26
Październik
2011
00:10

fot. Karolina Karwań

zobacz zdjęcie

Podnieca mnie każdy dzień

Mówi o sobie: realistka. Może dlatego, że twardo stąpa po ziemi, po kolei spełnia wszystkie swoje marzenia. Jednak dla Krystyny Jandy bardziej od ról, liczą się dzieci, od których uwielbia słyszeć słowo „mamo”. Kobiecym Prawdom aktorka i dyrektor dwóch scen teatralnych mówi o serialu „Bez tajemnic” i o tym, dlaczego odda Shirley Valentine w ręce widzów.

Dlaczego przyjęła Pani rolę w serialu „Bez tajemnic”?
Przede wszystkim zadecydował dobry scenariusz i tradycje HBO związane z serialami. Jednak ta stacja traktuje projekty serialowe bardzo ambitnie. „Bez tajemnic” jest jednym z nich. Projekt mi się spodobał, to nie jest typowy serial. Widziałam wersję amerykańską, na której zresztą nasza polska była wzorowana. To opowieść o ludziach wartościowych i wielkie pole do popisu dla aktorów. Także przez sposób realizacji. Zainteresowała mnie moja rola, zaintrygowała postać. Prawie nic nie wiemy o jej przeszłości ani przyszłości. Nie mówi o sobie, nie zajmuje się sobą, sposób reagowania, spokój, suwerenność w milczeniu, nie podleganiu atmosferze i nerwom innych. Kobieta powściągliwa, trzymająca emocje na wodzy. Zagranie Barbary Lewickiej to była duża przyjemność zawodowa.

Możemy jednak coś więcej o niej powiedzieć?
Wiemy, że kiedyś była terapeutą, jest przyjaciółką głównego bohatera, osobą samotną. W środowisku terapeutów cieszy się dużym zaufaniem. Kiedy bohater grany przez Jerzego Radziwiłowicza sam zaczyna mieć problemy, przychodzi do Barbary po pomoc. A ona leczy go rozmową. Nie daje gotowych rozwiązań, zadaje naprawdę trudne, bezkompromisowe pytania. Jest surowa i wymagająca, także wobec siebie.

Czy na potrzeby roli podglądała Pani środowisko superwizorów czy psychoterapeutów?
Nie musiałam, bo wszystko było napisane w scenariuszu. Rola nie wymagała pomocy konsultanta. Choć znam kilku terapeutów, przyjaźnię się z Magdą Czapińską, która zanim zaczęła pisać tak świetne teksty piosenek, przez wiele lat była terapeutką.

Jak się pracowało na planie z Jerzym Radziwiłowiczem? Nie pierwszy raz występujecie razem…
Jesteśmy prywatnie przyjaciółmi i nigdy od czasu „Człowieka z marmuru” czyli od ponad trzydziestu lat, nie straciliśmy bliskiego kontaktu. Mieszkamy blisko siebie, spotykamy się dość często. W serialu też gramy parę przyjaciół, którzy wiedzą o sobie dużo. Przypuszczalnie kiedyś coś między nimi było więcej, ale bardzo dobrze, że nie jest to zdefiniowane. Na planie „Bez tajemnic” spotkaliśmy się z radością. Oboje jesteśmy doświadczonymi aktorami filmowymi i teatralnymi , a tu doświadczenia teatralne bardzo się przydały. Graliśmy długimi, czasem piętnastominutowymi ujęciami, co przed kamerą nie jest częste. Ta praca sprawiła nam zwyczajnie przyjemność.

Czy dyrektor teatru nie musi być choć trochę psychologiem, by dojść do ładu z kolegami aktorami?
Coś w tym jest. I jeżeli ktoś chce to tak nazywać? Powodzenie teatru i jakość kolejnych wieczorów zależą także od kondycji psychicznej artystów. Moim zadaniem jest sprawić, między innymi to, aby ta kondycja była dobra. Powinnam wiedzieć, jakie mają problemy, wątpliwości , dbać o dobrą atmosferę między ludźmi. Złe, przeszkadzające w pracy relacje często wynikają z niedomówień, nieporozumień.  Staram się sprawiać, by przychodzili do tego teatru z przyjemnością. Wszyscy mówią, że to inny teatr niż wszystkie, bo panuje tu atmosfera swobody, braku hierarchii i przyjaźni. Nie powiem, że rodzinna, bo bardzo dbamy o dyscyplinę zawodową. Ale każdego wieczoru chodzi w jakimś sensie o zdobycie widza za pomocą sprawy, emocji i bardzo czasem skomplikowanych, finezyjnych  i delikatnych relacji z tymi ludźmi. Uważam, że aktorom, reżyserom czy technikom tu pracującym trzeba usunąć z drogi wszystkie przeszkody, by efekt artystyczny był jak najlepszy.

29 października Teatr Polonia obchodzi 6. urodziny. W jaki sposób uczcicie ten jubileusz?
Zaplanowaliśmy tego wieczoru 700. przedstawienie „Shirley Valentine„, trochę nietypowe, gdyż postanowiłam na całą pierwszą część pierwszego aktu oddać scenę publiczności. Okazało się, że przez lata grania tego spektaklu zyskał on sobie bardzo specjalne relacje z publicznością, są tacy, którzy widzieli go wielokrotnie. Swego czasu powstała nawet praca na Uniwersytecie, chyba poznańskim, pod tytułem „Fenomen odbioru spektaklu „Shirley Valentine” granego przez Krystynę Jandę„. Wiem, że są widzowie, którzy spotykają się w  grupie gdzieś w Polsce i grają fragmenty spektaklu podczas tych spotkań. Wiedziałam o tym, dostałam listy i zdjęcia od tych ludzi. Zdumiało mnie to i zachwyciło – sami robią charakteryzację, kostiumy. Ostatnio zagrałam Shirley w Polonii po półrocznej przerwie i  na scenie zapomniałam tekstu. Nie ukrywałam tego, powiedziałam: „Bardzo Państwa przepraszam, ale nie mam zielonego pojęcia, co jest dalej” i poprosiłam suflera o pomoc. Wtedy spokojnie widownia podpowiedziała mi moje kwestie. Mówili chórem. Rozbawiło mnie to do tego stopnia, że postanowiłam na ten wyjątkowy wieczór oddać tym widzom scenę. W tej chwili jest już tak dużo zgłoszeń, że chyba będę losować, kto będzie mógł wyjść na scenę. Może to być 21 osób, nie więcej, bo inaczej będziemy siedzieć do rana (śmiech).

Shirley Valentine to dla Pani wyjątkowy spektakl?
Shirley towarzyszy mi przez 21 lat. Grałam ją długo w Teatrze Powszechnym, a potem przeszła ze mną w trochę zmienionej formie do Polonii i cieszy się nadal ogromnym powodzeniem. To miłe.

Zagrała też Pani w filmie Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring”, który w Polsce wejdzie do kin w 2012 roku. Kim Pani tam jest?
Gram matkę jednej z bohaterek. To rola epizodyczna. Miałam dwa dni zdjęciowe, Małgosi zależało, żeby zagrał ktoś z Polski, kto jest rozpoznawalny. Nie widziałam jeszcze filmu, więc nawet nie wiem, jaką funkcję po montażu ma moja rola.

Choć krótko, to jak wspomina Pani pracę z Małgorzatą Szumowską?
Małgosia reżyserowała u mnie w teatrze. Wiem, jak pracuje i bardzo szanuję jej optymizm, energię i wyobraźnię, także to, że nie boi się pokazywać tematów w kontrowersyjny sposób. Z radością przyjechałam do niej na plan, jak do kogoś, kto podobnie myśli.

Ma Pani jeszcze jakąś rolę-marzenie? Coś, co jeszcze jest przed Panią?
Mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. Nie mam jednak nadzwyczajnych  marzeń, a te, które da się spełnić, po kolei spełniam. Nie są to marzenia niewykonalne czy na wyrost, jestem realistką, mocno stoję na ziemi. W tej chwili jestem absolutnym więźniem czy  niewolnikiem dwóch scen (Polonia i Och-teatr – przyp. red.). Ale to miłe niewolnictwo i lubiane przeze mnie więzienie. Przysparza wiele kłopotów, troska nieustanna i kłopot. Gram około 300 spektakli rocznie. Zresztą przez ostanie dziesięć lat grałam niewiele mniej. Wciąż na szczęście jestem aktorką „aktualną”, jak się okazuje i publiczność kupuje bilety na to, co gram. Moje spektakle się opłacają, bo często jestem także sama na scenie, przy pełnej sali (śmiech). Jestem jednak zmęczona. Mam w eksploatacji osiem ról, to naprawdę dużo. Na szczęście są i inni aktorzy w naszych teatrach , których obecność przekłada się na zysk, dlatego może sobie pozwolić na artystyczne ambicje. Ale oni mają dla naszych teatrów mniej czasu niż ja. Ja i moja córka jesteśmy tu bez warunków i na wyłączność.

Jest Pani bardzo zajętą osobą. A gdy już trafią się wolne chwile, jak Pani je wykorzystuje?
Mam dużą rodzinę, dorosłe dzieci i wnuki. Ten wolny czas staram się spędzać z nimi. Fundacja prowadzi dwie sceny, a jest z tym naprawdę dużo pracy. Nie mamy wielu etatów. Dlatego mój czas wolny jest wciąż pracą, ale bardzo przyjemną.

Ankieta Kobiecych Prawd:

Gdyby Bóg istniał, co chciałaby Pani mu powiedzieć, gdyby miała okazję spotkania z nim?
Nie wiem, co chciałabym powiedzieć Bogu. Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, gdy tylu ludzi dookoła, a mam do niego tyle pytań, tyle problemów do rozważenia.

Jaki dźwięk Pani kocha?
„Mamo” (śmiech), gdy mówią tak do mnie dzieci. Zresztą ja też na szczęście ciągle mówię „mamo” do mojej matki, z którą mieszkam.

Gdyby nie była Pani aktorką, to jaki zawód mogłaby wykonywać?
Myślę, że mogłabym zajmować się tysiącem spraw. Wiele rzeczy mnie bawi, cieszy i interesuje.

A czy istnieje zawód, którego na pewno nie chciałaby się Pani podjąć?
Na pewno nie chciałabym decydować o losie ludzi. Taka odpowiedzialność by mnie paraliżowała.  Mówię tu zarówno o byciu sędzią,  lekarzem, jak i politykiem. Czasem słuchając naszych polityków, mam wrażenie że nie do końca mają wyobraźnię, decydują z taką niezachwianą pewnością o moim losie i jakości życia, podejmują tak lekko decyzje mające znaczenie historyczne. Chcę wierzyć, że robią to z dobrą wolą i pełną świadomością konsekwencji, ale coraz częściej nie mogę myśleć o tym z wiarą. Coraz częściej mam wrażenie, że zwyciężają prywatne i osobiste fobie i uprzedzenia, a nie dobro wyższe.

Ma Pani ulubione słowo?
To trochę infantylne – wybieranie jednej ulubionej rzeczy z wielu, zwłaszcza, że życie jest tak złożone, a rzeczy czy zjawisk wspaniałych, tak dużo, choćby w sztuce. A najbardziej bawią mnie pytania: Którą z ról lubi Pani najbardziej, albo które dziecko sprawia Pani najwięcej radości. Czy woli pani Wyspiańskiego czy Ionesco? Zastanawianie się nad odpowiedziami na takie pytania jest jałowe.

Ale muszę o to spytać – ulubione przekleństwo?
Bardzo często mówię „kurwa”! Zawsze w afekcie.

Co Panią w życiu podnieca?
Podnieca? Każdy dzień (śmiech).

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.