13
Czerwiec
1991
00:06

Szpilki, nr 24 z 13.06.1991, Felieton

zobacz zdjęcie

Podstemplowane futro

 

 

 

Szanowni Państwo!

Zaczęło się już samolocie. Nie, nieprawda, jeszcze banku, gdzie oboje wstydziliśmy się podjąć po 400 dolarów z własnych rachunków, na wyjazd, w momencie, kiedy tłum obok, kłębił się, błagał i kombinował jak wycofać, choć 100 z zablokowanych kont.

Połowa stycznia 1982 roku, stan wojenny trwał trzy tygodnie, a my oboje dowiedzieliśmy się, od urzędników z Filmu Polskiego, którzy podpisali nasze kontrakty, że musimy jechać do Francji. Inni marzyli, żeby się jakoś wydostać, pracownicy ambasad i ich rodziny czekali na pierwsze wolne miejsca w samolotach, w nielicznych startujących z Warszawskiego lotniska samolotach, a my oboje upokorzeni otrzymaniem paszportów, musieliśmy lecieć.

On, Daniel (Olbrychski), bo następnego dnia zaczynał film z Loseyem ( nie wiem jak się udało tamtej produkcji wyciągnąć go z Polski). Ja, żeby uczestniczyć w kampanii reklamowej mojego ostatniego filmu ( opowieść producenta, jak mnie wydobywał, jak udało mu się mnie „wywieźć” uwolnioną dzięki groźbom słanym faxami, telexami via agencja TASS i zapewnienia że nigdy by mu się nie udało gdyby wcześniej nie musiał się sam wydostawać w 68 z Pragi, opowieść stała się potem na długie lata jego numerem popisowym na różnych przyjęciach i bankietach, wysłuchiwałam tego wielokrotnie choć dla mnie było to mniej zabawne)

W każdym razie – lecimy z Danielem. Wszyscy nam zazdroszczą a my wstydzimy się jak cholera jasna!!!

Na lotnisku, lekka rehabilitacja, rewizje osobiste. Daniela rozbierają do naga, zaglądają mu we wszystkie miejsca, łącznie z obcasami u butów. Mnie na szczęście rewidują, ale zostawiają ubraną, podstemplowują tylko moje futro na podszewce w kilku miejscach, żebym „nie zapomniała go przywieźć z powrotem”, jak mówią.( to podstemplowane futro dzisiaj bawi wszystkich w Polsce i za granicą, nawet samych celników). W sali odlotów tylko małe dzieci z mamami, starcy i kaleki, w bagażach ich psy, koty, ptaki w  klatkach, ewakuujące się rodziny ambasad. Jakiś ciemnoskóry ambasador, ktoś ważny w każdy razie, opatulony w szale, wyraźnie chory, z temperaturą, zażywa potworną ilość leków, siada koło Daniela i mnie w samolocie i natychmiast zasypia.

Czekamy długo na odlot, chyba z godzinę, już na miejscach. Po jakimś czasie nasz siasiad budzi się i pyta gdzie jesteśmy, Daniel odpowiada, że wciąż w Warszawie, on znów zasypia.

Startujemy. Nerwowa atmosfera – dzieci płaczą, mamy je uspakajają, ja lecę tyko na trzy dni, ale Daniel na dwa miesiące, nie najlepiej się czujemy zostawiając nasze rodziny na miejscu.

Wreszcie start. Sąsiad na chwile budzi się, konstatuje, że jesteśmy w powietrzu i znów wyraźnie spokojniejszy i zadowolony, zasypia. Po 40 minutach mówią nam że musimy zawrócić, bo Czesi nie chcą nas wpuścić nad swoje terytorium, coś tam podobno nie działa w naszym samolocie, ale dotychczas bez tego czegoś wpuszczali, no jednym słowem złośliwość….. wracamy.

Lądujemy w Warszawie. Sąsiad się budzi, pyta gdzie jesteśmy, Daniel odpowiada, że w Warszawie. Ten obudzony, chory, nieszczęśliwy, zaczyna biegać po lotnisku, coś opowiadać, wymachuje rękoma, potem zażywa znowu garść leków. Siada.

Zmiana samolotu. Startujemy. Sąsiad znów koło nas, zasypia.

Po półtorej godziny lotu mówią, że mamy międzylądowanie w Zurychu, i że mamy nie wysiadać, bo po chwili polecimy dalej. Sąsiad się budzi, pyta Daniela gdzie jesteśmy. Dowiaduje się, że w Zurychu, jest zdumiony, ale Daniel mówi mu, że zaraz polecimy dalej do Paryża. Ten uspokojony znów zasypia. Samolot ląduje w Zurychu. Zaczyna się dziwna bieganina załogi po samolocie, słyszymy głośny płacz stewardesy, ktoś strasznie krzyczy do telefonu w kabinie pilotów, nie rozróżniamy słów. Po godzinie ta zapłakana stewardessa zawiadamia nas że w Zurychu „zeszła z pokładu” większa część załogi, że musimy dostać nową, że teraz z tymi co zostali polecimy do Genewy, tam właśnie stoi jakiś polski samolot, może coś się da poradzić . Nasz sąsiad cały czas śpi.

Genewa. Ta sama stewardessa coraz bardziej zapłakana, prosi w dwóch językach, po polsku i po francusku, żebyśmy wysiadali, bo załoga tamtego samolotu, jak się okazało lecącego do Warszawy, też „ zeszła z pokładu  i poprosili o azyl” i teraz nie ma nas już zupełnie kto dowieźć do Paryża, ani tamtych do Polski.

Sąsiad się budzi, pyta Daniela gdzie jesteśmy. Daniel rozbawiony cala sytuacją odpowiada niewiele myśląc, że w Warszawie, bo uważa, że to będzie świetny żart, a wtedy czarnoskóry, chory dyplomata nie wytrzymuje, dostaje po prostu jakiegoś dzikiego szału, wije się, pluje, krzyczy, skręca, płacze, wrzeszczy, że musi się wreszcie wydostać z tego piekielnego kraju Polski! Polska! Polska! Polska! Ani minuty dłużej tu nie wytrzyma! Ktoś lituje się nad nim i mówi mu, że to był żart, że jest w Genewie a nie w Warszawie, starają się go uspokoić. Ten na moment nieruchomieje, nic nie rozumie, a potem rzuca się na Daniela z pięściami, zupełnie bez poczucia humoru.

Wychodzimy na Genewskie lotnisko, jest późny wieczór. Siadamy w dużej sali i wtedy okazuje się że jest ona podzielona na pół gigantyczną szybą a po drugiej stronie są tamci z samolotu który miał lecieć do Warszawy, ci co wracają do kraju na wieść o stanie wojennym. Dopadamy do szyby i z twarzami rozpłaszczonymi na tej szybie, krzyczymy odpowiadamy na pytania, opowiadamy, co w kraju. Strzelają?! Czy są zabici?! Czy dużo tych czołgów na ulicach?! Czy jest co jeść?! Czy są papierosy?! Jak to jest z godzina policyjna?! My z Danielem zauważmy wśród ludzi Wojtka Młynarskiego. On też nas dostrzega. Krzyczy: – Czy wiecie, co z Adrianną?! Co z moją rodzina?! Nie wiemy. Telefony nie działają! Co z teatrami?! – wybuchamy śmiechem. Zamknięte?! Co w środowisku?! Kto aresztowany?! Nie wiemy! Niestety nie my! Czy TO Jest straszne? Jak TO wygląda? Nie umiemy powiedzieć. Nagle tamci zza szyby rzucają się do wyjścia. Skompletowano jakoś dla nich załogę. Lecą. Obładowani papierem toaletowym, chlebem, kiełbasami biegną do samolotu, do rodzin, do Polski, do WOJNY.

My zostajemy. Przedstawiciel LOT-u mówi, że musimy przenocować tu w tej sali, może uda mu się zorganizować jakieś koce. Daniel z automatu pół nocy wydzwania do Foucet’a, jednej z najsłynniejszych restauracji paryskich, żeby zawiadomić, że nie dojedzie na uroczystość, jaką zorganizowano na jego cześć. Kiedy w końcu dodzwania się, nikogo z jego przyjaciół , ani z produkcji filmu w którym ma grać już nie ma i długo tłumaczy kelnerowi, czy portierowi, że nie doleciał , bo on jest z Polski, a tam jest stan wojenny i wszystkie załogi samolotów uciekają , wszyscy poprosili dziś o azyl, a on nie może zmienić „ przewoźnika”.

Dzięki Danielowi i jego przyjaciołom z Genewy, którzy nas zabierają z lotniska do siebie,  spędzam tej nocy jednak kilka godzin w wygodnym łóżku, Daniel opowiada cos do rana.

Następnego dnia w południe, lądujemy w Paryżu, na Orly. Czeka na nas las kamer, dziennikarze, producenci, przyjaciele. W świetle reflektorów padają pierwsze podczas tego pobytu pytania, które powinno się zadać raczej generałowi Jaruzelskiemu niż nam. Ciągle słyszę po francusku: wojna, wojna, wojna. Nie mogę się opanować, zaczynam płakać. Daniel ratuje sytuację, stara się odpowiadać, próbuje nawet żartować.

Żegnam się z Danielem. On jedzie mierzyć kostiumy, a potem na konferencję prasową, na której mówi że w ciągu ostatniej doby dwa razy był rozbierany do naga, raz przez celników na polskim lotnisku, drugi raz  przez kostiumologów dla filmu, dwa razy jego jedynym strojem był Rolex. Ja jadę skończyć postsynchrony do mojego filmu, a później na wywiad go głównego wydania dziennika telewizyjnego, ( bo tego żąda mój producent, mam to zresztą w umowie- kampania reklamowa – koszmar). W telewizji zapuchnie od płaczu na wszystkie pytania odpowiadam – nie wiem, co podobno robi piorunujące wrażenie na Francuzach. Następnego dnia Daniel dostaje nowego Rolexa w prezencie od firmy, w podziękowaniu za reklamę, jaką bezwiednie im zrobił. Ja dostaję propozycję bezpłatnego spędzenia miesiąca w najbardziej ekskluzywnej klinice psychiatrycznej we Francji, jej właściciel widział mnie wieczorem w telewizji i rozpoznał ostrą nerwicę…..

Pozdrawiam Państwa serdecznie, chciałam jak zwykle pisa o czymś innym, jak zwykle o prasie o dziennikarzach ( może następnym razem), ale kiedy zaczęłam myśleć właśnie o tym temacie, przypomniała mi się ta kuriozalna podróż. Pozdrawiam.

Krystyna Janda

PS1: Daniel zagrał wtedy bardzo doba rolę w filmie pt. „ Pstrąg”.

PS: A cały ten list do Państwa i opowieści o prasie i dziennikarzach, miał się zacząć od historii, która się zdarzyła następnego dnia po moim przylocie do Paryża. Nagle rano zjawiła się taksówka z producentem, ten oświadczył i że idę na spacer do parku z moim przyjacielem Lino Venturą. Myślałam że umrę ze zdumienia i nawet przez moment mnie rozczuliła troskliwość o mnie, ich zrozumienie mojej sytuacji, nastroju, z powodu wojny w moim kraju, rozstania z rodziną. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zrozumiałam wszystko. Czekał Lino, tłum fotografów i taksówka mająca odwieźć Lino natychmiast po pozowaniu ze mną do kilku zdjęć, na plan filmowy, z którego zjechał. Zabrali go po 10 minutach spaceru, obficie oświetlonego fleszami aparatów fotograficznych, a ja zostałam jak głupia na środku parkowej alei, oszołomiona.

Nastepengo dnia wiele gazet zamieściło nasze zdjęcia z podpisem – który tłumaczę dla Was : – Krystyna Janda jest zgnębiona. Wyjechała z Warszawy, gdzie ogłoszono stan wojenny, zostawiła tam 6-letnia córeczkę Marysię. Lecz na bulwarach nad Sekwaną, polska aktorka spotyka swego partnera i przyjaciela Lino Venturę. Oboje sa gwiazdami w filmie Yves’a Boisseta „ Szpiegu wstań”, który od środy robi kasę, podobnie jak obraz „Wielkie przebaczenie”. Lino przerwał kręcenie „ Nędzników” aby spotkać się z Krystyną Jandą . Wzruszjaca przechadzka, proste słowa: Życzę ci wiele nadziei”- powiedział Lino. Krystyna mówi o Warszawie, o Wajdzie, który jest przygnębiony i niespokojny o swój film o Dantonie. Najnowsze propozycje dla Krystyny to film Jean’a Chapota „ To było piękne lato” – dzieje polskiej patriotki, która w 1938 roku niepokoi się, czy będzie mogła wrócić do kraju. Dla aktorki to pytanie nie istnieje. Czeka na nią rodzina. …..No i tyle, jeszcze raz pozdrawiam z okrzykiem..NIGY WIĘCEJ WOJNY!!!

 

„Szpilki“, nr 24 z 13.06.1991

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.