07
Sierpień
2001
00:08

Przyjemność bycia Shirley

Teatr Powszechny rozpoczyna nowy sezon od przeboju Shirley Valentine.W rudej peruce, ogromnych czerwonych klipsach i różowych butach krząta się po kuchni. Przygotowuje mężowi jajka sadzone, popija wino i rozmawia ze ścianą. Teatr Powszechny rozpoczyna nowy sezon od przeboju Shirley Valentine z Krystyną Jandą. Spektakl można oglądać od dziś do niedzieli 12 sierpnia. Shirley Valentine Willyego Russela nie schodzi z afisza Teatru Powszechnego od 11 lat. Odbyło się już prawie 400 przedstawień.

Dorota Wyżyńska: Są widzowie rekordziści, którzy widzieli Shirley Valentine kilkadziesiąt razy?

Krystyna Janda: Zdarza się, że ktoś z sali mówi głośno przede mną pointę. Albo całe grupy śmieją się wcześniej niż padnie to zdanie czy słowo, o które chodzi. Peszy mnie, ale też jednocześnie mobilizuje świadomość, że na sali każdego wieczoru jest coraz więcej osób, które już widziały przedstawienie. Więcej – widziały Shirley już wiele razy.

DW: Czy Shirley bardzo zmieniła się przez te 11 lat od premiery?

KJ: Myślę, że spektakl zmienił się na tyle, na ile ja zmieniłam się przez te lata. Został temat, problem, konstrukcja, powód dla którego opowiadam tę historię, a Shirley zmienia się razem ze mną. Zresztą ja już tego nie gram. Ja nią jestem. Staję się nią, przekraczając linię sceny i kulis, a co więcej – dzieje się to już i dla mnie samej niezauważalnie. A przyjemność bycia Shirley, radość, którą ja odczuwam – mam wrażenie -przenosi się na publiczność.

DW: Dzięki tej roli stała się Pani powierniczką wielu widzów, adresatką listów i próśb o życiową poradę. Po przedstawieniu w garderobie odwiedzają Panią płaczące kobiety, które oczekują wsparcia…

KJ: O nie, płaczące odwiedzały mnie po Kobiecie zawiedzionej i – paradoksalnie – po Marlenie . Po Shirley przychodzą te, które widziały już kiedyś spektakl i zmobilizowane sztuką postanowiły odmienić swoje życie albo przynajmniej – tak jak Shirley – wyjechać do Grecji.

DW: Tych kobiet, które przyszły mi podziękować za zmianę życia, wcale nie było tak mało. Mówiły, że ten wieczór w teatrze był kroplą przepełniająca ich puchar, bodźcem do jakieś decyzji, rozmowy z mężczyzną – towarzyszem życia – początkiem innego myślenia o sobie i swoim życiu. Za każdym razem moje zdumienie nie ma granic i biorę to za żart.

KJ: Najczęściej jednak przychodzą ludzie, którzy mówią, że kiedy jest im źle, kiedy mają chandrę i są zmęczeni, przychodzą na Shirley, żeby poprawić sobie nastrój.

DW: Powiedziała Pani kiedyś: Shirley mogę zagrać nawet bez scenografii”. Podobno tak zdarzyło się podczas jednego z występów w Ameryce. Dekoracje nie doleciały na czas?

KJ: Wtedy w Nowym Jorku w ostatniej chwili dekoracje jednak dojechały na miejsce. Ale byłam gotowa do grania tylko z krzesłem i przypadkowym stołem znalezionym w kulisach. Wszystkie inne czynności miałam wykonywać, pozorując obecność rekwizytów. W szkole teatralnej mieliśmy takie zajęcia jak ćwiczenia z nieistniejącym przedmiotem, mające rozbudzić i precyzować naszą wyobraźnię. Bardzo je lubiłam.

DW: Teraz po prawie 400 przedstawieniach Shirley mam poczucie, że poradziłabym sobie bez dekoracji. Choć rekwizyty mają tu swoje znaczenie.

KJ: Na scenie gotuje Pani ziemniaki, przyrządza jajka sadzone…

DW: Wielu widzów mówiło mi, że para gotujących się na scenie – naprawdę! – ziemniaków i zapach smażonych jajek sadzonych to jedno z największych doznań wieczoru.

KJ: Szkoda byłoby rezygnować z tych efektów. Sama się z siebie śmieję, że po tylu spektaklach zdarza mi się w trakcie spektaklu zastanawiać, czy odpowiednio dosoliłam ziemniaki, czy nie będą za mało słone. Zdarza mi się denerwować, że jajecznica jest niedostatecznie ścięta, a mąż, czyli teatralny inspicjent, już dzwoni do drzwi.

Nie będę też mówić, że teraz, po prawie 400 spektaklach, jestem mistrzynią w obieraniu ziemniaków. Proszę sobie policzyć, cztery ziemniaki – czyli mniej więcej pół kilo – obrane na każdym spektaklu… to jest dwieście kilogramów ziemniaków obieranych na scenie.

Ostatnio podczas trasy Radia Zet uświadomiłam sobie, że siedzę sama na ogromnej scenie – w sali Opery Poznańskiej – pięknej, kapiącej złotem i wysłanej aksamitami – obieram ziemniaki, a patrzy na mnie i słucha mnie blisko tysiąc osób. Grając spektakl, myślałam: „Co za paranoja, baba siedzi w operze, obiera ziemniaki, opowiada głupoty, a patrzy na to tyyyllleee osób!”. To są dni moich sukcesów i bitew. Utrzymać uwagę i zająć sobą-Shirley taką wielką widownię, wypełnić taką przestrzeń, zsynchronizować tyle oddechów i oczu. Ale były też wieczory jak kiedyś w Cieszynie, że miałam uczucie, że siła salwy śmiechu moich widzów zmiata mnie ze sceny. Udało się tak opanować salę, że jednoczesny wybuch śmiechu ogłuszył mnie i mną zachwiał. Z kolei cisza i tkliwość na końcu tej historii samą mnie wzrusza.

DW: Shirley Valentine od kilku lat rozpoczyna sezon, pojawia się na afiszu Teatru Powszechnego w sierpniu. Jak się gra w środku lata?

KJ: Lubię te letnie spektakle, publiczność jest też jakby trochę inna, bardziej rozluźniona, rozbawiona, łatwiej „wdzięczna”. Ale wszelkie moje wrażenia dotyczące Shirley Valentine mogą być troszkę przesadne, ponieważ ta rola, ten spektakl od dawna są już dla mnie przyjemnością, relaksem, zabawą i wszystko, co dotyczy wieczorów z Shirley, jest przeze mnie odczuwane specjalnie.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.