18
Wrzesień
2005
21:09

Nagroda z GDYNI 2005

zobacz zdjęcie

Nagroda za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Filmowym Gdynia 2005

”Parę osób, mały czas” Andrzeja Barańskiego: nagroda dla Krystyny Jandy i nagroda dziennikarzy

 

Filmowa wojna trzydziestoletnia
Bożena Janicka

Trzydziestka – piękny jubileusz, już bez naiwnej pyszałkowatości, jak w przypadku obchodów pierwszego dziesięciolecia, a do piernikowatości pięćdziesiątki jeszcze daleko.Za kilkanaście dni ukaże się książka, w której będzie mowa o wszystkim, czym szanowny jubilat – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych – zapisał się w pamięci uczestników. Dla ścisłości dodajmy, że najpierw odbywał się w Gdańsku, do Gdyni został przeniesiony – z dość wrednych powodów – kilka lat po przerwie stanu wojennego. Ale o tym wszystkim będzie można przeczytać we wspomnianej książce.

30 lat Festiwalu to zarazem spory odcinek drogi, jaką przebył powojenny film polski, stąd ta „wojna trzydziestoletnia” w tytule. Jej historia jest dłuższa, ale co należałoby uznać za początek? Datę premiery „Kanału” czy „Popiołu i diamentu”? I kto miałby orzec, że zaczęła się właśnie wtedy? Niech więc będzie, że trzydziestoletnia, o datę pierwszego festiwalu nikt się przynajmniej nie pokłóci. Ważniejsze jest, z kim walczono i o co. A walczono z komuną o prawo do swobody artystycznej wypowiedzi, a poprzez tę wypowiedź – prawo ukazywania prawdy o tym, jak żyje, co myśli i czuje społeczeństwo. Na taką definicję zgodzą się chyba wszyscy, nawet ci, którzy w tej wojnie nie brali udziału, bo – jak by tu powiedzieć – nie mieli ducha bojowego. Tych, którzy stanowili siły zaciężne przeciwnika, wspominać nie warto, przepadli w mrokach niepamięci.

Z historii wojen najbardziej pamiętne są wielkie bitwy, a jeśli bili się nasi – chwile triumfu, nawet jeśli do ostatecznego zwycięstwa było daleko. Wielką bitwą filmowców było pamiętne Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich z roku 1977. W książce „A statek płynie…” (tak będzie brzmiał jej tytuł) wspominają tę bitwę uczestnicy. Nie bez nostalgii, wtedy bowiem środowisko filmowe po raz pierwszy – i zdaje się ostatni – zjednoczyło się w walce o swoje prawa. Do tamtych wspomnień dorzucę pewien szczegół, zdaje się już zapomniany.

Otóż w czasie owego Forum zabierający głos reżyserzy zwracali się do siedzących za stołem przedstawicieli władzy per: „administracja”. „Administracja” powinna zapewnić warunki umożliwiające dalszy rozwój sztuki filmowej, która to sztuka – itd. O tym, że żadna autonomiczna „administracja”, która byłaby właściwym adresatem tych ataków w Polsce nie istnieje, że to tylko pomysł językowy, pozwalający uniknąć bezpośredniej konfrontacji, doskonale wiedziały obie strony. Ale w potyczkach słownych właśnie językiem zadaje się dotkliwe rany. Per „administracja” (z definicji organ służebny) nikt by się wówczas oprócz filmowców zwracać do władzy nie ośmielił, używano form okrężnych, w rodzaju: należałoby, trzeba. Nic więc dziwnego, że „administracja” wpadła w furię, co Andrzej Łapicki tak skomentował po Forum: Panu ministrowi nie udały się ani szepty, ani krzyki.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.