25
Luty
2004
22:02

Moja ulubiona czynność? Czytanie

Gdyby ktoś mnie zapytał co lubię robić najbardziej, co mi sprawia przyjemność, niewątpliwie jedną z rzeczy wymienionych na pierwszym miejscu byłoby czytanie książek. Co więcej, byłaby to jedna z pierwszych pozycji na liście odpowiedzi na pytania: „Co wydaje się Pani niezbędne w życiu?”, „Bez czego Pani nie wyobraża sobie życia?”, „Co jest dla Pani koniecznością życiową?” itd. I nie mam tu zamiaru wyjaśniać dlaczego, chcę tylko poczynić dość intymne zwierzenie: – Czytanie jest dla mnie po prostu lekarstwem. Jest antidotum na przypadłość, którą odczuwam jako śmiertelną, na…. nerwy. Mój niepokój, lęk, wątpliwości, ból istnienia, otaczające mnie bylejakość, pośpiech, partactwo, chamstwo, zabijam czytaniem. A lekiem wyjątkowo skutecznym i zaczarowanym jest „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. To jest moja cudowna kuracja, trzymająca mnie w kondycji, ba, trzymająca mnie przy życiu.

Najpierw, dość wcześnie zresztą, mając piętnaście, szesnaście lat, czytałam „W stronę Swanna”, i początkowo tylko ten tom był źródłem wszystkiego. Wiedzy o naturze ludzkiej, nauką obyczaju, gorączkową potrzebą poznania, odgadnięcia, skonfrontowania, porównania swoich uczuć z uczuciami innych. Później, wszystkie następne tomy, do których dorosłam dużo, dużo później, stały się moją krainą intymną, a opisy przedmiotów, krajobrazów, sukien, zachowań, zaczęły sprawiać słodką przyjemność. Wyrafinowanie, subtelność obserwacji i sposób myślenia o człowieku tak zachwycał, wywoływał taką tkliwość, że wchodziłam do tych książek jak do kryształowego, kruchego kościoła. A młodzieńcza egzaltacja jeszcze potęgowała miłość do świata, który Proust stworzył. Świata, w którym prawie żadna z postaci nie miała problemów związanych z walką o byt, pieniądze, nie była zależna od codziennych trosk pospolitego życia. Gdzie sztuka i życie (jak pisał Boy) były elementami dominującymi. Przy czym sztuka miała w Prouście po prostu fanatyka. Świata jakiego w Polsce, dookoła mnie, nie było, nie było nawet jego przeczucia. Szczególnie w czasach, kiedy rozgościłam się w tej książce na dobre.

Tak więc tej książce zawdzięczam nakarmienie moich dusznych, niecierpliwych potrzeb młodości. Potrzeb poznania człowieka, jego tajemnicy, przeciwności i zawiłości charakteru, zmysłowości. A każde zdanie przeczytane po powrocie z brudnej, bezceremonialnej, socjalistycznej ulicy, zatykało wolnością, relatywizmem, tolerancją i szacunkiem dla tego cudu jakim jest człowiek i jego indywiduum.

Przez wszystkie następne lata nie rozstawałam się z tą książką. Kołysała mnie podczas pierwszych nocy samotności młodej mężatki, uspakajała drżące nerwy po pierwszych premierach i sukcesach. Koiła po porażkach. Zdarzało się, że z jakichś własnych powodów, gorączkowo szukałam opisu myśli zazdrosnej o nieobecności i zagadki Albertyny, opisów lęków Swanna o Odettę, czy przypominałam sobie kartkując jakąś suknię pani de Guermantes czy dodatki do niej, opisane z nieprawdopodobną precyzją, bo wydawało mi się, że taki powinnam mieć kostium w jakiejś roli.

W połogach, w szpitalach, w których rodziłam dzieci, zawsze któryś z tomów miałam przy sobie, na uspokojenie, a potem nigdy nie zapominałam całować moich dzieci na dobranoc, pomna opisu piekła jakie przeżywał narrator, kiedy nie zjawiała się jego matka aby przytulić go przed snem na pożegnanie.

Dziś czytam te książki, żeby odnaleźć czas. Mój czas. Kiedy pośpiech, kłopoty, rozedrganie osiągną niebezpieczne rozmiary, kiedy nie zauważam dnia i chwili, a ludzie dookoła wyrodnieją, biegnę do tej książki jak do zagrzanego w dzieciństwie przez babcię, specjalnie dla mnie, łóżka. Wystarczy chwila i zapominam. Staję się znów człowiekiem.

Zdarza się, że narzucam sobie tę lekturę siłą, a konieczność skupienia się na niekończących się zdaniach, kilometrach opisów rzeczy, zdarzeń, drgnień, szczegółów, uświadamia mi ciągle na nowo, że codzienność może być sztuką. Że umiejętność zauważania drgnienia czyjegoś oka, czy westchnienia u kogoś obok, jest wartością nadrzędną. A szacunek i uwielbienie dla drugiego istnienia, skarbem. Śledzenie smutków, radości, upodobań innych, odgadywanie ich myśli, może być celem, i sprawia, że życie nabiera urody i słodyczy.

Wiem, że książka ta nudzi prawie wszystkich dookoła mnie. Że wieczna jej obecność w moich bagażach budzi uśmiech politowania i lekkiej pogardy dla mojego „snobizmu”, ale ona jest mi potrzebna, dziś już wszystko jedno, który z tomów. Otwieram w przypadkowym miejscu, zaczynam czytać, bez emocji, bez euforii, bez egzaltacji, po to tylko, żeby uspokoić serce i tętno. By nadać myślom i problemom pospolitym inny rytm.

Po moim domu poniewierają się zdekompletowane kolejne wydania. „Uwięziona”, „Sodoma i Gomora”, „Nie ma Albertyny”, „W cieniu zakwitających dziewcząt”. Gubię je ciągle i znów kupuję nowy komplet. Za każdym razem wtedy, kiedy brakuje w każdym z nich „W stronę Swanna”, którą lubię najbardziej.

Kilka tygodni temu na warszawskim Dworcu Centralnym, tuż przed odjazdem pociągu, znów poprosiłam: – Proszę mi dać „W poszukiwaniu straconego czasu”, tylko proszę o pośpiech, bo mój pociąg już odjeżdża.

Jakiś pan obok się uśmiechnął. Panienka sprzedająca odparła: – Ale nie ma takiej książki!

Wykrzyknęłam: – Stoi przed Panią, na półce! Widzi Pani?

– Siedem tomów! Chce pani wszystkie? – zapytała, z oczami jak filiżanki.

– Tak, tylko szybko!

Kiedy odbiegałam, ten Pan, dalej uśmiechnięty, krzyknął:

– Pociągiem tego czasu Pani nie dogoni. Chyba, że jedzie Pani dookoła świata?!

– Nie, tylko do Combray! – odkrzyknęłam.

Jadę z Panią! – zawołał.

– Nie, tam się jedzie w pojedynkę! – pomachałam mu na do widzenia.

Miałaś rwanie? – zapytali mnie, śmiejąc się, koledzy z teatru, do których dobiegłam.

– Nie, to Proust miał branie – odparłam.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.