16
Kwiecień
2013
00:04

FOT. ADAM KŁOSIŃSKI

zobacz zdjęcie

NIE MIAŁAM POMYSŁU NA BIZNES, TYLKO NA TEATR

Dlaczego zdecydowała się Pani na wejście w typowy świat biznesu?

Tworząc Fundację i teatr w ogóle nie myślałam o świecie biznesu, tylko o świecie sztuki oraz o wolności artystycznej. Sprawy organizacyjne i biznesowe gdzieś majaczyły na obrzeżach tego projektu czy marzenia raczej. Co prawda dały o sobie znać bardzo szybko, ale prawdę mówiąc, na początku w ogóle o nich nie myślałam, nie chciałam ich zauważać. Szybko jednak upomniały się „o swoje”.

Skąd pomysł na taki właśnie biznes?

Ja nie miałam pomysłu na biznes, tylko na teatr i ani przez moment nie myślałam o tym przyszłym teatrze jak o biznesie. Gdybym tak myślała, założyłabym spółkę z o.o., a nie fundację. Od początku wiedziałam, że na tym się nie da zarobić, na tyle przytomności umysłu zachowałam. Fundacja musi się „zerować” – od początku wiedziałam, że nawet jeśli ten teatr czasem będzie zarabiał , pieniądze zarobione będą musiały pójść na cele statutowe, czyli na produkcję nowych spektakli przede wszystkim. Wiedziałam, że trudno to będzie utrzymać: tworząc Fundację myślałam o współpracy z państwem, Ministerstwem i innymi podmiotami i państwowymi, i prywatnymi, bo wiedziałam, że tak będzie łatwiej. Miałam rację. Wszystko się sprawdziło, tyle tylko, że dziś oba teatry to wielka „fabryka sztuki”, a moją dumą jest to, że utrzymujemy się i produkujemy prawie wyłącznie z wpływów z kasy biletowej.

Co było najtrudniejsze na początku?

Wszystko, co nie dotyczyło sztuki. Przez pierwszy rok – kiedy trwał remontu teatru – i przez pierwsze dni funkcjonowania Fundacji byłam przerażona, trwało to do dnia, kiedy zaczęły się (jeszcze podczas remontu) pierwsze próby do dwóch spektakli, mających rozpoczynać działalność teatru. Od tego dnia, tego momentu, uspokoiłam się i wiedziałam, że to wszystko ma sens, niezależnie od wysiłku i stopnia trudności po tej stronie biznesowej czy organizacyjnej. Za rolę, którą robiłam wtedy, w tej budowie potem dostałam wiele nagród i gramy ten spektakl do dzisiaj.

Czy bycie „celebrytą” ułatwia czy przeszkadza w robieniu biznesu?

Ja nie jestem celebrytką bez powodu – jestem lubianą i cenioną aktorką z ogromnym dorobkiem, znaczącym w Polsce nie tylko, jeśli chodzi o stronę artystyczną, ale też merytoryczną. Mam stałe i istotne miejsce w kulturze, dzięki swoim rolom stworzonym w czasach kiedy film, telewizja i teatr zabierały głos znaczący w życiu społecznym i politycznym. Ludzie to pamiętają. Mam także swoją publiczność, teatralną szczególnie, która mnie nie opuściła do dzisiaj, a najważniejsze jest nie to, że jestem znana, czy popularna, a to, że umiem kraść „serca” publiczności kiedy gram – i to jest istotą sukcesu. Stworzyłam teatry z repertuarem, który pomaga żyć, uzależnia. Teatry, które są przyjacielem widzów i partnerem w życiu, szczególnie w życiu wielu kobiet.

Jak łączy Pani pracę artystyczną z prowadzeniem własnej firmy i życiem rodzinnym?

Och, od dawna nie mam życia rodzinnego. Mój mąż, który razem ze mną tworzył ten teatr i to On go zbudował, nie żyje; dzieci dorosły i się wyprowadziły, teraz pomagają mi w Fundacji, a moja córka, aktorka, jest współzałożycielką i fundatorką razem z nami, ze mną i moim mężem, a dziś i gra, i reżyseruje, i pomaga mi prowadzić te teatry. Żyjemy w tych teatrach dzisiaj, mówię także o swoich wnukach: te dzieci są tam ciągle z nami. A ja, jako aktorka, reżyser, jako osoba, jestem do prawie wyłącznej dyspozycji naszych teatrów.

Czy klienci przychodzą bo jest Pani znana? A może tylko chcą się spotkać by Panią poznać,
a z podpisywaniem kontraktu już jest różnie…

Ale jacy klienci? Widzowie? Przychodzą na spektakle. Mamy ich w repertuarze teatrów w tej chwili około czterdziestu. Ja gram w ośmiu. I to są dobre, różnorodne spektakle. Często grają w nich gwiazdy, a zawsze dobrzy aktorzy. Myślę, że od jakiegoś czasu ludzie przychodzą tyleż samo na mnie, żeby mnie spotkać na scenie, jak na Jurka Stuhra, Inka Gogolewskiego, Joasię Żółkowską, Zbyszka Zamachowskiego, Krzysia Globisza, Piotra Machalicę, Wojtka Malajkata, Jana Englerta, Andrzeja Seweryna czy Artura Barcisia lub Czarka Żaka itd. itd… Mogłabym wymieniać długo, bo gra u nas około 120 aktorów w tym momencie…

Co sprawia Pani największą satysfakcję w pracy we własnej firmie?

Te teatry i Fundacja to dziś sens mojego życia, rezygnuję ze wszystkiego innego, nawet z propozycji dużych ról filmowych za granicą, bo ucierpiała by na tym, na mojej nieobecności, Fundacja. Myślę, że w mojej notatce biograficznej w encyklopedii to te teatry będą wymieniane jako dzieło mojego życia…

Jaką jest pani szefową?

Niekonwencjonalną. Tak myślę. I mam więcej wiary, temperamentu i siły niż inni. Kto za tą „namiętnością”, którą mam, nie nadąża, sam odchodzi… Inni uważają pracę w naszych teatrach za szalenie interesującą i satysfakcjonująca. Ale zawsze dookoła teatrów gromadzili się ludzie „zakręceni” na tym punkcie, niewątpliwie to nie jest zwykłe miejsce pracy…

Czym jest dla Pani sukces?

Nie wiem. Mam sukces od prawie 40 lat. I widzę to jako ciężką, ciężką pracę. Ale ta praca to wielka przyjemność, a właściwie namiętność. Nie wyobrażam sobie bez „tego wszystkiego” życia. Bez grania przede wszystkim. To znaczy wyobrażam sobie oczywiście, ale byłoby mi ciężko, byłoby mi żal, że tego nie ma.

http://www.sukcespisanyszminka.pl/inspiracje/olga-pyta/item/4522-wywiad-z-krystyna-janda.html

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.