05
Styczeń
2011
21:01

Poszłam sobie do Teatru

STYCZEŃ 2001

Poszłam sobie kilka dni temu do Teatru. Nie żeby zagrać, ot tak, żeby obejrzeć spektakl. Poszłam sama. Lubię chodzić do Teatru sama, ale jak zwykle nie sprawdziłam, o której zaczyna się spektakl i w rezultacie spędziłam godzinę na obserwacji nadchodzącej powoli publiczności.  Miła, spokojna, interesująca, godzina. Na pół godziny przed przedstawieniem weszła para. Elegancka pani z mężczyzną, oboje około czterdziestki. Obserwowałam ich chwilę, śledziłam jak pan dba o panią, spełnia jej kolejne prośby, tłumaczy niezrozumiałe drobiazgi, czeka na nią pod toaletą, kupuje dla niej program, znajduje miejsce, aby mogła jeszcze na chwilę przed spektaklem usiąść, pyta czy wszystko w porządku a ona cos odpowiada, o cos pyta cichutko, szeptem i się delikatnie uśmiecha…. i nagle zrozumiałam, to jest pani Lala. Pani Lala. Przysłowiowa pani Lala, rodzaj, gatunek, typ, pani, której dawno nie widziałam. A kiedyś, jeszcze piętnaście, dwadzieścia lat temu widywałam je często. Kobiety delikatne i kobiece. Ostrożne, uważne, spokojne, jasne, żyjące pozornie w cieniu mężczyzn. Wiedzące mniej, orientujące się słabiej niż oni. Mniej energiczne, wycofujące się, kiedy spotykają najdrobniejszą nawet trudność, czekające spokojnie aż ktoś przed nimi te trudności usunie. Ale też kobiety, które umieją niezrównanie, z wdziękiem dziękować za każdą pomoc, uśmiechać się za podanie ręki, palta, podtrzymanie na schodach. Skłonić z wdzięcznością za wskazanie miejsca, otwarcie drzwi, osłonięcie do wiatru. Panie Lale. Tak je nazwałam, kiedyś trochej z pogardą, trochę z zazdrością, w czasach, kiedy sama wszystko, łącznie z naprawą samochodu, kiedy się psuł, mały Fiat, przecież wszyscy, raczej wszystkie to pamiętamy. Bo skąd bym wiedziała, co to bendix i gdzie mam podnośnik do samochodu, gdyby tak nie było. Pani Lala, w tamtych czasach, nawet nie prowadziła, no może, ale tylko wtedy kiedy mężczyzna wypił dwa kieliszki i trzeba było wyjątkowo zawieźć go do domu, a i to potem on i ona opowiadali latami, jako wyczyn i cud niebywały. Gdzie się podziały panie Lale? Co się z nimi stało? Gdzie te, po które się wychodzi na dworzec, odwozi do sanatorium, przywozi od koleżanki ze spotkania? Gdzie te które deszcz przeczekują w kawiarni, nie noszą ciężarów, zakładają rękawiczki do każdej czynności na zewnątrz, chusteczką przecierają lakierki, pachną, nie pocą się , najmniejszą krostkę traktują ze zdziwieniem i bezradnością. Te, o które się martwimy, że nie dadzą sobie rady i uważamy to naturalne, że trzeba im pomóc i je chronić. Zaginęły. Są tylko takie, które dadzą radę, wytrzymają, podołają, załatwią. Te, które odpowiadają na wszystkie pytania, uprzedzają czyjeś życzenia, przewidują komplikacje. Nigdy dla nich za zimno, za ciężko, za daleko.

Pani Lala. Po spektaklu szukałam jej. Czekała z daleka od tłumu, w spokoju aż mężczyzna odbierze płaszcze z szatni. Podał jej płaszcz. Zauważyła coś na jego czole, uśmiechnęła się z czułością.  Wyjęła chusteczkę z torebki, ostrożnie i powoli usunęła u z czoła paproszek. Złożyła wdzięcznie chusteczkę, wsunęła do torebki. Poprawiła w lustrze usta. Zaszyła kapelusik, rękawiczki. On podał jej ramię i ostrożnie, żeby się nie potknęła, nie poslizglęła, wyprowadził z Teatru jak kruchą porcelanową filiżankę. A ona coś opowiadała, pewnie wrażenia ze spektaklu, coś powiedziała mu na ucho, on się uśmiechnął, ona się uśmiechnęła, ale nie za szeroko, delikatnie. Pani Lala i pan pani Lali.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.