01
Sierpień
1997
01:08

Felieton - Uroda, nr 8/1997, s.112

zobacz więcej zdjęć (4)

Moje Cannes – Pokażę się!

Nie cierpię festiwali. Denerwują mnie. Ale w tym roku Rysio wynagrodził mi wszystko.

Lubiłabym festiwale, gdybym mogła spokojnie po prostu oglądać filmy, zwyczajnie, bezinteresownie, a nie jak „konkurencja” albo na przykład juror. Niecierpię oceniać innych.

Niestety. Moja obecność na festiwalach związana jest ze „ściganiem się”, co pociąga za sobą obowiązek uśmiechania się, odpowiadania, bez prawa odmowy, na wszystkie pytania, bywania na bankietach, fotografowania się z każdym kto ma na to ochotę, itd., itd…

Zawsze mówiłam… wystarczy pracować a „rezultaty niech jeżdżą na festiwale same”, jak coś ma być zauważone, to i tak będzie. I zawsze producenci, reżyserzy, koledzy, dziennikarze przekonywali mnie, że jest zupełnie odwrotnie. Że sukces się ”robi”, że najważniejszy jest festiwal, i żeby tam być. Moje zawodowe doświadczenie zaprzecza temu. Wszystkie nagrody jakie dostałam, dostałam pod moją nieobecność, większość z nich odebrali za mnie reżyserzy, producenci, albo przedstawiciele Filmu Polskiego i w związku z tym jeżdżę na festiwale tylko zmuszona, niechętnie, z przekonaniem, że moja rola nie zostanie zauważona jeśli tam będę. Przynoszę sama sobie pecha albo rozczarowuję nie zarejestrowana na celuloidzie.

Od dawna nie miałam roli na żadnym festiwalu, od trzech, czterech lat dostaję faxy z Kanady, Francji, Niemiec z pytaniami: – Jak Pani teraz wygląda? Czy moglibyśmy Panią zobaczyć? Prosimy o ostatnią rolę na kasecie video? Ile Pani ma lat?… etc.

Jubileuszowy 50-ty Festiwal w Cannes, zaproszenie przysłane już pół roku wcześniej, telefony, listy, naklejki na walizki ułatwiające im dotarcie, bez zagubienia, do Cannes – Jadę! – postanawiam, – Pokażę się! Trudno!

Pracowałam do ostatniego dnia w nocy. Sobota rano. Samolot mam o 12.00 . Od rana dzwonię, żaden fryzjer nie chce mnie przyjąć, nie mają terminu. Wreszcie ktoś się lituje… że festiwal… że Cannes… wcisnął mnie między dwie. Próbuję się spakować… jadę na jeden dzień – myślę, bez przesady! Suknia? Znam Cannes – im bardziej wieczorowa, bogata, ekstrawagancka, wydekoltowana – tym lepiej, na samą myśl, już jestem zła – wybieram najskromniejszą, najprostszą jaką mam w szafie, i czuję się lepiej. Biżuteria? – żadnej. Teraz, omawiane wielokrotnie w telefonach, ubranie do uroczystego, jubileuszowego, zbiorowego zdjęcia „złoto palmowego”. Ma być ciemne. Stoję pół godziny bezradna. Potem wrzucam cokolwiek, jest beżowe. Mam poczucie winy, ale szybko jadę do fryzjera, a potem na lotnisko. Samolot spóźnia się z Paryża, więc wylecimy za około dwie godziny. Kupuję biografię Chopina. Zaczynam czytać. Cannes odpływa. W Paryżu , nie zdążam z przesiadką. Chopin przenosi się z rodzicami z Żelazowej Woli do Warszawy. Odlatują mi dwa kolejne samoloty do Nicei. Już się nie denerwuję – Chopin odnosi pierwsze sukcesy w Warszawie. W nocy ląduję w Nicei. Zamykam książkę szczęśliwa, że doleciała za mną walizka. Na lotnisku nikogo nie ma. Nikt na mnie nie czeka. Biuro festiwalowe zamknięte. Do Cannes 40 kilometrów. Widzę chłopaka z plakietką festiwalową, rozmawia przez telefon. Pytam – Słuchaj, są tu jakieś samochody festiwalowe? On mówi – Uspokój się, samochody są dla gwiazd! Jedź autobusem! A taksówki? – pytam. Pokazuje palcem – Tutaj!

Wsiadam. A ty jako kto?! Dziennikarka! Aktorka! – krzyczy za mną. Tak! Mam „Złotą Palmę”! – odkrzykuję. Ty! Nie wygłupiaj się! Zaraz zadzwonię do Biura! – biegnie za moją taksówką. Macham mu ręką, że nie ważne i odjeżdżam. Oglądam znajome widoki – robiłam tu przez 6 miesięcy film dla Telewizji Francuskiej. Lubię to miejsce, ogarnia mnie wzruszenie.

Cannes. Wchodzę do recepcji hotelu, którego nazwę miałam w korespondencji. Nie ma mnie na liście gości hotelowych. Otwieram książkę. Recepcja dzwoni do Biura Festiwalowego. Chopin wyjeżdża z Warszawy do Wiednia. Po godzinie okazuje się, że czekają na mnie w innym hotelu. Długo opowiadam przydzielonemu mi francuskiemu Aniołowi Stróżowi, że samoloty, że przepraszam, że przykro mi że czekał na mnie od piątej po południu na lotnisku. Mówi przez telefon – Czekaj przyjadę po Ciebie. Otwieram książkę. Chopin tęskni za Warszawą.

Wchodzę do swojego pokoju hotelowego. Wszystko czeka. Plan jutrzejszego dnia w kopercie w recepcji. Kwiaty w pokoju, jubileuszowa książka festiwalowa, oprawiona w czerwoną satynę, na poduszce. W książce złota zakładka na stronie 173. Tam jest o mnie. Mój podziw dla organizatorów nie ma granic. Anioł pyta co chcę robić. Jest pierwsza w nocy. Będzie mi towarzyszył. To jego obowiązek. Idź do domu. – mówię. Otwieram książkę. Chopinowi źle idzie w Wiedniu. Myśli o Londynie.

Nagle wybuch. Muzyka. Pokaz sztucznych ogni jakich nie widziałam nigdy w życiu. Oglądam z balkonu. Postanawiam wyjść. Słynna ulica Croisette – w tłumie ludzi oglądam las Złotych Palm wystrzeliwanych w niebo. Idę sama. Myślę o Chopinie. Nikogo znajomego. Cudowna noc. Jak dobrze.

Proszę Pani! Czy to Pani! Jezus, ja zwariuję! Pamięta mnie Pani! O matko, nie mogę w to uwierzyć! To ja! Rysio! Pozwoli się Pani zaprosić na szampana! To wszystko przez Panią! No, Rysio! Byłem cały czas z Panią przy Modrzejewskiej! No jasne, że mnie Pani nie pamięta. Miałem 13 lat! Uciekłem z domu, żeby z Wami być. Ja zwariuję! Pani Krystyno, niech mnie Pani uszczypnie! Kupiłem kamerę. Robię reportaż. Mieszkam w Paryżu. Jestem w Szkole Filmowej. Matko, to Pani! Nagrodzili mój pierwszy film w Ameryce. 15-to minutowy. O świni. Wszystko przez Panią! Ja zwariuję! Będę reżyserem.

Rysiu, jestem zmęczona. Odprowadzę Panią. Trzecia rano. Zostawia mnie niechętnie w recepcji. Jeszcze robi sobie ze mną zdjęcie.

Patrzę na plan dnia. Rano słynny seans zdjęć jubileuszowych (wiele „Palm” przyjechało z całego świata, głównie w sprawie tego zdjęcia, nie zostają na wieczorną galę). Seans zaczyna się o dziewiątej rano. Później obiad z Prezydentem Francji. O 16-tej jesteśmy wolni. Wieczorem Gala.

Rysio dzwoni już o 7-ej. Rysiu – nie mogę. Mam zajęcia do wieczora. Nie przysyłają po mnie samochodu. Anioła Stróża nie ma. Myślę przecież to siedem kroków, po co mi samochód. Pałac Festiwalowy tak obstawiony policją, że nie mogę się dostać. Na szczęście mam przy sobie całą korespondencję i zaproszenie. Za każdym razem policjant po odnalezieniu mnie na liście wypręża się jak struna, salutuje i pyta dlaczego nie przyjechałam samochodem. Odpowiadam z uśmiechem – Bo mam blisko. On nie rozumie żartu. Zanim wejdę powtarza się to osiem razy. Osiem uśmiechów nic nie rozumiejących policjantów. Nareszcie docieram. Zdumiona i zażenowana obserwuję jak Bibi Anderson literuje nazwisko i szuka siebie na liście. Wchodzę na salę. Masa luster. Pań gotowych, żeby nas malować. Fryzjerów, żeby czesać. Wchodzę na Davida Lyncha stojącego samotnie w kącie, palącego papierosa za papierosem. Kłania mi się, myślę, że śnię. Ach, przypominam sobie. Przecież dostaliśmy Złote Palmy w tym samym roku. Może mnie zapamiętał. Jest beznadziejnie uczesany. Myślę, ktoś go okropnie uczesał i pewnie dlatego jest taki zdenerwowany. Odwracam się i co chwila myślę, że zaraz zemdleję. Gina Lollobrigida, Claudia Cardinale, Antonioni, Vanessa Redgrave, wpada spóźniona z jakimś bardzo przystojnym aktorem, nie mogę sobie przypomnieć kto to jest. Malują mnie. Czeszą. Siadam na moim krześle do wspólnego zdjęcia. Rząd 2, miejsce F. Patrzę, patrzę i patrzę. Tarantino, Polański, Angelika Houston, Jeanne Moreau, Dominique Sanda, Andrzej Wajda siedzący w pierwszym rzędzie, chyba obok Coppolli, macha do mnie z daleka, rozbawiony moją miną. Anouk Aimee pyta dlaczego ona siedzi z brzegu, Emma Thompson nie pali (chyba jako jedyna). Boże! Kto to? Kto to? To niemożliwe. Maria Torocsik, moja ukochana aktorka, właścicielka chyba ze dwóch Palm. Nie mogę od niej oderwać oczu. Zdjęcia. One, two, three zdjęcie, one two three zdjęcie. Tak spędzamy dwie godziny. Wychodzę za grupą aktorów idących szybko na obiad… gdzieś. Policja zatrzymuje tłumy wrzeszczących ludzi. Dlaczego oni tak krzyczą? Nic nie rozumiem. Idę za grupą, która idzie jakoś szybciej. Winda. Korytarz. Winda. Dlaczego oni tak biegną? Jesteśmy w garażu. Rozumiem. Poszłam przypadkowo za grupą ochroniarzy Johnny Deppa, który ucieka z obiadu. Depp gasi papierosa. Wszyscy wsiadają do samochodów. Jego agentka coś strasznie krzyczy. Odjeżdżają. Zostaję sama. Cholera! Jak ja trafię na ten obiad? Może nie pójść? Nie. Irenka Jacob – umówiłam się, że porozmawiamy. Ciągle płacze po Kieślowskim. Ciągle mówi, że on powinien tu być.

Po obiedzie w moim hotelu, w recepcji, Rysio czeka od kilku już godzin. Rysiu! Nie trać czasu! Twój reportaż. Macha ręką. Pamięta Pani jak przynosiłem herbatę? Powiedzieli mi, że mogę zostać jak będę nosił herbatę. Matce powiedziałem, że strasznie dużo zarabiam. Pamięta Pani jak zalałem Pani herbatą suknię? Wszystko przez Panią. Będę reżyserem. Rysiu, za godzinę mam samochód, który mnie zawiezie pod czerwony chodnik na schodach festiwalowych. Muszę się przebrać. Ja się tam nie dostanę, nie ma mowy. Tam już stoją od wczoraj!

Pod słynne czerwone schody jadę z moim Aniołem. Samochód festiwalowy jedzie długo wśród tłumu ludzi. Chcę wysiąść i pójść bokiem. Wcisnąć się między Marinę Vlady i egipskiego reżysera. Nie zauważona. Zostaję przywołana do porządku przez faceta ze słuchawkami telewizyjnymi na uszach. Mój Anioł się uśmiecha. Trzeba poczekać. Powoli. Przyjdzie moja kolej. Każdy musi mieć swoje wejście. Wskazuje mi numer naszego samochodu. Jest kolejność, inaczej im się tam, w telewizji, pomylą nazwiska. Już. Anioł mówi. Będę szedł lekko z tyłu, bo pomyślą, że jestem Pani mężem. Poprawia znaczek festiwalowy. Idzie ze mną z dumą. Jestem mu wdzięczna. Krystyna Janda. Rok 1990.

Kristina, tutaj! Halo!, Halo! Uśmiechnij się! E! E! TY! TY! Spójrz na mnie! Pomachaj nam! Madam Janda uśmiech! Spojrzenie w mój obiektyw!

Paaaaaniiii Krryyyyyssssiiiiiuuuu! Tuuuuuu, Ryyyyyssssiiiioooo! Wyyyyżeeej! Jeeeeszcze! Dooobrzeee, żeeee Paaaaaniii włoożyyyyłaaaa Peeeleeryyynęęęę, boooo ziiiiimnoooo! Niiiieeeech Paaaniii paaatrzyyy jaaak maaarznieeee taaaa zaaa Paaaniiiąąą!

Koniec.

Wchodzę na salę. Koniec. Pokazałam się. Tak wyglądam. Jak gram? W jakiej jestem formie zawodowej? Nie wiadomo! Wracam w nocy. Na moim GSM-ie 11 wiadomości od Rysia. Że byłam Super. Otwieram książkę. Chopin postanawia jechać do Paryża, ale nie ma pieniędzy. O ósmej rano budzi mnie Rysio. Że czeka od 6-tej w recepcji. Że chce zrobić wywiad. Że przyniósł szampana. Dobrze, Rysiu. Zaraz zejdę. Mam zaraz samochód. Jadę na lotnisko. W recepcji plik wiadomości. Wszyscy polscy dziennikarze i fotografowie chcą się ze mną zobaczyć. Nie wiedzieli wcześniej, że tu będę. Nie mogę. Staję tylko przed kamerą Rysia. Rysiu. Widziałeś Modrzejewską? Nie. Ale Pani na planie była Super. Jak Pani grała, to zawsze Pani wierzyłem.

Nicea. Samolot n ie odlatuje do Paryża. Ma spóźnienie. Chopin daje pierwszy koncert w Paryżu. Spóźniam się na samolot z Paryża do Warszawy. Lecę jakąś kombinacją. Chopin zdobywa uznanie i popularność w Paryżu. Przylatuję do Warszawy w nocy. Chopin poznaje George Sand. Nie podoba mu się. Nie lubi jej. Przeraża go.

Jadę w nocy sama szosą katowicką do Milanówka. Szybko. Zatrzymuje mnie policja. Dowód osobisty proszę! Otwiera dowód. W dowodzie karteczka włożona przeze mnie jakiś czas temu… W razie mojej śmierci zgadzam się na pobranie moich organów dla kogoś innego. KJ. Policjant salutuje i mówi: Przepraszam. Niech Pani uważa na siebie i jedzie wolniej. Zamyka moje drzwi. Dobrej Nocy.

Uroda, nr 8/1997, s. 112-115

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.