28
Grudzień
2000
00:12

Nieznajoma

Siedziała przede mną zdenerwowana. Widziałam pobielałe, zaciśnięte, drżące pięści. Była piękna. Urodą kobiet które dojrzewają do piękności, z latami. Mogła mieć 3o lat. Ciemna, z wydatnymi ustami, długimi włosami zwiniętymi w luźny węzeł, i pałającymi, podsinionymi oczami, co dodawało jej urody i niezwykłości. Zawsze lubiłam takie kobiety. One piękne są zawsze, nie muszą się starać. Są piękne we śnie, kiedy się budzą, pracują , pięknieją  zmęczone i wypoczywając. Naturalne piękno. Jasna cera, ciemna oprawa oczu, czerwone usta, drżące wargi, wrażliwa inteligencka twarz, długa szyja, naturalny wdzięk i dystynkcja przy poruszaniu się, cudowne dłonie. Patrzyłam na nią z zainteresowaniem, przyjemnością i bezinteresowną zazdrością. Mówiła od jakiegoś czasu. Że długo się wahała zanim do mnie zadzwoniła , że wreszcie się na to odważyła, że dziękuje że zechciałam się z nią spotkać i jej wysłuchać. Że to dla niej bardzo ważne, a może i dla wielu kobiet, jeśli coś z tego wyjdzie. Właściwie jej nie słuchałam , patrzyłam na nią i myślałam o kobietach, o kobiecie , w ogóle. Jak cudownym może być zdarzeniem, jak wspaniałą atmosferę może ze sobą przynieść, jak wymowną i czułą tajemnicę, jakie drżenie powietrza, ile uczuć, niewinności, intensywności, żywości, inteligencji, a jednocześnie nieświadomość tego czym jest i co z nią przychodzi. Złapałam się na tym że patrzyłam na nią jak na rasowego rozedrganego, cudownego konia, z zachwycającymi pęcinami, wilgotnymi ciemnymi oczami, drgającymi nozdrzami. Myślałam i zastanawiałam się nad tym, jak wielu mężczyzn potrafi dostrzec to, czym się właśnie zachwycałam, jak wielu to uszanuje i będzie potrafiło się z tym „obejść”.

W pewnej chwili dotarło do mnie co mówi. „ Na początku był wspaniały. Opiekuńczy. Miał dla mnie tyle czasu. W ogóle nie mówił o matce. Po ślubie wprowadziliśmy się do niej, bo nie mieliśmy gdzie mieszkać. Chociaż on dobrze zarabiał, mogliśmy wynająć, nawet kupić mieszkanie. Ona poza tym miała pieniądze, matka. Ale oboje upierali się że razem, że z nią będzie nam lepiej, łatwiej. Czasami , zaraz po ślubie znikał, na kilka dni, na dwa tygodnie, wyjeżdżał. Zastanawiało mnie to. Delegacje, praca. Ona go gdzieś odwoziła, odprowadzała? Na dworzec? Nie wiedziałam. Ale nie zwracałam na to większej uwagi. Były okresy kiedy było miedzy nami wspaniale, całował mnie, przytulał. A potem nagle jakby mnie nie było, nie patrzył na mnie, nie interesował się niczym. Kilka razy zachował się zdumiewająco. Ale to minęło. Po urodzeniu dziecka nagle się zmienił. Miałam uczucie że dziecko go nie interesuje, że go nie lubi. Myślałam że to minie, mężczyźni często są zazdrośni o dzieci, starałam się w jego obecności ograniczyć swoją czułość do małego, kiedy on był w domu , starłam się jemu poświęcać czas. Ale on coraz bardziej się ode mnie, od nas, od dziecka i ode mnie, oddalał. Coraz częściej i dłużej siedział w pokoju matki, szukał jej obecności. Uświadomiłam sobie nagle że podczas porodu i mojego pobytu w szpitalu, a nawet po moim powrocie do domu z dzieckiem, jakiś czas go nie było. Że była zemną tylko matka. Przez następne dwa trzy lata, zmienił się nie do poznania, wyciszył, zamknął, oziębł zupełnie. Stał się kimś kto nie ma serca, uczuć. Jakby przestał być człowiekiem. Usłyszałam kiedyś taki zwrot „bez uczuć wyższych” . On był człowiekiem bez uczuć wyższych. Znikał czasem na miesiąc. Dwa. Nic nie tłumaczył. Już prawie nie rozmawialiśmy ze sobą . O nic nie pytałam, wiedziałam że ona wie wszystko, ale znowu mnie zbędzie niczym jak zapytam. Zresztą wolałam żeby go nie było, nie wiedziałam dlaczego, ale bałam się jego obecności, bałam się o dziecko. Podświadomie nigdy nie zostawiłam ich razem, samych. Nigdy go nie pocałował, nie przytulił. Był spokojny i poprawny. Kiedy dziecko zaczynało płakać czy zdarzał się jakikolwiek problem czy konflikt, wychodził. Nigdy mi też przy dziecku nie pomógł. Nawet wózek znosiłam sama. Ona tak, ona była cały czas miła i serdeczna, mogłam na nią liczyć , ale tak jakby tylko do pewnego momentu. Istniała jakaś granica której nie mogłam zrozumieć. I jestem pewna że syna naszego nigdy nie pokochała. Tak jest do dzisiaj, ona kocha tylko jego.

A on zachowywał się tak jakby nim sterowała. Zdałam sobie sprawę że właściwie od początku całował mnie tak jakby to komuś przyrzekł. Żył ze mną tak jakby spełniał jakąś daną komuś obietnicę.

Minęło dziesięć lat. Mam kłopoty z dzieckiem prawie nie mówi, jest zamknięte. Mam z nim trudny kontakt. Teraz czuję się jakbym została sama. Nic się nie dzieje specjalnego, nic się nie zdarza, w naszym domu zawsze był spokój i cisza. To ona narzuciła nam to życie. Przyzwyczaiłam się do tego. Nie umiem dziś włączyć radia, telewizora głośniej, wszystko się dzieje po cichu. A zresztą prawie nie włączamy telewizora. Tak już było w tym domu zawsze.

Rok temu wyjechali oboje. Nie było ich prawie tydzień, byliśmy z dzieckiem, sami. Pewnej nocy weszłam tam do jej pokoju. Otworzyłam szafę, właściwie nie wiem dlaczego. Tyle lat tego nie zrobiłam. W pudełku po butach było pełno recept, wypisów szpitalnych, wyników badań. Mój mąż od dziecka jest chory na schizofrenię. Regularnie hospitalizowany. Leczony. Całe życie na lekach. Pracuje. Nikt o tym nie wie. Leczy się w innym mieście. Wszystko jest w porządku. Od roku ja to wiem. Od roku obserwuję moje dziecko z lękiem. Z nikim się tym odkryciem nie podzieliłam, nikomu tego nie powiedziałam, zresztą nie mam komu. Moi rodzice nie żyją.  Pani jest pierwsza. Musi Pani o tym zrobić film. Przestrogę dla wszystkich którzy znajdą się w podobnej sytuacji. Nie wiem co mam dalej robić i jak żyć. Co będzie z dzieckiem? Czy ono nie jest chore? Ja to pani wszystko opiszę. O tu są moje zdjęcia . Zdjęcie męża, jego matki i naszego syna. To może się pani przydać. Gdyby Pani chciała ze mną o tym porozmawiać szczegółowiej , zostawiam telefon . Tylko listy proszę przysyłać do mnie na poste restante. Tak będzie lepiej. I zostawiła mi nazwę odległego miasta na Mazurach. Wyszła. Nie płakała. Po prostu wyszła. Ona poszła, a ja nie wiedziałam co zrobić z tą historią. Nie zrobiłam nic ale ciągle siedziała mi w głowie.

Kilka dni temu, czekała na mnie pod teatrem, starsza elegancka Pani. Przeprosiła że mnie zaczepia i zabiera czas, ale jaj chora na schizofrenię córka, przebywająca w szpitalu, prosiła żeby przyszła mnie pozdrowić. Pokazała mi zdjęcie kobiety z którą rozmawiałam. Ta Pani, przyjechała z miasta , którego nazwę już znałam, specjalnie zapytać czy znam jej córkę i czy się z nią kontaktuję i czy to prawda że jej obiecałam rolę. Odpowiedziałam że nie znam i że na pewno nic nie obiecywałam. Odpowiedziałam jej tak ponieważ, rozpoznałam w niej matkę męża, ze zdjęcia.

Jadąc do domu cały czas myślałam „ A dziecko? Co z dzieckiem? Czy ono w ogóle istnieje?”

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.