niestety z klasą.Miałam nadzieję,że choć trochę inni mogą sie zachować normalnie,jednak się mocno przeliczyłam. Niezmiernie trudno jest ogladać ten film z szelestem papierkow po cukierkach..i innymi równie w tym momencie potrzebnymi rzeczami. Ale postanowialam że za wszelką cene obejrzę ten film tak jak chciałam. A co było najdziwniejsze , takie zaskakujace było to, że popłakałam się na tym filmie dużo,dużo bardziej niż jak byłam sama pierwszy raz. Wyszłam z kina strasznie przygnębiona,ale w pewien sposób inaczej zrozumiałam ten film. Wszyscy nie mogli uwierzyć w moje zachowanie , tylko moja Pani stwierdziła ”jesteś niesamowicie wrażliwa,to piękne”. Nie zdawalam sobie sprawy,ze jestem jedyna…to mnie trochę zasmuciło,w pewien sposób dobiło..Niestety jak mi kiedyś ktoś powiedział ” różnych ludzi spotyka się na swojej drodze” .Reasumując chciałam tylko jeszcze raz serdecznie podziękować za to , że Pani jest i że Pani jest tak wspaniałą aktorką..Miałam 7 lat gdy zobaczyłam Panią w ”Teatrze Telewizji” tylko 7 lat. Teraz mam 16 i inaczej postrzegam te sprawy..ale jedno się nie zmieniło i nie zmieni ,uwielbiam teatr ,to jak Pani gra i nie zmienia moich planów dotyczących przyszlosci.
Bardzo gorąco pozdrawiam.Dziękuję, „łączę prawdziwe wyrazy szacunku”. MArysia

przez Marta Kumik Cz, 07.05.2009 00:17
Dziękuję..

przez viorika Śr, 06.05.2009 16:31
Ze względu na trwające wciąż matury kilku klasom młodszym, w tym między innym mojej zasugerowano w dniu dzisiejszym opuszczenie szkoły. Pani od historii podjęła się zaprowadzenia nas na ważny historyczny film o generale ‘Nilu’
Tymczasem ja wraz z koleżanką, zupełnie świadomie poszłyśmy na wagary. Obejrzałyśmy „Tatarak” i żadna z nas absolutnie niczego nie żałuje! Ten film jest genialny i po prostu mistrzowski. Nie wiem czy najpierw gratulować czy… dziękować.
Pani Krystyno, te półtorej godziny jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest Pani najlepszą polską aktorką.
Gratuluję. Dziękuję. Pozdrawiam.

przez Nika Wt, 05.05.2009 21:43
Droga Pani K!

Ten kursor lata mi przed oczami jak ogon zadowolonego psa i każe coś tu wystukać. Wie Pani ile na ten ‚Tatarak’ mi się przygód złożyło… Zacznijmy od czwartku. W kinie u nas są takie maratony
filmowe. W czwartek był maraton horrorów. Razem z koleżankami stwierdziłyśmy, że fajnie byłoby się trochę razem ‚pobać’ a raczej chodziło nam o spędzenie ze sobą czasu. Choćby sam fakt, że ktoś bliski siedzi na siedzeniu obok jest fajny. Wyruszyłyśmy o 21, a ponieważ kino znajduję się jakieś 30 minut drogi od nas pieszo, postanowiłyśmy się przejść. Weszłyśmy do kina całkiem zadowolone, oczywiście wcale, a wcale nie spodziewałyśmy się jakiegoś nagłego zwrotu akcji. Podchodzimy do kasy, prosimy trzy bilety i wie Pani co się stało?! Kazano nam pokazać dowody! Do kina! Sam fakt nas oburzył, ale kiedy zobaczyłyśmy nasze młodsze koleżanki wchodzące bez żadnego problemu na salę kinową to przynajmniej we mnie zagotowało się aż. Stwierdziłam, że nie pozostawię tego tak i podeszłam do pani ‚wpuszczającej’, która powiedziała mi, że nie wpuściliby nas nawet na ‚maraton Kubusia Puchatka’ a fakt, że zaraz będziemy miały 18 lat kompletnie nie robi na niej wrażenia. Po burzliwej dyskusji, machaniu przed jej oczyma rękami i zwróceniu na siebie wszystkich oczu będących w okolicy wyszłam z podniesioną głową i filmowym gestem w stylu ‚dziewczyny wychodzimy’. Pytanie nasunęło się nam na usta niemal równocześnie-‚i co teraz?’. Po chwilowym zastanowieniu stwierdziłyśmy, że zadzwonimy do naszego kolegi, bo nie ma co wracać do domu. Kolega przyjął nas z otwartymi rękoma. Siedzieliśmy tak na jego ganku przy świecach, dobrej muzyce i winie, które powoli uderzało nam do głowy. Później całkowicie spontanicznie zaczęliśmy biegać po fontannie przed domem a razem z nami ogromny bernardyn, który co chwilę przewracał któreś z nas. Następnie caalutcy mokrzy padliśmy na gankową kanapę i wszyscy jak jeden mąż usnęliśmy. Obudziliśmy się o 6:00 nad ranem (gdzie o 3:00 już powinnyśmy były być w domu). Taksówka zamówiona, nerwy, nerwy, nerwy, powtarzające się telefony. „Gdzie wy jesteście?!”, „Chyba zwariowałyście”, „Ja tu się już o trzech godzin denerwuję”. Wróciłam do domu i usłyszałam załamujące słowa „zapomnij o jakimkolwiek wyjeździe do Torunia” „ale mamo…” „żadne ale, nigdzie nie jedziesz”. Właściwie to tylko dla tych słów napisałam całą historię. Następny dzień. Zaczęłam swą grę. Cały czas chodziłam struta. Potem płakałam. Tak żeby mama widziała! Straszna jestem! Ona już dobrze wiedziała o co mi chodzi. W końcu pozwoliła. Na następny dzień o 12 miałyśmy pociąg. Wcześniej jeszcze wstąpiłyśmy z koleżanką do teatru, gdzie nam zeszło parę minut, aż w końcu na dworzec musiałyśmy biec! Wsiadłyśmy do przedziału gdzie starsza pani ze starszym panem zakończyli swoją rozmowę na nasz widok słowami ‚Ooo, to teraz sobie już nie porozmawiamy, może kiedy indziej’. My trochę zbite z pantałyku usiadłyśmy i patrzyłyśmy na to jak starsza pani wprawnym gestem wyjmuję z buzi sztuczną szczękę, robi ze swetra poduszkę tuż przy mojej osobie i kładzie się najzwyczajniej w świecie. Pomyślałam ‚starość też radość’ i żeby zatuszować śmiech zaczęłam pokasływać. W końcu po 40 minutowej podróży dotarłyśmy na miejsce. Tu ważny punkt: kupienie biletu całodobowego to jak się okaże jedna z lepszych inwestycji tego dnia. Dotarłyśmy do kina. Dwa biletu ulgowe na ‚Tatarak’. Godzina 13:45. Wie Pani co?! Byłyśmy same na sali! Ale musi mi Pani uwierzyć, że sala ta była pełna uczuć i emocji wydalanych drogą kropelkową przeze mnie i moją towarzyszkę! Później w milczeniu opuściłyśmy kino. Poszłyśmy na spacer bulwarami a następnie na coś do przeżucia. Naleśniki były pyyszne, pomijając wzmagający się głód, który towarzyszył nam czekając na nie około 30 minut a wcześniej polując na stolik. Potem jeszcze herbatka i gdyby nie ta herbatka to pociąg 19:41 pewnie byłby przeładowany nastoletnim podnieceniem. Następny 23:40. Dobrze, spokojnie, zaraz coś wymyślimy. PKS! Tak! Świetny pomysł! Pojedziemy autobusem na dworzec PKS! No i pojechałyśmy. Zdenerwowane troszkę zapytałyśmy pewnego niezbyt miłego pana czy wie może jaki jest najbliższy autobus do Włocławka. ‚Właa aśnie od odjechał’ usłyszałyśmy. Następny 20:30. Przyjechał, wsiadamy. A tu pan kierowca mówi ‚do Włocławka? On do Wrocławia jedzie miłe panie’. Dobrze, spokojnie, zaraz coś wymyślimy. Pukamy z powrotem do okienka informacyjnego, gdzie całkiem już zdenerwowany, jąkający się pan odparł groźnie ‚po po powinnyście mó mó mówić wy wyyraźniej, 20:55 będzie, aaa aale z op opóźnieniami’. Nie ma sprawy, poczekamy. Ważne, że będzie! Tak myślałyśmy przez najbliższe dwie godziny. W między czasie zapukałyśmy do okienka za dwa razy, gdzie pan już dostawał czerwonej gorączki. Nasi rodzice wychodzili z siebie dzwoniąc i pytając. W końcu stwierdziłyśmy: nie ma co! Wracamy na pociąg. Tyle, że dworzec PKS od dworca PKP oddalony jest od siebie o jakieś 50 minut, a na autobusy MPK za późno. Co robić? Dobrze, spokojnie, zaraz coś wymyślimy. Pojechałyśmy na tzw. stopa! Ale miałyśmy stracha! Bo pan w samochodzie uprzejmy, a jednak jego słowa były dwuznaczne. Odwiózł nas na dworzec, podziękowałyśmy. Koniec końców znalazłyśmy się w pociągu, gdzie przez całą drogę słuchałyśmy jak to ‚Małego Świstak uderzył w gałę tak, że mu ku…a się zachciało rzygać’. Potem na całe szczęście już spokojnie dotarłyśmy do domu z naszego dworca i przynajmniej ja zasnęłam w mig. Ale… film był nie do opisania!

Pozdrawiam i dziękuję za te przeżycia, bo większość zawdzięczam Pani!

przez marysias16 Wt, 05.05.2009 20:57
Droga Pani Krystyno
Idąc do kina na film ”Tatarak” zastanawiałam się co skłoniło mnie do pójścia na ten właśnie film. Ile razy slyszałam od rowieśników ”po co ?” ” nie warto” ”nudne” . I odbierając bilet na seans zrozumiałam..że chciałabym nie tyle zobaczyć kolejny świetny film Pana Andrzeja Wajdy, nie tyle zachwycić się jego kunsztem reżyserskim co zobaczyć kolejną Pani osłonę tym razem nie tylko granej postaci,ale i samej siebie. Chodzę do Pani teatru bardzo często, sprawia mi to wielką radość i mimo to że w tych momentach mogę zobaczyć Pani grę zupełnie na żywo i mogłam zobaczyć również wspaniałą aktorkę to właśnie w ”Tataraku” poznałam (jeśli mogę się tak wyrazić ) Panią. Po wyjsciu z sali wiedziałam ze muszę iść na ten film raz jeszcze. Poczułam się jakby ktoś powiedział mi mnóstwo rzeczy i prawd życiowych, ale za szybko. Wiedziałam,że raz jeszcze muszę to usłyszeć. Pisząc to teraz i ogladając zamieszczone Pani zdjęcia przypomnialo mi się kiedy mialam 10 lat i byłam z rodzicami w restauracji i była tam tez Pani córka. Pamiętam jak bardzo byłam zachwycona autografem od niej. Ale pierwszym zdaniem ktore powiedzialam jak wrociłam do stolika..bylo ”to jest córka Krystyny Jandy..” potem pamiętam, że tego wieczora postanowiłam,że zostanę aktorką i az do tego dnia nic się nie zmieniło.
Gorąco pozdrawiam.
Marysia

przez The Scarlet Letter Pn, 04.05.2009 17:18
Witam Panią bardzo serdecznie.
Zdaję sobie sprawę z tego,że nie ma Pani czasu czytać długich wiadomości,więc postaram się skrócić to,co mam do napisania-do minimum.
A więc krótko:
Film pt. „Tatarak” według mnie jest zniewalający,pełen prawdziwych emocji.
Podziwiam Panią za odwagę,za to-że opowiedziała Pani o bólu,jakiego doświadczyła.
Myślę,że Pani mąż ,który na pewno ma na Panią oko(czuwa nad Panią)- jest bardzo dumny..

Kamila.

przez ladyBlack So, 02.05.2009 18:24
pani Krystyno kochana…
byłam wczoraj na Tataraku…jakoś wstałam w końcu, bo kino zaczęło pustoszeć, ale wychodziłam w okularach przeciwsłonecznych….
jest Pani bardzo odważna!
dziękuje i pozdrawiam…
Katarzyna

O Tataraku
przez panna z wilka Cz, 07.05.2009 09:06
Pani Kystyno,

od dawna jestem stałym gościem na Pani stronie – kiedyś regularnie udzielałam się na forum, pisywałam do Pani, teraz jednak, od jakiegoś czasu, stoję sobie tu trochę z boku, podglądam, przyglądam się, czytam, nie odzywam się, by nie zawracać Pani głowy. Ale dziś zawrócę, bo Pani zawróciła mnie. Parę dni temu, z moją partnerką poszłyśmy na „Tatarak”. Cały film przesiedziałyśmy ściskając się kurczowo, bezwiednie za ręce. Bardzo nas poruszył ten film i cholernie nam się spodobał. Piękny obraz, prosty, nienachalny, ciepły, wzruszający, mądry, potrzebny. My z resztą od dawna jesteśmy wiernymi wielbicielkami Pani, pani osobowości, temperamentu, charyzmy, talentu, pióra, urody…
Nie mogłam spać po obejrzeniu Tataraku. Z resztą widziałam, że J. też przewraca się z boku na bok.
Ja czekałam na taki film. Na taki który uspokoiłby, oswoił moje lęki i „strachy ostateteczne”.
Jakiś czas temu tak poruszył mnie równie prosty i piękny , niemiecko – japoński „Hanami, kwiat wiśni”.
„Cholera..innego końca świata nie będzie – powiedziałam następnego dnia po obejrzeniu Tataraku – Najgorsze i najpiękniejsze jest to, że po śmierci ukochanej osoby można żyć..że da sie to przeżyć..”.
I tak szczęśliwie sie zbiegło, że w ramach krakowskiego Festiwalu Kultury dla Tolerancji przypomniano iwaszkiewiczowskie filmy pana Andrzeja Wajdy. Jakże innym okiem na niego spojrzałam! Jak on rozumiał Iwaszkiewicza! Jak w „Pannach z Wilka” zagrał podwójnym dniem jego opowiadań…jak uszanował homoerotyczny ładunek..Dopiero teraz zrozumiałam.
Przy okazji…oniemiałam z zachwytu nad skromnym, kameralnym filmem „Nastasja” pana Andrzeja Wajdy. Dlaczego tak mało mówi się o tym filmie? Moi znajomi filmoznawcy „rozdziawili buzie” nie wiedząc, że Wajda nakręcił w Japonii taki film…
I tak jakoś to wszystko się połączyło tej wiosny…Wajda, Iwaszkiewicz, piękne filmy o umieraniu, Japonia..
Dziękuję, dziękujemy…za Tatarak. I tak w ogóle.

serdeczne pozdrowienia z Krakowa
A. (i J.)

tatarak
przez hedone Cz, 07.05.2009 10:02
Dzień dobry.
Obejrzałam drugi raz. Wcale nie chciałam. Nie to, żeby film mi się nie podobał. Zresztą w moim przypadku (a pewnie i innych) film ten zupełnie wymyka się kategorii podobania się. Film uderzył, za drugim razem ze zdwojoną siłą. Prawie rok temu zmarła moja koleżanka. Poznałam ją na oddziale onkologii dziecięcej, czyli przyjęłam ryzyko – można powiedzieć. Daleka jestem od porównań, smutne jest to wszystko. Gdy oglądałam pierwszy raz – wyłączyłam się, nie myślałam o odniesieniach, różnicach i podobieństwach. Fabuła i historia wystarczyły do wzruszeń.
Bardzo silna Pani musi być. Po takim filmie, po opowiedzeniu takiej historii w tak otwarty sposób, powinno się już nic nie chcieć. A tu jeszcze promocja, wywiady, spotkania, jeszcze wiadomości na forum (pisząc trochę przeczę sama sobie, ale).
Siły i spokoju. w tym dziwnym (chyba) czasie.
hedone

Tatarak
przez Agnieszka Pt, 08.05.2009 08:38
Jest taki czas, że wszystkiego mamy aż zanadto. Dobrze jest się zatrzymać nad tym, co ważne i nieuniknione. „Tatarak” jest niezwykły. Pani Krystyno, bardzo dziękuję.

Ponownie..TATARAK
przez marysias16 Pt, 08.05.2009 21:53
Dzisiaj zgodnie z moim postanowiem byłam raz jeszcze na ”Tataraku”.Stety,niestety z klasą.Miałam nadzieję,że choć trochę inni mogą sie zachować normalnie,jednak się mocno przeliczyłam. Niezmiernie trudno jest ogladać ten film z szelestem papierkow po cukierkach..i innymi równie w tym momencie potrzebnymi rzeczami. Ale postanowialam że za wszelką cene obejrzę ten film tak jak chciałam. A co było najdziwniejsze , takie zaskakujace było to, że popłakałam się na tym filmie dużo,dużo bardziej niż jak byłam sama pierwszy raz. Wyszłam z kina strasznie przygnębiona,ale w pewien sposób inaczej zrozumiałam ten film. Wszyscy nie mogli uwierzyć w moje zachowanie , tylko moja Pani stwierdziła ”jesteś niesamowicie wrażliwa,to piękne”. Nie zdawalam sobie sprawy,ze jestem jedyna…to mnie trochę zasmuciło,w pewien sposób dobiło..Niestety jak mi kiedyś ktoś powiedział ” różnych ludzi spotyka się na swojej drodze” .Reasumując chciałam tylko jeszcze raz serdecznie podziękować za to , że Pani jest i że Pani jest tak wspaniałą aktorką..Miałam 7 lat gdy zobaczyłam Panią w ”Teatrze Telewizji” tylko 7 lat. Teraz mam 16 i inaczej postrzegam te sprawy..ale jedno się nie zmieniło i nie zmieni ,uwielbiam teatr ,to jak Pani gra i nie zmienia moich planów dotyczących przyszlosci.
Bardzo gorąco pozdrawiam.Dziękuję, „łączę prawdziwe wyrazy szacunku”. MArysia

Dedykacja…
przez kropla wody So, 09.05.2009 17:26
Szanowna Pani K.,

mam dla Pani piękną bo prostą historię.
Mój Tata- ukorzeniony z Warszawą, a którego życie pociągnęło w stronę Końskowoli( 120 km dalej), specjalnie dla Pani ( i dla Pana Edwarda) przybył by spotkać się dziś z Tatarakiem. I poruszył Go Tatarak-film o filmie, film o miłośći na śmierć i życie, o zatarciu granic pomiędzy sztuką a tzw.prozą… i o tym co najważniejsze…I znowu ( ja byłam po raz drugi), podczas seansu panowała mądra cisza, a potem wszyscy siedzieliśmy- jakby w oczekiwaniu…
Piękny pomnik podarowała Pani Mężowi…
Kłaniam się nisko- z zapachem bzu w Łazienkach w tle…

A.

Przekazuję od mojej mamy i jeszcze dwa słowa ode mnie
przez Julita89 So, 09.05.2009 20:59
Droga Pani Krysiu, moja mama była dziś na „Tataraku”. Napisała zaraz potem do mnie. Prosiła żebym Pani przekazała. Przekazuję więc. Oto co napisała:
,,Chwilkę temu wróciłam z kina. Film sprytnie pomyślany, a Krysia zrobiła fantastyczną rzecz ku pamięci swego męża. Po filmie pozostaje głębokie przeżycie i refleksja nad najwazniejszym-nad nieuchronną śmiercią. I jeszcze jedna ważna refleksja-dlaczego nie potrafimy docenić bliskich i kochanych w każdej chwili nam wspólnie danej? Piszę oczywiście o swoim odbiorze. Krysia zagrała świetnie, to kobieta z wielką klasą. Podobała mi się też gra Englerta ,szczególnie w scenie przy samochodzie. Było nas na sali około 30 osób-przekrój wiekowy- w przewadze moje lata (tutaj pozwolę sobie na mój dopisek – 53) i w przewadze kobiety. Wcześniejsze rozmowy na temat filmu, dużo dały, bo pewnie wiele ważnych drobiazgów by się samemu nie zauważyło. Jednym słowem ten film należy zobaczyć. Chylę głowę przed Krysią i Andrzejem Wajdą.”

PS. Przepraszam za bezpośrednią formę mojej mamy. Tak ma jak ja
A ja na „Tatarak” dopiero za tydzień, równo tydzień, czekam bardzo… W moim rodzinnym Krośnie, które jest mniejsze od Lublina, szybciej zaczęli ten film grać niż tu… no cóż…
Za tydzień napiszę o „Tataraku” od siebie.

tatarak
przez imagda Śr, 13.05.2009 18:52
Szanowna Pani Krystyno,
Obejrzałam dziś „Tatarak”. Bardzo chcę Pani podziękować za ten film, za całe serce, które włożyła Pani w jego realizację.Mam dopiero 23 lata, ale tematyka filmu porusza kwestie, które dobrze znam z własnego życia, a raczej życia moich najbliższych , których już przy mnie nie ma. Bardzo dziękuje. Życze uśmiechu, czasem na przekór losowi, ale uśmiechu.
Serdecznie pozdrawiam.
imagda

TATARAK
przez iwpin Śr, 13.05.2009 19:10
Dardzo chcialam podziękować Pani za „Tatarak” (stąd pojawilam się na blogu). Mam 53 lata i nigdy na żadnym, do dnia dzisiejszego, filmie, nie czułam się jak w teatrze – tak blisko aktora, tak poruszona szczerością, prawdą przekazu, prostotą i autentycznością współistnienia przeżyć realnych z fabułą opowiadania literackiego. Trudo wyrazić mi moje odczucia, ale zapewne nie są one tylko moimi skoro w czasie trwania całego filmu w sali panowała niezmącona niczym cisza – żadnych rozmów, żadnego siorbania czy odgłosów podjadania – to wręcz niesamowite wrażenie, cieszy, że jest to mozliwe. Wielkie gratulacje dla całej ekipy i serdeczne pozdrowienia dla Pani. Dziękuję.

Re: zaszczepiony bakcyl teatru
przez ania1323 Cz, 14.05.2009 03:18
Droga Pani Krystyno,

odpisała mi Pani wczoraj : Jeśli to prawda, jeśli to co gryzmole zachęca do teatru to warto …

Jest Pani bardzo skromna, zbyt skromna. Znam wiele osób podobnych do mnie, choćby tu na Pani stronie, dla których przygoda z teatrem rozpoczęła się właśnie od Pani dzienników czy felietonów.

Nie wiem dlaczego tak jest w tym kraju, czy to kwestia wychowania w rodzinie, czy ciężar niedawnych czasów, zachłyśnięcie się wolnością i przejęcie konsumpcyjnego stylu życia od tego lepszego „zachodu”.
Wciąż trwa wyścig, często o przetrwanie, nie ma czasu żeby się zatrzymać i siły aby samemu zmierzyć się ze sztuką. Rozrywka podawana jest w pigułce, w gotowych scenariuszach, na tacy. Sama w tym wyścigu wciąż uczestniczę i sięgam po te pigułki, bo tak łatwiej, bez wysiłku.

Po dzisiejszym „Tataraku” rozmawiałam jeszcze długo z moją córką, studentką, która porównała go do teatru na ekranie. Pytałam się dlaczego tak mało młodych ludzi chodzi teraz do teatru, czy na ambitne, mądre filmy. Odpowiedziała mi, że tacy co chodzą nie są zbyt popularni, nie są rozumiani, że „wrażliwość nie jest teraz w modzie”.

Ale prawdą jest też, że w naszym kraju zbyt mało mówi się o prawdziwej kulturze, nie promuje się sztuki, teatru, brakuje nowych wzorców.
I za mało jest takich ludzi jak Pani, Pan Wajda czy innych o których Pani pisze i mówi.
Autorytetów, którzy własnym życiem, uporem, ciężką pracą wciąż od lat udowadniają , że warto powiedzieć coś więcej, zastanowić się. A przede wszystkim, którzy znaleźli sposób jak to przekazać ludziom w obecnych czasach.

Także proszę nie być zbyt skromną i nie mówić, że to jakieś gryzmoły, bo Pani pisanie w dziennikach, felietonach czy tu na forum, dla mnie i dla wielu innych stało się ogromnie ważne.
A niejednokrotnie dopiero teraz pozwoliło odnaleźć teatr w swoim życiu..

Ania

przez banalna Pt, 15.05.2009 20:59
Byłam dzisiaj obejrzeć film. Film, na który czekałam od dawna.
Już pisało do Pani tylko osób z relacjami…A ja ?!…Ja zwyczajnie nie wiem co mam napisać. Nie znam słowa, które mogłyby wyrazić co czuję.
Ważna była dla mnie ta Miłóść… Pani i męża. To, że dzwoniła Pani do niego z każdym problemem, a On radził, że to było prawdziwe uczucie, najpiękniejsze z możliwych.
Ważna była samotność… p. Marty. Jej relacja z mężem, tęsknota za dziećmi.
Ważna była wreszcie śmierć.Przyszła jak zawsze nagle, niespodziewanie…bezczelnie, między ‚ jedną a drugą łyżką’.
Wszystko było ważne… dosłownie wszystko.

Raz… oczy miałam pełne łez. Nie zamykałam ich celowo, nie chciałam żeby płynęły. One też chyba nie chciały.

przez promyczek So, 16.05.2009 06:20
Ogromnie dziękuję za słowa otuchy, które od Pani usłyszałam. Wstałam od komputera z nowymi siłami. Udało mi się tego dnia załatwić rzeczy, których bałam się dotknąć od dłuższego czasu. Nie mam zielonego pojęcia, jak to działa. Myślałam, że w mojej buntowniczej duszy nie ma miejsca na takie „dotknięcia”, a jednak sprawiła Pani, że udało mi się wziąć głęboki oddech. W związku z tym dzień zakończyłam Tatarakiem….
Bałam się pójść na ten film, bo po wielu bolesnych przejściach staram się unikać dotkliwej refleksyjności
… i oczywiście dół. Wiem doskonale, że sztuka, która nie pozostawia po sobie śladu w emocjach jest mało znaczącym epizodem ludzkiej twórczości. Z tego filmu można było wyjść tylko w ciszy……..
Przeróżne historie składają się na tak silny odbiór. Nikt mnie nie przekona, że namacalna rzeczywistość nie brała w tym udziału. Zupełnie inaczej( choć ktoś w recenzji pisał inaczej) przeżyłabym ten film, gdyby nie bolesna świadomość prawdy. Zastanawiałam się nad tym, jaki to trudny zawód, w którym na talerzu podaje się każdemu swoje pokrojone, krwawiące serce. Jak trzeba (albo można) być artystą w najintymniejszych chwilach swego życia. Wszystko co najpiękniejsze płynęło z ludzkimi łzami.
Wspaniała, ciepła postać kobiety granej przez Panią, jakby zaprzeczenie nieokiełznanego temperamentu, znów wymieszała moje myślenie o filmowej fikcji z rzeczywistością. Ujrzałam kobietę, która wstrzymała oddech… Brązowe oczy (jakby nie można było kochać z niebieskimi) faktycznie złagodziły postać, i nadały jej miękkości.
Najbardziej podobał mi się fragment, w którym to zderzenie z rzeczywistością wylazło na ekran. Moment śmierci chłopca i niezwykłe pojawienie się ekipy technicznej, przebiegło tak szybko, że w świadomości ludzkiej pozostał niepokój, ogólny stan ogłupienia, panika i pytania – „co się dzieje?” Niemalże kosmiczna scena. Wajda lubi takie wejścia. I znów pomyślałam, łącząc to z rzeczywistością, że to ekranowe „przepraszam”, że muszę być aktorką w takich chwilach. Ucieczka przed wspomnieniem, które wielokrotnie powraca w odgrywanych scenach.
Ciekawa jestem, jakby wyglądał ten film( bo zrozumiałam, że tkwił w zamyśle reżysera wcześniej)
gdyby życie nie dopisało ciągu dalszego?
Przepraszam, że tak długo( okropna ze mnie gaduła) i jeszcze raz dziękuję za siłę i cudny dzień.
magda

przez Magnolia So, 16.05.2009 11:37
I ja znad kawy…

Nie czytała Pani? Proszę bardzo:

Pilch: Komu potrzebny jest „Tatarak”?

Od pierwszego do ostatniego kadru jest tu jakaś zupełnie bezlitosna przenikliwość widzenia kruchości losu. Najdrobniejszy gest każdego aktora jest naznaczony niepojętą rozpaczą. Intensywność ciemnej tonacji jest tak głęboka, że zdaje się zmieniać sens słów na jeszcze ciemniejszy – pisze o „Tataraku” Wajdy Jerzy Pilch.

1) Akcja „Tataraku” toczy się pod koniec lat 50. „w małym miasteczku Z., położonym nad wielką rzeką. Oprócz rzeki i łąk nadrzecznych, oprócz nadbrzeżnej wikliny, oprócz lekkiej konstrukcji mostu, który łączy dwa brzegi – w miasteczku nie ma dosłownie nic.” Dosłownie nic? Zakurzony rynek, parę domów i domków? I nic? Jedynie ogrody i sady, i taras taneczny na przystani? Nawet wódki nikt nie pije? Bawiący się w soboty i niedziele miejscowi „chłopcy piją płynny owoc i wbrew temu, co się mówi o pijaństwie w Polsce, wódki z sobą nie przynoszą. Są na to za ubodzy. Grają także w bridża, po pół grosza za punkt. Dziewcząt jest zazwyczaj bardzo mało, tyle tylko, ile do tańca potrzeba”.

Wielkie nic w sercu Peerelu? W roku 1958 kiedy pozorne i kruche – pożal się Boże – „zdobycze października” szły na marne, a but moskiewski zaczynał naciskać ze zdwojoną siłą? W roku przyznania Borysowi Pasternakowi Nobla i zwłaszcza w roku zmuszenia go do nie przyjęcia tej nagrody? W roku recydywy napięcia na linii państwo – Kościół? W takim sezonie nic? Dosłownie nic? Iwaszkiewicz – esteta i sensualista, kapitulant i pupil władzy mógł tak napisać, i doprawdy nie chodzi tylko o typowe dlań, i pełne z trudem skrywanego entuzjazmu spostrzeżenie, że „dziewcząt było mało”.

Trawiony serwilizmem rzekomy realista, a w istocie narcyz nie tylko mógł, ale zapewne umyślnie nie chciał inaczej napisać. Nawet problem nadużywania alkoholu przez socjalistyczne społeczeństwo (w istocie problem rozpijania narodu przez bolszewickiego okupanta) bagatelizował. W typowy zresztą dla siebie lawirancki sposób: władzy świeczkę – ludowi ogarek: Lud nie pije – dobrze. Nie pije, bo jest za ubogi – źle plus element ewidentnego czarnowidztwa: w 1958 roku pion bezpieczeństwa socjalnego był na tyle rozwinięty, że na wódkę nikomu nie brakowało – serie samobójczych dla totalitaryzmu podwyżek cen miały nadejść później, a nawet znacznie później. Są historycy, którzy odpowiedzialnie twierdzą, że realny rozpad systemu datuje się od dokonanej w 1965 pierwszej podwyżki cen nie alkoholu, a wołowego bez kości.

Mniejsza o to, wracamy do dziedziny sztuki. Owszem: Iwaszkiewiczowi tego rodzaju aspołeczną, ahistoryczną i ideologicznie pustą postawę można wybaczyć, jakoś można to zrozumieć, ale podejmujący przeszło pół wieku później tę samą tonację Andrzej Wajda? Za pośrednictwem obrazu filmowego otrzymujemy to samo co za pośrednictwem opowiadania literackiego? Wielka rzeka, łąki nadrzeczne, most, zakurzony rynek, parę domków i domów i nic? Nie było w miasteczku komitetu partii? Nawet najmniejszego? Tyciego komiteciku? Nie było posterunku Milicji Obywatelskiej? W zakurzonych domach i domkach nie mieszkał żaden TW współpracownik? Czyżby reżyser, przystępując do pracy, nie wykonał kanonicznej czynności i nie przestudiował akt IPN-u tyczących terenu, na którym toczy się akcja? Bez dokonania tego rodzaju kwerendy jest w ogóle możliwy film dziejący się w Peerelu? Oczywiście mamy tu do czynienia z utworem, w którym rzeczywistość społeczno-polityczna jest tzw. tłem, ale nie podobna nie zauważyć, że tego rodzaju, artystycznie może i uzasadniona, strategia jest niebezpieczna sama w sobie, a z punktu widzenia polityki historycznej jest po prostu katastrofalna.

Istotą Peerelu nie było to, że ludzie topili się wówczas w ziemiankach albo umierali na raka. Istotą Peerelu było to, że ludzie byli prześladowani i ginęli z rąk tzw. nieznanych sprawców. Owszem można z tej zasady uczynić tło, ale trzeba uważać. Pomiędzy czynieniem z podstawowej problematyki tła a bagatelizowaniem tej problematyki granica cienka. Jak już koniecznie ktoś na tego rodzaju zakłócanie proporcji się napiera, istnieją pośrednie rozwiązania. Tło może pozostać tłem, ale nie musi nic nie znaczyć. Można je wzmocnić. Tło tedy tak, ale wzmocnione choćby dokumentalnymi migawkami, a to ze zjazdów PZPR, a to z czołgów na ulicach, a to z potiomkinowskich festiwali piosenki. Filmowany z ukrytej kamery ubek, który to i owo wie o bohaterach, też byłby nie od rzeczy. Ktoś przecież w tym zapomnianym miasteczku był przez komunistów prześladowany? Dlaczego nie ma go na ekranie? Iwaszkiewicz o nikim takim nie wspomniał? Nie jest to poważny argument. W końcu substancja jego prozy została uzupełniona osobistym monologiem aktorki i opowiadaniem Maraia – cóż z tego, że oba dodane wątki pasują jak ulał? Któż wie, jak idealnie pasowałyby inne uzupełnienia? Odpowiednio modelujące życiorysy postaci napomknienie o Powstaniu Warszawskim owszem jest, ale to za mało.

2) W najmniejszej mierze nie stawiam groteskowo-fałszywego problemu celem jego obalenia. Nie trywializuje arcydzieła, czytaniem go w doraźnym kontekście; zauważam jedynie, że o ile dawniej schematyzm był oficjalnie narzucany, o tyle dzisiejszy, niby nieobowiązujący schematyzm, ma taką moc, że by go odrzucić, trzeba mieć siłę mistrza.

Ilość – że powiem coś od siebie – to nie jakość, ale chyba nie jest całkiem pozbawiony znaczenia fakt, że obecnie nie podobna napotkać obrazu tamtej przeszłości, który by nie był naznaczony doraźnymi środkami wyrazu – młode pokolenia kształtowane są w przeświadczeniu, że Peerel był krajem, po którym w koło czołgi jeździły, w radiu pierwszy sekretarz nieustannie ględził, przebrani za cywilów ormowcy od rana do wieczora pałowali studentów, a jedyną dostępną rozrywką – poza, ma się rozumieć, donoszeniem na sąsiadów – było słuchanie – przez cały rok wyczekiwanego z tęsknotą – festiwalu piosenki żołnierskiej.

Sam gest unieważnienia takich realiów, samo ustawienie dramatu egzystencjalnego w zaledwie dyskretnie zarysowanych peerelowskich dekoracjach jest dziś rzeczą niebywałą, jest manifestacją głębokiej wewnętrznej wolności. Przesada? Niewielka.

3) Mój Peerel, a zwłaszcza moje lata 70., to był czas zachwycający między innymi z powodu filmów Andrzeja Wajdy. Broń Boże nie rzężę, że dzięki obrazom mistrza opresyjna rzeczywistość była łatwiejsza do zniesienia, że Wajda pomagał przetrwać czasy pogardy czy innych tego rodzaju dyrdymałów nie głoszę. Skąd! Filmy wzmagały zachwyt, jaki każda młodość ma dla obojętnie jak zniewolonego świata. Zachwyt był tym mocniejszy, że kino w jakiejś mierze jest sztuką młodości, wtedy rozgrywająca się na ekranie magia uwodzi narkotycznie; na dodatek ówczesna twórczość Wajdy to był czas, w którym arcydzieło goniło arcydzieło. „Krajobraz po bitwie” (1970) „Brzezina” (1971) „Wesele” (1972), „Ziemia obiecana” (1974), „Człowiek z żelaza” (1976) „Bez znieczulenia” (1978) „Panny z Wilka” (1979) – kto w dekadzie młodości miał taką siódemkę, kto wychodził wówczas z kina w stanie zupełnego odurzenia, kto miał i to szczęście, że był na premierze wajdowego „Wesela”, (a jakże! w teatrze Słowackiego!) i wracał potem do domu przez ośnieżone Planty, i parę dni później czytał w „Życiu literackim” dopiero co napisany esej o filmie pióra Kazimierza Wyki – kto zaznał takich bogactw, ciężko mu się uskarżać na niedobór edukacji duchowej – do siebie co najwyżej może mieć pretensje, że nie wszystko od razu docenił.

4) Pisze Jarosław Iwaszkiewicz: „Koniec ma jakieś tajemnicze związki z początkiem. Ton, dźwięk, woń jak echo odpowiadają z końca w koniec żywota. Zapach dzieciństwa odnajduje odpowiednik w zapachu starości, młodość odbija się w zielonym lustrze wieku dojrzałego. Taka jest w moim życiu historia tataraku”. Powiedzieć, że ten zapach, i ten ton udało się Andrzejowi Wajdzie uchwycić, Pawłowi Edelmanowi sfotografować – to nic nie powiedzieć. Może trzeba sparafrazować Miłosza: Młody człowiek takiego filmu nie nakręci? Od pierwszego do ostatniego kadru jest tu jakaś zupełnie bezlitosna przenikliwość widzenia kruchości losu. Najdrobniejszy gest każdego aktora (Janek Englert otwierający maskę auta!) jest naznaczony niepojętą rozpaczą. Intensywność ciemnej tonacji jest tak głęboka, że zdaje się zmieniać sens słów na jeszcze ciemniejszy. Gdy Janda mówi: „Nie wstydzisz się, że żyjesz?” – widzowi zdaje się, że słyszy: „Nie boisz się, że żyjesz?”. Widzowi, nie widowni. Na seansie w krakowskim kinie Sztuka prócz nas z Atiną są jeszcze trzy osoby. W sumie tyle, ile trzeba. Reszta przecież zajęta jest polityką. Nie tylko historyczną.

przez Wierny Ogrodnik N, 17.05.2009 21:42
Szanowna Pani Krystyno,
Nie będę oryginalny zaczynając od słów: „właśnie wróciłem z kina”, ale nie o oryginalność mi
chodzi.
No więc, właśnie wróciłem z kina, z filmu „Tatarak” i właściwie powinienem być na Panią zły.
Zły, dlatego, że jeżeli 40-letni facet oglądając film co chwila ma problemy z ostrością obrazu /i nie jest to wina złej kopi:)/, to może mu się to niezbyt podobać – w końcu facet powinien być twardy.
Nie jestem jednak zły. Obejrzałem bardzo dobry film i bardzo duża w tym Pani zasługa /nie pierwszy raz zresztą/, a że toważyszyły mu silne emocje – to tym lepiej.
Dziękuję Pani za tą rolę, która musiała Panią dużó kosztować. Nie mogę tego do końca ocenić. Nie mam za sobą takich przeżyć. Dziękuję Pani za coś jeszcze. Za to co powiedziała Pani o swoim mężu. Że nigdy Pani nie zawiódł. Ja niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie. Myślę, że zawiodłem kila bliskich osób, ale mogę to jeszcze naprawić, mam jeszcze /mam nadzieję/ czas. Dziękuję, że tym jednym zdaniem sprawiła Pani, że parę spraw stało się dla mnie odrobinę jaśniejszych. Prosta żecz – móc na kogoś zawsze liczyć, nigdy nikogo nie zawieść – a jak często szukamy nie wiadomo jak spektakularnych dowodów miłości.
Dziękuję Pani Krystyno:)
Za wszystko.
P.S. Przepraszam za ew. błędy ortograficzne /to chyba dysleksja, ale kiedyś tego nie badano, więc nie mam pewności.

przez Sylwia007 Pn, 18.05.2009 15:28
Witam sredecznie

„Tatarak” jeden z najlepszych filmów jakie widziałam. Myśląc Krystyna Janda takie właśnie malują mi się scenariusze filmów. Klasa, kunszt, profesjonalizm.
Film niebywale mnie wzruszył i zmusił do wielu refleksji.
Myślę też nad tym ile siły musiała mieć Pani w sobie, aby o tym wszystkim opowiedzieć- chylę czoła.

P.S. Tatarak zagości na zawsze w moich domowych zbiorach.

Pozdrawiam i życzę siły do życia.
Sylwia

Priorytety, pokora … życie. „Tatarak” i jego moc!
przez anna_aa Wt, 19.05.2009 00:31
Jak każda z osób na tym forum jestem Pani wielbicielką od lat. Tą z rodzaju „ stukniętych na Pani punkcie” bo osób takich nie brakuje jak się przekonałam dzięki Pani stronie.

Mieszkam we Wrocławiu i zawsze jak gości Pani w moim mieście – muszę Panią zobaczyć na żywo. A gdy mocno się „ stęsknię za Panią” jadę do Warszawy. Kilka tygodni temu siedziałam na widowni Pani teatru. Odległość to żaden problem, gdy chodzi o Pani osobę.

W swojej bibliotece posiadam Pani wszystkie książki. Jedną nawet z dedykacją i Pani autografem- to najcenniejszy przedmiot mojej kolekcji. Oprócz książek, kilka płyt dvd z Pani filmami oraz kilka zdjęć z panią ( jedno z Pani podpisem).No i dwie płyty z piosenkami w Pani wykonaniu. Wciąż poluję na kolejne pozycje do mojego zbioru.

Nawet bransoletkę „Powiedz tak” noszę, choć wyjątkowo to nie zasługa Pani udziału w reklamie promującej akcję – tym razem uważam, że to mój obowiązek oraz słuszna sprawa.

A dzisiaj wróciłam z kina po obejrzeniu filmu „Tatarak”.

Przez kilka godzin po projekcji – w mojej głowie panowała cisza przeplatana niemym krzykiem.
Milczenie było moim ratunkiem.

Pani przekaz, tak osobisty obraz tragedii jaką musiała Pani przejść wraz z Rodziną.. Jestem w szoku, że chciała się Pani podzielić ostatnimi chwilami życia swojego Męża opisując chwila po chwili – jak wyglądało Wasze pożegnanie. Bardzo wzruszające, wyciskające łzy no i prawdziwe…

Proszę mi wierzyć, po projekcji filmu, mimo napisów końcowych i włączonych świateł… wszystkie osoby oglądające film zamarły w bezruchu. Po projekcji każdego innego filmu wszyscy natychmiast w pośpiechu wychodzą z sali. Dzisiaj… dopiero po całkowitym wygaszeniu ekranu pierwsza osoba miała odwagę podnieść się z fotela. Niesamowite.

Film zrobił na mnie ogromne wrażenie również przez moje osobiste przeżycia. Przez kilka ostatnich miesięcy przechodziłam bardzo trudny okres swojego życia. Żyłam w strachu, że mogę podzielić los wielu ludzi, którzy przegrali z okrutną chorobą. Przez te dni oczekiwania pomagał mi ktoś bardzo bliski. Gdyby tej osoby obok mnie nie było nie wiem jak zniosłabym to wszystko. Te dni sprawiły, że zaczęłam inaczej postrzegać świat i otaczających mnie ludzi. Priorytety nagle się zmieniły , inne rzeczy nabrały wartości. Zaczęłam zauważać jak świat jest piękny i jak bardzo tego dotychczas nie zauważałam. W dodatku moja rekonwalescencja była tajna- w tajemnicy przed moimi rodzicami, najukochańszymi ludźmi pod słońcem. Nie chciałam aby przeżywali moją chorobę. Są w kiepskiej kondycji zdrowotnej, ich lęk mógłby przynieść zbyt dużo problemów. Bałam się zwyczajnie o nich.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Moja choroba okazała się jedynie mocnym ostrzeżeniem od Najwyższego, abym zwolniła i nabrała pokory wobec życia i tego co posiadam.

A dzisiaj film… sprawił, że znowu przeanalizowałam swoje dotychczasowe życie.
Znowu pomyślałam o tym czego jeszcze nie zrobiłam a co wydarzyło się niepotrzebnie.
Znowu podziękowałam Bogu, że tym razem mi darował, że uchronił mnie i moją rodzinę przed tym, czego niestety Pani musiała doświadczyć.

Pani Krystyno, jest Pani wielka. Uwielbiam Panią, podziwiam i jestem zaszczycona, że dane mi jest żyć w czasach gdy mogę wpadać w zachwyt podziwiając Pani wielkie role i kreacje. To też sprawa kogoś na górze.

Dziękuję i pozdrawiam najserdeczniej jak umiem!

przez mnna Wt, 19.05.2009 11:02
DZIĘKUJĘ BARDZO DZIĘKUJĘ !!!!Nic innego nie potrafię jeszcze powiedzieć po „Tataraku”. Tkwię w zamyśleniu, refleksji, zadziwieniu i zachwycie. Cisza, która zaległa na sali po projekcji jeszcze brzmi w uszach. Kłaniam się Pani nisko z wyrazami szacunku

przez delhi Wt, 19.05.2009 15:28
Dzien dobry Pani Krystyno,

obejrzalam Tatarak. Pierwszy raz – film mnie bolal – nie umiem tego inaczej opisac,to dokladnie jest to co we mnie wzudzil/co czulam.Bol. Nie placz, nie przemyslenia nawet,nie ckliwosc…
Jestem w szoku.

pozdrawiam

Kaska

przez ania1323 Śr, 20.05.2009 16:14
Od prawie miesiąca, gdy po raz pierwszy go obejrzałam, w różnych momentach dnia codziennego nasuwają mi się przemyślenia na jego temat. W pewnym sensie ostatnie wydarzenia w moim życiu splotły się z tym filmem, czy „zrymowały” jak to trafnie Pani kiedyś określiła.

Cały czas wracała natarczywa myśl i pytanie dlaczego właśnie ten film zrobił na mnie tak silne wrażenie, dlaczego wciąż jakoś niewytłumaczalnie krąży w różnych sytuacjach codziennego życia.

Po przeczytaniu opowiadania Iwaszkiewicza dopełniłam ostatecznie odpowiedź sobie na to pytanie.
Dla mnie „Tatarak” nie jest filmem, w zwykłym znaczeniu tego słowa. Wczoraj na własne potrzeby nazwałam go „życiem zamkniętym w filmowym obrazie bez ram”.
I chyba to jest według mnie najtrafniejsze określenie i wyjaśnienie zagadki.
Moje losy splotły się z tym filmem i jakby wniknęły w jego fabułę. Myślę, że każdy kto go ogląda, dopisuje do niego kolejną, własną historię, swoją część życia i to właśnie stanowi o wyjątkowości i tajemnicy tego obrazu.

Uważam, że stało się to możliwe tylko dlatego, że każda osoba związana z produkcją tego filmu tak naprawdę oddała mu część swojego życia, swoją historię. Począwszy od Iwaszkiewicza i jego prawdziwych relacji z autentyczną postacią Pani Doktorowej Marty, poprzez refleksję nad własnym życiem i ukazanie pracy Pana Andrzeja Wajdy, aktorów i całej ekipy filmowej z perspektywy drugiej strony kamery, aż do Pani osobistych przeżyć zawartych w monologu.
Tę prawdę i rejestrację życia szczególnie odczuwałam w scenach z pokoju hotelowego i chyba po raz pierwszy oglądając film miałam wrażenie, że sama stoję po drugiej stronie kamer i jestem cichym obserwatorem.

Reasumując, Pani Krystyno, jestem głęboko przekonana, że „Tatarak” będzie filmem nieśmiertelnym, bo tworząc go, a właściwie dokonując fabularnej dokumentacji części Waszych historii, daliście mu Państwo przestrzeń do dalszego życia.

Teraz już będzie on żył własnym życiem, a do Waszych losów dopiszą się prawdziwe historie oglądających go widzów i będzie to trwało tak długo, jak długo życie będzie pisało kolejne scenariusze.

Pani Krysiu, za Pani pośrednictwem składam ogromne podziękowania dla wszystkich twórców tego wyjątkowego obrazu, nieporównywalnego chyba z żadną inną produkcją w naszym kraju.
Dziękuję Państwu przede wszystkim za prawdę o życiu ukazaną na taśmie filmowej i za to, że chcieliście się Państwo z nami – widzami nią podzielić.
Za Pani osobistą historię – dziękuję szczególnie..

Przepraszam za może zbyt długi wywód, to jest moja ostatnia wypowiedź na forum na temat „Tataraku”, bo i tak słowa nigdy nie będą w stanie oddać tego co czuję, całą resztę dopowiada i dalej będzie pisać życie..

Ania – w życiu po drugiej stronie ekranu.
ania1323

przez nat Pt, 22.05.2009 10:44
Jerzy Pilch dla „Kultury” DZIENNIKA
czwartek 21 maja 2009 22:33

Pilch po raz drugi pyta o „Tatarak”

– Nie jest to „Tatarak”, który od lat chciał zrobić Andrzej Wajda. Stało się coś, co trud montowania jednej całości z rozmaitych tekstów przeniosło w inne rejestry. Rozmowa Jankowskiej i Jandy o Powstaniu Warszawskim jest chyba wzięta ze „Sławy i chwały”? Mylę się? Nie szkodzi. Widziałem film, którego istota daleka jest od tego rodzaju szarad – pisze w DZIENNIKU Jerzy Pilch.

Wobec takiego spełnienia, jakim jest ten film, łatwo się przyznać do małoduszności własnych obaw. Prawdę powiedziawszy, nic innego nie pozostaje. Ale przecież – że powiem coś od siebie – człowiek jest tylko człowiekiem i wątpi. Niektórzy wręcz twierdzą, że nieustanne wątpienie jest zasadą.

Bo też wyglądało to, jeśli nie całkiem kiepsko, to częściowo kiepsko. Z jednej strony owszem, „Tatarak” w swych zamiarach artystycznych Wajda miał od zawsze i to było dobre. Z drugiej strony, jak się zdaje, powodem zwlekania z realizacją było poczucie pewnej – by tak rzec – niewystarczalności tego, faktycznie nie za długiego opowiadania. Zwłaszcza nie za długiego jak na Iwaszkiewicza, mistrza formy mniej więcej stustronicowej ergo mikropowieści. W końcu nie przypadkiem w oparciu o takie właśnie formy reżyser stworzył arcydzieła: „Brzezinę” i „Panny z Wilka”. Czyli coś do „Tataraku” trzeba dodać – to jest myślenie uprawnione. Uprawnione dla twórcy – widz ma prawo obawiać się hybrydalności. Zwłaszcza widz taki jak ja – bez specjalnego pojęcia o technologii sztuki filmowej. To prawda: tysiąc, a może dwa tysiące razy słyszałem zapewnienia rozmaitych reżyserów, scenarzystów czy nawet producentów, że to, a to się doda, że weźmie się jakiś fragment z innego opowiadania czy powieści, że coś się wstawi, coś dopisze itd.

Ilekroć takie rzeczy do mnie docierały, tylekroć przypominał mi się Roman Bratny, który w drugim wydaniu swej powieści „Losy” dopisał wątek chłopski. Wtedy zresztą było to uzasadnione zarówno „sztuką powieści”, która ma tworzyć kosmos, jak i ideologią, która miała ogarniać kosmos. Pamiętam też pewne wystawienie dramatu Mrożka, w którym dodano finał wzięty z Becketta. Mrożek na swoje nieszczęście był na premierze, na swoje szczęście był po chorobie, więc odbiór mógł mieć zbawczo niecałkowity. Opowieści o takiej bezceremonialności jest bezliku, zwłaszcza ludzie teatru mogli by je godzinami przytaczać, może ktoś powinien osobną monografię takich ekscesów napisać. Podstawowe zawołanie ludzi filmu, a bardziej jeszcze teatru: Dobry autor, to martwy autor – przypadkowe nie jest, a tytułem było by trafnym.

Jak powiada apostoł Paweł: Wszystko można, ale nie wszystko jest pożyteczne. Ale nie idźmy za daleko – apostoł nie miał na myśli sztuki filmowej ani nawet teatralnej.

Co do sugestii producentów, są one pewnie co najmniej tak stare jak kapitalizm albo przynajmniej jak Hollywood – mnie się kojarzą raczej współcześnie. Kojarzą mi się mianowicie z posiadaczami klubów piłkarskich, którzy w trakcie meczu każą trenerom zmieniać zawodników i na dodatek czynią to, dzwoniąc z komórki na ławkę rezerwowych – rzecz dawniej nie do pojęcia nie tylko z racji nieistnienia komórek.

Wszystko to są uwagi natury dygresyjnej i choć mówią o hybrydalności, mało mają wspólnego z rozterkami autora „Wszystko na sprzedaż”. Daję takie uwagi, ponieważ dysponuję jedynie perspektywą literacką, a bardziej jeszcze perspektywą czytelnika. Cóż by to było, jakby tak dla wzmożenia czytelniczej atrakcyjności stworzyć na bazie jednego opowiadania opowiadanie większe – nowe wątki z innych nowel i obce substancje z innych tekstów zawierające. Nie chciałbym czytać takiego opowiadania, nie chciałbym czytać takiego „Tataraku”, ale chcę taki „Tatarak” oglądać w kinie i oglądam go z niesłabnącym zachwytem. Ktoś powie: to jasne, po co stawiać fałszywy problem – opowiadanie jest dla czytelnika, scenariusz, a zwłaszcza scenopis, jest dla reżysera i wszystkich realizatorów filmu – zawarty tam miszmasz i, jak to Jerzy Jarocki powiada, konglomerat melodyjek jest zasadą reżyserskiej twórczości, po co wydziwiać?

To faktycznie jasne, ale po pierwsze zawód reżysera da się, a może i trzeba zdefiniować jako profesję wytrawnego czytelnika literatury. Po drugie do kogo jak do kogo, ale do Andrzeja Wajdy definicja ta pasuje jak ulał. Jest sprawą powszechnie znaną, iż jego odczytania literatury polskiej to jest po prostu mistrzostwo świata, jego filmowe wersje nieraz przerastają literackie pierwowzory. Widać to nawet w przypadkach zdawałoby się „niemożliwych”. Pamiętacie, co się działo, gdy mistrz oznajmił, że ma zamiar sfilmować „Wesele”? Jakie szły obawy, wątpliwości, pytania? Za kompletnie niezrozumiałą nie tylko poza Polską, ale i poza Krakowem lekturę szkolną pan reżyser się bierze? Co zrobić z dialogami? (Opisy przyrody jak wiadomo w tym dramacie są nieliczne). Jakże to tak? Bohaterowie filmowi będą mówić wierszem? To i w sfilmowanych szekspirowskich dramatach nie wychodzi! A cóż dopiero młodopolsko-chłopskie rymy Wyspiańskiego! Któż w świecie to zrozumie! Pamiętacie? Pamiętacie ówczesne w tej sprawie debaty? (Nie pytam o „Popioły”; świadkowie tamtego sporu sami już popioły). Pytam o „Wesele”. Ogólnonarodowe w tej sprawie debaty przypominają się wam? A skąd! Za młodzi jesteście, a jak kto starszy, na wszelki wypadek udaje, że nie pamięta; dla reszty wyrażenie „debata” kojarzy się wyłącznie z telewizją. Oczywiście Wajdzie po zachodniej premierze zadawano pytanie: Skąd wziął tak niezwykłego scenarzystę jak mister Wyspiański? Owszem, jest to pytanie anegdotyczne, jest ono też widujące.

Przy okazji warto przypomnieć, że adaptacji obierającej dramat z wszelkich zbędnych piękności dokonał przerażająco celnie śp. Andrzej Kijowski. Przypominając jego postać, również wracam – jak tydzień temu – do lat 70., ale z całą stanowczością podkreślam i przypominam: gest ten nie znaczy jakiegoś powrotu do „najlepszego okresu Wajdy” czy czegoś w tym rodzaju. Może taki okres reżyser wtedy miał, może go nie miał – z całą pewnością ja miałem wtedy największą chłonność na kino i o sobie, jak zresztą zwykle, piszę.

Jeśli tedy słyszę, że mistrz filmowego czytania literatury, reżyser z wyjątkowym okiem i uchem na specjalnie mi bliskiego Iwaszkiewicza ma jakieś perypetie z „konglomeratem melodyjek”, wytężam władze poznawcze i z duszą na ramieniu do kina idę.

Najprzód jakieś współczesne uzupełnienie „Tataraku” miała dopisywać moja znakomita koleżanka Olga Tokarczuk – zapowiadało się ciekawie – ale rzecz ta znikła. W ostatecznej wersji „Tatarak” składa się z „Tataraku”, z opowiadania „Nagłe wezwanie” bardzo teraz w Polsce popularnego Sandora Maraia i osobistego żałobnego monologu Krystyny Jandy. Niby OK, dwaj wielcy pisarze plus wielka aktorka. Niby OK, ale wiadomo: takie mieszaniny mogą się okazać mieszanką wybuchową grożącą raczej cichym jękiem niż eksplozją artyzmu. Poza tym nie ma szans, by w takim zestawie szwów czy jakiś innych fastryg nie było widać. Wszyscy wielcy, ale światy różne.

Krytyka poszła tym tropem, często gęsto pisano, że film się rozpada, że jedynie Janda się wyróżnia, ale nie z powodów estetycznych, lecz ekshibicjonistycznych, które taktownie przemilczeć itp. Otóż niesprawność naszej krytyki jest na taką skalę, że żaden takt tego nie przykryje – nawet jakby wszystkie aktorki zostały wdowami.

Ekshibicjonizm jak prawie wszystko w sztuce jest zależny od jego autora. Czym innym jest duchowe (przeważnie z braku laku) obnażenie jakiegoś początkującego czy tylko średniego artysty, czym innym jest taki gest uczyniony przez wielką, a może i największą polską aktorkę. Ma ona prawo, może nawet pewien rodzaj artystycznej powinności, opowiedzieć o swojej wielkiej tragedii, ma ona przez to prawo diametralnie zmienić kompozycję filmu – niczego w istocie w obrazie tak ciemnym nie zmieniając. Krótko mówiąc: Janda może.

Jakkolwiek to brzmi, śmierć do śmierci pasuje. A już symetryczność, z jaką nowela Maraia pasuje do prozy Iwaszkiewicza, to jest rzecz tak niepojęta, że unieważnia jakieś gadki o hybrydalności czy o wieloskładnikowości filmu. Przecież to nie byli podobni pisarze. A może byli? Czort wie. Świat jest pełen zagadek.

Oczywiście nie jest to „Tatarak”, który od lat chciał zrobić Andrzej Wajda. Nie ośmielę się powiedzieć, że być może, a nawet na pewno jest to obraz pełniejszy. Stało się coś, co trud montowania jednej całości z rozmaitych tekstów przeniosło w inne rejestry. Rozmowa Jankowskiej i Jandy o Powstaniu Warszawskim jest chyba wzięta ze „Sławy i chwały”? Mylę się? Nie szkodzi, widziałem film, którego istota daleka jest od tego rodzaju szarad.

Jerzy Pilch

przez Ania_31 Cz, 28.05.2009 22:36
Obejrzałam dziś Tatarak. Wrażenie porażające. Po części na pewno dlatego, że podobnie jak Pani straciłam w tak okrutny sposób najbliższą mi istotę pod słońcem i moją największą przyjaciółkę – mamę. Długo nie zapomnę słów: „Czy mogę już odejść? Czy mogę się ze wszystkimi pożegnać?” Dla mnie najgorsza w tym wszystkim była niemoc i rozdarcie serca pomiędzy: „wszystko bym oddała, żebyś zostala jak najdłużej, a chcę, żebyś odeszła i już dlużej nie musiała tak cierpieć.” To doświadczenie, którego tak do końca nie zrozumie ktoś, kto nigdy nie był w takiej sytuacji. Czego nie życzę nikomu. Ten film uswiadomił mi i utwierdził w tym, że trzeba żyć pełnią życia i na każdym możliwym kroku spełniać marzenia. Swoje i innych. Te duże i te malutkie. Mam 31 lat. Kocham pisać, fotografować… Moim marzeniem jest otworzyć własną galerię sztuki. Z piękną i dobrą duszą. Teraz już wiem, że na poczatku przyszłego roku zrobię to na pewno. Szkoda czasu na strachy i czekanie. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy los postanowi, że fajnie byłoby, abyśmy sprawili, żeby był szczęśliwy i zerwali mu tatarak…
Podziwiam Panią za odwagę, siłę, życzliwość, niesamowitą energię i pasję. Życze dalszych sukcesów, super ról, więcej różowych felietonów na uspokojenie radości, uśmiechu i samych dobrych dni.
Pozdrawiam serdecznie.
P.S. Tatarak był kręcony w moim rodzinnym mieście. Już teraz zawsze przystań nad Wisłą będzie mi się kojarzyła z Panią
Ania

przez pyza76 Pn, 01.06.2009 09:59
Pani Krystyno,

byłam wczoraj z mamą na „Tataraku” płakałam od początku do końca, dziekuję za tak piękny i wzruszający film. Jestem pełna podziwu dla Pani. Dla mnie, film ten jest wyrazem wielkiego heroizmu i miłości. Jeszcze raz bardzo dziękuję za tak piękną i ważną lekcję.

Załączam wyrazy podziękowania od mojej mamy. Obie kochamy sztuki z Panią i jak tylko możemy przychodzimy do teatru żeby Panią podziwiać.

Serdecznie pozdrawiam

Iza

————————————————————————————

© Copyright 2018 Krystyna Janda. All rights reserved.