25
Styczeń
2006
07:01

PRASA W ŁODZI po pobycie w styczniu 2006

autor – Jakub Wiewiórski
data – 05-01-2006
źródło – http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35135,3099617.html

XII Ogólnopolski Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych rozpocznie mini-retrospektywa Krystyny Jandy: reżyserki, aktorki filmowej i teatralnej oraz pisarki

Aktorkę, także od strony prywatnej, przedstawi wystawa zdjęć w Galerii Opus (ul. Łąkowa 29); otwarcie w sobotę o godz. 16. Janda jako pisarka będzie gościć w niedzielę o godz. 12 w księgarni-kawiarni mała litera (ul. Traugutta 9), a o godz. 15 stanie się bohaterką popołudnia w kinie Charlie (ul. Piotrkowska 203/205). Po projekcji filmów „Parę osób, mały czas” i „Przesłuchanie” na spotkaniu z aktorką zjawią się znakomici reżyserzy: Andrzej Barański, Ryszard Bugajski i Andrzej Wajda.

W weekend Krystyna Janda pokaże swoje dokonania reżyserskie. W Teatrze Powszechnym (ul. Legionów 21) zostaną zaprezentowane dwie premiery stołecznego Teatru Polonia, prywatnej sceny Jandy. W sobotę i niedzielę o godz. 19 Janda wystąpi na scenie Powszechnego w monodramie Vedrany Rudan „Ucho, gardło, nóż”. W poniedziałek będzie można zobaczyć „Stefcię Ćwiek w szponach życia” Dubravki Ugresic. Tytułową postać zagra Agnieszka Krukówna, a obok niej wystąpią: Violetta Arlak, Zofia Merle oraz Michał Piela.

Jakub Wiewiórski: Reżyser Andrzej Wajda powiedział kiedyś Pani: „Są tramwaje, do których się wsiada. Nieważne, czy chodzą co minutę, czy w większych odstępach czasu. Ważne, że takich tramwajów się nie przepuszcza”. Czy tramwaj z napisem „pierwszy prywatny teatr dramatyczny'” to właśnie taki, do którego należało wsiąść?

Krystyna Janda: Nie wiem. Po roku mam tak wiele wątpliwości i jestem tak zmęczona, że raczej jestem zniechęcona niż radosna. Jesteśmy z teatrem w trudnym, momencie, skończyły się nasze, moje i męża pieniądze, a poszukiwania partnera państwowego lub prywatnego na dokończenie inwestycji nie dają rezultatów. Szczerze mówiąc jestem rozgoryczona. Uważałam, że ustawa o partnerstwie państwowo-prywatnym będzie działać i że ktoś zechce nas wesprzeć. A ja chodzę, żebrzę, błagam, proszę, a potem wchodzę wieczorem na maleńką scenę w wyremontowanym holu dawnego kina i gram dla garstki ludzi. Z satysfakcją co prawda, ale bez optymizmu.

Odeszła Pani ze stołecznego Teatru Powszechnego m.in. z powodu olbrzymiego obciążenia pracą – grała Pani blisko 250 spektakli rocznie. Dziś w Teatrze Polonia występuje Pani niemal równie dużo, a jeszcze musi znajdować siły na kierowanie instytucją. Chciała Pani trafić z deszczu pod rynnę?

– No, niestety, ja jestem tu „najtańsza”, i jako aktorka, i reżyser, i adaptator. Na spektaklach, w których gram są prawie zawsze komplety publiczności. Ktoś to musi utrzymać. Od stycznia gram tylko kilka razy, jadę pierwszy raz odpocząć, bo się przewracam już ze zmęczenia, a gramy 19 razy „Stefcię”, w której mnie nie ma. To tylko moja reżyseria. A potem mamy dwie premiery, w obu nie występuję. Także będę grać dopiero w marcu. No zobaczymy jak to pójdzie, mam nadzieję, że dobrze. A z Teatru Powszechnego nie odeszłam dlatego ze za dużo grałam.

Dwa spektakle z repertuaru Teatru Polonia przywozi Pani do Łodzi. Autorki obu są z Bałkanów. Skąd ten wybór?

– To dwa pierwsze tytuły z cyklu „Kobiety z Europy” realizowanego na naszej małej scenie „Fioletowe Pończochy”, która z założenia ma zajmować się kobietami i opowiadać kobiece historie. Mam nadzieję, że zrealizujemy jeszcze wiele spektakli w tym cyklu. To daje małej scenie wyraźny charakter i jak widać po pierwszych dwóch miesiącach działalności, szalenie podoba się publiczności. Mamy prawdziwie oblężenie kasy. Co prawda dysponujemy maleńką ilością miejsc na tej sali, ale jednak.

Czy Pani zdaniem przeżycia bohaterek „Ucha, gardła i noża” i „Stefanii Ćwiek w szponach życia” są bliższe Polkom niż np. Ally McBeal, czy Bridget Jones?

– Nie wiem. Mnie są bliskie i wydaje się, że naszym widzom też. I nie tylko kobietom, bo na sali jest tyle samo kobiet, co mężczyzn.

„Ucho…” to monodram. Czy po tylu monodramach, w których Pani wystąpiła przywykła Pani do tej formy obnażania się na scenie, kiedy aktor nie ma ani chwili wytchnienia, nie może schować się za scenografią…?

– Obnażania? A co to za słowo. Ja jestem aktorką, ja gram. Ja się nie obnażam. Monodram jest najtańszy w realizacji, nie wymaga często dekoracji, przynosi w moim wypadku realny dochód, a ja uwielbiam grać monodramy. To pełnowartościowe, jeśli o to chodzi, wieczory teatralne.

Co zawdzięcza Pani bohaterkom swoich monodramów: Shirley Valentine i małej Steinberg? I co wzięła Pani od bohaterki powieści Verdany Rudan?

– Szczęście zawodowe. Swobodną rozmowę z publicznością, niezależność i wolność na scenie. A poza tym zagrałam w ostatnich latach w wielu teatrach telewizji, filmach, a jakoś wciąż moje role w monodramach są najsilniejsze w świadomości widzów. Są i były to tak różne kobiety, tak rożne historie… Ale umiałam za każdym razem nawiązać z widzami tak indywidualny kontakt, że te wieczory pozostawały w pamięci.

Prezentacja Pani działalności artystycznej będzie w Łodzi szeroka. Oprócz spektakli złożą się na nią projekcje filmów, wystawa fotografii, spotkanie z Panią w charakterze autorki książek. Czy cieszy to Panią, że jak już wybiera się Pani do Łodzi to będzie tu Pani obecna w całej krasie?

– Bardzo się cieszę. To zasługa pani Ewy Pilawskiej, dyrektor Teatru Powszechnego i jestem jej za tę szansę bardzo wdzięczna.

Znajduje się Pani wśród popularnych postaci sceny i polityki parodiowanych w programie „Szymon Majewski Szoł” w TVN. Jak się Pani podoba ta parodia?

– Niestety nie miałam nigdy czasu, aby to obejrzeć i to nie kokieteria. Pracuję po kilkanaście godzin na dobę, a telewizję oglądam nocą – ostatnie wiadomości o północy.

data – 21-12-2005
źródło – „Polonia w Powszechnym” Dziennik Łódzki nr 297

SZTUKI PRZYJEMNE I NIEPRZYJEMNE Z JANDĄ

Kolejna edycja jednej z najważniejszych łódzkich imprez kulturalnych – Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym – rozpocznie się 7 stycznia. Przedsięwzięcie zainauguruje minifestiwal Krystyny Jandy.

Święto Krystyny Jandy – reżyserki, aktorki filmowej i teatralnej, felietonistki i pisarki – potrwa trzy dni i odbędzie się pod hasłem „5 razy Janda”. Na otwarcie imprezy organizatorzy przygotowują wystawę fotografii, która zostanie pokazana w Galerii Opus Film. Fotografie zaprezentują bohaterkę jako artystkę, ale i od strony prywatnej.

Następnego dnia w księgarni „Mała Litera” odbędzie się spotkanie z Krystyną Jandą, która opowie o swoich książkach: „Moja droga B.”, „Różowe tabletki na uspokojenie”, „www.małpa.pl”, „www.małpa2.pl”. Spotkanie poprowadzi dr Dominika Łarionow. Kino Charlie przedstawi zaś filmy „Parę osób, mały czas” i „Przesłuchanie”. Projekcje uatrakcyjni rozmowa z Jandą i trójką reżyserów, którzy znacząco wpłynęli na rozwój jej kariery aktorskiej: Andrzejem Barańskim, Ryszardem Bugajskim i Andrzejem Wajdą.

Najciekawiej jednak zapowiadają się występy prywatnego przedsięwzięcia Krystyny Jandy – Teatru Polonia. 7 i 8 stycznia będzie można zobaczyć spektale Dubravki Ugresić „Stefcia Ćwiek w szponach życia” [na zdjęciu] z udziałem Agnieszki Krukówny, Zofii Merle, Violetty Arak i Michała Pieli. Natomiast 9 stycznia pokazany zostanie monodram „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan w wykonaniu Krystyny Jandy.

XII Ogólnopolski Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych potrwa w „Powszechnym” do końca lutego. Repertuar nie jest jednak jeszcze dopięty.

– Jesteśmy w trakcie podpisywania ostatecznych umów. Repertuar zostanie zamknięty na ostatni guzik w ciągu najbliższych dni. Myślę, że będzie jak zawsze bardzo atrakcyjny – zapewnia Patrycja Kruczkowska z Teatru Powszechnego w Łodzi.

Gospodarze mają pokazać na festiwalu „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki w reż. Waldemara Śmigasiewicza.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, w programie festiwalu znajdzie się również „Faust” Johanna Wolfganga Goethego z Teatru Nowego w Poznaniu w reż. Janusza Wiśniewskiego.

Na zakończenie zobaczymy prawdopodobnie spektakl Krystiana Lupy – „Zaratustrę” wyreżyserowaną w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie na podstawie nowego przekładu „To rzekł Zaratustra” Fryderyka Nietzschego, dokonanego przez łodzian Sławę Lisiecką i Zdzisława Jaskułę.

autor – Leszek Karczewski
data – 05-01-2006
źródło – http://www.teatry.art.pl/!Wydarzenia/festiwalspin/2006/jandana.htm

NA SCENIE, NA EKRANIE, ZA BIURKIEM…

XII Ogólnopolski Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych rozpocznie mini-retrospektywa Krystyny Jandy: reżyserki, aktorki filmowej i teatralnej oraz pisarki

Doroczny festiwal rozpocznie się nietypowo – otworzy go cykl spotkań z Krystyną Jandą we wszystkich jej twórczych wcieleniach.

Aktorkę, także od strony prywatnej, przedstawi wystawa zdjęć w Galerii Opus Film (ul. Łąkowa 29); otwarcie w sobotę, 7 stycznia, o godz. 16. Janda jako pisarka będzie gościć w niedzielę, 8 stycznia, o godz. 12 w księgarni-kawiarni mała litera Krystyna Janda. Spotkanie z autorką książek: „Moja droga B.”, „Różowe tabletki na uspokojenie”, „www.małpa.pl” i „www.małpa2.pl” poprowadzi Dominika Łarionow. O godz. 15 Janda stanie się bohaterką popołudnia w Kinie Charlie (ul. Piotrkowska 204/205). Po projekcji filmów „Parę osób, mały czas” i „Przesłuchanie” na spotkaniu z aktorką zjawią się znakomici goście: Andrzej Barański, Ryszard Bugajski i Andrzej Wajda, reżyserzy, którzy mieli znaczący wpływ na filmową karierę Jandy. Spotkanie poprowadzi Maria Kornatowska, wykładowca łódzkiej Szkoły Filmowej.

W ten sam weekend Krystyna Janda zaprezentuje się też jako reżyserka. W Teatrze Powszechnym (ul. Legionów 21) zostaną zaprezentowane dwie premiery stołecznego Teatru Polonia, prywatnej sceny Jandy. W sobotę i niedzielę o godz. 19 Janda wystąpi na scenie Powszechnego w monodramie Vedrany Rudan „Ucho, gardło, nóż”. W poniedziałek będzie można zobaczyć „Stefcię Ćwiek w szponach życia” Dubravki Ugresic. Tytułową postać zagra Agnieszka Krukówna, a obok niej wystąpią: Violetta Arlak, Zofia Merle oraz Michał Piela.

I wreszcie zobaczymy Jandę – aktorkę. W poniedziałek o godz. 19 na scenie Powszechnego zagra monodram Vedrany Rudan „Ucho, gardło, nóż”. To historia Tonki Babić, kobiety po pięćdziesiątce, która zwierza się ze swojego życia przełączając programy telewizyjne i zajadając się czekoladą.

Bilety na przedstawienia sprzedaje kasa Teatru Powszechnego. Na „Stefcię Ćwiek w szponach życia” można wejść za 70 lub 50 zł. Bilety na monodram „Ucho, gardło, nóż” kosztują 130 i 110 zł. Projekcja filmów „Parę osób, mały czas” i „Przesłuchanie” w kinie Charlie w cenie 15 i 13 zł.

autor – Joanna Derkaczew
data – 6-12 stycznia 2005
źródło – Co jest grane, Łódź

WOJNA WEDŁUG KRYSTYNY JANDY

Aktorka o postaci –

Tonka Babić, bohaterka „Ucho, gardło, nóż”, to kobieta w mopim wieku. Urodziła się dokłądnie w tym samym roku co ja, ale w Chorwacji. Jej ojcem jest Serb, mężem – Chorwat. Przeżyła wojnę, straciła wszystko, co kochała. To co wie, pamięta i rozumie, do tego stopnia zmieniło jej myślenie o moralności, o etyce, o szczęściu, że musi sobie wszystko na nowo ułożyć… Według zasad boleśnie zwichniętych. Pozbawionych logiki. Ten tekst mnie zachwycił. Nagle pierwszy raz mam przed sobą bohaterkę, która z bólu i nieumiejętności przekreśla wszelkie zasady moralne i humanitarne. Działa jak terrorysta we własnym życiu. Jakby chciała wszystko zniszczyć, za karę, z bólu, z pretekstu. Bardzo poruszające i dla mnie – aktorki – nowe. Takiej postaci nie grałam. No, może Medea… Zależało mi na tym, aby oddać klimat i język. To było zresztą najtrudniejsze. Jak powiedzieć na scenie te wszystkie brutalizmy, aby publiczność nie zajęła się tylko pierwszą warstwą słów, wyrazeń, które są niecenzuralne, często obsceniczne. Aby widzowie za tymi słowami dojrzeli emocje i stan psychiczny tej kobiety. Uznali je za niezbędny środek artystyczny.

autor – Izabela Szymańska
data – 6-12 stycznia 2005
źródło – Co jest grane, Łódź

STEFCIA, JEJ LUSTRO I MARZENIA.

Janda o Stefci –

Stefcia walczy ze stereotypami, z obrazem szczęścia wykreowanycm przez media, przez najbliższych, przez przyjaciółki. Nie umie sobie z tym wszystkim poradzić. Nie jest najmądrzejsza, ale o taką bohaterkę chodziło. O to, jak jej oczami oglądany i jej naiwnością sądzony, wygląda ten świat. Nazywamy ją sobie bałkańską Bridget Jones, ale to porównanie nie do końca jest trafne. Stefcia ma teżw sobie coś z bohaterek czeskich filmów z lat 60, czy z naszego kina panów Kondratiuków. To taka „dziewczyna do wzięcia”, gotowa na wiele zmian za małżeństwo. Na nazbyt wiele.

źródło: http://www.reymont.pl/galerie.php

PORTRETY KRYSTYNY JANDY

Dwadzieścia dwa zdjęcia ukazujące Krystynę Jandę prywatnie i podczas wykonywania zawodowych obowiązków pokazano na wystawie towarzyszącej XII Festiwalowi Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych.
Ekspozycję przygotował Tomasz Komorowski, którego zdjęcia należą do najlepszych na wystawie. Wśród autorów znaleźli się też: Krzysztof Wellman (wspaniałe zdjęcie aktorki wysiadającej z samochodu), Zygmunt Januszewski, Robert Tabor i Robert Jaworski (reprodukcja).
Zdjęcia mają charakter reportażowy (tylko trzy są fotosami z filmów lub przedstawień) – autorzy podpatrują Jandę przy pracy, a także w sytuacjach prywatnych. Nie ma tu zdjęć pozowanych ani retuszowanych na potrzeby kolorowych magazynów. Sympatyczna, skromna wystawa.

Galeria Opus, ul. Łąkowa 29 do 10 lutego

autor – Katarzyna Rakowska
data – 08-01-2006
źródło – http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35135,3103402.html

NOC NA KANAPIE

– To historia tysięcy kobiet na świecie – mówi Vedrana Rudan o swojej książce „Gardło, ucho, nóż”, która stała się podstawą monodramu wyreżyserowanego i zagranego przez Krystynę Jandę. Ale żadna kobieta nie chciałaby, żeby to była jej historia

Monolog starzejącej się kobiety na granicy obłędu był pierwszym przedstawieniem XII Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Krystyna Janda przywiozła go ze swojej prywatnej sceny – Teatru Polonia w Warszawie.

Serbska śmierć

Jest noc, ale pięćdziesięciokilkuletnia Tonka Babić nie może spać. Siedzi więc w piżamie na czarnej, częściowo pokrytej folią kanapie – jeszcze nie rozpakowanej albo właśnie owijanej na okoliczność dłuższej nieobecności lokatorów – i patrzy w telewizor. Obok maskotka – groteskowo zamknięty w folię ptaszek Tweety. Na podłodze kosmetyczka, przedmiot niezbędny kobiecie w podróży. Bo Tonka postanawia odejść z młodym kochankiem – urzędnikiem, któremu się oddała, by uratować męża od wojska. I który sypia z jej przyjaciółką Elą.

Ale Miki zadzwoni do drzwi dopiero o siódmej rano, a Tonka buzuje od złości na świat i szuka adresata swych emocji. Potrzebuje publiczności. Dlatego Janda cały czas mówi do widowni. Zadaje jej pytania, narzuca opinie, obraża, krzyczy i udziela rad w rodzaju: oddawajcie się przyjemnościom, zanim wybuchnie wojna.

Tonka, która jest owocem gwałtu serbskiego żołnierza na chorwackiej komunistce, nienawidzi wojny najbardziej. „Sram chorwacką śmiercią” – powtarza. Z obrzydzeniem mówi o Borysie, mężu Eli, który po wcieleniu do wojska okrutnie zabawiał się z serbskimi staruszkami, zmuszając ich do uprawiania seksu, zanim do nich strzelił. Ale dramatyzm opowiadanych historii nie tłumaczy wystarczająco wściekłości bohaterki, bliskiej przecież załamania nerwowego. Dlatego nienawiść Tonki staje się przekonująca dopiero w ostatnich chwilach przedstawienia, kiedy kobieta wyznaje widzom, że jej mąż zginął na wojnie.

Równie chętnie co o wojnie, Tonka mówi o seksie. Wbrew pozorom te sfery łączy wiele: obie są sposobem załatwiania interesów, w obu człowiek wciela się w rolę aktora, w obu dochodzą do głosu instynkty zwierzęce.

Polski śmiech

Wątki monologu co rusz się rwą. Jedna myśl nasuwa bohaterce kolejną. To nie gotowe przemówienie, ale chaotyczne wyznanie o charakterze psychoterapii. Ale Tonka nie zyskuje litości widzów. Jest prymitywną materialistką, która nie potrafi nawiązać relacji nawet z własną córką i której nie przeszkadza utrzymywanie się z przemytu. Swój rozum jednak ma. Wyłącza fonię w telewizorze, bo teksty sloganów zna na pamięć i wie, że tzw. opowieści „z życia wzięte” są wyreżyserowane. Woli obdarzać obraz własnym komentarzem. Często tak dowcipnym, że publiczność pęka ze śmiechu. Jak wtedy, gdy bohaterka zastanawia się, dlaczego starsi ludzie używają ogromnych jak obrus chusteczek z materiału i zawsze oglądają, co nasmarkali. Ten polski śmiech cieszy Vedranę Rudan, bo w Serbii reakcje są zgoła inne. – Tam nikt się nawet nie uśmiechnie. Pamięć wojny jest zbyt świeża – mówiła Krystyna Janda na spotkaniu z widzami po spektaklu.

Bohaterka monodramu nie jest apatyczna czy wylękniona, a jedynie wściekła. W książce chorwackiej pisarki wyrazem furii jest wulgarny język. Janda na potrzeby inscenizacji znacznie go złagodziła. W zamian naszpikowała każde zdanie przekleństwem „k…”, tak oswojonym, że nie trzeba się go wstydzić na scenie. Ale w ustach aktorki brzmi ono nienaturalnie. Nie jest oznaką buntu i niezgody, tylko pustym efektem.

autor – Jakub Wiewiórski
data – 08-01-2006
źródło – http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35135,3103399.html

KRĘĆCIE FILMY O KOBIETACH

Dwie projekcje i spotkanie z widzami. Niedziela w kinie Charlie należała do Krystyny Jandy i jej gości

Widzowie obejrzeli aktorkę w jej wybitnych kreacjach: najpierw w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego, a później w premierowo pokazanym „Parę osób mały czas” Andrzeja Barańskiego – opowieści o niewidomej Jadwidze Stańczakowej i jej niezwykłej przyjaźni z Mironem Białoszewskim, poetą i pisarzem. Za rolę Antoniny Dziwiszx w „Przesłuchaniu” Janda dostała Złotą Palmę w Cannes, za kreację Stańczakowej – nagrodę za najlepszą rolę żeńską na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni.

– To kameralny, osobisty, intymny film, przez niektórych uważany za najlepszy obraz gdyńskiego festiwalu – komplementowała „Parę osób…” Maria Kornatowska, wykładowca Szkoły Filmowej w Łodzi, która prowadziła spotkanie Jandy i Bugajskiego z widzami.

– Reżyser zbierał się do realizacji „Paru osób…” przez siedem lat – zdradziła aktorka. – Miał to być obraz kinowy, ale zabrakło pieniędzy. W rezultacie powstał skromny telewizyjny film bez plenerów. Ale wydaje mi się, że reżyserowi i tak udało się zrealizować, to co zamierzał.

Barańskiego jednak w Łodzi zabrakło, choć jego przyjazd organizatorzy zapowiadali.

Spotkanie przebiegało w aprobowanej przez widownię atmosferze uprzejmości i komplementów. Bugajski: – Nie ma drugiej aktorki o tak ogromnej odwadze artystycznej. Jej postać nie musi być ani ładna, ani przyjemna. W spektaklu „Okruchy miłości” Neila Simona, który reżyserowałem, Krystyna grała zupełnie bez makijażu alkoholiczkę, która schudła 30 kilo. Pokażcie mi kogoś, kto by się na to zdecydował.

Janda: – Bierzcie przykład z Ryszarda, kręćcie filmy o kobietach. Kornatowska: – Kobiety są ciekawsze. Bugajski: – Też wolę kobiety.

Aktorce psuły humor tylko pytania o finansowanie założonego przez nią w Warszawie prywatnego Teatru Polonia. – Na remonty państwowych scen wydano 32 miliony, a mnie miasto nie chce dać dwóch. To nie do pomyślenia – grzmiała. – Potrzebuję większą salę i wtedy teatr się utrzyma. A takich scen powinno być mnóstwo. Nie tylko w Warszawie, ale i Krakowie, Wrocławiu, Łodzi… Tak jest na całym świecie.

autor – Renata Sas
data – 9 stycznia 2005
źródło – Express Ilustrowany nr 7 http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/20470.html

ŚMIECH I… BÓL

„Ucho, gardło, nóż” , monodram Krystyny Jandy z Teatru Polonia w Warszawie na XII Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Pisze Renata Sas w Expressie Ilustrowanym.

Tegoroczną edycję łódzkiego festiwalu, którego gospodarzem jest Teatr Powszechny, zaczęła jedna postać, choć właściwsze będzie określenie jeden, niewiarygodnie ekspresyjny, potężny TEATR: Krystyna Janda. Jest niekwestionowaną królową monodramu.
Rozśmiesza, łka, klnie jak stu szewców zmagając się z koszmarem życia naznaczonego okrucieństwem wojny. Wciska w fotel. W swoim prywatnym Teatrze Polonia Janda gra „Ucho, gardło, nóż” do garstki widzów. Nieważne ilu ich jest ona potrafi elektryzować publiczność i nie pozwala na obojętność. Okrucieństwo miesza się ze śmiesznością i wulgarnością. 50-letnia Tonka Babić nie umie dojść do siebie po doświadczeniach wojny bałkańskiej. Nie może spać. Tłucze się z kąta w kąt pokoju, w którym nawet wersalka nie jest rozpakowana do końca. Znerwicowana kobieta w spódnicy nałożonej na spodnie od piżamy, bosa, potargana, je czekoladę i wyłączywszy dźwięk patrzy na ekran telewizora. Na tym tle „wywołuje duchy”, które nie pozwalają jej ani żyć, ani umrzeć. Przemoc jest największą siłą niszczącą człowieczeństwo – jest odrażająca i narkotycznie wciągająca. Los odwracał się do Tonki plecami, a teraz ona gotowa jest odgrywać się na całym świecie. Nigdy nie było jej łatwo. Matka podporządkowana ideowym nakazom, ojciec, który dał jej tylko nazwisko, pochodzenie ni serbskie ni chorwackie, gwarantujące wieczne prześladowanie, seks jako karta przetargowa w zmaganiach o życie… Reguły gry, które wyznaczała wojna okazują się wieczne. Tonka w końcu włącza dźwięk w telewizorze. Niepotrzebny jest obraz. Okrucieństwo słychać boleśnie. I już wiemy: jest tak straszne, że bywa śmieszne.
Powieść Vedrany Rudan wywołała wiele kontrowersji. Janda zrobiła z niej drapieżną spowiedź.
Znakomita aktorka przez trzy dni zaznacza swoją obecność na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. W Galerii Opus jej drogę zawodową i prywatność odsłania wystawa fotograficzna. Wzięła udział w dyskusji po spektaklu, spotkała się też z czytelnikami swoich książek i kinomanami, a dziś przedstawi się jako reżyser.
Do 1 marca, w weekendy, Powszechny będzie gościł sceny z Poznania, Legnicy, Warszawy i Paryża. Jak mówi Ewa Pilawska, dyrektor artystyczny festiwalu wspólny ton inscenizacji, to ujęty w różnych aspektach problem samotności;

data – 10 stycznia 2006
źródło – Dziennik Łódzki; http://lodz.naszemiasto.pl/wydarzenia/556262.html

STEFCIA ĆWIEK W POWSZECHNYM

„Stefcia Ćwiek w szponach życia” to żartobliwa opowieść o młodej, samotnej kobiecie pędzącej szare życie. Hołdując konserwatywnym tradycjom, znajduje szczęście i mężczyznę życia dzięki nauce angielskiego. Przedstawienie warszawskiego Teatru Polonia wyreżyserowała Krystyna Janda, w rolach głównych występują: Agnieszka Krukówna (na zdjęciu), Zofia Merle, Viola Arlak i Michał Piela. Wczoraj spektakl pokazano na Ogólnopolskim Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w łódzkim Teatrze Powszechnym. Widzowie gorąco oklaskiwali aktorów i panią reżyser.

autor – Katarzyna Rakowska
data – 10 stycznia 2005
źródło – Gazeta Wyborcza – Łódź nr 7/09.01 http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/20529.html

SERBSKA ŚMIERĆ

„Ucho, gardło, nóż” w reż. Krystyny Jandy z Teatru Polonia w Warszawie na XII Ogólnopolskim Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Pisze Katarzyna Rakowska w Gazecie Wyborczej – Łódź.

Monolog starzejącej się kobiety na granicy obłędu był pierwszym przedstawieniem XII Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym. Krystyna Janda przywiozła go ze swojej prywatnej sceny – Teatru Polonia w Warszawie.

Jest noc, ale pięćdziesięciokilkuletnia Tonka Babić nie może spać. Siedzi więc w piżamie na czarnej, częściowo pokrytej folią kanapie – jeszcze nie rozpakowanej albo właśnie owijanej na okoliczność dłuższej nieobecności lokatorów – i patrzy w telewizor. Obok maskotka – groteskowo zamknięty w folię ptaszek Tweety. Na podłodze kosmetyczka, przedmiot niezbędny kobiecie w podróży. Bo Tonka postanawia odejść z młodym kochankiem – urzędnikiem, któremu się oddała, by uratować męża od wojska. I który sypia z jej przyjaciółką Elą.

Ale Miki zadzwoni do drzwi dopiero o siódmej rano, a Tonka buzuje od złości na świat i szuka adresata swych emocji. Potrzebuje publiczności. Dlatego Janda cały czas mówi do widowni. Zadaje jej pytania, narzuca opinie, obraża, krzyczy i udziela rad w rodzaju: oddawajcie się przyjemnościom, zanim wybuchnie wojna.

Tonka, która jest owocem gwałtu serbskiego żołnierza na chorwackiej komunistce, nienawidzi wojny najbardziej. „Sram chorwacką śmiercią” – powtarza. Z obrzydzeniem mówi o Borysie, mężu Eli, który po wcieleniu do wojska okrutnie zabawiał się z serbskimi staruszkami, zmuszając ich do uprawiania seksu, zanim do nich strzelił. Ale dramatyzm opowiadanych historii nie tłumaczy wystarczająco wściekłości bohaterki, bliskiej przecież załamania nerwowego. Dlatego nienawiść Tonki staje się przekonująca dopiero w ostatnich chwilach przedstawienia, kiedy kobieta wyznaje widzom, że jej mąż zginął na wojnie.

– Gdybyście byli normalną publicznością, dawno byście wyszli… – mówi Tonka (Krystyna Janda) do widzów. I wielokrotnie się do nich zwraca słowami: „Chcecie wiedzieć, jak…?”, „No dobrze, teraz wam opowiem o…”. Nikt nie wychodzi.

Równie chętnie co o wojnie Tonka mówi o seksie. Wbrew pozorom te sfery łączy wiele: obie są sposobem załatwiania interesów, w obu człowiek wciela się w rolę aktora, w obu dochodzą do głosu instynkty zwierzęce.

Polski śmiech

Wątki monologu co rusz się rwą. Jedna myśl nasuwa bohaterce kolejną. To nie gotowe przemówienie, ale chaotyczne wyznanie o charakterze psychoterapii. Ale Tonka nie zyskuje litości widzów. Jest prymitywną materialistką, która nie potrafi nawiązać relacji nawet z własną córką i której nie przeszkadza utrzymywanie się z przemytu. Swój rozum jednak ma. Wyłącza fonię w telewizorze, bo teksty sloganów zna na pamięć i wie, że tzw. opowieści „z życia wzięte” są wyreżyserowane. Woli obdarzać obraz własnym komentarzem. Często tak dowcipnym, że publiczność pęka ze śmiechu. Jak wtedy, gdy bohaterka zastanawia się, dlaczego starsi ludzie używają ogromnych jak obrus chusteczek z materiału i zawsze oglądają, co nasmarkali. Ten polski śmiech cieszy Vedranę Rudan, bo w Serbii reakcje są zgoła inne. – Tam nikt się nawet nie uśmiechnie. Pamięć wojny jest zbyt świeża – mówiła Krystyna Janda na spotkaniu z widzami po spektaklu.

Bohaterka monodramu nie jest apatyczna czy wylękniona, a jedynie wściekła. W książce chorwackiej pisarki wyrazem furii jest wulgarny język. Janda na potrzeby inscenizacji znacznie go złagodziła. W zamian naszpikowała każde zdanie przekleństwem „k…”, tak oswojonym, że nie trzeba się go wstydzić na scenie. Ale w ustach aktorki brzmi ono nienaturalnie. Nie jest oznaką buntu i niezgody, tylko pustym efektem;

autor – Leszek Karczewski
data – 11 stycznia 2005
źródło – http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35135,3106378.html

RECENZJA „STEFCI ĆWIEK W SZPONACH ŻYCIA” W REŻYSERII KRYSTYNY JANDY

Przedstawienie „Stefcia Ćwiek w szponach życia” całe jest jak tytuł. Miała być parodia szmiry. Ale ironiczny „nawias”, o którym na spotkaniu po przedstawieniu mówiła reżyserka Krystyna Janda, jakoś się zagubił…

Pewnie miały go zbudować pouczenia, które płynęły z głośników podczas nad wyraz częstych wyciemnień. Męski głos czytał rady z kalendarza: co zrobić, jak się serweta poplami, jak kolano boli, mięso żylaste… Pierwsze trzy może i były zabawne, wsadzone w kontekst teatralnej sali. Pozostałe kilkanaście – przewidywalne – doszlusowały do fabuły historyjki o pannie Stefci, która nie może znaleźć sobie chłopca.

Poczucie humoru Dubravki Ugresić wyraża się w tym, że autorka każe ciotce bohaterki gubić sztuczną szczękę. Więc bogu ducha winna Zofia Merle w tej roli sepleni, opowiadając anegdoty o indywiduach z Bosanskiej Krupy, które różnymi sposobami wyprowadziły się na tamten świat w sześć miesięcy. Humor polega też na tym, że Stefcia cały czas popłakuje i powtarza raz po raz „oj!”. W tej roli Agnieszka Krukówna pokazała tak sztampowe aktorstwo, jakby znów grała Jankę w serialu „Urwisy z Doliny Młynów”. Przyjaciółka (Violetta Arlak) mówi Stefci, że brzydka – to Stefcia myk do lustra. Przyjaciółka mówi, że gruba – to hop na wagę. Humor polega jeszcze na tym, że bohaterkę odwiedzają narzeczeni różnorako obleśni. Wszystkich gra Michał Piela. Gwoździem jego programu jest obnażenie tłustego brzucha.

Wstydzę się, że obejrzałem ten spektakl. Wstydzę się, że razem ze mną obejrzało go 500 osób na XII Ogólnopolskim Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym.

autor – Michał Lenarciński
data – 11 stycznia 2005
źródło -Dziennik Łódzki, http://lodz.naszemiasto.pl/wydarzenia/556739.html

XII Ogólnopolski Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Teatrze Powszechnym w Łodzi – Fabryka tandety

Spektakl warszawskiego Teatru Polonia, należącego do Krystyny Jandy, „Stefcia Ćwiek w szponach życia” reklamowany jest jako żartobliwa opowieść o młodej samotnej kobiecie Stefci (w tej roli Agnieszka Krukówna), pędzącej szare życie, która, mieszkając ze starą ciotką (Zofia Merle) i hołdując starym tradycjom, znajduje szczęście i mężczyznę życia dzięki nauce angielskiego. Proza autorki Dubravki Ugresić jest dość popularna, jednak sceniczna adaptacja, usuwająca elementy pastiszu, bezlitośnie obnaża jej miałkość, wprost fantastycznie rymującą się z grafomanią.

Sztuka poraża nieporadnością dramaturgiczną i brakiem dbałości o zachowanie choćby minimalnego prawdopodobieństwa zdarzeń. Skutkiem tego na scenie, jak okiem sięgnąć, panoszy się teatralny złom, nie nadający się nawet do recyklingu. Publiczności, otumanionej telewizyjną papką najpodlejszych telenowel, to jednak wydaje się nie przeszkadzać: rechocze przy każdej zagrywce „pod niewybredną publiczkę”, nie dostrzegając poziomu padających ze sceny komunikatów.

Może lekarstwem na „Stefcię Ćwiek” byłoby wtłoczenie jej w konwencję farsy (lub niepozbawianie cech pastiszu), bo usiłowanie grania przedstawienia jako komedii obyczajowej okazuje się żałosne. I jest to eufemizm. Takiego popisu niestosowności i artystycznego prostactwa dawno nie było okazji oglądać. Szczęśliwie spektakl wyprodukowano z prywatnych funduszy, więc utyskiwać na wyrzucanie publicznych pieniędzy nie można. Można natomiast dziwić się, że Krystyna Janda, aktorka z wielkimi sukcesami funkcjonująca w świecie teatru od lat blisko trzydziestu, zdecydowała się firmować to „coś” własną marką. Na dodatek nazywając „Stefcię” teatralną biżuterią. Mnie biżuteria kojarzy się zawsze ze szlachetnością kruszcu, nie z fabryką tandety. A „Stefcia” to taka fabryka.

***

– Spektakl ten zrobiliśmy dla przyjemności, zdając sobie sprawę, że to taka teatralna biżuteria – mówiła Krystyna Janda po spektaklu na spotkaniu z licznie zgromadzoną publicznością. – Tekst Dubravki Ugresić jest w ojczyźnie autorki pozycją kultową, ja od razu wiedziałam, że można z tego zrobić atrakcyjny dla widza spektakl, musieliśmy tylko znaleźć na to odpowiednią konwencję. I uznaliśmy, że najlepsza będzie taka, przy której sami będziemy się dobrze bawić. I tak było podczas pracy nad „Stefcią…”.

Zadowolenie z pracy nad spektaklem wyrażali także aktorzy.

– Podjęłam się tego dla grania i dla pieniędzy – przyznała z uśmiechem Agnieszka Krukówna.

– W krótkim czasie zagraliśmy to przedstawienie już chyba 30 razy – dodała Zofia Merle. – Muszę przyznać, że w tradycyjnym teatrze, w którym repertuar jest bogatszy i przedstawienia częściej się zmieniają, rzadko się zdarza, żeby tak intensywnie eksploatować jeden tytuł.

Janda podkreśliła, że w jej teatrze tak będzie, przynajmniej na razie.

– Teatr Polonia prowadzą trzy osoby, nie mamy żadnych etatów, nie mamy stałego zespołu technicznego – wyjaśniła. – Nas na to nie stać. Nie możemy sobie pozwolić na zmienianie tytułu, i co za tym idzie dekoracji, co kilka dni. Daną sztukę gramy właściwie tak długo, jak długo przychodzą na nią widzowie, a do tego potrzebni są tylko aktorzy i osoby od świateł.

Zaraz po łódzkim przedstawieniu Krystyna Janda wyjechała na urlop. Zaczęła od Londynu, gdzie m.in. wybiera się na jedno z głośnych przedstawień. Ma zamiar nabyć prawa do sztuki, którą zobaczy.

autor – Michał Lenarciński
data – 11 stycznia 2005
źródło -Dziennik Łódzki nr 7/09.11, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/20586.html

POŃCZOCHY Z OCZKIEM

„Ucho, gardło, nóż” , monodram Krystyny Jandy z Teatru Polonia w Warszawie na XII Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Piszą Michał Lenarciński i dp w Dzienniku Łódzkim.

Zaczęło się to, na co miłośnicy festiwalu czekali od roku: dwumiesięczny maraton prezentacji przedstawień z siedmiu, tym razem nie tylko polskich, teatrów.

Na pierwszy ogień poszła Krystyna Janda człowiek-orkiestra: zobaczyliśmy realizacje jej prywatnego Teatru Polonia. A dokładnie sceny, którą artystka nazwała „Fioletowe pończochy”. Janda powinna w Łodzi grać co najmniej dwa tygodnie w niewielkiej sali. Może wówczas udałoby się wszystkim jej miłośnikom obejrzeć „Ucho, gardło, nóż” w idealnych warunkach: w bliskim kontakcie, bez . podziału przestrzeni na widownię i scenę. Jest to niestety niemożliwe, więc chwała aktorce za to, że zdecydowała się swój kameralny monodram zagrać na wielkiej scenie do ogromnej publiczności. I to dwa razy.

Artystka, czująca się w monodramie jak ryba w wodzie, po brawurowej „Shirley Valentine” sięgnęła po niemal bliźniaczą postać – Tonki Babić, którą na kartach swej prozy stworzyła chorwacka dziennikarka Vedrana Rudan. O ile jednak Shirley jest idiotką, skołowaną szarą codziennością, Tonka – równie głupia materialistka, cierpi na syndrom posttraumatyczny: „wałkuje” wojnę bałkańską na wszystkie strony, okrasza przekleństwami, opowieściami erotycznych przygód, chłamem bzdur w rodzaju „zachwyca mnie rozwój telekomunikacji”. Wszystko po to, by tę wojnę w sobie zagłuszyć, by ją opowieściami o masakrach oswoić. Przywrócić proporcje i równowagę, tak by wiadomość o „nadmiernym okrucieństwie” nie prowokowała pytań o jego właściwy rozmiar.

Tekst Rudan grzeszy nieokiełznanym bełkotem. Janda aktorka robi co może, by zatrzeć wrażenie, ale jako adaptatorka – grzeszy również. Bo aktorce żal każdej linijki tekstu, którą można przecież fajnie zagrać. Janda reżyserka o tym wie, więc przymyka oko na ułomną adaptację, bo przecież Janda aktorka i tak zagra jej wszystko, co będzie chciała, a nawet więcej. Ale gdyby zagrała mniej tekstu – powiedzmy – o połowę, to nie powściągając broń Boże języka Tonki (słowo „kurwa” bohaterka wplata nawet w zdania pojedyncze, a czasem tylko z niego buduje wypowiedź), pokazałaby to, czym Rudan chciała wstrząsnąć. Tymczasem paplanina zasnuwa dramat, jaki jest udziałem mieszkańców Bałkanów. I poruszająca, symboliczna scena, gdy gadająca przed „grającym”, ale milczącym telewizorem Tonka włącza głos, traci wiele ze swej mocy.

***

Po kilku minutach przedstawienia widownię opuścił mężczyzna, który, wyrażając swoje oburzenie wobec pierwszych napotkanych osób, czyli obsługi teatralnej kawiarni, wykrzyczał, że to skandal pokazywać na scenie „coś, co się składa z tylu słów na k”. Krystyna Janda na pospektaklowym spotkaniu z publicznością powiedziała, że takie sytuacje są wpisane w koszty tego przedstawienia. – W Warszawie mi się to jeszcze nie zdarzyło – przyznała. – Może dlatego, że sama proszę czasem niektóre panie przed kasą, by broń Boże na to nie kupowały biletów. Przez cały spektakl jednak w stan gotowości postawiony jest kasjer, który ewentualnym wychodzącym widzom ma

zwracać pieniądze za bilety. Poza tym ten spektakl i tak jest złagodzony w stosunku do tego, co napisała Rudan. Jej utwór zresztą jest bardziej antymęski, akcenty są położone trochę gdzie indziej niż w moim przedstawieniu. Widziała je jednak w Polsce i podobało jej się, że publiczność się śmieje, co w jej kraju się jeszcze nie zdarza. Bałam się, jak przyjmie zakończenie, boja uśmiercam jej męża, a mąż Vedrany żyje. Powiedziała jednak ze śmiechem, iż sama żałuje, że tego w książce nie zrobiła. Artystka wyjaśniła też, dlaczego małą scenę Teatru Polonia nazwała „Fioletowe pończochy”.

– Jest takie opowiadanie Zapolskiej – bohater, przykładny mąż, żyjący ustabilizowanym życiem, zobaczył na ulicy kobietę, której zawinął się róg sukni i on dojrzał fioletową pończochę. I ta pończocha nie dawała mu spać – opowiadała Janda. – To symbol wyzwolenia kobiet. Chcę w swoim teatrze zajmować się kobietami, choć nie chcę być traktowana jako wojująca feministka. Wydaje mi się jednak, że z jednej strony świat kobiet jest w teatrze pomijany, bo sztukę robią przede wszystkim mężczyźni, a poza tym dużo ciekawych rzeczy się teraz w literaturze kobiecej dzieje. Janda tuż po dzisiejszym łódzkim pokazie jej przedstawienia wybiera się na urlop, który zacznie od Londynu. – Rok spędziłam, grając, budując teatr i wstając o 5 rano. Wkrótce chyba uruchomimy dużą scenę. Planuję też dwie kolejne premiery: monodram „Badania terenowe nad ukraińskim seksem” Oksany Zabuzhko w wykonaniu Katarzyny Figury oraz „Darkroom” Rujanyjeger w reżyserii Przemysława Wojcieszka i wykonaniu Marii Seweryn, Rafała Mohra, Arkadiusza Janiczka i Karola Wróblewskiego. Chcę też kupić prawa do nowego formatu, w którym aktorka, opowiadając historie, rozdziela role wśród widowni i wciąga ludzi do zabawy – zdradziła.

autor – www.Reymont.pl
data – 11 stycznia 2005
źródło -http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/20602.html

MAGNETYCZNE AKTORSTWO JANDY

„Ucho, gardło, nóż” w reż. Krystyny Jandy Teatru Polonia z Warszawy na XII Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Ocenia portal Reymont.

Wojna na Bałkanach to nie jest dobry temat na sztukę przyjemną. Ale nie jest to też temat na sztukę nieprzyjemną – brutalne relacje znudziły już widzów telewizyjnych dzienników, banalizując przy okazji temat. Być może dlatego chorwacka pisarka Vedrana Rudan, a za nią – zmieniając jedynie rozkład akcentów – także Krystyna Janda, zdecydowały się połączyć obie tonacje. Monolog Tonki Babić, bohaterki powieści Ucho, gardło, nóż, poraża obrazami wojny, bulwersuje wulgarnym językiem, a jednocześnie rozśmiesza rubasznym humorem i obyczajowymi obserwacjami. Opowieść starzejącej się kobiety, która siedząc w nocy przed grającym bez głosu telewizorem, komentuje wydarzenia na ekranie i wydarzenia swego życia, zdradza wszystkie jej frustracje, lęki i kompleksy. Wojna miesza się z niepokojami tracącej atrakcyjność czterdziestolatki, z jej małymi zazdrościami i zawiściami.

Tak przynajmniej jest w pierwszym akcie, w którym bohaterka pokazana zostaje jako prymitywna materialistka, a jednocześnie trzeźwo oceniająca sytuację „zwykła kobieta”, wygrażająca politykom i dowódcom.

Sytuacja zmienia się w akcie drugim – powoli odsłaniają się tajemnice Tonki, a historia zyskuje najwłaściwszy tu wymiar – wymiar tragiczny. Agresja i cynizm bohaterki okazują się maskami tragicznej bezradności. Antywojenne przesłanie zdobywa oparcie w dramatycznym konkrecie. Najciekawsze wydaje się jednak spostrzeżenie, że w obliczu wielkich dramatów małe dramaty wcale nie stają się nieważne, że raczej kumulują się w jakąś histeryczną nerwowość.

Janda swym magnetycznym aktorstwem potrafi zapanować nad emocjami widowni. Gra jak zwykle na ogromnych emocjach, ale wychodzi też z roli, zwracając się bezpośrednio do publiczności. Ten metateatralny wątek poprowadzony jest mało konsekwentnie – w pewnym momencie po prostu znika.

Wadą spektaklu są też mało wyszukane dowcipy, na przykład o czytaniu Prousta. Aby być sprawiedliwym trzeba powiedzieć, że są też dowcipy znakomite, które mogłyby sie znaleźć w spektaklach najlepszych kabaretów. Tylko czy poetyka kabaretu jest tu na miejscu?

autor – Renata Sas
data – 13 stycznia 2006
źródło -Express Ilustrowany http://www.teatry.art.pl/!wydarzenia/festiwalspin/2006/stragan.htm

STRAGAN Z „BIŻUTERIĄ”

Festiwal Sztuk Przyjemnych. Podczas spotkania po spektaklu w Teatrze Powszechnym reprezentacja publiczności entuzjastycznie wyrażała uznanie i podziękowanie za dobrą zabawę. Krystyna Janda wyreżyserowaną przez siebie sztukę „Stefcia Ćwiek w szponach życia” nazywała „biżuterią teatralną”… Groza!

Ja wyszłam po spektaklu zażenowana. Nawet za karę aktorzy nie powinni grać w czymś takim. Użycie słowa literatura jest nadużyciem w stosunku do grafomanii, jaką okazał się sceniczny tekst skrojony według powieści Dubravki Ugresić. Jak aktorka tej klasy co Janda mogła czymś takim inaugurować działalność swojego prywatnego Teatru Polonia?

– Mam zbyt dużo lat, żeby robić smutne spektakle – powiedziała po pierwszym pokazie. I rzeczywiście jest do śmiechu. Ciocia (Zofia Merle) ciągle gubi sztuczną szczękę, Stefcia (Agnieszka Krukówna) nieustannie próbuje się przypodobać kolejnym facetom, przyjaciółka Mariolka (Violetta Arlak) idzie z każdym na całość. Za wszystkich mężczyzn świata „robi” potężny jak góra Michał Piela.

Kolejne uczuciowe falstarty Stefci kończy wygaszenie sceny. W ciemności z głośnika płyną rady: że woda po ugotowaniu szpinaku jest najlepsza do prania czarnych swetrów, a kulki ze świeżego chleba czyszczą plamy na ścianach…

Za chwilę Stefcia znów się rozczaruje, a ciotka zgubi szczękę. Boki zrywać. Dobrze, że państwo tego nie widzieli.

foto_411_8818.jpg

foto_412_801.jpg

foto_413_14373.jpg
© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.