16
Maj
2006
22:05

Sny Krystyny Jandy

SNY KRYSTYNY JANDY

Kiedy podczas spektaklu „Ucho, gardło, nóż” wywaliły korki i widzowie siedzieli w ciemnościach, a ja czułam się fatalnie, zapytałam moją asystentkę: „Czy to się kiedyś skończy?”. A ona na to: „Niestety, mam dla pani przykrą wiadomość, już nigdy” – o swoim Teatrze Polonia opowiada Krystyna Janda

Mijający sezon 2005/2006 w Warszawie można śmiało ogłosić sezonem Krystyny Jandy. Aktorce w kilka miesięcy udało się stworzyć nową, znaczącą scenę w mieście. Od podstaw. Teatr Polonia podejmuje „gorące” tematy. Krystyna Janda gra tu „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan – wstrząsającą opowieść o kobiecie, która nie może sobie poradzić ze światem i ze sobą po wojnie bałkańskiej. Przemysław Wojcieszek napisał dla Polonii sztukę odwołującą się do powieści „Darkroom” Rujany Jeger o dzisiejszej Warszawie. Z kolei Katarzynę Figurę możemy oglądać w spektaklu „Badania terenowe nad ukraińskim seksem” według książki Oksany Zabużko.

Teatr Polonia to teatr prywatny. Krystyna Janda zajmuje się tu i planowaniem repertuaru, i budową. Bo duża scena wciąż jeszcze powstaje. Jak się czuje z tym wszystkim, czy było warto?

Dorota Wyżyńska: Co się śni Krystynie Jandzie, od kiedy ma swój prywatny teatr?

Krystyna Janda: Nic mi się nie śni, bo prawie nie śpię. Zasypiam około godziny drugiej, budzę się przed piątą. Moje noce mogę podzielić na te, kiedy zrywam się gwałtownie, z przerażeniem, z niepokojem: „Boże, ja buduję teatr”. I te, kiedy wstaję z uśmiechem i szybko zaczynam coś pisać, przygotowywać, planować w związku z budową. Czyli żyję w kratkę – albo niepohamowana radość, albo przerażenie. Ostatnio kiedy podczas spektaklu „Ucho, gardło, nóż” wywaliły korki i widzowie siedzieli w ciemnościach, a ja czułam się fatalnie, zapytałam Martę, moją asystentkę: „Czy to się kiedyś skończy?”. A ona na to: „Niestety, mam dla pani przykrą wiadomość, już nigdy”. Moje sny są kompletnie abstrakcyjne. Widzę kropki albo powiększające się dziurki. Typowych snów z placu budowy nie miałam.

DW – A takie, że przyjeżdża niespodziewanie sponsor i mówi: „Mam dla pani dobrą wiadomość – są pieniądze na budowę dużej sceny w Teatrze Polonia”? Bo duża scena wciąż jeszcze jest w budowie.

KJ – Takiego snu też nie miałam. Ale to – zdarza się w życiu. Potrzebuję jakiś kabel albo okno albo coś, wykonuję kilka telefonów i okazuje się, że rozmaite firmy zupełnie spontanicznie decydują się nam pomóc. Zdarzają się też i takie niespodzianki, które mogłyby się tylko przyśnić. Nie mieliśmy pieniędzy na projekt karaoke, który rozpoczęła w naszym teatrze Magda Umer. To takie spotkania, podczas których widzowie mogą razem z Magdą sobie pośpiewać klasykę polskiej piosenki. I nagle dostaliśmy na konto – 10 tys. zł. Od kogo? Nie wiem. Ale to nam ratuje dwa wieczory karaoke.

DW – W pani dzienniku internetowym przeczytałam też, że są pieniądze od Ministerstwa Kultury.

KJ – Mówię o tym jeszcze nieśmiało, bo ja z kolei też przeczytałam to na stronie internetowej ministerstwa. Poczekamy na oficjalny list i dopiero wtedy będziemy krzyczeć z radości.

DW – Czyli jest szansa, że duża scena będzie gotowa jesienią?

KJ – Te pieniądze od ministerstwa, jeśli rzeczywiście będą, to jedna trzecia naszych potrzeb. Ale wiem, że coś się ruszyło, że mogę w miarę spokojnie angażować reżyserów, aktorów, scenografów i konkretyzować projekty.

DW – Czy trudno być dyrektorem artystycznym w swoim własnym teatrze?

KJ – Gdybym była aktorką, która nie odniosła w życiu sukcesu, nie grała, nie spełniła marzeń artystycznych, i budowałabym ten teatr po to, by móc nareszcie, pod koniec życia scenicznego udowodnić całemu światu, że jestem fantastyczna, to pewnie byłoby trudne. Ale ja jestem aktorką spełnioną, szczęśliwą. Los dał mi role, o których nawet nie marzyłam. I nie boli mnie dziś, że planuję sezon teatralny dla innych. Oczywiście, myślę o sobie, ale inaczej. Jako o osobie, która ewentualnie może się przydać w trudnej sytuacji. Planuję ten sezon tak: „O, te pieniądze są na ten projekt, te na inny, ten wniosek piszemy, bo warto coś tam zrealizować, a ja jeszcze dodatkowo zrobię coś taniej, żeby zaoszczędzić dla innych”. Jestem tu spadochroniarzem, gram wtedy, kiedy inni nie mogą. Wypełniam dziury. Ale – ku mojej radości – tych dziur jest coraz mniej. W ostatnim miesiącu były tylko cztery dni dla mnie, więc grałam po dwa razy dziennie.

DW – A co sprawia najwięcej kłopotów? Czuwanie na budowie?

KJ – W tym momencie – rozmowy z wrażliwymi twórcami. Nagle stanęłam po drugiej stronie. I z tej perspektywy zobaczyłam to wszystko, co sama przeżywałam przez ostatnie lata, kiedy jako reżyser namawiałam dyrektorów teatrów, ludzi z filmu i telewizji błagałam, aby mi zaufali i pozwolili coś tam zrealizować. Teraz, siedząc po tej drugiej stronie, przeżywam tortury, wiedząc, że jakiś projekt jest ciekawy, ale nie mieści się w założeniach mojego teatru. Jak mam odmówić, żeby nie urazić? Jeżeli coś mi się śni po nocach, to taka właśnie scenka: przychodzi do mnie reżyser, aktor, dramaturg, a ja mu muszę powiedzieć „nie”.

DW – Wiele osób zgłasza się do Teatru Polonia ze swoimi pomysłami?

KJ – Nasze teczki puchną każdego dnia. A te projekty są często fantastyczne. Gdybym miała teraz trzy sceny w Warszawie, myślę, że bez trudu bym je „zagospodarowała”.

DW – Jak Pani myśli, dlaczego tak wiele osób do Pani przychodzi?

KJ – Coś takiego wisi w powietrzu, że ludzie poczuli w teatrach miejskich jakby cenzurę. Jest taka opinia, że dyrektorzy teatrów nie mają odwagi zaryzykować, że są zachowawczy, zamknięci. Nie chcą wprowadzać do swojego repertuaru czegoś, co może być dla nich niewygodne. I nagle ci wszyscy ludzie, którzy czują tę sytuację, ten opór, dzwonią do mnie, bo spodziewają się, że w teatrze prywatnym jest ryzyko, ale oni to ryzyko chcą podzielić razem ze mną, a ryzyko to paradoksalnie szansa, wolność. Nagle okazało się, że jest potrzebny ten teatr z zupełnie innych powodów, niż wydawało mi się, że jest potrzebny.
Okazuje się, że to do nas przychodzą ze swoimi pomysłami organizacje społeczne, fundacje, stowarzyszenia zamiast chodzić do teatrów miejskich… dotowanych, z obowiązkiem misji. Pytam za każdym razem: „Ale jak my na to sprzedamy bilety?”. Bo my nie możemy nie sprzedać biletów. Mam bardzo różne, naprawdę ciekawe propozycje. Ostatnio pewna fundacja zaproponowała nam cykl spektakli granych i zrealizowanych przez więźniarki, morderczynie mężczyzn, spektakli zrobionych jako psychoterapia, w ramach pomocy dla tych kobiet. Ja z zachwytu umieram. Za chwilę przychodzi do mnie wielka aktorka, która właśnie u mnie chce zrobić swój wymarzony spektakl, a ja pytam nieśmiało: „A w pani macierzystym teatrze?”. „Tam nie chcą” – wyjaśnia. I ja muszę odnaleźć się w tym wszystkim, między tymi marzeniami ludzi, potrzebą społeczną, ale przede wszystkim sprzedać na to bilety, bo następne marzenia będą nie do zrealizowania.

DW – Na czym Pani szczególnie zależy?

KJ – Nie wpuszczam projektów, z którymi nie wiążę nadziei. Nie wpuszczam tu nic, co „nie rokuje”, w czym nie ma – jak to mówił zawsze Andrzej Wajda – „haka”. Projekt, które mnie zajmuje, musi mieć w środku „coś”, ziarno, pomysł.
Na otwarcie dużej sceny uznałam, że najlepszy będzie tekst o teatrze. Znam taki tekst. Fantastyczny. To „Bóg” Woody’ego Allena. Jednocześnie to szansa dla młodych aktorów. Nasze teczki pękają w szwach propozycji młodych aktorów. Nie możemy ich zawieść. A w „Bogu” jest aż 17 ról dla młodych. Następne w planach są „Radosne dni” Becketta. I tu realizuję swoje marzenia, ale przede wszystkim ten projekt to reżyser Piotr Cieplak i jego sposób myślenia o tym tekście. Planujemy też festiwal Czechowa. Uznaliśmy, że musimy się otworzyć. Zapraszamy – pomalutku – spektakle czechowowskie z całego świata. Amerykanie przywiozą musical według Czechowa, z Chin przyjedzie opera według „Trzech sióstr”. Będzie też Czechow koreański i niemiecki. Ci wszyscy twórcy są tacy mili, że zamierzają w swoich krajach zdobywać pieniądze na wyjazd do nas.
Spotkała mnie też miła niespodzianka – jak ze snu. Nie miałam wątpliwości, że my też musimy przygotować na festiwal spektakl według Czechowa. I zaczęłam się głośno zastanawiać, kto mógłby go wyreżyserować. Rzuciłam spontanicznie, że Natasza, żona Petera Brooka – aktorka, która moim zdaniem wie o Czechowie absolutnie najwięcej, bo zagrała wszystkie najważniejsze czechowowskie role, zresztą właśnie w spektaklach swojego męża Petera Brooka. Jeden z moich współpracowników postanowił spełnić moje marzenie i zadzwonił do żony Brooka z propozycją.

DW – I co ona na to?

KJ – Proszę sobie wyobrazić, że powiedziała, że przyjedzie „przyjrzeć się możliwości”. Biedna nie wie, że tego teatru, w którym ma ewentualnie pracować, wciąż jeszcze nie ma.

DW – Nie ma dużej sceny, ale jest publiczność.

KJ – I mam uczucie, że to publiczność buduje ze mną tę dużą scenę, kupując bilety na małą. Widzę, że ci ludzie, którzy przychodzą, ufają mi i traktują mnie jako swojego kaowca, kulturalno-oświatowego. Są tacy, co tu przychodzą niezależnie od tego, co zaproponuję i mówią, że czasem są zaskoczeni, ale nigdy jeszcze się nie rozczarowali albo raczej nie uznali, że nie było warto.

DW – A jak reagują widzowie, kiedy kupując bilet w kasie, widzą Panią siedzącą obok kasjerki?

KJ – Lubię siedzieć w tym miejscu. Jak tylko mogę, schodzę z góry z naszej dziupli, coś tam czytam, podpisuję, poprawiam, ale też obserwuję ludzi, czasem niezauważona, słucham, co mówią. Proszą o autograf na bilecie albo mówią po prostu: „O, włosy pani urosły”. Cały czas spotykam tu widzów. Kiedy idę się charakteryzować przed spektaklem, muszę koło nich przejść. Ostatnio przed moim spektaklem „Ucho, gardło nóż” w drodze do garderoby zobaczyłam kobietę w bardzo zaawansowanej ciąży. „Boże kochany” – zaczepiłam ją – „Żeby pani przypadkiem nie zaczęła rodzić”. Uspokoiła mnie, że to dopiero początek 9. miesiąca. Znalazłam dla niej wygodniejsze krzesło i poduszkę. Umówiłyśmy się, że w każdej chwili, nie zwracając na mnie uwagi, może wyjść do łazienki i bez problemu wrócić na spektakl.

DW – Nie chciałaby się Pani obudzić pewnego dnia ze świadomością, że prywatny Teatr Polonia, ten plac budowy, to całe zamieszanie, to był tylko sen?

KJ – O nie. Tego wszystkiego nie da się zapomnieć, tych emocji, które mi towarzyszyły i towarzyszą nadal nie oddam za nic. To jest jak choroba, jak narkotyk. Jestem zmęczona, mam naprawdę dużo problemów, tylu nie miałam chyba przez całe życie, ledwo stoję na nogach, ale jestem szczęśliwa. Mam zdarty głos od wiecznego grania i kurzu, ale brnę dalej. Kiedy występowałam ostatnio na przeglądzie moich ról w Cieszynie, to mdlałam na scenie. Robiło mi się słabo i odpływałam. Potem trafiłam do szpitala, dano mi kilka kroplówek, bo już nie miałam ani potasu, ani magnezu i postawiono mnie na nogi. Kiedy Magda Umer kilka dni później powiedziała, że muszę zaśpiewać podczas jej wieczoru „Karaoke w teatrze”, to śpiewałam z publicznością tak, że zdarłam się do dna. To jest tak jak z kobietą egoistką zajętą sobą i przyjemnościami życia, która nagle urodzi dzieci i przestaje myśleć o sobie. Coś takiego stało się w moim życiu zawodowym. Nagle nie ja jestem ważna, ale wszystko to, co dzieje obok mnie.

W Teatrze Polonia:

. Trwają próby spektaklu „Marilyn i papież. Listy między niebem a piekłem”. Niemiecka autorka Dorothea Kuehl-Martini, z wykształcenia teolog, stworzyła fikcyjną opowieść o przyjaźni Marylin Monroe z papieżem Janem XXIII. Adaptacja: Remigiusz Grzela. Przekład: Magdalena Mijalska, Adaptacja, reżyseria: Marta Ogrodzińska. W monodramie zagra Ewa Kasprzyk. Premiera za tydzień (13 maja).

Rozmawiała Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Warszawa
6 maja 2006

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.