05
Styczeń
2009
00:01

OLŚNIENIE

Olśnienie

Krystyna Janda

Odpuściłam

Nie zajmuję się już światem, tylko codziennością i dzięki temu zaczęłam naprawdę rozumieć i lubić ludzi.  

Wysłuchała Magda Rybak

W połowie mojego dorosłego życie zdarzył mi się czas, można go nazwać olśnieniem. Nie był to ani błysk ani objawienie. Nie potrafię wskazać jednej konkretnej chwili czy sytuacji, która je uwolniła. To był moment, do którego doszłam w procesie dojrzewania. Bo do tolerancji się dojrzewa. I tak ja, pewnego dnia stałam się wyrozumiała. Przestała mnie denerwować głupota, pycha, złośliwość, mściwość, lenistwo. Przestały mnie denerwować jakiekolwiek ludzkie przywary. Zrozumiałam, że człowiek nie jest doskonały, i zgodziłam się na to. Przyjęłam to do wiadomości i zaczęłam z tym żyć. Od tej pory nie wymagam od innych, za to podwójnie wymagam od siebie. I zrozumiałam dodatkowo, że jeśli mnie coś wydaje się normą, jeśli coś uważam za słuszne, piękne, mądre, ważne, to nie musi to być takie także dla innych. Odpuściłam. Co więcej, zaczęłam umieć się z tym „odmiennym” układać .

Zaowocowało to możliwością prowadzenia teatru. Stałam się gotowa do harmonijnej współpracy z dużą grupą ludzi, o różnych indywidualnościach, poglądach na życie i sztukę, również z „dziko i swobodnie” młodymi. Nie denerwuje mnie już ktoś, kto przychodzi na wywiad ze mną w sprawie nowego spektaklu czy filmu i wcale tego spektaklu czy filmu nie widział. Nie denerwuje mnie ktoś, kto w wieku lat 20–30 wie wszystko lepiej i odkrywa światy mnie dawno znane, doznaje objawień od dawna funkcjonujących i w sztuce, i w życiu. Nie denerwuje mnie to zupełnie. Wiem, że to naturalny proces, który każdy przechodzi we własnym tempie i na swoim poziomie. I wiem, że do teatru przychodzi publiczność, która pewne sprawy widzi często po raz pierwszy.

Za to potrafię się zachwycić entuzjazmem, naiwnością i świeżością, bo wiem, jaka w tym potrafi być siła. Akceptuję oryginalność, osobowość, talent bez profesjonalnej formy czy w potocznym rozumieniu „nie do przyjęcia”, czyli jednowymiarowy, płaski albo głupio drastyczny. Akceptuję to z przyjemnością, jeśli widzę za tym jakąś wartość. Każde pokolenie ma prawo do protestu i krzyku, do wyrażana swoich frustracji i do swojej interpretacji świata. Ważne, że ktoś czuje, myśli i krzyczy, bo wynika to z potrzeby prawdy, choćby najnaiwniejszej. Nie pogardzam nikim i niczym. Każdemu daję ze sobą szansę. Zamiast myśleć o sobie, jak to wcześniej robiłam, stawiam się teraz w sytuacji człowieka, z którym pracuję lub zwyczajnie rozmawiam. I myślę o nim nie w dłuższej perspektywie, nie czekam, aż sprawdzi się w innych sytuacjach, by ocenić jego wartość. Myślę o nim w tych krótkich perspektywach codziennych, wspólnego projektu, wspólnej rozmowy czy znajomości.

Odkąd to zrozumiałam, żyje mi się lepiej. Spokojniej. Jaśniej. Myślę, robię swoje, postępuję według swoich zasad, ale jednocześnie jestem otwarta, ciekawa innych. Nie oceniam za szybko, nie wyrokuję. I uśmiecham się częściej, wysłuchuję spokojniej i rozumiem lepiej. Wszystkich. Też leniwych, niesprawiedliwych, zaślepionych, nawet, moim zdaniem, głupich. Nie uważam, że to ja muszę ich zmieniać. Nie uważam nawet, że muszę im uświadamiać to, że według mnie są właśnie tacy. Jeśli sytuacja jest według mojej oceny beznadziejna, zazwyczaj odwracam się na pięcie i odchodzę. Często niestety bez komentarza, ale choćby to jest dla mnie nowością. To miła zmiana i wielka ulga. Nie zajmuję się już światem, tylko codziennością. I wydaje mi się, że dzięki temu od kilku lat rozumiem i lubię ludzi. Z ich słabościami i śmiesznościami.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.