15
Lipiec
2017
23:07

POMOC DOMOWA - plakat 2017. Fot. Krzysztof Opaliński

zobacz więcej zdjęć (27)

POMOC DOMOWA

Autor: Marc Camoletti

Premiera – 9 września 2017

Reżyseria: Krystyna Janda
Tłumaczenie: Bartosz Wierzbięta
Scenografia: Maciej Maria Putowski
Kostiumy: Tomasz Ossoliński
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy i asystent reżysera: Jan Malawski

Obsada: 

Krystyna Janda, Katarzyna Gniewkowska, Barbara Wypych/Małgorzata Kocik, Krzysztof Dracz, Mirosław Kropielnicki

Krystyna Janda jako energiczna, pełna werwy i… niezwykle przewidująca pomoc domowa. Jest bardzo dyskretna (jak sama twierdzi) i na pewno bardzo zaradna – dzięki niej dom Olgi (Katarzyna Gniewkowska) i Norberta (Krzysztof Dracz) zawsze wygląda znakomicie, a życie jego gospodarzy płynie spokojnie i przyjemnie. Wszystko zmienia się raptownie, kiedy małżonkowie postanawiają oddzielnie wyjechać na weekend, Norbert służbowo, a Olga z wizytą do teściów. Oba wyjazdy są w istocie przykrywką dla romansów: Norbert chce w ukryciu spędzić weekend we własnym domu z Mają, zwaną Pszczółką (Barbara Wypych/Małgorzata Kocik), Olga wpada na ten sam pomysł i zaprasza do siebie Marka (Mirosław Kropielnicki)… Na szczęście pomoc domowa jest nie tylko bardzo dyskretna, ale i bardzo pomysłowa, a co ważniejsze – nigdy nie traci zimnej krwi i ironicznego poczucia humoru.

Pomoc domowa od lat święci tryumfy na scenach całego świata. Znakomite dialogi, błyskotliwe riposty i nieoczekiwane zwroty akcji gwarantują wyśmienitą zabawę. Wszystko w przezabawnym tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty, autora dialogów do m.in. Shreka i Madagaskaru. W Och-Teatrze sztukę reżyseruje Krystyna Janda, którą zobaczymy w głównej roli.

Tekst Krystyny Jandy do programu spektaklu:

Mili Państwo, „Pomoc domowa” to kolejna farsa w naszym repertuarze. Farsa pyszna. Wielka zabawa. Autor, Marc Camoletti to jeden z gigantów gatunku. Jego teksty miały tysiące, dziesiątki tysięcy realizacji, na całym świecie. „Pomoc domowa” ( oryginalny tytuł „ La bonne Anna”) był jednym z jego pierwszych, bodaj najczęściej wystawianych.

Kochamy farsy. Farsa to odmiana komedii, w której łatwowierni bohaterowie zostają wciągnięci w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń. Sytuacje te najczęściej są spowodowane wadami bohaterów, takimi jak np. próżność, sprzedajność lub chciwość.
Farsa to lekka komedia o żywej akcji z sytuacjami absurdalnymi. Mówi się farsowy, farsowo, farsowość, farsidło. Ale życie także czasem bywa farsą. Zdarzają się także wśród nas farsowe postaci, farsowe zachowania czy reakcje.

Autorzy fars operują schematami, po czym bawią się nimi jak kolorowymi klockami. Dekompozycja schematów nas śmieszy, gry słowne, żarty sytuacyjne. Tu, jak w wielu farsach: mąż, żona, kochanek, kochanka i …pomoc domowa. Prosta intryga, zabawne dialogi, scenariusz do popisu dla aktorów. No i charaktery! Budowa charakterów, to zadanie wdzięczne, potrzebna jeszcze wyrazistość, poczucie humoru, umiejętność podawania point, temperament, wdzięk, wyczucie rytmu dialogu i lekkość. Potrzebne zawodowstwo wysokiej próby i to coś jeszcze co trudno nazwać i scharakteryzować. Trudniejsze do osiągniecia niż się wydaje.

Żona – spragniona życia właścicielka butiku. Z marzeniami na swój temat i ograniczeniami swojej seksualności. W rezultacie nie umie zdradzić męża i „pójść na całość” bo przeszkadza jej Ona sama i przywiązanie do rutyny.
Mąż – szef działu zamówień w pewnej firmie. Z typowym apetytem na młode kobiety. Gotów jest dla tej chwilowej przyjemności na bardzo wiele. Prezenty, ośmieszenie się, zniesie w zamian za duży biust naiwność graniczącą z głupotą, humory i wyrachowanie, przełknie kłamstwa i niedogodności, ale tylko do momentu kiedy dowiaduje się ze żona wraca.
Kochanek- samotny podstarzały kawaler dla seksu gotowy na wiele, nawet do naśladowania przyzwyczajeń męża i wymuszanej na nim perwersyjności, tyle tylko że nie najlepiej się z tym czuje i o seksie w rezultacie nie może być mowy.
Kochanka – typowa łowczyni małżeństwa i pieniędzy. W nierozerwalnym związku z mamą i jej ambicjami. Udaje dziewicę czy nią jest, bez znaczenia. Wyrachowana mała kłamczucha i cwaniara. Ale radosna, rozkoszna.
Pomoc domowa – cwaniara, wielbicielka alkoholi i niespodziewanej gotówki, widziała i przeżyła nie mało. Rola napisana dla młodej aktorki, młodszej niż żona, ale w trakcie kolejnych realizacji przetwarzana i powierzana nawet mężczyznom. Tzw. opcja otwarta. Wszystko w rękach reżysera i aktorki.

Farsa jest jak utwór muzyczny, aktorzy muszą być zgranymi instrumentami, jeśli ktoś fałszuje lub nie trzyma tempa, przyjemność maleje. Jeśli czegoś nie widać, nie słychać, nie rozumie się wszystkiego perfekcyjnie, dyskwalifikacja. Czy jest psychologia w farsie? Tak, ale zapisana w słowach. Farsa nie znosi pauzy psychologicznej a cisza jest usprawiedliwiona tylko wtedy, kiedy jest trampoliną do pointy.

My aktorzy, uwielbiamy grać w farsach, publiczność lubi je oglądać. Wszyscy wiemy po co spotykamy się w te wieczory w teatrze. Ofiarowujemy sobie nawzajem dwie godziny zapomnienia i zabawy, taka jest umowa. Miła teatralna umowa.

Nic w farsach nie jest tragedią, a zdrada małżeńska najmniejszą. To także umowa z publicznością. Tu się nie oburzamy, bawimy się i śmiejemy z nas samych, z człowieka, z jego słabości, z natury ludzkiej. Z głupoty, naiwności, pychy, chciwości, egoizmu, małości, zazdrości, megalomanii, z czego tylko można. Tu się my aktorzy, obnażamy, ośmieszamy, karykaturujemy, ku uciesze widzów, ku akceptacji tego świata i nas samych, dla radości i mile spędzonego czasu. Bo to też powinność farsy, to ma być miłe, ma być nam miło, kolejny punkt wzajemnej umowy.

Farsa w teatrze – to trudne. Napisane są te teksty najczęściej perfekcyjnie, sam zapis śmieszy, byle jak zrobione i grane i tak odnoszą sukcesy, bo widzowie niczego tak nie pragną i za nic innego nie są tak wdzięczni jak za śmiech. Ale farsa zrobiona i grana na wysokim poziomie, z dobrym gustem, niebanalnymi rozwiązaniami, banalnych sytuacji i charakterów scenicznych, to sztuka. Mierzymy się z tym radosnym zadaniem po raz kolejny. Po raz kolejny z nadzieją na szampańską zabawę.

​​​​​Krystyna Janda aktorka, reżyser, pomoc domowa.

 

Prasa/media o spektaklu:

WARSZAWA. KRYSTYNA JANDA JAKO POMOC DOMOWA WE WRZEŚNIU!

 W Och-Teatrze sezon trwa cały rok – teatr gra zarówno w siedzibie, jak i w plenerze. Na wrzesień planowana jest premiera „Pomocy domowej” Marca Camolettiego. Rolę tytułową zagra Krystyna Janda, która także reżyseruje przedstawienie. Próby już trwają.

Och-Teatr przygotowuje gratkę dla miłośników teatru. To będzie symboliczne otwarcie kolejnego sezonu: Krystyna Janda wystąpi w przewrotnej i bardzo zabawnej roli. Tym razem wcieli się w postać… pomocy domowej. Można się spodziewać naprawdę dobrej zabawy!

Na scenie Krystynie Jandzie towarzyszyć będą znani i lubiani aktorzy: Katarzyna Gniewkowska, Barbara Wypych w dublurze z Małgorzatą Kocik, Krzysztof Dracz oraz Mirosław Kropielnicki. Doborowa obsada, bardzo zabawny tekst, kostiumy zaprojektowane przez Tomasza Ossolińskiego – „Pomoc domowa” zapowiada się znakomicie! Bilety na spektakle popremierowe można już dostać w kasach teatru oraz online na stronie www.ochteatr.com.pl

„Pomoc domowa” to świetnie napisana, przezabawna farsa. Główna bohaterka (Krystyna Janda) jest energiczną, pełną werwy i niezwykle przewidującą pomocą domową. Jest bardzo dyskretna (jak sama twierdzi) i na pewno bardzo zaradna. Przy tym ukradkiem wspiera się napojami wyskokowymi, choć – oficjalnie – w ogóle nie pije. Uważa też, że zawsze „warto rozmawiać”.

Dzięki niej dom Olgi (Katarzyna Gniewkowska) i Norberta (Krzysztof Dracz) wygląda znakomicie, a życie jego gospodarzy płynie spokojnie i przyjemnie. Wszystko zmienia się raptownie, kiedy małżonkowie postanawiają oddzielnie wyjechać na weekend, Norbert służbowo, a Olga – z wizytą do teściów. Oba wyjazdy są w istocie przykrywką dla romansów: Norbert chce w ukryciu spędzić weekend we własnym domu z Mają, zwaną Pszczółką (Barbara Wypych/Małgorzata Kocik), Olga wpada na ten sam pomysł i zaprasza do siebie Marka (Mirosław Kropielnicki)… Czy pomocy domowej uda się zapanować nad damsko-męskim galimatiasem i sercowym poplątaniem jej pracodawców? Będzie to niewątpliwie wymagało sprytu, refleksu, a może i… szklaneczki czegoś mocniejszego.

„Pomoc domowa” (La bonne Anna) jest cenionym utworem Marca Camolettiego. Na deskach Och-Teatru zobaczymy ją w zabawnym przekładzie Bartosza Wierzbięty, twórcy polskich dialogów do takich filmów animowanych, jak m.in. „Shrek”, „Madagaskar”, czy „Hotel Transylwania”.

Premiera spektaklu „Pomoc domowa” planowana jest na 9 września w Och-Teatrze.

 13.07.2017

 http://www.teatrdlawas.pl/aktualnosci/15503-warszawa-krystyna-janda-jako-pomoc-domowa-we-wrzesniu

WARSZAWA. PREMIERA POMOCY DOMOWEJ W OCH-TEATRZE

 Marc Camoletti

POMOC DOMOWA

Data premiery: 9 września 2017

Reżyseria: Krystyna Janda

Tłumaczenie: Bartosz Wierzbięta

Scenografia: Maciej Maria Putowski

Kostiumy: Tomasz Ossoliński

Światło: Katarzyna Łuszczyk

Asystent scenografa: Małgorzata Domańska

Producent wykonawczy i asystent reżysera: Jan Malawski

Obsada:

Krystyna Janda, Katarzyna Gniewkowska, Barbara Wypych/Małgorzata Kocik, Krzysztof Dracz, Mirosław Kropielnicki

Krystyna Janda jako energiczna, pełna werwy i… niezwykle przewidująca pomoc domowa. Jest bardzo dyskretna (jak sama twierdzi) i na pewno bardzo zaradna – dzięki niej dom Oli (Katarzyna Gniewkowska) i Norberta (Krzysztof Dracz) zawsze wygląda znakomicie, a życie jego gospodarzy płynie spokojnie i przyjemnie. Wszystko zmienia się raptownie, kiedy małżonkowie postanawiają oddzielnie wyjechać na weekend, Norbert służbowo, a Ola z wizytą do rodziców. Oba wyjazdy są w istocie przykrywką dla romansów: Norbert chce w ukryciu spędzić weekend we własnym domu z Mają, zwaną Pszczółką (Barbara Wypych/Małgorzata Kocik), Ola wpada na ten sam pomysł i zaprasza do siebie Marka (Mirosław Kropielnicki)… Na szczęście pomoc domowa jest nie tylko bardzo dyskretna, ale i bardzo pomysłowa, a co ważniejsze – nigdy nie traci zimnej krwi i ironicznego poczucia humoru.

Pomoc domowa od lat święci tryumfy na scenach całego świata. Znakomite dialogi, błyskotliwe riposty i nieoczekiwane zwroty akcji gwarantują wyśmienitą zabawę. Wszystko w przezabawnym tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty, autora dialogów do m.in. Shreka i Madagaskaru. W Och-Teatrze sztukę reżyseruje Krystyna Janda, którą zobaczymy w głównej roli.

16.08.2017

http://www.teatrdlawas.pl/aktualnosci/15683-warszawa-premiera-pomocy-domowej-w-och-teatrze

 

Krystyna Janda: Teatr dzisiaj nie może być już taki beztroski

 DOROTA WYŻYŃSKA | 25-08-2017

Jednak na przekór czasom, dla „chwili zapomnienia i przyjemności” na początek nowego sezonu Krystyna Janda przygotowuje w Och-Teatrze w Warszawie premierę komedii Marka Camolettiego „Pomoc domowa”. Zagra tytułową rolę. „To prezent powakacyjny, uśmiech na początek sezonu, potem będzie bardziej poważnie” – tłumaczy szefowa Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury i zapowiada następne premiery dwóch warszawskich scen – Polonia i Och, m.in. spektakle o Grzegorzu Przemyku i Marcu ’68.

DOROTA WYŻYŃSKA: Grała pani Najgorszą Śpiewaczkę Świata w „Boskiej” i gospodynię domową, która rozmawia ze ścianą, obierając ziemniaki w „Shirley Valentine”. A teraz zadanie aktorskie jeszcze trudniejsze! Trudno wyobrazić sobie panią jako pomoc domową.

 KRYSTYNA JANDA: Mamy ostatnio według mojej oceny nie najweselsze życie i marzyłam o zrobieniu sobie i innym przyjemności, skomponowaniu roli, która dałaby trochę radości i mnie, i publiczności. Ale nie ukrywam, że na razie, na tym etapie prób, męczę się z nią „jak pies w studni”, to trochę nie mój „żąr” – jak mówią Francuzi.

Sztuka Marka Camolettiego, w tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty, jest naprawdę dobrze napisana, wyreżyserowanie jej nie wydaje się problemem, ale stworzenie tytułowej postaci nie jest łatwe. Ta rola, ten zapis to właściwie ramka do zagospodarowania, wypełnia się ją skomponowanym charakterem. Różnie to było wystawiane na świecie, ale najczęściej grała tę rolę młoda, atrakcyjna dziewczyna, która chodzi po domu prawie rozebrana i jest konkurencją dla żony i kochanki. No, ale grali to także mężczyźni i Ukrainki – tak wystawiana jest w Polsce. No nic, muszę sobie jakoś poradzić z tym „wyzwaniem”.

Dodatkowo w tej sztuce jest trudne zadanie dla wszystkich aktorów. Ku uciesze publiczności od pewnego momentu akcji bohaterowie są pijani, a grać pijanego, dobrze grać pijanego, to już wyższa szkoła jazdy. No ale w obsadzie mamy mistrzów, specjalistów od tego zadania, Krzysztof Dracz i Mirek Kropielnicki. Gorzej ze mną, ja z grania pijanej w szkole miałam dwójkę – jak żartobliwie ten stan nieumiejętności określają aktorzy. A teoretycznie pijana mam być najbardziej.

Nie ma wątpliwości, jest to utwór napisany dla przyjemności, dla zabawy, aby widzowie dostali dwie godziny zapomnienia. Klasyczny układ komediowy: mąż, żona, kochanek, kochanka i… niekonwencjonalna, bezczelna i sprytna pomoc domowa lubiąca „podziękowania” w gotówce.

Żonę gra Kasia Gniewkowska, kochankę męża – na zmianę Małgosia Kocik i Barbara Wypych – wszystkie trzy panie rozkoszne. „Kochaj mnie i nie jestem tylko parą piersi!” – to ich leitmotiv.

„W dzisiejszych czasach łatwiej widza wzruszyć, niż rozśmieszyć” – mówiła mi pani w wywiadzie kilka lat temu. A dziś? Coś się zmieniło?

– Dziś o tyle się to zmieniło, że ludzie bardziej chcą się śmiać, choćby na siłę. Potrzebują zapomnienia czy uśmiechu, ponieważ życie ostatnio nie dostarcza nam tego w zbyt dużych dawkach i zdarza się, że śmieją się troszkę na wyrost, nawet w momentach, które nie są specjalnie do tego przeznaczone, żeby tylko wieczór nie był stracony.

Gramy w Och-Teatrze „Udając ofiarę” – rosyjską komedię, która ma przesłanie nieco głębsze, obraz Rosji i sowieckiego sposobu myślenia jest tam dość przerażający, zgoda- jest to zabawne, ale i przerażające. Widzowie czasem są w stanie stratować wszystko, byle tylko się dobrze bawić i dużo śmiać.

 Publiczność przychodzi do Och-Teatru, żeby się bawić, przyzwyczaiła się, że występują tu fachowcy od komedii, choćby aktorzy Teatru Montownia, ale też ci, którzy na co dzień grają role dramatyczne, a potrafią bawić się formą jak np. Jan Peszek i Jadwiga Jankowska-Cieślak w spektaklu farsowo-komediowym „Kto nas odwiedzi?”.

Ludzie przyzwyczaili się, że wchodzą do budynku przy Grójeckiej po przyjemności albo żeby się wzruszyć, ale śmiejąc.

Co musi mieć w sobie komedia, jak wybrać ten tytuł, żeby mógł być hitem na wiele lat? Jak „Shirley Valentine” – spektakl, który gra pani od 28 lat. Kiedy szłam ostatnio do Teatru Polonia, myślałam, że to niemożliwe, żeby po tylu sezonach grania Shirley nie było w tym znużenia albo rutyny. A tymczasem zobaczyłam energetyczne przedstawienie, które nie tylko się nie zestarzało, ale kwitnie, a publiczność ogląda je w pełnym skupieniu.

 – Oj, stara „Shirley” nie rdzewieje! Ten spektakl to swoisty fenomen, a granie tego to wielka zawodowa przygoda. Obecnie zaczynam zawsze trochę znudzona, ale po chwili o tym zapominam – publiczność mnie zabiera ze sobą. Są ludzie, którzy przychodzą oglądać Shirley regularnie, traktują ten spektakl jak dawkę psychoterapii. Ostatnio na „Shirley” przyszło kilku znajomych reżyserów filmowych, którzy widzieli to przedstawienie przed laty i twierdzą, że jest to dziś kompletnie inny spektakl. Śmialiśmy się, że Shirley rośnie razem ze mną!

A wracając do pytania o wybór tytułów, staram się, żeby w repertuarze były różne typy czy gatunki komedii. Mamy czystą sytuacyjną farsę jak „Mayday” i „Mayday” 2, ale też „Pocztówki z Europy”, które są przyjemnym, wzruszającym tekstem z elementami zabawnymi. Gramy i sformalizowane „Kto nas odwiedzi” i realistyczne „Udając ofiarę”. „Weekend z R.” miało już ponad 250 pokazów, ale też może dlatego, że obsadzone to jest nietypowo i wariacko grane. Rekordy popularności bije „Przedstawienie świąteczne” – upojny, z najwyższym stopniem komediowych komplikacji, utwór Cooneya, który gramy tylko sezonowo, w czasie świątecznym, od grudnia do lutego, za to brawurowo. Pokazujemy „Lekcje stepowania” – utwór między gatunkami, ze scenami stepowania, „Dobrego wojaka Szwejka”, no i „Prapremierę dreszczowca” – komedię improwizowaną najpierw przez lata przez angielskich aktorów i teraz graną u nas według ich zapisu z naszymi zmianami. Do tego mamy także tradycyjne komedie „Truciciel” i „Trzeba zabić starszą panią”, „Zemstę” Fredry… Tych komediowych tytułów, także monologów panów: Majewskiego, Daukszewicza, Mozila, Zielińskiego, jest dużo, na obu scenach.

Mam wrażenie, że udało się nam stworzyć pewien styl robienia komedii i fars i grania w tym repertuarze. No i siłą naszą są wspaniali, wspaniali aktorzy. Nie chcę wymienić, bo bym się pogubiła, powiem tylko dwa nazwiska Barbara Krafftówna i Wojciech Pokora. Uwielbiam to tempo i aktorską dezynwolturę. Fachowość i poczucie humoru kolegów.

Aktorzy lubią grać w komediach w Och-Teatrze i Polonii?

– Lubią i często o tym mówią. W tej chwili pracuje z nami około 400 aktorów z całej Polski. Wcale nie jest tak łatwo utrzymać jedność stylistyczną w tak dużej grupie. Kiedy w przedstawieniu pojawia się ktoś nowy, musi najpierw obejrzeć nasze inne realizacje, żeby – jak my to mówimy – „wejść odpowiednią nogą na scenę”, złapać ten specyficzny styl i rytm. Staram się, żeby każdy z tytułów był jednak inny.

Wciąż też szukam nowych tekstów komediowych. Czytam komedie rosyjskie, włoskie.

A polskie?

– Liczyłam, że w tym sezonie wystawimy nową polską komedię. Ale nie trafiłam na taką, która by mnie uwiodła. Dobrych nowych polskich komedii, niech mi wybaczą autorzy, nie ma, za to jest sporo nowych tekstów politycznych z pogranicza teatru społecznego, teatru chwili, interwencyjnego. Na wakacjach przeczytałam aż 50 nowych sztuk. Na przykład, powstały już trzy na temat Czarnego Protestu, jak choćby „Nie składamy parasolek”, warte pracy dalej, ale… teatr laboratorium to nie dla nas… Czytałam teksty o konfliktach pokoleniowych wynikających z politycznych poglądów i konfliktach rodzinnych z polityką w tle. Śmiało można by było odtworzyć scenę polityczną, na której będą grane tylko polskie teksty polityczne, obyczajowe i społeczne, opowiadające o obecnej sytuacji w Polsce. To budujące, że artyści, autorzy, mają tak wielką potrzebę przelewania na papier tego, co nas dzisiaj dotyka w kraju i ubierania tego w formę teatralną. Pierwszy raz od lat obserwuję coś takiego.

Przysyłają te teksty do pani? Liczą na spektakle?

– Tak, przysyłają teksty i wręcz żądają szybkiej reakcji, wiedząc, że to się zestarzeje za chwilę. W większości są to utwory bardzo doraźne.

W ogóle trudno jest obecnie planować repertuar z dużym wyprzedzeniem. Musiałam ostatnio zrobić plany premier na trzy sezony. A co będzie za trzy lata? Nie wiadomo.

Na szczęście sytuacja finansowa w tym momencie w naszej Fundacji jest w miarę stabilna, wiemy już, na co możemy liczyć, a raczej, że na nic nie możemy. Mamy więc tylko to, co dostaliśmy od miasta, pieniądze z biletów i trochę pieniędzy od przyjaciół naszych teatrów, stałych partnerów. Ale to jest ważne to, że to wiemy, sprawia, że zaplanowaliśmy tylko tyle, na ile nas stać, na co mamy odłożone pieniądze i czujemy się bezpiecznie. Są to nasze oszczędności i zarobione pieniądze na przyszłe produkcje. Dzięki publiczności, która do nas przychodzi i kupuje bilety. Mieliśmy dobre finansowo wakacje, 20 proc. więcej widzów niż w poprzednim roku, mimo 60 spektakli darmowych na ulicy w ramach akcji letniej.

Przed nami też remonty. Wymieniamy fotele w Polonii, zrobiliśmy remont wejścia do tego teatru, bo stan frontu wołał o pomstę do nieba i po 11 latach zmieniamy też całą maszynownię sceny. W Och-Teatrze – dach i otoczenie, schody, dla bezpieczeństwa. Pracujemy, działamy, planujemy, Mam nadzieję, że to będzie ważny sezon i dla Polonii, i Och-u.

„Pomoc domowa” to prezent powakacyjny, uśmiech na początek sezonu, potem będzie bardziej poważnie.

W planach m.in. spektakle o Grzegorzu Przemyku i na rocznicę Marca ’68.

– Maciej Kowalewski będzie reżyserował spektakl „Casa Valentina” Harveya Fiersteina o akceptacji i tolerancji, z brawurową obsadą. Magda Umer na rocznicę Marca ’68 przygotuje spektakl według książki Sabiny Baral – „Zapiski z wygnania”. Porozmawiamy też o Grzegorzu Przemyku. Adaptację książki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów”, zaproponowali nam panowie: Piotr Rowicki i Piotr Ratajczak. W roli matki wystąpi Agnieszka Przepiórska.

Jestem ciekawa, jak publiczność przyjmie monodram Stanisława Brejdyganta. To trudny tekst, analizujący uczucie strachu. O Polaku ukrywającym rodzinę żydowską. Czekam też na premierę monodramu Petera Turriniego w tłumaczeniu i reżyserii Piotra Szalszy, w którym zagra Julka Kijowska. Zajmiemy się też formą i sięgniemy po „Bal manekinów” Brunona Jasieńskiego, który wyreżyseruje Jerzy Stuhr.

Czasy się zmieniają, w naturalny sposób będzie musiał zmienić się też repertuar. Teatr nie może być już tylko beztroski, nasze plany repertuarowe przestają być już takie „rozkoszne”. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zacznę się zastanawiać nad wystawieniem rzeczy, o których wcześniej bym nie pomyślała. Myślę np. o Brechcie. Teatr powinien rezonować, odpowiadać na uczucia, z którymi publiczność do nas przychodzi. To się – mówiąc brzydko – opłaca. Jeśli chcemy, żeby publiczność była z nami, była nam wierna. Publiczność, na której nam zależy.

 

  • „POMOC DOMOWA” W OCH-TEATRZE W WARSZAWIE
  • Autor – Marc Camoletti, tłumaczenie: Bartosz Wierzbięta, reżyseria – Krystyna Janda, scenografia: Maciej Maria Putowski, kostiumy: Tomasz Ossoliński, światło: Katarzyna Łuszczyk.
  • Występują: Krystyna Janda, Katarzyna Gniewkowska, Barbara Wypych/Małgorzata Kocik, Krzysztof Dracz, Mirosław Kropielnicki.
  • Premiera 9 września o godz. 19.30. w Och-Teatrze w Warszawie.

http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,13,22272283,146964,Krystyna-Janda–Teatr-dzisiaj-nie-moze-byc-juz-tak.html

 

 

Warszawa. Już wkrótce Krystyna Janda jako pomoc domowa

 Krzysztof Krzak, 2017-08-28

 Premierowe przedstawienie zostanie wystawione w teatrze przy ulicy Grójeckiej 65 w Warszawie w sobotę, 9 września 2017 roku. Małżeństwu Olgi i Norberta (Katarzyna Gniewkowska i Krzysztof Dracz) pomaga w utrzymaniu domu pomaga Anna (Krystyna Janda), w swojej opinii osoba niezwykle dyskretna i zaradna. I – rzekomo – abstynentka, choć nie wiedzieć czemu z barku gospodarzy znika rum, tequilla, whisky i szampan. Czy w takiej sytuacji należy się dziwić, że pomoc domowa jest (nomen omen) spiritus movens wydarzeń w sztuce Marca Camolettiego, jednego z najbardziej popularnych fars, ciszących się ogromną popularnością w wielu krajach? Wydarzenia nabierają nowego wymiaru i tempa w momencie, gdy małżonkowie postanawiają oddzielnie wyjechać na weekend: Norbert służbowo, a Olga – z wizytą do teściów. Oba wyjazdy są w istocie przykrywką dla romansów. Norbert chce w ukryciu spędzić weekend we własnym domu z Mają, pieszczotliwie zwaną Pszczółką (na zmianę grają ją Barbara Wypych i Małgorzata Kocik). Olga wpada na ten sam pomysł i zaprasza do siebie Marka zwanego Marcello (w tej roli Mirosław Kropielnicki)…

 Czy pomocy domowej uda się zapanować nad damsko – męskim galimatiasem i sercowym poplątaniem jej pracodawców? Będzie to niewątpliwie wymagało sprytu, refleksu, a może i… szklaneczki czegoś mocniejszego. Niewątpliwym atutem polskiej „Pomocy domowej” jest przekład sztuki autorstwa Bartosza Wierzbięty, twórcy polskich dialogów do takich filmów animowanych, jak m.in. „Shrek”, „Madagaskar”, czy „Hotel Transylwania”.

 Scenografię przygotował Maciej Maria Putowski, a kostiumy zaprojektował Tomasz Ossoliński. Popremierowe spektakle zaplanowano na dni 10 – 15, 18 – 19 września oraz 22 – 23 października bieżącego roku na Dużej Scenie Och-Teatru.

  *Opracowano na podstawie materiałów nadesłanych przez Ygę Kostrzewę (Public Relations i komunikacja Teatru Polonia i Och-Teatru).

 http://www.wiadomosci24.pl/artykul/warszawa_juz_wkrotce_krystyna_janda_jako_pomoc_domowa_365668.html

 

PRÓBA MEDIALNA SPEKTAKLU “POMOC DOMOWA” W OCH – TEATRZE. REŻYSERUJE KRYSTYNA JANDA!

 Próba medialna w Ochu!

Brakuje Wam nowości teatralnych? Mamy dla Was wspaniałą wiadomość. Już 9 września w warszawskim Och – Teatrze odbędzie się oficjalna premiera nowego spektaklu w reżyserii Krystyny Jandy. Niezwykle zabawna, rozkoszna farsa “Pomoc Domowa” w gwiazdorskiej obsadzie idealnie sprawdzi się jako poprawienie jesiennego nastroju. 

W  tytułowej widzowie będą mogli podziwiać Krystynę Jandę, której partnerować będą Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz, Barbara Wybych/Małgorzata Kocik oraz Mirosław Kopielnicki. 

 

Polecamy: KRYSTYNA JANDA JAKO “POMOC DOMOWA” W OCH TEATRZE. POZNAJCIE SZCZEGÓŁY PREMIERY FARSY!

Czas trwania: 120 minut, 1 przerwa

Data premiery: 9 września 2017

Reżyseria: Krystyna Janda

Tłumaczenie: Bartosz Wierzbięta

Scenografia: Maciej Maria Putowski 

Kostiumy: Tomasz Ossoliński 

Światło: Katarzyna Łuszczyk

Asystent scenografa i kostiumologa: Małgorzata Domańska

Producent wykonawczy i asystent reżysera: Jan Malawski

 

Opis spektaklu: Farsa! Pyszna! Jedna z najzabawniejszych, które można zobaczyć na polskich scenach. Marc Camoletti – tytan gatunku, tekst wystawiany kilkadziesiąt tysięcy razy na całym świecie. Mąż (Krzysztof Dracz), żona (Katarzyna Gniewkowska), kochanek (Mirosław Kropielnicki), kochanka (Małgorzata Kocik/Barbara Wypych) i zdrady małżeńskie, jak to w farsie. Jedna noc, jedno mieszkanie, dwie sypialnie i… pomoc domowa (Krystyna Janda), kierująca wydarzeniami. Do tego znikający alkohol – whisky, tequila, rum i szampan, potęgujące nieporozumienia, słabości oraz śmieszności ludzkich charakterów. Jednym słowem – zabawa, i o nią tu idzie. Wspaniały przekład pana Bartosza Wierzbięty.

“Pomoc domowa”, w oryginale “La bonne Anna” to utwór Marca Camolettiego. W Och-Teatrze sztukę przełożył Bartosz Wierzbięta, które szeroka publiczność może kojarzyć z dialogów w takich filmach jak  “Shrek”, “Madagaskar”, “Hotel Transylwania”.  

Dziś w Och – Teatrze odbył się pokaz medialny spektaklu “Pomoc Domowa”, a efekty możecie obejrzeć poniżej.

 

http://przeambitni.pl/2017/09/06/proba-medialna-spektaklu-pomoc-domowa-w-och-teatrze/

 

 

 

Dwieście procent normy. „Pomoc domowa”, reż. Krystyna Janda, Och-Teatr w Warszawie [RECENZJA]

Jacek Wakar, 10.09.2017

Och-Teatr ku uciesze publiczności w sztukach do śmiechu się wyspecjalizował. Przyznać należy, że Krystyna Janda wybiera tytuły sensownie, ale zadania nie ma łatwego. Dobre farsy nie rodzą się jak grzyby po deszczu. Stąd wystawiany jak Polska długa „Mayday” i jemu podobne. „Pomoc domowa” Marca Camolettiego też jest przebojem gatunku. Powstała niemal sześćdziesiąt lat temu i od tej pory nie schodzi z teatralnych afiszy. Spośród sztuk francuskiego autora jedynie znany również w Polsce „Boeing, boeing” przebił jej gigantyczną popularność.

Trudno się temu dziwić, bo rzecz się nie starzeje. Schemat znany: mąż, żona, jej kochanek, jego kochanka. Do tego jeszcze pomoc domowa, którą bohaterowie chcą wyekspediować dokądkolwiek, aby mieć w tajemnicy przed małżonkiem wolną chatę na miłosne harce. Rezolutna pani zostaje jednak i staje się powiernicą wszystkich, sekundując narastającemu szaleństwu. Popija przy tym grubo, ale nie traci rezonu. Za swą przemyślność i dyskrecję bierze od każdego co chwila szeleszczącą przyjemnie nagrodę.

block end block open

Bartosz Wierzbięta, któremu zawdzięczamy polską wersję „Shreka”, utwór Camolettiego nie tylko przetłumaczył, ale też przeniósł go w polskie realia. Postaci noszą więc swojsko brzmiące imiona, Norbert wybiera się do Szczecina, pomoc domowa z radością wyciąga z kieszeni stuzłotowe banknoty. Zabieg sprawdza się, bo przenosi intrygę „Pomocy domowej” w świat nam bliższy, znany z codzienności. Reszta zależy od charakterów, a te odmalowuje autor z dużym znawstwem. I od aktorów, bo oni dają im życie. W warszawskim Och-Teatrze w burzliwy świat farsy wchodzą z wielkim zaangażowaniem i nieukrywaną przyjemnością. Warto zobaczyć przedstawienie Krystyny Jandy dla niej samej, dla Katarzyny Gniewkowskiej, Krzysztofa Dracza, Mirosława Kropielnickiego.

Dracz w znakomitej formie mnoży kroczki i grymasy, obłapia upragniony obiekt pożądania (Małgorzata Kocik), niczym pułkownik Kwiatkowski ze znakomitego filmu Kazimierza Kutza rozczula się na widok biustu dziewczyny. Kropielnicki ogrywa swe warunki, czyniąc z Marcello postać tyleż zabawną, co – celowo – lekko odstręczającą. Z ogromną satysfakcją patrzyłem na Katarzynę Gniewkowską, dla której „Pomoc domowa” jest może pierwszą farsą w karierze, a na pewno pierwszą, od kiedy tę świetną aktorkę pamiętam. Gniewkowska gra zdradzaną i zdradzającą żonę z jakąś wręcz perwersyjną radością, wydobywając komizm, dotychczas skrzętnie ukrywany. Po trudnej konwencji porusza bez najmniejszego fałszu, czasem zdaje się wręcz, iż dorzuca do pieca ponad miarę, lecz zawsze z sensem. Kilka razy patrząc, jak uwodzi kochanka, ze śmiechu omal nie spadłem z fotela. „Pomoc domowa” to w gruncie rzeczy powrót znakomitej artystki. Szkoda, że po przeprowadzce z Krakowa w macierzystym Teatrze Narodowym gra tak mało.

Osobna sprawa to Krystyna Janda w roli tytułowej. Opowiadała przed premierą, że w graniu pijanej (a służąca u Camolettiego nie rozstaje się z alkoholem) zawsze była najsłabsza, w dodatku w oryginale jest to partia dla znacznie młodszej aktorki. Nic to jednak, gdyż Janda wchodzi w „Pomoc domową” bez trzymanki, na dwieście procent normy. Celowo niczego nie sublimuje, nie cieniuje, tylko przez ponad dwie godziny jedzie po bandzie, bez kolizji biorąc wszystkie zakręty. Jest w wiecznym śmiechu, rum wraz z whisky plączą jej język i nogi, głos chrypnie coraz bardziej. Krystyna Janda gra do spodu, jakby samej sobie oraz widzom chciała zafundować potężną dawkę śmiechu opętańczego, wręcz histerycznego, bez żadnych ograniczeń.

Może konfabuluję, ale wydaje mi się, że w śmiechu Jandy jest coś eskapistycznego, że to ucieczka od świata, w którym z każdą chwilą bardziej nie ma się z czego śmiać. Dlatego popis wybitnej aktorki chwilami staje się dla mnie przejmujący, a całość podszyta odrobiną goryczy. Co nie umniejsza świetnej zabawy. „Pomoc domowa” w Och-Teatrze to dobry prezent dla publiczności. Prezent na trudne czasy.

http://ksiazki.onet.pl/recenzje/dwiescie-procent-normy-pomoc-domowa-rez-krystyna-janda-och-teatr-w-warszawie-recenzja/3nw07v

 

„Pomoc domowa”:nieudana randka Krystyny Jandy. RECENZJA

 KULTURA / WIADOMOŚĆ / 13.09.2017, godz. 21:19

W ostatni weekend w warszawskim Och-Teatrze! odbyła się premiera komedii „Pomoc domowa” w reżyserii Krystyny Jandy. Miał to być element hucznego otwarcia sezonu teatralnego w placówce. Jednak uczynienie ze spektaklu flagowego przedstawienia byłoby dużym błędem.

„Pomoc domowa” Marca Camolettiego torzecz ozdradzie, zaserwowana wformie komedii. Schemat stary jak świat: oto zdradzający się wzajemnie mąż iżona (Katarzyna Gniewkowska iKrzysztof Dracz) planują schadzkę zkochankami (wtych rolach Małgorzata Kocik/Barbara Wypych iMirosław Kropielnicki) pod nieobecność współmałżonka. Pech, czy raczej intryga wymyślona przez autora sztuki sprawia, żedopodwójnej randki dochodzi wjednym mieszkaniu. Bohaterowie nie mają oczywiście otym pojęcia, ajedyną osobą, która wie owszystkim isprytnie pociąga zasznurki, byromanse nie wyszły najaw, awidz miał jak najwięcej okazji dośmiechu, jest tytułowa pomoc domowa –Beata (Krystyna Janda).

Wydawałoby się, że to sprawdzony przepis nakomedię (stali bywalcy Och-Teatru! spotkali się zpodobną fabułą chociażby wznakomitym „Weekendzie zR.” czy kultowym „Mayday”). Jednak zaadaptowany niejako „nasiłę” napolski grunt przez Bartosza Wierzbiętę scenariusz częściej wywoływał zażenowanie, niż śmieszył. A przecież warto założyć, żenie idzie się doteatru, bypośmiać się zsiarczystych przekleństw. Pointeligentnym humorze, doktórego Och-Teatr! przyzwyczaił swoich widzów, szkoda obniżać loty iczęstować publiczność seksualnymi żartami doprawionymi wulgarnym słownictwem.

Pewien niesmak budzi też kreacja Katarzyny Gniewkowskiej. Aktorka zogromną klasą nie odnajduje się chyba wroli łaszącej się kocicy… Słowem –owacja nastojąco poniedzielnym spektaklu jest totalnie niezasłużona. Iraczej tłumaczyć tonależy jako polityczny akt solidarności zKrystyną Jandą, która wielokrotnie publicznie deklarowała niechęć dowładzy, anie docenienie tego, pocoidzie się doteatru –sztuki.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

http://niezalezna.pl/203165-quotpomoc-domowaquotnieudana-randka-krystyny-jandy-recenzja

 

Och Janda!

„Pomoc domowa” Marca Camolettiego w reż. Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Maciej Łukomski.

Farsy i komedie to bodaj najbardziej ulubione gatunki teatralne polskiej publiczności. Spróbujcie kupić bilet na „Szalone nożyczki” do warszawskiego Kwadratu, czy na „Mayday” do Ochu. Nie ma szans. Nic dziwnego, że Polacy lubią się pośmiać w teatrze. Polska rzeczywistość ostatnio przecież nas nie rozpieszcza… Żeby się wyluzować można się upić, jak bohaterowie farsy „Pomoc domowa” albo spędzić dwie godziny z „bananem” na twarzy w Och-Teatrze i zapomnieć o wrednym szefie, podwyżkach, kredycie na 100 lat i szalonej posłance.

Tym razem na scenie przy Grójeckiej Krystyna Janda wyreżyserowała farsę „Pomoc domowa” Marca Camolettiego. W Polsce najbardziej znaną sztuką tego francuskiego dramatopisarza jest „Boeing, Boeing”, która z powodzeniem grana jest od wielu sezonów m.in. w Teatrze Studio Buffo.

„Pomoc domowa”, jak większość fars operuje znanym schematem: mąż, żona, kochanka, kochanek, którzy nagle znajdują się w jednym miejscu i czasie. Na pomoc rusza szalona pomoc domowa, która próbuję ratować sytuację.

Na scenie oglądamy galerię przezabawnych typów. Ola, żona Roberta (Katarzyna Gniewkowska), każdym swoim spojrzeniem i gestem zachęca do nocnych igraszek. Uwodzi, wzdycha, nosi obcisłe ubrania podkreślając swoje walory. Robert, jej mąż (Krzysztof Dracz), szef działu zamówień, 40-parolatek, łowca młodych, atrakcyjnych dziewczyn. Jest jeszcze Maja, kochanka Roberta (Barbara Wypych), która lubi różowy kolor, tipsy i bogatych, żonatych mężczyzn. Jest naiwna, głupiutka i lubi dużo się śmiać. Najbarwniejszą postacią jest Beata, pomoc domowa, wielbicielka Roberta, pieniędzy i drogich alkoholi.

Od pierwszych minut spektaklu akcja zaczyna nabierać tempa, żeby pół godziny później mknąć z szybkością co najmniej Pendolino. Nad wszystkim czuwa pomoc domowa, która z każdą kolejną minutą jest coraz bardziej pijana. Zresztą, jak większość bohaterów tej farsy.

Nie lada wyzwaniem jest wyreżyserowanie sztuki, w której w każdej minucie serwowane są dowcipy o miękkości członka i stosunkach damsko-męskich, tak, aby nie było to wulgarne i miało dobry smak. Na szczęście Krystynie Jandzie udało się nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Duża w tym zasługa aktorów. Z przyjemnością ogląda się Katarzynę Gniewkowską, która rewelacyjnie pokazuję seksualne rozwibrowanie swojej bohaterki. Znakomitą kreację stworzyła młodziutka Barbara Wypych, jedna z najzdolniejszych aktorek ostatnich lat, która zachwyca swoim talentem widzów warszawskiego Teatru Współczesnego, tutaj stworzyła postać Pszczółki, która w sposobie bycia przypominała Dodę w połączeniu z bywalczyniami osiedlowych dyskotek.

Rewelacyjna jest Krystyna Janda, jako pomoc domowa. Widać, że ogromną frajdę sprawia jej ta rola, granie na scenie z kolegami i koleżankami. Aktorka ciągle się śmieje, biega, wszędzie jej pełno, kiedy trzeba, w uroczy sposób potrafi zagrać pijaną, ale i też przeklnąć. Och!, ta Krystyna Janda, chciałoby się powiedzieć. Klasa.

Zachwyca scenografia Macieja Marii Putowskiego, z pięknymi lustrem, czarno-białymi meblami i dodatkami. To synonim dobrego smaku i gustu.

Wpadnijcie do Ochu, z rodziną, znajomymi, bo warto pośmiać się, zapomnieć na dwie godziny o problemach, o tym co nas boli i uwiera. Śmiech to najlepsza terapia na wszystkie smutki. Wyjdziecie z teatru wyluzowani i od razu życie staje się bardziej kolorowe.

„Och Janda!”

Maciej Łukomski

Materiał nadesłany

13-09-2017

 http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/247501,druk.html

 

 

SZTUKA NIE TYLKO ŚMIECHU WARTA

POMOC DOMOWA

13/09/17

Och-Teatr 

Warszawa 

Reżyseria: Krystyna Janda

Obsada: Mirosław Kropielnicki, Barbara Wypych, Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz, Krystyna Janda, Małgorzata Kocik

Premiera: 09/09/2017

Najbliższy spektakl: 14/09

Publiczność na premierze bawiła się znakomicie. I nie sądzę, by mogło być inaczej na kolejnych spektaklach. Bo dobrze skrojona i koncertowo zagrana farsa, jak się okazuje, potrafi być znakomitym lekarstwem na naszą codzienność. Jest też bez wątpienia nieodzowna dla higieny ducha. Poza tym im więcej w niej nonsensów czy idiotyzmów, tym bardziej nasze wysublimowane czy wyrafinowane poczucie humoru, zdaje się z coraz większym pobłażaniem traktować wszystkie żenujące odzywki czy dowcipy. Kto w to nie wierzy, niech natychmiast uda się do Och-Teatru, by się o tym na własnej skórze przekonać.

Camoletti w „Pomocy domowej”, podobnie jak Cooney w słynnym „Mayday” – też granym z powodzeniem od kilku lat w Och-Teatrze – stawia zwyczajnych ludzi w niecodziennych sytuacjach. Bo tak się ma farsa do komedii – ta druga bowiem kreuje światy postaci zupełnie innych, niepowszednich i osobliwych. Nieoczekiwane zbiegi okoliczności i potajemne randki w „Perle” – pod takim tytułem grano Marca Camolettiego w latach siedemdziesiątych – dzięki obsadzonym aktorom mają sporą dawkę ich osobistego i nieposkramianego uroku. Wszyscy potrafią natomiast zabawnie powściągać swoje skłonności do histerii, które w tak nietypowych sytuacjach zawsze mogą się pojawić, potrafią też niekiedy zachować przytomność umysłu, choć nie stronią nawet od co bardziej wyszukanych fantazji, nie tylko erotycznych. Choć te w interpretacji Katarzyny Gniewkowskiej (Ola, żona Roberta) są rozbrajające.

Scenografia Marcina Putowskiego, z bardzo gustownie zaaranżowanymi pięcioma wejściami, staje się w „Pomocy domowej” znakomitym wybiegiem dla rozgrywanych po obu stronach sceny wydarzeń. Tym razem – na nietypowej scenie w Ochu nie zawsze się to udaje – w tym też tkwi jej siła. Najważniejsze jest bowiem to, co się wydarza i tocząca się w zawrotnym tempie akcja prowadzona ze znakomitym wyczuciem przestrzeni. Dekoracja stanowi tylko uzupełnienie i dopowiedzenie, nie absorbując niepotrzebnie uwagi widza, który musi podążać wraz z bohaterami od jednej sypialni do drugiej, to znów z salonu do łazienki, z sypialni do kuchni czy do pokoju Beaty (choć te muszą pozostać tylko w naszej wyobraźni). Tak ma bowiem na imię w nowym przekładzie Bartosza Wierzbięty tytułowa pomoc domowa. Krystynie Jandzie udała się rzecz, która w teatrze przynosi sukces nader rzadko. Zagrała główną rolę i sama siebie wyreżyserowała. Kreuje swoją bohaterkę jakby od niechcenia, na totalnym luzie, ale jest w tym naprawdę znakomita i przezabawna, paradoksalnie pełna energii i pewności każdej decyzji, która rozwiązuje erotyczny supeł pozamałżeńskich randek, a jej przynosi spore profity. Do tego udało się jej pomóc niemal wszystkim wykonawcom trafić w odpowiedni ton i zachować proporcje w dowcipach, które jak to w farsie bywają idiotyczne, co nie znaczy wcale, że mało prawdopodobne.

Teatralna maszynka działa tu od początku do końca bez zarzutu. Aktorzy, obok sprawności warsztatowej, muszą się w tym przypadku wykazać również niezłą kondycją fizyczną. Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz (Robert) i Mirosław Kropielnicki póki co o swoją żywotność martwić się nie muszą. Tak samo o swoje możliwości doprowadzania widzów do paroksyzmów śmiechu. W dodatku robią to z finezją i dobrym smakiem. Nikt nikogo tutaj nie stara się kokietować, nie dąży do bycia zabawnym za wszelką cenę. Okazuje się, że podany z wyczuciem dowcip, bez zbytniego przerysowywania i pogrubiania zawsze będzie strawny, a nie irytujący. Dodatkowo na premierze można było odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie zyskują sympatię widowni, choć bywają momentami nieznośni w próbach zdobycia swoich kochanków, traktowanych jako odskocznię dla małżeńskiej rutyny i nudy. Choć czy aby na pewno?

 autor tekstu: Wiesław Kowalski

 http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7229-sztuka-nie-tylko-smiechu-warta

 

„Pomoc domowa” wg Jandy

„Pomoc domowa powstała” niemal sześćdziesiąt lat temu i od tej pory nie schodzi z teatralnych afiszy Utwór Camolettiego nie tylko przetłumaczył, ale też przeniósł w polskie realia Bartosz Wierzbięta, twórca polskiej wersji „Shreka”. „Pomoc domowa” w Och-Teatrze to dobry prezent dla publiczności.

Och-Teatr w sztukach do śmiechu się wyspecjalizował. Przyznać należy, że Krystyna Janda wybiera tytuły sensownie. Schemat znany: mąż, żona, jej kochanek, jego kochanka. Do tego jeszcze pomoc domowa, którą bohaterowie chcą wyekspediować dokądkolwiek, aby mieć w tajemnicy przed małżonkiem wolną chatę na miłosne harce. Rezolutna pani zostaje jednak i staje się powiernicą wszystkich, sekundując narastającemu szaleństwu. Popija przy tym grubo, ale nie traci rezonu. Za swą przemyślność i dyskrecję bierze od każdego co chwila szeleszczącą przyjemnie nagrodę.

Bartosz Wierzbięta, któremu zawdzięczamy polską wersję „Shreka”, utwór Camolettiego nie tylko przetłumaczył, ale też przeniósł go w polskie realia. Postaci noszą więc swojsko brzmiące imiona, Norbert wybiera się do Szczecina, pomoc domowa z radością wyciąga z kieszeni stuzłotowe banknoty. Zabieg sprawdza się, bo przenosi intrygę „Pomocy domowej” w świat nam bliższy, znany z codzienności. Reszta zależy od charakterów, a te odmalowuje autor z dużym znawstwem. I od aktorów, bo oni dają im życie. W warszawskim Och-Teatrze w burzliwy świat farsy wchodzą z wielkim zaangażowaniem i nieukrywaną przyjemnością. Warto zobaczyć przedstawienie Krystyny Jandy dla niej samej, dla Katarzyny Gniewkowskiej, Krzysztofa Dracza, Mirosława Kropielnickiego.

„Pomoc domowa”, Och-Teatr, ul. Grójecka 65, 02-094 Warszawa

Data premiery: 9 września 2017

Reżyseria: Krystyna Janda

Tłumaczenie: Bartosz Wierzbięta

Obsada:

Katarzyna Gniewkowska, Krystyna Janda, Małgorzata Kocik/Barbara Wypych, Krzysztof Dracz, Mirosław Kropielnicki

FoK-Art, 14 września 2017

http://fokamedia.pl/pomoc-domowa-wg-jandy/

 

„Pomoc domowa”  w Och-Teatrze 

 15 WRZEŚNIA 2017 przez MAGDALENA-KUYDOWICZ

Noszenie nosa na kwintę stało się sportem narodowym. Paradoksalnie jednak trudne czasy to złote czasy dla komedii. Zwłaszcza dla dobrej farsy.

Komedia francuskiego dramaturga Marca Camolettiego jest idealna na deszczowy, jesienny wieczór. Krystyna Janda ma ogromne poczucie humoru i wyczucie sytuacji, w dialogach nie przegapia żadnej  okazji na wrzucenie jakiejś aluzji dotyczącej naszej rzeczywistości. Po wielokroć powtarzany zwrot „warto rozmawiać” lub „dobra zmiana” wzbudza żywe reakcje i uśmiech, a nie sprzeciw i agresję. Tak właśnie Janda z klasą i dystansem rozbraja nasze frustracje. To wielka sztuka. Nie znam drugiej osoby, która robiłaby to równie umiejętnie.

Komedia o znudzonych sobą małżonkach: Guciu (znakomity Krzysztof Dracz) i Oli (świetna Katarzyna Gniewkowska), którzy romansują i spiskują z udziałem tytułowej pomocy domowej (Krystyna Janda w olimpijskiej formie), to w istocie historia o tym, jak okłamujemy się na co dzień, w jakie gry gramy ze sobą – my ludzie, kochankowie, mężowie i żony. Byłam na tym spektaklu z psycholożką, która od lat zajmuje się terapią rodzinną,„zupełnie jak moi pacjenci”- wyznała w przerwie. I faktycznie, problemy bohaterów dramatu są nam bliskie. Jak obudzić namiętność w związku  po wielu latach?   W jaki sposób wytrzymać z nieznośnym pracodawcą? Po co być z kimś,  kogo się nawet nie lubi, a tylko pożąda? Przykłady można mnożyć… I na tym polega siła i przewrotność tekstu, który wystawiany był niemal we wszystkich miastach w Polsce, ale dzięki inscenizacji Krystyny Jandy ma szansę stać się kolejnym hitem Och-Teatru. Warto wymienić również dwójkę pozostałych aktorów w rolach kochanków głównych bohaterów: Mirosława Kropielnickiego jako Marka, zwanego pieszczotliwie Marcellem  i Barbarę Wypych – Maję. Są równie sprawni i śmieszni na scenie. Sprawni także w sensie fizycznym, bo słynąca z dynamizmu Janda nie daje aktorom praktycznie chwili oddechu. Ich wzajemne interakcje, znikanie oraz powracanie na scenę w najmniej odpowiednim momencie jest bardzo precyzyjnie wymyślone i zagrane. I dlatego powstał prawdziwy majstersztyk. Lekki, pełen treści i niezwykle zabawny. Polecam!

„Pomoc domowa”, Marc Camoletti, tłum. Bartosz Wierzbięta, reż. Krystyna Janda. Premiera 9 września 2017, Och-Teatr w Warszawie

 http://zwierciadlo.pl/kultura/pomoc-domowa-w-och-teatrze

 

UCZYMY SIĘ ŚMIAĆ Z SIEBIE

Rozmawiał: Jacek Górecki

20 września 2017

Krystyny Jandy przedstawiać nie trzeba. To artystka totalna, która od lat na przemian bawi i wzrusza w swoich dwóch warszawskich teatrach. Ostatnio sięgnęła po tekst Marca Camolettiego i za jego sprawą ponownie wprowadza widzów w inny świat. Świat, w którym zapomina się o codzienności, by na chwilę się pośmiać. I właśnie z okazji premiery Pomocy Domowej porozmawialiśmy z aktorką.

Co Panią dziś rozwesela, bawi?

O, wiele rzeczy! Jestem chyba osobą chętnie, często się śmiejącą. Najchętniej z samej siebie, ale na pewno nie bawi mnie codzienność, choć i tu znajduję każdego dnia rzeczy wesołe. Na pewno lubię komedie i farsy w teatrze i bawi mnie praca nad nimi.

 A trudno dzisiaj jest rozśmieszyć widza?

Chyba łatwo, nie wiem… Nam, w naszych teatrach to się raczej udaje. Och-Teatr jest sprofilowany jako teatr komediowy głównie i tak go prowadzę. Wydaje się z sukcesem. Zawdzięczam to oczywiście wielu wspaniałym aktorom, tuzom tego zawodu, którzy w komediach nie grają na co dzień, ale z nami wybierają się w te „podróże” artystyczne.  Cieszą mnie widzowie siedzący na długo przed spektaklami w kasach, czekający na możliwość kupienia wejściówek. Tak jest w zasadzie każdego dnia. To miłe, to daje poczucie sensu.

Ten śmiech trzeba też rozgraniczyć czasami siedząc na widowni obserwuje, jak widzowie reagują na to, że znany, lubiany aktor wychodzi na scenę, albo zostanie rzucone przekleństwo. Pytanie czy potrafimy się śmiać z samych siebie?

Uczymy się śmiać z siebie. Myślę, że z powodzeniem. Nigdy nie byłam zwolenniczką koturnowego, nieludzkiego teatru. Każdy spektakl jest rozmową z publicznością, dialogiem z nimi, z kimś bliskim, szanowanym, z ludźmi, dla których pracujemy. Różnorodność naszego repertuaru i naszych propozycji, tematów do dialogu i rodzajów porozumiewania się mam wrażenie jest duża.

Pomoc Domowa Marca Camolettiego mimo iż jest farsą, to dla mnie taka aktualna gorzka prawda, że potrzeba przewrotu, zdrady, żebyśmy mogli zrozumieć nasze błędy i się w końcu zjednoczyć.

Farsa to farsa, gatunek stary jak teatr i bardzo trudny. Ma być przyjemnie i tyle. Miły wieczór w teatrze dla zapomnienia, rozrywki i zabawy. Tyle. Zdrady małżeńskie są tematem wielu tekstów teatralnych, w farsie nie przykładamy do nich żadnych miar moralnych, po prostu bawimy się sytuacjami i charakterami.

W tym spektaklu mówicie też sporo o interesowności, o płaceniu za milczenie.

 O, pieniądze są atrakcyjnym „rekwizytem” wielu fars. Ale nie przykładałabym w tym wypadku żadnych głębszych znaczeń do faktu płacenia za milczenie. – Pan chce kupić moje milczenie? – mówię ze sceny – To będzie drogo. I tylko tyle. Wszystko ze śmiechem i bez żadnych ceregieli.

Często spotykam się z opinią, szczególnie młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają w tym zawodzie, że w farsie grać to wstyd. A może właśnie to strach przed tak trudnym gatunkiem?

Powiedziałabym raczej, że w farsie grać to trudne. Farsa wymaga od aktorów perfekcyjności zawodowej, technicznej, doskonałego ucha do dialogów czy rytmów. Wymaga od nas wyrazistości i dobrego mówienia w sensie emisyjnym także. Jeśli ktoś się wstydzi, to niech nie gra. Ja się nie wstydzę. Po moim trudnym i skomplikowanym życiu zawodowym mogłabym grać tylko w farsach. To radość, to miłe życie. Męczące wieczory, ale szampańskie.

Jerzy Jarocki powiedział kiedyś, że nie da się grać Tanga Mrożka śmiertelnie poważnie, od deski do deski, bo pozbawi się go całego smaku i czaru. Jak zatem grać farsę, właśnie śmiertelnie poważnie?

Nie, to truizm. Ja lubię, kiedy farsa grana jest z dystansem, w nawiasie, za to bardzo prawdziwie.

Jest coś, czego nie lubi Pani we współczesnym teatrze, czego nie zaproponowałaby Pani swoim widzom?

Nie wiem. To zależy. Ale tak teoretycznie to rozważając, chyba nie ma takiego tekstu, czy stylistyki, czy tematu. Mam bardzo rozbudowane poczucie odpowiedzialności i ciągoty honorowania do społecznej roli teatru. Zresztą świadczy o tym nasz repertuar czy spektakle wyprodukowane „na ulice”, często niełatwe, jeśli chodzi o tematykę. Mam potrzebę rozmawiania, dyskutowania, poruszania trudnych tematów, ale także potrzebę przyjaźni.

Co jeszcze prócz Pomocy domowej zobaczymy w nowym sezonie na deskach Pani teatrów?

W listopadzie w Teatrze Polonia premiera spektaklu Wszystkie dzieła Szekspira (w nieco skróconej wersji) w reżyserii Johna Weisgerbera. W styczniu w Poloni spektakl o Grzegorzu Przemyku – Żeby nie było śladów, w lutym w Och-Teatrze Casa Valentina w reżyserii Macieja Kowalewskiego – społeczny tekst amerykański o potrzebie wolności własnej. W marcu w Teatrze Polonia – Zapiski z wygnania – spektakl robiony z okazji okrągłej rocznicy marca 1968 roku. W maju w Och-Teatrze –Bal manekinów Bruno Jasieńskiego, po wakacjach Trzy dni deszczu w Polonii, a potem Przybora według Piotra Cieplaka. Planujemy także monodram pana Brejdyganta na małej scenie w Polonii, jesienią. Tekst bardzo bolesny i wciąż aktualny.

Wracając na koniec do Pani postaci Beaty w najnowszej sztuce, czego nauczyła Panią ta postać?

Ta rola pomaga mi ostatnio żyć, to najważniejsze.

http://mobilni.pl/kultura/wywiad-krystyna-janda/

 

BEATA PRZEJĘŁA OCH-TEATR JANDY

POMOC DOMOWA

Och-Teatr

Warszawa

Reżyseria: Krystyna Janda

Obsada: Mirosław Kropielnicki, Barbara Wypych, Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz, Krystyna Janda, Małgorzata Kocik

Premiera: 09/09/2017

Najbliższy spektakl: 22/10

Gdyby Andy Warhol zobaczył plakat do najnowszej premiery Och-Teatru, na pewno byłby zadowolony. Teatr Krystyny Jandy przygotował bowiem udaną wariację na temat jego dzieła poświęconego Marilyn Monroe. Ale dlaczego w ogóle zaczynam od plakatu do sztuki, a nie od np. biografii autora czy oceny aktorstwa? Bo w tym przypadku piękna okładka do przedstawienia jest tylko amuse-bouche. Jest zapowiedzią prawdziwej uczty.

 Och-Teatr przyzwyczaił widzów do bardzo dobrze realizowanych przedstawień. Ale jedną kwestią jest zrobić dobry spektakl – np. z punktu widzenia krytyków teatralnych. A inną stworzyć też atmosferę dla widza, który np. dany tytuł wybrał wyłącznie dlatego, by się rozerwać. W repertuarze Och-u jest 28 tytułów. Są wśród nich m.in. obyczajówki, komedie i farsy. Te ostatnie zespołowi dobieranemu przez Krystynę Jandę wychodzą nadzwyczaj dobrze (wystarczy wspomnieć „Weekend z R.” czy „Mayday”). Tak docieramy do 9 września 2017 roku. Tego dnia odbyła się premiera „Pomocy domowej” francuskiego dramatopisarza Marca Camolettiego. Przedstawienia, które w Polsce miało już kilka odsłon (np. w Teatrze Bagatela w Krakowie). Sztuka opowiada – wydawałoby się – banalną historię. Dojrzała i temperamentna pomoc domowa pracuje w domu zamożnych państwa. Małżeństwo na pozór jest szczęśliwe, ale każde z nich szuka szczęścia na boku. Kulminacyjnego wieczora w jednym mieszkaniu pojawiają się kochankowie obojga.

Sztukę zaczyna i zarysowuje piosenka „Let’s Talk About Sex”. A potem wszystko zaczyna pędzić. Tempo jest tak zawrotne, że gdyby nie TA obsada: Krystyna Janda (pomoc domowa o pięknym i ważnym dla Polski imieniu Beata), Katarzyna Gniewkowska (żona), Krzysztof Dracz (mąż), Mirosław Kropielnicki (kochanek) i Barbara Wypych (kochanka), wykolejenie byłoby kwestią kwadransa. A tak widzowie – dając się uwieść bezczelnej Beacie, która rządzi na scenie, pokonują „trasę” akcji od stacji do stacji. Ale czy mogło być inaczej? Przedstawienie wyreżyserowała i główną rolę objęła Krystyna Janda, która nie tylko w farsach przecież radzi sobie wybornie. Ma się wrażenie, jakby gra w tak zabawnym przedstawieniu, stanowiła dla niej odtrutkę na otaczającą rzeczywistość. Promienieje na scenie.

W „Pomocy domowej” aktorom zdecydowanie pomaga przekład Bartosza Wierzbięty. To dogłębnie wykształcony i nieprzeciętnie inteligentny autor znakomitych dialogów m.in. ze „Shreka” czy „Madagaskaru”. Chapeau bas dla aktorów, że podczas gry wytrzymują podawanie tak zabawnego, tak soczystego tekstu, nie wybuchając paraliżującym śmiechem.

Obok Jandy – co podkreślę – na brawa zasługuje cała obsada. Katarzyna Gniewkowska grająca żonę – kobietę rozrzutną, pragnącą namiętności, ale jednocześnie bardzo naiwną, stworzyła rolę bardzo udaną. Nie ma w niej czegoś, co ja nazywam „grą na siłę”. Jest lekka, zabawna, uzupełnia układankę. Ma dystans (ale na Boga nie gra przecież w „Królu Learze”)! Partneruje jej mistrz słowa Krzysztof Dracz. Ten rewelacyjny aktor dramatyczny, w farsie czuje się jak ryba w wodzie. Uwodzi swoją grą publikę, strzelając tekstem w przekładzie Wierzbięty tak bezbłędnie, jak kiedyś angielscy królowie strzelali do lisów. Kochankowie głównych bohaterów – w Och-Teatrze wykreowani przez Barbarę Wypych i Mirosława Kropielnickiego – mają swój koloryt, wiarygodność. Grają postaci infantylne, ale udaje im się stronić od infantylizmu. Dzięki czemu widz marnuje kolejne chusteczki ocierając łzy śmiechu.

Camoletti karierę rozpoczął jako artysta malarz, ale wkrótce – na szczęście – pokochał teatr. Gdyby żył, podobnie jak Andy Warhol, byłby dumny z efektów pracy zespołu Och-Teatru. Ta jesień – nawet jeżeli w aurze będzie ponura, dostała złoty liść w postaci „Pomocy domowej” w reżyserii Jandy. To najlepsza farsa w Och-Teatrze i jedna z lepiej zrobionych w Polsce. Pełna uśmiechu, pełna energii. A wisienką na torcie niech będą kostiumy Tomasza Ossolińskiego i ciesząca wzrok scenografia Macieja Putowskiego.

autor tekstu: Jakub Panek

http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7249-beata-przejela-och-teatr-jandy

 

Z fotela Maciejewskiego: FARSA JAK TA LA LA

 29 września 2017

POMOC DOMOWA w reżyserii Krystyny Jandy w Och-teatrze:

Czasami chodzi o uśmiech. Uśmiech – naprawdę ważna rzecz. Podczas oglądania „Pomocy domowej” Marka Camolettiego śmiałem się głośno: nie towarzyszyły temu wcale gogolowskie pytania („z kogo się śmiejecie”), nie było także ukąszeń heglowskich i dylematów szekspirowskich. Śmiech, po prostu, śmiech – wynikający z akcji przedstawienia, z kalamburów słownych, z aktorstwa sytuującego się równo o krok od tego, co byłoby już nadmiarem w złym guście, ale nigdy tego kroku niestawiającego. Jednym słowem: czysta radość w środku pesymistycznej polskiej jesieni. Taki spektakl to jak pastylka optymizmu, przyjemny – chociaż chwilowy – znieczulacz.

Farsa, a „Pomoc domowa” to dosyć typowa farsa, opiera się na kilku sztywnych zasadach. W warstwie narracyjnej oglądamy świat w mocno przekrzywionym zwierciadle. Nie warto, a nawet nie wolno doszukiwać się tutaj logiki postępowania bohaterów, głębi psychologicznej, czy sumy przyczynowo-skutkowej. Farsy tego nie wytrzymują. Zamiast postaci – zabawne karykatury, w miejsce psychologicznej głębi – głąby, czasami zaś głąby o gołębim sercu. Dobrej farsie potrzebny jest także rytm, szwung, naturalność dialogowa, oraz aktorstwo na najwyższym poziomie, właśnie po to, żeby tę umowność treści ze stałym schematem otwieranych i zamykanych bez końca drzwi oraz melodramatycznej szmiry wpisanej w każdy niemal test (kochanek jej kochanki jest mężem jego żony itd.) nie stała się grzechem głównym przedstawienia, tylko niewinną świeczką na torcie. Jako widz mogę znieść trzpiotowatość przedstawienia, ale szmiry nie zniosę nigdy. Szmira to jest zły teatr, trzpiotowata farsa – niekiedy czysta radość.

Krystyna Janda ma, jak dobrze wiemy, duże doświadczenie w reżyserowaniu i graniu w sztukach tego rodzaju. Ale nie odpuszcza. Sukces „Pomocy domowej” to – po pierwsze – świetne tłumaczenie Bartosza Wierzbięty, osadzające bohaterów w polskiej rzeczywistości, po drugie reżyserska sprawność Jandy w rytmizowaniu ze sobą scen, po trzecie i najważniejsze, doskonały wybór aktorów. Janda w partii tytułowej daje prawdziwy komiczny popis. Niesubordynowana, łasa na pieniądze, niestroniąca od alkoholu gospodyni domu małżeństwa z wysługą lat: Oli (Katarzyna Gniewkowska) i Norberta (Krzysztof Dracz), jest kwintesencją zaradności, lekkiego „bezczela” i w gruncie rzeczy dobrego serca. Tylko dzięki niej świat domowy w którym w przeciągu jednej nocy przejdą wszystkie możliwe tornada, trzęsienia ziemi, burze i mżawki, otrzepie parasol i wróci jakoś do normy. Celowo nie chcę w tej recenzji pisać zbyt wiele o samej fabule, żeby nie zepsuć państwu dramaturgicznych niespodzianek naszykowanych przez Camolettiego i zespół Och-teatru, skupię się zatem na charakterach, nie akcji. A owe charaktery, chociaż dla farsy typowe, są w spektaklu bardzo dobrze pokazane. Panowie: Krzysztof Dracz w roli męża i safandułowaty Mirosław Kropielnicki w roli kochanka stają na wysokości zadania, ale „Pomoc domowa” jest spektaklem w którym pierwsze skrzypce należą do kobiet. Katarzyna Gniewkowska, wybitna aktorka dramatyczna, w roli Oli wydaje się jak gdyby stworzona do komedii, i to od razu do komedii zagranej z wielkim wigorem. Jest seksowna, nonszalancka, chwilami grubiańska, ale to, co najciekawsze w tej postaci, to delikatnie zarysowana przez Gniewkowską bezradność bohaterki. Seksi kociaki również się starzeją i są w tym procesie bezradne. Tuszują tę bezradność złotymi radami wyczytanymi w pisemkach u fryzjera albo w poradniczych programach telewizyjnych. Obudź w sobie nowego demona, zacznij wszystko na nowo, znajdź sobie kochanka, zafunduj nową „dietę” zmieniającą twarz itd. Ola funduje sobie część z tych marzeń, ale jej świadomość coraz rzadziej odrzuca myśl, że to wszystko po nic, bez sensu, bo i tak szczęście na pewnym etapie to przyzwyczajenie. Constans u boku leniwego, miśkowatego, zepsutego, ale przecież sprawdzonego na złe i dobre dni męża… Odkryciem była dla mnie również Barbara Wypych w roli wprowadzającej w domu zamęt Mai. Tak grubą krechę mogą wytrzymać tylko najzdolniejsi. Młodziutka Barbara Wypych ma talent, wigor i czuje komediowy żywioł. Maja czyli Pszczółka ma być po prostu niemądra, infantylna, łasa na kasę i chyba w głębi serca poczciwa. Same stereotypy. Wypych nasyca jednak owe stereotypy energią nie tyle młodości, ile aktorstwa komediowego. Zagrać dobrze farsę, to jak zagrać wiarygodnie jednocześnie dramat, komedię i tragikomedię. Być zabawnym i jednocześnie naturalnym. Pszczółka z „Pomocy domowej” tę sztukę posiadła w stopniu już niemal mistrzowskim.

I wśród tych wszystkich pochwał, jedno tylko właściwie popsuło mi dobrą zabawę w spektaklu: ohydne, nietwarzowe i wulgarne kostiumy. Z litości pominę nazwisko autora, chociaż głośne. Nie ma zgody na to, żeby myśląc farsa, wystroić bohaterki (mężczyźni w przedstawieniu wyglądają prawie przyzwoicie), w najbardziej prymitywne myślenie o postaci. Pomoc domowa – to oczywiście kuchta w zdezelowanym szlafroku, pani domu – podstarzała prostytutka w lamparcie cętki, kochanka – Lalka Barbie po przejściach w sex shopie. Nie ma zgody na takie traktowanie bohaterek, aktorek i publiczności. To, co miało być lekkie, stało się prymitywne. Trudno, zapomnijcie o „panterce” na ciele Oli, doceńcie jak Gniewkowska, i cała reszta ensemble’u, cudnie to wszystko gra. Wybitne aktorstwo zwycięża tandetny kostium, w jaki zostało odziane.

Łukasz Maciejewski

http://www.aict.art.pl/2017/09/29/z-fotela-maciejewskiego-farsa-jak-ta-la-la/

 

POMOC NIE TYLKO DOMOWA

POMOC DOMOWA

Och-Teatr

Warszawa

Reżyseria: Krystyna Janda

Obsada: Mirosław Kropielnicki, Barbara Wypych, Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz, Krystyna Janda, Małgorzata Kocik

Premiera: 09/09/2017

Najbliższy spektakl: 28/12

Gdy w rytm piosenki „Let’s talk about sex” na scenę wkroczyła Krystyna Janda, luzacko zaciągająca się papierosem, gorączkowo pomyślałam, co właściwie robię na widowni. Eufemizmem będzie, jeżeli napiszę, że nie przepadam za farsami. Szybko jednak mentalnie przywołałam się do porządku i zapytałam samą siebie: „A kogo to właściwie interesuje? Lubisz, nie lubisz, oglądaj”.

 Po 120 minutach przekonałam się, że nie było źle. Przeżyłam, ba, nawet kilka razy poczułam, że „siedzę” w tej historii. Chociaż o farsach napisano już chyba wszystko, co można napisać – a to że mało wymagające, że to gatunek nastawiony na niewprawionego widza, że bzdura i absurd – to pierwszy raz poczułam, że dobra zabawa to… po prostu dobra zabawa. A wszelkie próby aranżowania pseudointelektualnych bełkotów i wielopłaszczyznowych analiz są tyle niepotrzebne, co głupie. Wystarczy akceptacja konwencji, całej przypisanej temu gatunkowi formuły i wszystko nagle znajduje się na swoim miejscu. I nie trzeba kombinować.

Pełna tolerancji sztuka Marca Camolettiego nie dzieli bohaterów ze względu na płeć, pochodzenie czy zawartość portfela. A przekład Bartosza Wierzbięty jeszcze bardziej przybliża ją polskiemu widzowi. Jej przekaz jest bardzo uniwersalny i o tyle prawdziwy, że nawet jak nam się wydaje, że nas nie dotyczy, to nigdy nie wiemy, w jak dużym błędzie możemy tkwić. Małżeństwo ze stażem, Norbert (Krzysztof Dracz) i Ola (Katarzyna Gniewkowska), para z klasą i pieniędzmi, zaczyna się nudzić. Oprócz rutyny widz nie dostaje innego powodu, by myśleć, że w ich związku czegoś brakuje. Ona szuka rozrywki w objęciach Marka Marcello (Mirosław Kropielnicki), on w młodym biuście kochanki (Małgorzata Kocik), którą pieszczotliwie nazywa Pszczółką. Zbieg okoliczności i podobieństwo planów na weekend sprawiło, że ten miłosny czworokąt spotkał się w jednym mieszkaniu. Tyle że… małżeństwo nie ma o tym pojęcia, a brak krzywdzącej świadomości zawdzięcza tytułowej pomocy domowej (Krystyna Janda), która z humorem organizuje towarzystwo.

Żona myśli, że kochanek jest gwarantem nowych doznań, mąż odmładza się mało bystrą, młodocianą kochanką, której obiecuje złote góry. Jednak nie tylko małżeńska para chce czerpać z owych znajomości profity. Kochankowie wcale nie są tacy bezinteresowni, również czają się na należny im kawałek tortu – spełnienie łóżkowych fantazji czy dostatniego życia. Próba psychologizacji tych relacji, szukania w nich głębi, sprawiłaby, że całe przedstawienie ległoby w gruzach. A tak? Scena zmienia się w szaleńczy maraton od pokoju do pokoju, od butelki whisky do butelki rumu (granie „pijanego” w tym wypadku nie jest żałosne, a to według mnie ogromny sukces), od fantazji do realnego świata. I ostatecznie wszystko się zgadza – nieraz to, co wydaje nam się nudne, jest czymś najlepszym, co mogło nam się przytrafić. Nieraz osoba, która „już nam nie pasuje”, pomimo przywar okazuje się być tą jedyną i na zawsze. I chociaż byśmy ją zmienili na nowszy model, to pewne przyzwyczajenia i sytuacje wciąż będziemy powielać – tak robi Norbert, który przekłada lubiane przez żonę pieszczoty na kochankę i tak robi Ola, która w kochanku szuka swojego męża i proponuje mu znane jej z małżeńskiego łoża zachcianki.

Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie obsada. Luźna treść nie oznacza bowiem poluzowania formy. Wszyscy aktorzy wyznaczyli sobie zadanie – przynajmniej w moim odczuciu – aby nie przegiąć, nie przesadzić, trzymać się granicy dobrego smaku. Ta konsekwencja uzupełniona została fenomenalną kondycją (Krystyna Janda biegająca w nocnych klapkach na szpileczce!), dynamiką i dbałością o język. Nie pozwala to „Pomocy domowej” wyhamować, a widzowi uciec w świat swoich rozmyślań i problemów. Dlatego doszukiwanie się w spektaklu politycznych aluzji czy drogi ucieczki od tej szarej polskiej rzeczywistości (bo przecież my jedni żyjemy w tak trudnych i złych czasach) uważam za niepotrzebny dodatek. Warto po prostu wygodnie się rozsiąść i zupełnie niezobowiązująco się… rozluźnić.

autor tekstu: Alicja Cembrowska

26.10.2017

http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7416-pomoc-nie-tylko-domowa

 

Na kłopoty Janda

Schemat to nienowy i raczej powszechnie znany: mąż, żona, jej kochanek i jego kochanka. To już by w gruncie rzeczy wystarczyło.

Ale Marc Camoletti, francuski autor znany u nas przede wszystkim z komediowego hitu Boeing Boeing, postanowił kontynuować zabawę i dopisać do tej miłosnej układanki jeszcze jedną osobę, a mianowicie pomoc domową – może nie najlepszą w sprzątaniu, ale w zacieraniu śladów po erotycznych uciechach swoich pracodawców doprawdy niemającą sobie równych. Napisał tę rolę dla młodej aktorki, ma się rozumieć – młodszej od żony, by rywalizacja między obiema paniami dodawała farsie pikanterii. W Och-Teatrze rolę tę, wbrew warunkom metrykalnym, gra Krystyna Janda – i rozśmiesza widzów do łez.

Poznajemy ją w momencie, gdy Ola (Katarzyna Gniewkowska) i Norbert (Krzysztof Dracz), małżonkowie z wysługą lat (sobą nawzajem raczej znudzeni, ale żywo zainteresowani tym, co świat wciąż może im ofiarować), postanawiają wyjechać na weekend. Ale przecież nie razem, tylko każde w inną stronę – jedno służbowo, drugie do rodziców. Taka jest przynajmniej wersja oficjalna. Nieoficjalnie zaś żadne z nich wyjeżdżać nie zamierza – pragnie zaś pod nieobecność współmałżonka zaprosić do domu kochankę/kochanka i choć na jedną noc zapomnieć o małżeńskiej rutynie. Pech chciał, że obie pary zjawiają się w mieszkaniu niemal w tym samym momencie i już Beaty w tym głowa, by jednak nie doszło do katastrofy, a straty w ludziach były jak najmniejsze. Jakich środków użyje przemyślna pomoc domowa, by tego dokonać? I czy coś takiego w ogóle ma szansę się udać? O tym Państwu oczywiście nie opowiem, by nie psuć całej zabawy.

Farsa nie jest co prawda najbardziej poważaną ze sztuk, ale dla aktora to paradoksalnie najlepszy sprawdzian warsztatowych umiejętności. Z jednej strony, jej fabułą faktycznie rządzi melodramatyczny schemat, w którym nie ma miejsca na logikę czy pogłębioną psychologię postaci; z drugiej zaś, granie farsy wymaga od aktorów niezwykłej przytomności, precyzji, wyczucia rytmu i przestrzeni. Potrzebna jest naturalność i lekkość, a nieraz i duża sprawność fizyczna, by aktor nie złapał zadyszki w tej całej gonitwie od jednych do drugich drzwi; i aktorstwo najwyższej próby, które potrafi za pomocą skrótu i wyraźnego gestu oddać cały komizm i humor sytuacji, przemieniając tę umowność i schematyczność treści w rzecz całkiem strawną, a czasem wręcz smakowitą. Wykonawcy Pomocy domowej wywiązali się z tego zadania z nawiązką. Krzysztof Dracz w roli łasego na młode, wydatne biusty Norberta oraz Mirosław Kropielnicki jako nieco fajtłapowaty kochanek pieszczotliwie zwany Marcellem bez pudła utrafiają we właściwy ton. Nie zmienia to jednak faktu, że spektakl wyreżyserowany przez Jandę w całości należy do kobiet. Każda z nich jest właściwie odkryciem i pewnego rodzaju zaskoczeniem.

Katarzyna Gniewkowska – chociaż widownia raczej nie przywykła do oglądania jej w farsach – porusza się po tym gatunku bez najmniejszego fałszu. W jej wykonaniu zdradzana i zdradzająca Ola niemal kipi od nadmiaru pożądania, jest rozkoszna, choć bywa i grubiańska, jednak w swym erotycznym rozwibrowaniu nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. Może tylko trochę przesadził pan kostiumolog, wciskając ją w wulgarne lamparcie cętki – zwłaszcza że na deskach tej sceny zdarzało mu się tworzyć kreacje zdradzające talent w myśleniu o postaci. Podobnie niestety potraktował oślepiająco różowy kostium kochanki Norberta, Mai (zwanej Pszczółką). Ale Barbara Wypych nawet i taki kostium potrafi ożywić, budząc skojarzenia niemal z wyfiokowaną Stanisławą Celińską z Nie ma róży bez ognia. Młodziutka aktorka gra tę naiwną, często infantylną, bez wątpienia głupiutką dziewczynę rewelacyjnie, z olbrzymim wyczuciem sceny, energią młodości i talentem, aż chciałoby się tę biedną Maję przytulić i znaleźć jej faceta, który w końcu potraktowałby ją poważnie, oczywiście miał pieniądze i przede wszystkim nie był żonaty. Pierwsze skrzypce gra jednak w tym spektaklu Krystyna Janda – zupełnie na luzie, z dystansem, niemal od niechcenia, ale potrafi przywalić z grubej rury, być zabawnie bezczelna i nade wszystko szalenie sympatyczna. Zaradność Beaty dzieje się jakby mimochodem, bez wysiłku, rodzi się z zaskakującej mieszanki rumu, niesubordynacji, pragmatyczności (zwłaszcza przeliczanej na gotówkę) i gołębiego serca. I chyba rzeczywistej sympatii do trochę pogubionych, ale w uroczy sposób poczciwych pracodawców.

Farsa to jednak nie tylko humor sytuacyjny, ale i humor słowny, którego wysoki poziom sztuka Camolettiego zawdzięcza w olbrzymiej mierze świetnemu tłumaczeniu. Bartosz Wierzbięta, autor między innymi polskiej wersji listy dialogowej Shreka, a także przekładu granej w Teatrze Polonia sztuki Klaps! 50 twarzy Greya, postanowił rzecz tę nieco uwspółcześnić oraz dostosować (ale nienachalnie!) do polskich realiów (w moim prywatnym rankingu zdecydowanie wygrywa bon mot z kuszetką).

W jednym z wywiadów Janda przyznała, że w całym tym przedsięwzięciu chodziło wyłącznie o podarowanie widzom chwili wytchnienia i powodu do szczerego uśmiechu, tak pożądanego podczas jesiennych, ponurych dni. Założenie to zostało zrealizowane, a co więcej powstał spektakl nadzwyczaj kunsztownie wypełniający gatunkowe ramy. Ekstraklasa.

Ewa Uniejewska

03-11-2017

http://teatralny.pl/recenzje/na-klopoty-janda,2129.html

 

POLIAMORIA OCZAMI KRYSTYNY JANDY

10/09/17

 POMOC DOMOWAOch-Teatr Warszawa Reżyseria: Krystyna JandaObsada: Mirosław KropielnickiBarbara WypychKatarzyna GniewkowskaKrzysztof DraczKrystyna JandaMałgorzata KocikPremiera: 09/09/2017Najbliższy spektakl: 29/12

Marc Camoletti napisał „La bonne Anna” w 1958 roku i wystawił jako swoje pierwsze przedstawienie w Théâtre des Capucines, gdzie było grane 1300 razy. Niewiarygodne, ale to właśnie ta sztuka wprowadziła styl zwany „teatrem de Boulevard”, który później z powodzeniem wszedł na sceny polskie. Premiera odbyła się dopiero 4 grudnia 1971 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Obecnie ma on w swoim repertuarze tę farsę, ale w nowym tłumaczeniu, dostosowanym do obecnych czasów przez Bartosza Wierzbiętę, specjalizującego się we współczesnych adaptacjach lingwistycznych dialogów filmowych. Do podboju polskich scen (dzieło francuskiego dramaturga możemy obejrzeć także w Krakowie, Wrocławiu) postanowiła przyłożyć swoją rękę Krystyna Janda – jako reżyserka. Chwała jej za to, bo to przypomnienie wielkiej kreacji Ireny Kwiatkowskiej, która grała Annę w 1972 roku w Teatrze Syrena, gdzie wystawiono ją pod tytułem „Perła”. Ponadto Janda sama zagrała komediową rolę Beaty, czyli tytułowej pomocy domowej.

Do obsady zaprosiła znanych sobie doskonale kolegów i koleżanki, z którymi dobrze czuje się na scenie. Czasami ta wspólna zabawa zamieniała się w wyjście z roli, bo wielka aktorka potrafi swobodnie szarżować słownictwem i grą, a nawet kostiumem. Widownia to wszystko kupuje i śmieje się do rozpuku.

Tymczasem sam początek nie zapowiadał takiej zabawy. Stereotypowe dialogi między służącą i państwem nie brzmiały zrazu śmiesznie i bardzo przypominały inne przedstawienia tego typu grane w teatrach rozrywkowych. Nie jest to może przygana, ale raczej wydawało się, że to wszystko już gdzieś oglądaliśmy. Sztywny pan domu w wykonaniu Krzysztofa Dracza, przypominająca ubiorem tuzin znanych polskich celebrytek Katarzyna Gniewkowska i służąca (Krystyna Janda), pyskata, narzucająca się i pociągająca po cichu alkohol, nie wywołali euforii do momentu, dopóki na scenie nie pojawił się Mirosław Kropielnicki w roli eleganckiego, choć wystraszonego kochanka pani domu.

Od tego momentu mamy do czynienia z zabawną interpretacją poliamorycznego związku, czyli fascynacją kimś, kto nie jest zagrożeniem dla relacji małżeńskich. Pomoc domowa dobrodusznie pozwala się państwu wyszumieć, choć do prawdziwej zdrady zapewne nie dojdzie. Dzięki jej błyskawicznej reakcji na sytuację kryzysową, małżeństwo znów daje poczucie stabilności i przetrwa następne dwadzieścia lat. Druga część przedstawienia jest grana w oparach znikającego alkoholu, ale aktorzy potrafili wyjść z tej koszmarnej sytuacji z elegancją i taktem.

Krzysztof Dracz, zafascynowany ponętnymi kształtami ślicznej Barbary Wypych, potrafił stworzyć kreację rozbuchanego samca. Ostatecznie to jego rola pokazała, że tak naprawdę poliamoryczna osoba chce mieć tylko jedną stałą partnerkę. Barbara Wypych bardzo przypominała swoją grą niejaką Mariolkę z kabaretu Paranienormalni, ale być może takie teraz są dziewczyny, które za wszelką cenę chcą wyjść za mąż, a tymczasem na swojej drodze spotykają tylko żonatych mężczyzn. Niemniej zagrała wiarygodnie i co najważniejsze – stworzyła żywą, śmieszną postać, a nie lalkę Barbie.

Sama Krystyna Janda momentami z trudem radzi sobie w damsko-męskim galimatiasie i choć w końcu uda się jej nad nim zapanować, to cały czas przeszkadza jej widownia, która od połowy przedstawienia śmieje się bez przerwy. Aktorka stworzyła postać cwanej służącej, która w tym domu czuje się dobrze i choć nie potrafi zapanować nad swoją chciwością i pociągiem do drinków, to przede wszystkim dba o to, aby małżeństwo chlebodawców przetrwało, choć wcale nie musi się ono opierać na wyłączności seksualnej, bo pan to przecież dla niej bardzo atrakcyjny mężczyzna.

Podczas oglądania spektaklu na pewno wiele osób na widowni zadawało sobie pytanie o własne związki i to jest wartość dodatkowa tego przedstawienia. Ze względu na obsadę ma ono zagwarantowane setki prezentacji, ale poza humorem wnosi ono w nasze szybkie życie wiele pytań dotyczących nas samych i na takie przemyślenia warto wybrać się do Och-Teatru.

autor tekstu: Wojciech Giczkowski

http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7225-poliamoria-oczami-krystyny-jandy

 

“Pomoc Domowa” Jandy w Och Teatrze. Opatrunek na wszelkie ludzkie bolączki

Czasy nastały niełatwe, a potrzeba oderwania się od mętnej, gryzącej codzienności, urosła w nas do kolosalnych rozmiarów. Coraz większa część społeczeństwa rozpaczliwie szuka chociażby chwilowej ucieczki od codzienności, a co za tym idzie, daje niezłego nura w ocean sztuki. Tylko ona potrafi nas zresetować, a jeśli chodzi o doskonały rozweselacz, dobra farsa zawsze sprosta zadaniu. Stęsknieni śmiechu i beztroskiej uciechy, mamy serca, jak śpiewała Nosowska pojemne jak przedwojenna wanna i pragnienie by je wypełnić. Oto zjawia się sztuka Marca Camolettiego pt. Pomoc Domowa, przeniesiona przez Bartosza Wierzbiętę do naszych polskich realiów, do naszego polskiego światka, która te serca wypełnia ot tak. Na pstryk. Pomoc Domowa w Och Teatrze nadeszła niczym wyczekiwane przez dzieci prezenty pod choinką, niczym wody dzban dla usychającego kwiatka, niczym uścisk dla posmutniałego człowieka. Farsa Camolettiego zjawiła się w ostatniej chwili i, jak się okazało po kilkunastu spektaklach, zadziałała jak plaster na rozżalone, smętne dusze. Nadeszła i wszystkim nam, jak to się teraz mówi zrobiła dobrze. Utuliła, przyniosła zapomnienie, a co najważniejsze, odkręciła kraniki z najszczerszymi łzami śmiechu.

Mająca doświadczenie w reżyserowaniu fars tj. Mayday, Krystyna Janda, podjęła się reżyserowania Pomocy Domowej, przy jednoczesnym graniu roli tytułowej. Jej postać, w oryginale Anna, przez Wierzbiętę nazwana została po prostu Beatą. Oprócz Jandy, na scenie widzimy: Katarzynę Gniewkowską (Ola), Krzysztofa Dracza (Norbert – Guciu), Mirosława Kropielnickiego (Marek – Marczello) oraz (w dublurze) Małgorzatę Kocik/Barbarę Wypych (Maja – Pszczółka).

Historia prezentowana w Pomocy Domowej, to forma znana, pewniak jeśli chodzi o odpowiednią dawkę śmiechu. Mąż i żona, ich kochankowie i pani zajmująca się domem. W pierwszej kolejności poznajemy mianowniki tej opowieści: eleganckiego pana domu, męża – Gucia i jego żonę Olę, spowitą w wyzywający komplet w panterkę. Na dokładkę, mamy kochankę Gucia – sepleniącą, infantylną Pszczółkę oraz kochanka Oli, Marka – Marczello, który dla swojej kochanki jest w stanie znieść wiele i wiele dla niej zrobić. Najjaśniejszą postacią w tym zestawie jest jednak nie stroniącą od luksusowych alkoholi i szybko spływającej gotówki (wspomniana wyżej) Beata. Bezczelna ale błyskotliwa Pomoc Domowa, której złotą sentencją są: – Warto rozmawiać, a odwdzięczać się należy wyłącznie – W gotówce.

Jedna noc, małżeństwo, ich kochankowie i pomoc domowa, która znanymi tylko sobie sposobami,, ciętymi ripostami, dogląda romansów swoich pracodawców, dokładając starań aby nie wyszły one na jaw. Próbuje ukryć przed zdradzającymi, że są jednocześnie zdradzani. Okazuje się, że ma nadzwyczajną umiejętność logistycznego umieszczania par w sypialniach, a wymyślanie absurdalnych wymówek to jej specjalność, zresztą tak samo, jak dyskrecja.

Większość recenzji skupia się na postaci Krystyny Jandy – Beacie. Trudno się dziwić ale faktycznie jej postać jest w tej sztuce najbarwniejsza, wyrazista, prześmieszna i nadzwyczajnie błyskotliwa. Choć momentami Janda zbyt mocno wdzięczy się do publiczności i stara się ją za wszelką cenę zdobyć (przyznaję, jest urocza) jako Beata na rauszu wypada znakomicie. Nie byłoby jednak cudnej Beaty, gdyby nie pozostali bohaterowie. Wspaniali Dracz i Kropielnicki, głupiutka ale przekonywujące Kocik/Wypych i Gniewkowska, która w roli zdradzającej i zdradzanej Oli nie ma w sobie równych.

Przez 120 minut sztuki, widzowie przyglądają się piątce aktorów, którzy w tempie malutkich samochodzików przemierzają 12 metrową scenę, w tę i z powrotem. Momentami tracimy kontrolę nad własną głową, która odskakuje raz w jedną, raz w drugą stronę. Czy potrzebnie? Zdania są podzielone. Mnie to nie przeszkadza, a nawet wprowadzona przez Jandę dynamika mnie porywa, zaś moi towarzysze każdorazowo są zmęczeni tym, jak podkreślają sztucznie wygenerowanym pędem. Co kto lubi. 

Pomoc Domowa cieszy się gigantyczną popularnością, pytanie tylko czy sukces tkwi w wysokim poziomie gry aktorów czy najpierwotniejszej potrzebie śmiechu? Ja oglądałam sztukę dwukrotnie i przyznaję, że na pewno wybiorę się jeszcze nie raz. Śmiechu nigdy dość!

Od dziś w Ochu zaczyna się maraton z Pomocą. Grają od dziś do Sylwestra (28.12-31.12). Potem wracają już 2 stycznia 2018 roku i grają do 5 stycznia. Zapinać pasy! 

Tekst: Milena Fringee

28.12.2017

Ilustracja: Milena Fringee

Samowystarczalnym trzeba być 🙂

https://milenafringee.blogspot.com/2017/12/pomoc-domowa-jako-opatrunek-na-wszelkie.html

 

CZYSTY MECHANIZM ŚMIECHOTWÓRCZY

 POMOC DOMOWAOch-Teatr Warszawa Reżyseria: Krystyna JandaObsada: Mirosław KropielnickiBarbara WypychKatarzyna GniewkowskaKrzysztof DraczKrystyna JandaMałgorzata KocikPremiera: 09/09/2017Najbliższy spektakl: 23/01

„Pomoc domowa”, zabawna sztuka teatralna, jedna z ciekawszych komedii sytuacyjnych autorstwa Marca Camolettiego, wytrawnego znawcy tego niedocenianego w naszym kraju gatunku dramatycznego, pojawiła się niedawno w repertuarze warszawskiego Och-Teatru. W Polsce farsa niesłusznie traktowana bywa po macoszemu, niczym mało ambitny teatr dla gawiedzi. Dlatego warto docenić wspomniany teatr za popularyzację tego gatunku, co chwalą wierni widzowie, zapełniając wszystkie miejsca i chętnie oklaskując aktorów w brawurowo granych rolach. Jako dramaturg Camoletti debiutował w 1958 utworem „La bonne Anna” w paryskim Théâtre des Capucines, a polska premiera sztuki, której nadano tytuł „Perła”, odbyła się dopiero w 1971. Nowa adaptacja, świetne tłumaczenie autorstwa Bartosza Wierzbięty oraz nowy tytuł pozwoliły odświeżyć tekst farsy, dzięki czemu z sukcesem powróciła ona na sceny polskich teatrów. Sztuka autora przeboju „Boeing, boeing” zainspirowała również Krystynę Jandę, która postanowiła podarować warszawskiej publiczności kolejny zabawny, smakowity spektakl – „Pomoc domową”, czystą rozrywkę w znakomitym stylu.

Treść utworu nie jest wyszukana czy szczególnie zaskakująca, ale przecież nie o oto chodzi w farsie. Typowe, schematyczne konfiguracje i anegdoty, kontrastujące z szybkością wydarzeń; karykaturalne, zazwyczaj stereotypowe postaci, pełne słabostek i ludzkich wad, śmieszą za każdym razem. W „Pomocy domowej” jest podobnie. Niewierny mąż (Krzysztof Dracz), zwany Guciem, równie przewrotna żona Ola (Katarzyna Gniewkowska), znudzeni sobą i codziennością, szukają wygasłej namiętności i ucieczki od rutyny w ramionach kochanków. Akcja reżyserowanego przez Krystynę Jandę spektaklu dzieje się w ciągu jednej nocy, w jednym, acz dość obszernym, bogato wyposażonym mieszkaniu. Właściciele udają się w podróż, każde w inną stronę, wysyłając równocześnie na urlop gospodynię domową Beatę (Krystyna Janda). Oczywiście to tylko pozory, element zakłamanej intrygi. Ola planuje, że spotka się w pustym mieszkaniu z Markiem, pieszczotliwie zwanym Marcellem (Mirosław Kropielnicki). Na podobny pomysł wpada Norbert i zaprasza do siebie młodziutką, naiwną Maję, czyli Pszczółkę (Małgorzata Kocik). I żadne z nich nie chce, by współmałżonek dowiedział się o zdradzie. Z kolei Beata również postanawia zostać w domu, a pieniądze otrzymane na sfinansowanie podróży chce zachować. Wszyscy powracają do mieszkania, które zaczyna przypominać tykającą bombę zegarową. Pod jednym dachem, tuż za ścianą, mąż zdradza żonę, a żona romansuje z kochankiem. Od czasu do czasu do obszernego salonu wbiega któryś z uczestników tej przewrotnej gry, niemalże mijając się z osobą, której przecież nie powinien spotkać. Jedyną istotą świadomą stopnia zagrożenia jest Beata, która jak dyrygent kieruje całą orkiestrą, nadając ton i rytm wydarzeniom, a przy okazji nie zaniedbując własnego portfela. Aby ułatwić sobie zadanie, nieustannie napełnia szklaneczkę alkoholowym trunkiem.

Farsa lubi lekkość, tempo i gwałtowne zwroty akcji. W pierwszej części „Pomocy domowej” trochę go brakuje, napięcie powoli spada, ciąg zawikłanych sytuacji traci szybkość. Całe szczęście zgrabny tekst i dowcipne, intrygujące kwestie, które wyszły spod pióra Marca Camolettiego i które Bartosz Wierzbięta umiejętnie przystosował do naszych, polskich warunków wynagradzają niedostatki. W drugiej części akcja przyspiesza i powraca właściwa dynamika wydarzeń. Pani reżyser, z charakterystycznym dla siebie wyczuciem oraz biegli w technice aktorskiej artyści zadbali o to, by na scenie zachować właściwe proporcje między komizmem sytuacyjnym, ruchem na scenie, a błyskotliwymi, ciętymi dialogami. Energia aktorów, która jest potrzebna do utrzymania tempa, musi być ogromna, jednak widz nie powinien tego odczuć. W spektaklu pierwsze skrzypce gra Krystyna Janda, dając prawdziwy popis komediowych technik. Jej Beata jest jedyna w swoim rodzaju: zabawna, urocza, irytująca, przewidująca i sprytna – wszystkiego po trochu. Choć w oryginale rolę pomocy domowej przeznaczył Camoletti dla znacznie młodszej aktorki, w Och-Teatrze nie chcielibyśmy widzieć nikogo innego, zamiast niesamowitej Beaty-Krystyny. Beata pije, odcina się wszystkim bohaterom trafną ripostą, gada bez ustanku i… ratuje sytuacje „bez wyjścia”, przy okazji dbając o własny interes. Podziwiam aktorską sprawność, dyscyplinę oraz „wewnętrzny uśmiech” Krystyny Jandy. Bohaterka, ze szklaneczką rumu w dłoni, chwiejąc się na nogach i chrypnąc coraz bardziej (alkohol nie sprzyja krtani i głosowi), zdaje się panować nad całością. Wierzę, że niełatwo wiarygodnie zagrać osobę pod wpływem upojenia alkoholowego, ale Janda czyni to znakomicie. Pozostali aktorzy, w charakterystycznych, typowych dla tego komediowego gatunku rolach, równie swobodnie radzą sobie z konwencją, w granicach której się poruszają. Katarzyna Gniewkowska jako Ola, ubrana w trochę kiczowaty kostium, gra lekko, pozornie bez wysiłku, choć daje z siebie wszystko. Trochę szarżuje, gdy uwodzi, jednak jest w swej grze po prostu przepyszna, nieco perwersyjna, w koniecznych momentach zadziorna lub wręcz drapieżna. Obok niej nieporadny kochanek Marcello dwoi się i troi, by zadowolić wymagającą Olę. Nie trudno zauważyć, że Mirosław Kropielnicki doskonale czuje się w komediowym repertuarze, nie po raz pierwszy zresztą. Jego wielce zabawna kreacja ma w sobie dużą dozę męskiego wdzięku, przysługującego nawet groteskowym fajtłapom (takim jak Marek), wyposażonym przez naturę w liczne przywary. Krzysztof Dracz jako Norbert albo – jak chce jego kochanka – Gucio, potrafi wydobyć ze stereotypowej postaci nowe, prześmieszne rysy. I jak on kłamie, jak słowem czaruje, knując swoją „romantyczną” intrygę. Wielokrotnie podziwiałam tego aktora w teatrze i wysoce cenię sobie jego sceniczne kreacje, w zróżnicowanym repertuarze, nie tylko komediowym. Tym razem również nie zawodzi. Podstarzały uwodziciel z apetytem na wdzięki młodych, naiwnych dziewcząt, obowiązkowo obdarzonych wydatnym biustem, niczym doświadczony błazen potrafi być na przemian komiczny i poważny. Jego słowne utarczki z Beatą są przepyszne (uczta dla ucha!). Jest jeszcze głupi kociak, polujący na pana z zasobnym portfelem i ustabilizowaną pozycją życiową. Może być w średnim albo nawet więcej niż w średnim wieku. Tacy bywają pewniejsi. Małgorzata Kocik w roli słodkiego Głuptaska potrafi i zaskoczyć, i rozczulić. A robi to z niekłamanym wdziękiem. Aż trudno nie polubić tej naiwnej Mai, panny na wydaniu o miękkim sercu, spragnionej prawdziwego uczucia tak samo łapczywie, jak… pieniędzy.

Scenografia spektaklu jest przemyślana, gustownie oszczędna i – co ważne – przystosowana do nietypowej przestrzeni Och-Teatru (publiczność zasiada po dwóch stronach sceny); kostiumy ładne, choć nieco krzykliwe, cieszą oko i pomagają budować klimat prezentowanej farsy.

Wyobrażam sobie, jak Krystyna Janda wraz z całym zespołem uśmiecha się do widza i mrużąc oko przekonuje, że warto czasem zaufać farsie, która nie ma ambicji bycia ponadczasową sztuką, z głęboką analizą psychologii postaci. Woli pozostać mechanizmem śmiechotwórczym, przynosząc chwilę radosnego odprężenia i oderwania od problemów codzienności.

autor tekstu: Anna Czajkowska

http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7724-czysty-mechanizm-smiechotworczy

POZAMIATANE

Sobota, 6 stycznia 2018

Choć przejmujące dramaty zajmują w moim sercu szczególne miejsce, bardzo lubię obejrzeć też czasem dobrą farsę. Zwłaszcza, gdy doprawiona jest błyskotliwymi dialogami i mnóstwem absurdalnych sytuacji, a jej akcja pędzi w zastraszająco szybkim tempie. A gdy jeszcze reżyseruje i gra wspaniała Krystyna Janda, spektakl taki wygrywa u mnie z największymi dramatami tego świata.

Nie da się zaprzeczyć, że spośród wszystkich gatunków scenicznych, widzowie najbardziej chyba kochają farsy. Lubimy osłodzić sobie szarą rzeczywistość tryskającą humorem komedią, w której pośmiać się możemy z porażek i omyłek innych. Farsy na tle innych humorystycznych sztuk cechują się niesłychaną ilością groteskowych sytuacji. Właściwie, nie będzie przesadą stwierdzenie, że na grotesce farsa stoi i to właśnie największy jej atut.

Śmiechu nigdy dość, a w dobrej, błyskotliwie napisanej farsie śmiać się można niemal bez przerwy. Sztuki takie traktują najczęściej o wszelkich słabościach gatunku ludzkiego – o chciwości, próżności, małostkowości, pożądaniu i zdradach. Cechy, które nieobce są naszej codzienności, w farsie zostają znacznie przejaskrawione, co skutecznie podsyca komizm sytuacyjny. Choć nie znalazłam żadnych badań naukowych na ten temat, przypuszczam, że farsy zdecydowanie poprawiają nasze samopoczucie – miło jest się śmiać z porażek innych, z nieustających nieporozumień, które sprawiają, że życie bohaterów staje na głowie. Nierzadko zdarza się też, że w tak absurdalnych scenach możemy dostrzec siebie i swoje życie. I tu pojawia się kolejna wielka zaleta farsy – znieczula ona nasze osobiste bóle, umniejsza rozterki i uczy nas śmiać się z samych siebie.

„Pomoc domowa” (w oryginale „La Bonne Anna”), sztuka napisana przez Marca Camolettiego, to absolutna klasyka gatunku i zarazem jedno z najsłynniejszych dzieł tego francuskiego dramatopisarza (inne utwory Camolettiego to m.in, „Happy birthday”, „Le bluffeur” i słynny „Boeing Boeing”). Farsa ta na jesieni minionego roku trafiła wreszcie na deski Och-Teatru. Janda dała widzom to, co kochają najbardziej – przerysowane do przesady, niebotycznie śmieszne postacie, obraz małżeństwa pokazany w krzywym zwierciadle, przezabawne dialogi i fantastycznych aktorów, którzy doskonale wcielili się w role swoich bohaterów. Wśród nich brylowała na scenie sama reżyserka, bawiąc i zachwycając widzów tytułową rolą.

Jak cudownie byłoby mieć obok siebie taką Beatę (Krystyna Janda) – wierną powierniczkę, opokę, przyjaciółkę i pomoc domową, której sprzątanie cudzych problemów wychodzi z pewnością lepiej, niż odkurzanie podłogi. Przymknijmy oko na jej wścibstwo, gadulstwo i słabość do alkoholu – czym są te drobne grzeszki bohaterki, w zestawieniu z niezliczoną ilością zasług, jakie ma ona na swoim koncie? Strach pomyśleć, jak potoczyłyby się losy bohaterów sztuki, gdyby nie jej niezawodna czujność i trzeźwość umysłu, której nie zmąciła nawet butelka whiskey. Ciężka to praca, czuwać nad tym, aby mąż (Krzysztof Dracz) zabawiający się z młodszą od siebie, głupiutką kochanką (Barbara Wypych), nie wpadł przypadkiem na zdradzającą go żonę (Katarzyna Gniewkowska), która pocieszenia szuka w ramionach pewnego podstarzałego kawalera (Mirosław Kropielnicki). Dodać trzeba, że cała ta szopka ma miejsce w dwóch osobnych sypialniach tego samego mieszkania! Beata ma pełne ręce roboty, ukrywając przed sobą niewiernych małżonków i posiłkując się przy tym szeregiem zabawnych kłamstw….

„Pomoc domowa” Camolettiego bardzo przypomina mi „Upadłe anioły” – równie doskonałą farsę autorstwa Noela Cowarda, którą zobaczyć można także na scenie Oh-Teatru (recenzja tutaj). Oba utwory łączy motyw zdrady, która zrekompensować ma bohaterom nudę i stagnację w ich życiu małżeńskim. W obu utworach znaczącą rolę odgrywa służąca, która ma ogromy wpływ na bieg zdarzeń w sztuce. Nie da się jednak zaprzeczyć, że pomoc domowa ze sztuki Cowarda sieje zamęt i generuje problemy, podczas gdy poczciwa Beata z utworu Camolettiego jawi się w oczach widzów niczym superbohaterka, która dbając o dobro swych pracodawców, nie zaniedbuje także własnych interesów.

Choć na scenie zobaczyć można pięć wspaniałych nazwisk, trudno nie zauważyć, że to Krystyna Janda jest wśród nich numerem jeden. Artystka zagrała swą postać tak fenomenalnie, że siłą skradła show i przyćmiła pozostałych aktorów. Nie zmienia to jednak faktu, że cała obsada zasługuje na gromkie brawa, bo wszyscy wykreowali niesamowicie wyraziste, osobliwe postacie. Zaskoczyła mnie szczególnie Katarzyna Gniewkowska, która w spektaklu wciela się w drapieżną, pewną siebie i odrobinę wyuzdaną żonę, lubującą się w lamparcich wzorach i pełnych pikanterii grach łóżkowych. Moje serce zdobyła także urocza Barbara Wypych – w roli Mai, głupiutkiej kochanki Norberta, aktorka odnalazła się doskonale.

Niezwykle trudno dziś o naprawdę dobrą farsę, gdzie dialogi nie przytłaczają widzów ciężkim dowcipem, akcja płynie wartkim strumieniem, a żarty wywołują szczery, niewymuszony śmiech. Scena Och-Teatru pokazuje, że da się te wszystkie powyższe składniki połączyć w całość i stworzyć spektakl lekki i zabawny, ale także refleksyjny i pouczający. „Pomoc domowa” w reżyserii Krystyny Jandy jest tego żywym przykładem. Każdy, kto odnosi wrażenie, że farsa to gatunek wymarły, powinien jak najszybciej udać się do Och-Teatru. Scena Jandy na warszawskiej Ochocie kolejny raz zmierzyła się z tym wymagającym gatunkiem i znów udowodniła, że robi to dobrze.

Rude Rude Girl – blog lifestylowy
https://agnieszkamalgorzata.blogspot.com/2018/01/pozamiatane.html?m=1

OKIEM OBSERWATORA
„Pomoc domowa” Marc Camoletti – reż. Krystyna Janda
Och-Teatr – 27 lipca 2018 r.

Mam nadzieję, że pamiętają Państwo ze szkoły postać Papkina? Oczywiście zwracam się do troszkę starszych pokoleń, a maturzyści ostatnich lat mogą popytać rodziców i dziadków, o kogo chodzi! Taki żarcik, chociaż nie do końca wesoły i nie prawdziwy!

Ale skąd się tu pojawił Papkin? Mógłby to być np. Rzędzian, czy Merkucjo. Takich postaci jak oni jest w literaturze dziesiątki i setki. To są służący, przyjaciele, pomoce domowe, kamerdynerzy, garderobiani [ genialne role filmowe Antoniego Hopkinsa ] itd. Wszyscy oni są jakby w cieniu „państwa” i pełnią w stosunku do nich rolę służebną. Ale to tylko pozory, bo tak naprawdę to oni w pewnym sensie są kreatorami akcji książki, filmu, sztuki teatralnej.
Pomoc domowa, nazywana jest również „służbą”, „gosposią” lub „osobą sprzątającą” i pojawia się w bardzo wielu komediach zarówno na ekranach kin, jak i deskach teatralnych.
I tak właśnie jest w „Pomocy domowej” Marca Camoletti w reż. Krystyny Jandy, w Och-Teatrze.
Jest mąż – [Krzysztof Dracz]; jest żona – [Katarzyna Gniewkowska]; są, jak to w życiu bywa, a komediach damsko męskich jest prawie zawsze: ta trzecia – [Barbara Wypych] i ten trzeci – [Mirosław Kropielnicki]. Ale przede wszystkim jest tytułowa pomoc domowa, czyli Krystyna Janda! Jeżeli Państwo nie widzieli jej jeszcze w tej sztuce, to niech Państwo żałują! Bo Janda, nie gra „Jandą”, od pierwszego pojawienia się na scenie jest KOMPLETNIE inna od samej siebie!
Tak! Wiem! Taka rola! Ale Janda jest artystką mającą na swym koncie setki ról kinowych i teatralnych, a w „Pomocy domowej” poznajemy jej zupełnie nowe emploi. W każdym geście, słowie, czy mimice absolutny luz i nie zbyt kamuflowana kpina z „państwa”. Ale nie kpina złośliwa, tylko życzliwa. To mąż i żona, a później ci „trzeci” są poważni i na serio. A pomoc domowa, nawet gdy jeszcze nic się dzieje i akcja nie zapętla się w sposób surrealistyczny jest wyluzowana. I to jak! Ostro traktuje zarówno „pana”, jak i „panią”, celnie punktując ich przywary i śmiesznostki. A w miarę spożywania alkoholu, następuje turbodoładowanie komizmu.
W tym miejscu trzeba pochwalić również (w kolejności pojawienia się na scenie) Krzysztofa Dracza [mąż] i Katarzynę Gniewkowską [żona], Barbarę Wypych [Maja – Pszczółka] i Mirosława Kropielnickiego [Marek – Marcello]. Ponieważ akcja rozgrywa się wieczorem i w nocy, a od pewnego momentu wszyscy zaczynają ostro popijać, więc widzowie mogą obserwować skutki działania alkoholu, który na scenie, tak jak w życiu, na każdą z postaci działa inaczej. Dla mnie mistrzostwo świata osiągają Janda i Kropielnicki, co nie oznacza, że pozostałym można coś zarzucić! Nie! Wprost przeciwnie, ale mnie w „upojeniu” wymieniona dwójka podoba się najbardziej.
Dwie godziny spędzone w Och-Teatrze dają możliwość pełnego zrelaksowania się i wyśmiania do woli. Nic dziwnego, że całkiem spora widownia Och-Teatru zapełniona była do ostatniego miejsca, w czasie spektaklu publiczność reagowała bardzo żywiołowo, a na zakończenie nagrodziła aktorów długotrwałą „standing ovation”.
Wyreżyserować i zagrać dobrą komedie, to jest duża sztuka! Ogromne brawa dla całej piątki aktorów i dla Bartosza Wierzbięty, który znakomicie przełożył tekst dostosowując go do naszych współczesnych realiów.
TEKST: KRZYSZTOF STOPCZYK
http://kulturalnie.waw.pl/artykuly/2681/okiem–obserwatora–pomoc-domowa-marc-camoletti-%E2%80%93-rez.-krystyna-janda.html

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.