24
Marzec
2002
00:03

Samobójstwo

Moja daleka znajoma popełniła samobójstwo. W depresji. Po jej śmierci okazało się ze wcześniej przygotowała wszystko, zapłaciła wszystkie rachunki, komorne, gaz, wodę, światło do końca roku, zabezpieczyła matkę i jej wpływy, co miesięczne, aby się nie martwiła o pieniądze na spokojną starość, wyrzuciła śmieci, posprzątała dom, zaprenumerowała mamie jej ulubione gazety do końca roku, kupiła zapas jej ulubionych ciasteczek, przygotowała swoje ubranie do trumny i zostawiła telefon zakładu pogrzebowego, w którym wszystko omówiła i uregulowała. Samobójstwo popełniła w lesie daleko od domu żeby mam nie miała problemów z jej ciałem w domu. Miała tylko matkę. Była samotna.

Pojechaliśmy z mężem na cmentarz, na którym jest grób mojego ojca, i zamówiliśmy wreszcie, po kilku latach zwlekania, z tą sprawą, jako sprawą nie aż tak pilną przy nawale naszych zajęć, pomnik.- Przepraszam, ale, czy państwo będziecie też leżeć w tym grobie? – Zapytała pani od pomników. – Tak. – W takim razie może umieścimy kamienną maskę teatralną na płycie, lub powiedzmy mosiężną kamerę filmową? – Pani od pomników, spojrzała na męża pytająco. Nie, nie, chcemy usychającą gałązkę palmy, jak na projekcie.

Wracaliśmy do domu w milczeniu. -Co byś zrobił gdybyś dziś dowiedział się ze masz jeszcze miesiąc życia? – Zapytałam męża. – Nic, uregulowałbym sprawy żebyś nie miała problemów i nie zrobił nic więcej. Żyłbym przez ten miesiąc jak dotąd.

Zadzwonił znajomy zaprzyjaźniony „emeryt”. Jadę w podróż dookoła świata oświadczył. Umarł mój długoletni przyjaciel, co mi jeszcze zostało. To ostatnie, co mogę sobie ofiarować. Jadę. Gdybym umarł w tej podróży, wiecie, co robić. Testament jest u notariusza. Rodzina też wie. Jadę nigdy właściwie nigdzie nie byłem ot tak, bez interesu, teraz jadę. A tu mi się teraz w ogóle nie chce być. Niepotrzebnie się tylko codziennie denerwuję wiadomościami w dzienniku i wszystkim. -Weź aparat lub kamerę! – Zdążyłam krzyknąć.

Do teatru przyszła moja młoda znajoma, studentka wydziału historii sztuki. Marzenko, co byś zrobiła gdybyś dowiedziała się, że masz jeszcze tylko miesiąc życia? I nic by mnie nie bolało? – Nic. I nie byłoby w ogóle nadziei? – Nie. Uprawiałabym miłość cały miesiąc i paliła koks. – Ale przecież ty nie bierzesz narkotyków? -Nie, no bo mam całe życie przed sobą, chcę do czegoś dojść, mieć rodzinę i dzieci.

Kiedy wróciłam do domu, zapytałam mamę:- Nie boisz się śmierci? Mamo? – Nie. Byle tylko nie bolało. Chciałabym umrzeć nagle, niespodziewanie, we śnie, bez świadomości. Nie chciałabym się z wami żegnać. Zjesz coś na kolację? – Nie. A jak umarła właściwie ciotka Wiktoria? O, ona się po prostu zagłodziła na śmieć, ona nie chciała dłużej żyć, po śmierci Kazimierza, nie chciała. No, ale wiesz, im umarło dziecko. Nie ma większej tragedii niż śmieć dziecka i oni tak już właściwie oboje przeczekiwali od tej jego śmierci, a nie żyli.

W nocy, przypomniałam sobie, jak mój sąsiad z bloku, lata temu, kardiolog, dostał zawału, wezwał karetkę od siebie, z oddziału, którego był szefem, zdążył podać informacje o sobie, co mają zrobić, jaki wariant w stosunku do niego zastosować jak przyjadą, i na koniec dodał, że gdyby nie zdążyli, mają najpierw zająć się psem, bo pies będzie sam a nie był rano na spacerze, bo on już źle się czuł. Pies potem był jakiś czas u mnie, do powrotu jego pana ze szpitala.

Co bym zrobiła gdybym dowiedziała się ze mam miesiąc? – Pomyślałam rano leżąc w łóżku.

Po pierwsze nie powiedziałabym nikomu nic. Oczywiście uregulowałabym sprawy. Przeprowadziła długą, długą, bardzo długą i poważna rozmowę z moimi wszystkimi dziećmi. Nie jeszcze dodatkowo siadłabym przed kamerą i mówiła, mówiła dla nich długo. O wszystkim. O miłości, o śmierci, o godności, o szacunku, o uczciwości, o urodzie codziennego dnia, o pracy, o zabawie, o szczęściu, o radości, o śmiechu, o współczuciu, o człowieczeństwie o sztuce, o pięknie, o rodzinie, i wierze w samego siebie i wierności sobie, o Bogu, o wszystkim…..Byłaby to „kaseta domowa” niedostępna dla nikogo z zewnątrz, byłyby to wyznania niegrzeczne, nieuczesane, nauki robione z wielkiej troski i miłości. Z lęku i ich przyszłość. Czy było by tam zdanie: – Warto robić w życiu to, na co ma się ochotę? Na pewno tak.

Co bym jeszcze zrobiła? Zagrałabym jeszcze raz wszystkie role teatralne po kolei, raz, na pożegnanie. Bo to tak jakbym się żegnała z bliskimi. Wysłuchałabym jak Callas śpiewa walca z „ Makbeta” Poszła na spacer, i na konie chciałabym być sama z moim mężem. Tyle. A poza tym nic.

A co teraz mam robić w związku z tym ze nie mam umrzeć i prawdopodobnie jeszcze długo nie? A też nic. Nie zaszkodzi uregulować sprawy urzędowe. Ale poza tym nic. Śmiać się śmiać! I żyć. Pracować, bo to lubię. I dać sobie luz, jak to się ładnie mówi i nic. Nic.

Przypomniało mi się, co opowiedziała mi kiedyś Ola Zamachowska, żona Zbyszka. Jej córeczka nagle pewnego dnia dowiedziała się, że każdy musi umrzeć. Zaczęła strasznie płakać i błagać mamę, czyli młodziutką Olę, żeby nie umierała. Na co młodszy synek zdenerwowany tą babską histerią powiedział spokojnie:- Przestań płakać! Nie ma, co się teraz martwić! To dopiero za dwa lata!

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.