06
Październik
2010
21:10

Shirley Valentine Jubileusz

6 – 10- 2010

SHIRLEY VALENTINE JUBILEUSZ

Szanowni Państwo, równo 20 lat gram spektakl pod tytułem „Shirley Valentine”. Grałam to w Teatrze Powszechnym, i tam na tamtej scenie zagrałam około 600 spektakli, wczoraj zagrałam dwusetny już spektakl „ Shirley” w Teatrze Polonia. Razem z wyjazdami będzie około tysiąca spektakli. Jeżdżę też dalej i zawsze jeździłam z tym spektaklem po Polsce, w wielu miastach byłam po kilkanaście razy, grałam to i w Ameryce i Australii, Niemczech, Francji, Szwajcarii, zawsze są pełne sale i zapewne ta rola będzie mi towarzyszyła jeszcze długo. Czy chcę czy nie chcę, będę grać Shirley, bo publiczność tego chce. Udało mi się stworzyć charakter, kobietę, zabawną, żywiołową, optymistyczną ale przede wszystkim ironiczną, autoironiczną do bólu, co jak się okazało najbardziej ceni publiczność, a potyczki mojej Shirley z życiem, dziećmi, a szczególnie z mężem, są bliskie wszystkim widzom, szczególnie że w mojej interpretacji Shirley przekazuje i nadzieję i poczucie humoru i entuzjazm i radość z byle czego także widzom. Po wczorajszym spektaklu znów jakaś kobieta wbiegła za mną w kulisty teatru i zapłakana , wzruszona, ściskała mi dość histerycznie rękę, dziękując za wzruszenie i refleksję ..tak pani dziękuję za ten spektakl- mówiła – idę do domu, do swojego życia za chwilę z zupełnie innym nastawieniem, być może zacznę od początku! – kolejny raz byłam zdumiona.

Podobno ten spektakl zmienia ludziom myśli, podobno wielu pomógł w życiu, a nawet zmienił życie. Tak piszą w listach. Kiedyś nawet robiono na wydziale warszawskiej socjologii badania, ktoś z poznańskiej socjologii z kolei pisał pracę pod tytułem „ Fenomen odbioru spektaklu „Shirley Valentine” w interpretacji Krystyny Jandy.” A ja? Cóż ja. Gram. Gram wiecznie i wciąż , z przyjemnością i oddaniem, ale prawdę mówiąc i ja trochę się dziwię każdego wieczora z Shirley, aż takiej przyjaźni widowni z moją bohaterką.   Widać trafiłam w jakiś ton, wpadłam na sposób rozmowy z publicznością, który burzy zupełnie naszą teatralną czwartą ścianę, jak my to nazywamy.

Piszę to wszystko tytułem wstępu do pewnej refleksji. „Shirley Valentine” to tekst napisany przez Willy Russela, jest on autorem tylko trzech tekstów teatralnych, „Edukacji Rity”, którą zagraliśmy z Tadeuszem Borowskim  około 400 razy, jeszcze w Teatrze Ateneum, musicalu „Bracia krwi” , i „ Shirley Valentine” właśnie. Autor dziwny, jego zdumiewająca znajomość życia i kobiet, bierze się chyba między innymi stąd, że w swoim burzliwym życiu był także przez 10 lat fryzjerem damskim, a więc kimś komu bez konsekwencji kobiety zwierzają swoje troski i tajemnice. W tekście „Shirley” jest pewnei wiele historii prawdziwych, ale autor, Anglik,  pozwolił sobie także na niewinne żarty z katolików. Jest tam kilka dosłownie zdań świadczących o jego poczuciu humoru i na ten temat. I właśnie odbiór tych niewinnych żarcików, przez polską publiczność ostatnio mnie zastanowił. Podczas tych 20 lat grania, ewidentnie reakcje na te właśnie zdania różniły się zależnie od zdarzeń i czasów w których grałam spektakl i były swoistym barometrem nastrojów naszego społeczeństwa na temat kościoła. Mojej Shirley publiczność wybacza w zasadzie wszystko, ale były lata, spektakle, podczas których na żart o papieżu, ludzie reagowali nagłą cisza , konsternacją a nawet kilka osób podczas tego okresu wyszło z sali, w latach kiedy papież był polakiem, jak ja to nazywam, i to można było śledzić różnice w reakcjach zależnie do tego czy właśnie odwiedził Polskę, miał odwiedzić, źle się czuł, żartował czy nas gromił w swoich homiliach, a już szczególnie po śmierci Jana Pawła II. Zastanawiałam się nawet czy na jakiś czas tych żartów nie zlikwidować, choć byłoby to trudne. Żarty o szkole katolickiej… radość serca nam przepełnia, łaskę życia dał nam Bóg… czy braniu paszportu na wyjazd jak komunii, zawsze budziły mniejszą lub większą radość, niezmiennie, ale ostatnio…. wszystkie te żarciki, niewinne naprawdę budzą entuzjazm moim zdaniem ponad miarę, wzbudzają brawa, przerywające narrację, brawa które mi przeszkadzają w rytmie opowiadania, logice i spójności. Nigdy tak nie było. Dwadzieścia lat nie budziły one aż takiego entuzjazmu i radości. Zastanowiłam się nad tym ostatnio i uważam to za symptomatyczne. Kościół powinien się nad tym chyba też zastanowić tout proporsion garde.

Dziś znów gram „ Shirley” tyle że na Śląsku, w tym miesiącu gram też w Sopocie, Poznaniu i nie wiem jeszcze gdzie, nie pamiętam, ale grając, kiedy będę zbliżać się do tych kwestii, momentów w opowieści, będę uważniejsza i będę ucinała brawa, z żadnego innego powodu oczywiście jak tylko dlatego że mi to przeszkadza grać i zaburza harmonię przedstawienia. A kończąc, pozwolę sobie na refleksję, zdumiewające jest, jak dużo można się dowiedzieć o publiczności obserwując tyko jej reakcje. Co czują, w jakim są nastoju ogólnym, społecznym, co ich interesuje, co irytuje, nawet z rytmu ich oddechów, można to odczytać, nagłych cisz, westchnień, szczególnie jak gra się tak długo jedną rzecz. Zmieniła się nasza publiczność przez te 20 lat i ja się zmieniłam, bardzo. No ale może dlatego Shirley jest wciąż żywa.

Ukłony dla Szanownych Państwa i Publiczności.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.