05
Styczeń
2003
13:01

Mewa

Autor: Antoni Czechow
Reżyseria: Zbigniew Brzoza
Przekład: Natalia Gałczyńska
Scenografia: Zbigniew Tomaszczyk
Kostiumy: Dorota Kołodyńska
Opracowanie muzyczne: Jacek Grudzień

Występują:

  • Konstanty Trieplew – Łukasz Garlicki
  • Piotr Sorin – Aleksandre Bednarz
  • Nina Zarieczna – Agnieszka Grochowska
  • Ilja Szamrajew – Mirosław Zbrojewicz
  • Paulina – Ewa Błaszczyk
  • Masza – Maria Peszek
  • Borys Trigorin – Krzysztof Kolberger
  • Eugeniusz Dorn – Jerzy Kamas
  • Siemion Miedwiedienko – Andrzej Mastalerz
  • Irena Arkadina – ja

Premiera 5 stycznia 2003 – CENTRUM SZTUKI STUDIO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza

„Mewa” teatr Studio, od 5.05

«”Nad tym tekstem Antoniego Czechowa myślałem już od lat, robię go teraz, bo mam wszyst­ko, czego mi potrzeba – mówi dyrektor teatru Studio i reżyser spektaklu Zbigniew Brzoza. – Przede wszystkim wymarzoną obsadę, bo z „Mewą” jest tak, że bez znakomitych aktorów nie ma po co się na nią porywać. Mam też motywację osobistą. Dramat ten dotyka proble­mu, który dotyczy mnie coraz bardziej – przemijania”. Do majątku ziemskiego na Ukrainie przyjeżdżają goście z miasta. Ich przybycie przypomina mieszkańcom o niespełnionych na­dziejach, tęsknotach i ambicjach, o bezradności wobec upływu czasu.”To komedia, trzy role kobiece, sześć męskich, cztery akty, pejzaż (widok na jezioro); mnóstwo rozmów o literaturze, mato akcji, miłość na pudy”- tak swą sztukę streścił Czechow. Brzoza:”To będzie, nie boję się tego powiedzieć, przedstawienie tradycyjne. To tekst doskonały, nie będę więc na siłę nada­wał mu współczesnej formy, ale aktorzy wypełnią postacie dzisiejszymi doświadczeniami. Agnieszka Grochowska (Nina) zagra niepokoje wchodzącej w zawód aktorki, Krzysztof Kol­berger (Trigorin) to pisarz, którego dopadła popularność, przypadek obecnie dość częsty, Krystyna Janda (Arkadina) to dojrzała, prze­wrażliwiona na swoim punkcie aktorka”. Premiera tego przedstawienia pomyślana jest też jako jubileusz 25-lecia pracy artystycznej Krystyny Jandy która w 1977 r. debiutowała rolą Niny w tej samej sztuce u boku Aleksan­dry Śląskiej. Ale Brzoza zapewnia.”Ona chcia­ła zagrać Arkadinę, ja chciałem zrobić „Mewę”, a jubileusz sam się przypałętał”.»

„”Mewa” teatr Studio, od 5.05″
jt
City nr 1
01-01-2003

Jak rozgospodarować czas, który mi pozostał? Od dawna postanowiłam, że będę robiła tylko to, na co mam ochotę, uczestniczyła jako artystka tylko w tym, co ma dla mnie wartość, jest według mnie znaczące, co sprawia mi także przyjemność, a raczej nigdy już nie będę robiła tego, co sprawia mi przykrość, męczy mnie, upokarza, sprzeciwiam się temu. Ale to tylko fragment zagadnienia i tylko moje pobożne plany, chęci, a nawet mogę je nazwać moimi marzeniami. Bo czy wszystko można zaplanować i przewidzieć? Nie.

Czas. Podobno istnieje Jungowskie ustawienie człowieka wobec czasu, ludzie dzielą się na takich, którzy myślą o czasie jako linii prostopadłej do siebie, inni widzą go równolegle. Jedni stoją na zewnątrz tej linii, inni są w jej środku, ta linia przechodzi przez nich. Są i tacy, którzy myślą o czasie właściwie tylko w trybie teraźniejszym i przeszłym, a w ogóle nie wybiegają w przyszłość, i tych nazywamy najczęściej nieodpowiedzialnymi. Takich, którzy nie przewidują, nie planują, choćby kilku tylko ruchów do przodu….

Arkadina mówi w „Mewie”: Mam żelazną zasadę, nigdy nie myślę ani o starości, ani o śmierci! Co ma być to będzie… I to jest jej jedna z recept na młodość. Ja gram na końcu tego zdania wątpliwość. Moja Arkadina kłamie sobie samej. Wmawia sobie recepty. Ale ma świadomość i upływającego czasu, i konsekwencji tego. Mam nadzieję, że w mojej interpretacji, zdanie: Proszę, wyglądam jak laleczka! Mogłabym jeszcze zagrać piętnastoletnią dziewczynkę! – to zdanie, po którym Meryl Streep podobno w inscenizacji nowojorskiej robi gwiazdę na scenie – u mnie będzie kpiną z samej siebie, goryczą i autoironią. Mam nadzieję. Jestem „za dużą dziewczynką”, żebym mogła interpretować to inaczej. Choć to uwodzące i pewnie bardziej atrakcyjne.

Ach, upływający czas i „Mewa” – rzecz o artystach!

Wczoraj usłyszałam od reżysera: W twojej interpretacji Trigorin wychodzi na głupka, bo z tobą zostaje za pochlebstwa i komplementy….

Tak. Bo tak chce Czechow i taka jest prawidłowość. Każdy artysta, czy dobry, czy zły, oddałby wszystko za związek z kimś, kto go ceni, podziwia, uwielbia, kto mu wciąż uświadamia jego „wielkość”, mówi o osiągnięciach, potwierdza, że jest wspaniały. Każdy! Każdy z nas. Arkadina sama jest aktorką, artystką, wie to doskonale, jest dojrzałą, inteligentną kobietą, używa tego sposobu na zatrzymanie przy sobie młodszego mężczyzny – artysty, świadomie i z pełną premedytacją.

…Jesteś tak utalentowany, mądry, najlepszy ze współczesnych pisarzy, w tobie cała nadzieja Rosji… Masz tyle szczerości, prostoty, świeżego, zdrowego humoru…. Umiesz zamknąć w jednym zdaniu to, co najważniejsze, co charakteryzuje postać, pejzaż, u ciebie ludzie są jak żywi. Ach, nie można cię czytać bez zachwytu!
Myślisz, że ja ci schlebiam? No to popatrz mi w oczy…. Popatrz…. Czy tak wygląda kłamstwo? A widzisz, ja jedna potrafię cię ocenić, ja jedna mówię ci prawdę, mój najmilszy, kochany. Pojedziesz? Tak? Nie opuścisz mnie?…..

To ten monolog. W tłumaczeniu, nie najlepszym zresztą, Natalii Gałczyńskiej. Problem tu jest dla mnie gdzie indziej, czy ona rzeczywiście uważa, że on jest wielkim pisarzem, czy jest aż tak cyniczna. Na tym monologu zagrać absolutną szczerość i oddanie, trudno. Po rosyjsku brzmi on inaczej. Jakby bardziej wiarygodnie. W Rosji w ogóle istnieją wielkie, wielkie tradycje mówienia sobie komplementów i pochwał, bez ograniczeń, to jest w kulturze tego kraju. W Polsce jesteśmy w tych sprawach dużo bardziej oszczędni. Ale chciałabym, żeby tak było. Chciałabym, żeby moja Arkadina wierzyła w wielkość Trigorina jako pisarza, bo dzięki temu inny też, dużo głębszy i poważniejszy, boleśniejszy staje się konflikt z synem, początkującym pisarzem nie cenionym przez nią, lekceważonym artystą, i zazdrosnym o nią paradoksalnie mężczyzną, a raczej nie o nią a o jej uznanie, uwagę, miłość. Sprawa znana z „Hamleta” także.

W związku z tym chciałabym, aby moja Arkadina nie kłamała mówiąc ten monolog, co nie zmienia faktu, że użycie tej broni w momencie, kiedy ten chce odejść, jest co najmniej cyniczne i dwuznaczne. Ale Trigorin nie jest głupi, on jej wierzy, bo chce wierzyć, bo jest mu to miłe, potrzebne, bo jest z nią w związku właśnie dlatego, że tego potrzebuje. Potrzebuje ciągłego potwierdzania własnej wartości. A ona to wie. Nina, dla której, czy do której chce odejść, porzucić Arkadinę, też go podziwia, też mu to schlebia, ale ten podziw w ustach młodości to na wodzie pisane szczęście. Poza tym Nina to temat na niewielkie opowiadanie, jak sam mówi.

Dlaczego w Mewie Trieplew strzela do siebie? Bo nie widzi dalej sensu życia? Bo Nina go ostatecznie odrzuciła? Bo okrucieństwo i nieczułość matki, brak akceptacji przez matkę, złamała go jako człowieka, zaniżyła jego poczucie wartości? Żeby zwrócić na siebie wreszcie uwagę? A może dlatego, że doszedł do wniosku, że nigdy nie będzie dobrym pisarzem? Bo doszedł do wniosku, że takie życie, jakie wiedzie, jest dalej bez sensu? Bo rozczarował się także sobą? Bo nie chciał dalej żyć w świecie, jaki znał? Bo uznał, że tak marny człowiek jak on nie ma dalej prawa żyć. Zastrzelił się, bo doszedł do wniosku, że nie ma talentu a musi pisać…. Z samotności, niekochania, braku nadziei….. Z żalu? Z goryczy? Protestu?….. Czy może tylko depresja?

Janda jubileuszowa

«Pięćdziesiąte urodziny i 25-lecie pracy zawodowej KrystynaJanda uczciła rolą Arkadiny w „Mewie” Czechowa. Gra utalentowaną aktorkę, gwiazdę, co obie panie niewątpliwie łączy. Dlaczego jed­nak Arkadina Jandy jest aż tak samo­lubna, kabotyńska i odpychająca? Nie jest to może zbyt sympatyczna postać, ale wcale nie musi być babą potworem! Niektórzy zastanawiają się, czy to aby nie zbiorowy portret koleżanek po fa­chu, obserwowanych przez znakomitą artystkę w ciągu ćwierćwiecza kariery.

Pewne jest, że przedstawienie w sto­łecznym teatrze Studio nie udało się. Brak koncepcji reżyserskiej Zbigniewa Brzozyrozkojarzył też jubilatkę: Krysty­na Janda przyciąga uwagę widzów ja­ko… Krystyna Janda, ale jednowymiaro­wa rola Arkadiny jest jedną z najsłab­szych w jej dorobku. Pogubili się i po­zostali, na co dzień świetni aktorzy, od Marii Peszek po Jerzego Kamasa. Suk­ces odniosły tylko fale, efektownie wy­glądające na sfilmowanym jeziorze z ty­łu sceny.»

„Janda jubileuszowa”
jm
Wprost nr 3
19-01-2003

Mewa w wodzie

«Najbardziej rzucającym się w oczy elementem scenografii jest jezioro na całą szerokość sceny, tajemnicze niczym Świteź u Mickiewicza.Tylko że w tym wypadku to nie poezja, to tylko woda, zdecydowanie za dużo wody. Niestety, nie jedyny to mankament „Mewy”, którą możemy oglądać w stołecznym Studio. Najbardziej za­wiedli aktorzy. Stowarzyszenie polskich feministek powinno przyznać artystom płci męskiej występującym w tym spek­taklu zbiorową naganę: w ogóle nie interesują ich kobiety! Które, jak to u Czechowa, szalenie spragnione są uczuć, mó­wią o miłości i naprawdę kochają, cóż z tego, skoro partnerów w zasadzie to nie obchodzi. Jakby poraził ich chłód ciągnący od jeziora. To przykre wrażenie, ale „Mewa” pozbawiona po­ezji i emocji staje się czymś w rodzaju opowieści z telenoweli. Kiedy więc w ostatnim akcie słychać przepisowy czechowow-ski strzał, brzmi on jak dysonans, ponieważ w pierwszym ak­cie nie było strzelby.

Najbardziej smutne jest jednak to, że w „Mewie” występu­je gościnnie Krystyna Janda, czcząca w ten sposób 25 lat pra­cy scenicznej. Ćwierć wieku temu w „Mewie”, wówczas w Te­atrze Ateneum, grała młodziutką Ninę Zarieczną (pamiętam jej prawdziwe łzy w finale), teraz jest starzejącą się aktorką Ireną Arkadiną. Oczywiście sama Janda broni się, jak zawsze, bo jest przecież wybitną aktorką. Wydaje się jednak, że przy­najmniej w tym jubileuszowym przedstawieniu powinien bronić jej teatr.»

„Mewa w wodzie”
Zdzisław Pietrasik
Polityka nr 3
18-01-2003

Mieszczański dramat

«Ten spektakl nie jest jeszcze stracony. On się dopiero rodzi.

I jeśli aktorzy złapią ze sobą kontakt, może uda im się wspólnymi siłami ukryć pustkę wyzierającą ze sceny.

Trudno powiedzieć wokół czego krążyły myśli aktorów podczas premierowego przedstawienia „Mewy” w Studio. Może KrzysztofKolberger zostawił zupę na gazie, może Krystyna Janda wciąż miała przed oczami Aleksandrę Śląską, Arkadinę, u boku której grała 25 lat temu Ninę Zarieczną, a młodzi prze­żywali, że ogląda ich mama, tata i sam Aleksander Kwaśniewski. Dość, że usilnie próbując wzniecić w sobie emocje, szalejąc z miłości i gniewu, patrzyli sobie jakby ponad głowami, wręcz deklamując kwestie. Nie ma więc w tym spektaklu jed­nej wyraźnie i prawdziwie nawiązanej relacji.

Wielka pustka

W szklanych oczach wypchanej me­wy więcej jest uczucia niż w Trigo­rinie (Krzysztof Kolberger) pożąda­jącym Niny (AgnieszkaGrochow­ska) . Z rolą Niny miała niegdyś pro­blemy Krystyna Janda, dziś ma je, świetnie debiutująca w ubiegłym se­zonie w „Amadeuszu” jako Konstan­cja, Agnieszka Grochowska.

Krystyna Janda wspomina, jak kiedyś, nie mogąc poradzić sobie z końcowym, obszernym monolo­giem Niny, po prostu skróciła go do jednego, rozpaczliwego okrzyku „Ko­stia!” skierowanego do Trieplewa, który zaraz po tym popełnia samo­bójstwo. Prawdopodobnie Grochow­ska chętnie uczyniłaby to samo i kto wie, czy nie byłby to trafny zabieg. Uderzające jest, że po Ninie, kobie­cie doświadczonej przez los, który odebrał jej dziecko, poniżonej przez mężczyznę, nie spełnionej aktorce, nie znać żadnej przemiany. Jak ucie­kła z domu będąc naiwną, egzalto­waną panienką, tak wraca po latach, w nieco poszarzałej sukience.

Martwa dusza

Udział w „Mewie” to znakomita oka­zja dla Krystyny Jandy, by w jednej roli zawrzeć własne doświadczenia dojrzałej artystki, kobiety niepokor­nej wobec przemijania, a także mat­ki. Aktorka Irina Arkadina, tak jak i Janda, ma w sobie ogromną pasję życia, energię, której podporządko­wuje innych, wyrazisty stosunek do świata i otoczenia. Jest w niej ego­istyczna potrzeba miłości, podziwu i poklasku. Jej problemem jest niepo­radny, trudny kontakt z dorastającym synem, którego świat staje się dla niej niebezpiecznie obcy. Ta relacja mia­ła być osią przedstawienia.

Tymczasem Trieplew (Łukasz Garlicki) najdobitniej oddaje swój niepokorny stosunek do świata i matki, błąkając się po scenie ze wzrokiem wbitym w książkę, niczym Hamlet. Kiedy jednak staje twarzą w twarz z Krystyną Jandą, młody aktor nie jest w stanie wejść z nią w emocjonal­ny dialog i oboje tuszują ten fakt krzy­kiem i sztuczną szarpaniną. Ślizgają się po powierzchni, zaniedbując, naj­ważniejszą u Czechowa, duszę.

Arkadina nie jest więc rolą, któ­rą Janda podsumować może 25 lat kariery. Choć celnie, z właściwym so­bie poczuciem humoru i autoironią, mówi kwestię: Proszę, wyglądam jak laleczka! Mogłabym jeszcze zagrać piętnastoletnią dziewczynkę!

I rzeczywiście w jej interpretacji Arkadina wciąż jest silną kobietą i aktorką, której czas jeszcze nie minął. Jakby krzyczała ze sceny „Stać mnie na więcej!”. Ale widownia o tym wie. Wystarczyło to „więcej” pokazać.

Klimat przedstawienia Zbignie­wa Brzozy ratuje subtelna scenogra­fia Zbigniewa Tomaszczyka. Tam skryła się dusza tego spektaklu w lekko zmarszczonym wiatrem je­ziorze, w zarysie drzew na jego dru­gim brzegu, w cieniach za oknami. I w roli MirosławaZbrojewicza, gra­jącego zarządcę majątku Ilję Szamra­jewa. To jedyna w pełni krwista po­stać, w której widać i wschodni tem­perament, i ścierającą się z ordynar­nością rzewność, postać zagrana ostro i po męsku. Czasem wzrok przycią­ga alkoholizująca się z wdziękiem Ma­sza (Maria Peszek). Wszystko to jed­nak mało, mało…

Fałszywa nuta

To, co się dzieje w dramatach Cze­chowa jest rzeczą drugorzędną – pi­sał Tadeusz Różewicz – nie „intrygi”, rozwiązania, ale „powietrze” tych dra­matów pamięta się zawsze, czuje się zmysłami ich atmosferę, pustkę mię­dzy zdarzeniami, milczenie między słowami, oczekiwanie. Bezruch, a nie ruch jest tam istotą przedstawienia. Gdzie się podziała prawda w tym spektaklu? Dlaczego nie ma w nim mowy ani o miłości, ani o sztuce, ani o strachu przed niszczącą siłą czasu i starością? Jest w nim jedynie jakieś głębokie niezrozumienie siebie na­wzajem.»

„Mieszczański dramat”
Iza Natasza Czapska
Życie Warszawy nr 5
07-01-2003

Poleciała mewa cicha

«Nie intrygi, nie akcję, lecz „powie­trze” dramatów Czechowa pamięta się najdłużej. Po inscenizacji „Me­wy”, którą na deskach Teatru Mu­zycznego zaprezentował Teatr Studio z Warszawy, w mojej pamięci, nieste­ty, niewiele zostało…

„Mewa” to historia o niespełnionych ma­rzeniach: o sławie, miłości, wyjeździe do miasta, dobrych żniwach czy… parze koni. Historia o nadmiarze i braku uczuć, tęsk­notach, porażkach, ucieczkach, życiowych nieporadnościach i ulotnym, często jedno­razowym szczęściu.

To historia, której nie da się opowiedzieć ot, tak – słowami. Bo to, co „dzieje się” w dramatach Czechowa, jest rzeczą drugo­rzędną – jak pisał kiedyś Tadeusz Róże­wicz. Czechow zdaje się mówić bezruchem, pustką między zdarzeniami, milcze­niem między słowami, oczekiwaniem.

Nie taką „Mewę” dane mi było zobaczyć w poniedziałkowy wieczór podczas gościn­nego spektaklu warszawskiego Teatru Stu­dio. Były za to wyrzucane z dużą prędko­ścią słowa i chaotyczny ruch. Były silne emocje i aktorska ekspresja, która mąciła „powietrze”, burzyła ciszę, przeszkadzała. Na scenie królowały uznane nazwiska: Kry­styna Janda (rolą Arkadiny świętuje 25-lecie pracy artystycznej), Krzysztof Kolber­ger, Maria Peszek, Jerzy Kamas… Aktorzy grali jakby sami dla siebie, obok siebie i – obok Czechowa. Nie zbudowali ciszy tego spektaklu – nawet się nie starali.»

„Poleciała mewa cicha”
Sylwia Wilczak
Gazeta Wyborcza – Poznań
28-05-2003

Jezioro

«Jezioro. Plaża. Płasko – ani się od­bić, ani zaczepić. Bywa, że z du­żej chmury idzie mały deszcz, że góra rodzi mysz, a krowa, co dużo ryczy, mało mleka daje. Gdyby tak nie bywało, to i tych przysłów by nie było. Każda sztuka niesie ze sobą ryzyko. Dwa dodane do dwóch raz bywa szóstką, a raz ledwie pałą. Koń ma cztery nogi, a też się potknie.

Szkoda, że jubileusz artystyczny 25-lecia pracy scenicznej Krystyny Jandy „uświetniła” porażka artystyczna war­szawskiej premiery „Mewy” Czechowa w reżyserii Zbigniewa Brzozy. Panna, madonna, legenda tych i tamtych lat chciała symboliczną klamrą – od Niny do Arkadiny – zamknąć pewien etap swej pracy scenicznej. Niestety, klamra już na etapie produkcji okazała się wybrakowana. Aż głupio się przyznać, że Janda, ta wspaniała skądinąd Rozhu­lantyna polskiego teatru, nie budzi tym razem żadnych emocji – może sobie być na scenie, może nie być, wsio raw­no, kak gawariat Francuzy.

Kto zawinił? Trudno dociec. Ale też trudno zgodzić się z prasowymi enun­cjacjami reżysera. Mewa nie jest „tek­stem doskonałym”, przynajmniej na tle innych, dojrzalszych sztuk Cze­chowa. Nie jest też przede wszystkim „dramatem przemijania”, tylko dość krwistym, mocno nasyconym uczucia­mi, zdialogowanym tekstem o namięt­nościach, które mogą mieć – i mają tragiczny finał. No i trzeci błąd w zało­żeniu – „tradycyjność” inscenizacji, jak ją rozumie Zbigniew Brzoza, po tysią­cznych wystawieniach tej klasycznej pozycji repertuarowej nie wystarczy, by ją po raz tysiączny pierwszy dobrze (czytaj: interesująco, poruszająco, prowokująco itp.) wystawić.

Dominującym, zarazem niepokoją­cym, intrygującym i pociągającym ele­mentem tego tradycyjnego, opartego na grze aktorskiej przedstawienia jest życie jeziora. Wymyślona przez sce­nografa Zbigniewa Tomaszczyka i zrealizowana przez Jerzego Karpiń­skiego projekcja naturalistycznego, fotograficznego obrazu, falującej na kurtynie wody z majaczącym dru­gim brzegiem, zza którego dobiega echem smętne zawodzenie pamięta­jących pańszczyźniane czasy wło­ścian, starczyłaby we współczesnej galerii za interesującą instalację. Moż­na by ją podziwiać nawet i kwadrans, a potem kontemplować w duszy roz­maite ewokowane tym widokiem prywatne nostalgie. W teatrze jednak zazwyczaj oczekujemy jakiejś akcji. Jeszcze przed wojną ostentacyjne komplementowanie scenografii było jednoznacznym sygnałem, że sztuka się nie podobała. Bo i nie podoba się – przez miałkość relacji między po­staciami, brak koncepcji i, szczerze powiedziawszy, zwyczajną nudę.

Obsada, teoretycznie, doskonała. Ale postaci tkwią na scenie niczym śrubki i tryby rozebranego mechani­zmu. Niektórzy się bronią, inni nie. Chwalona, być może nad miarę, AgnieszkaGrochowska (Konstancja z Amadeusza, zjawiskowa Beatrix Cenci) jako Nina rusza się jak rozregu­lowana mechaniczna lalka, deklamuje zamiast mówić i nie wykazuje żadnego rozwoju emocjonalnego postaci, któ­ra, przypomnijmy, przez dwa lata przeszła – na planie moralnym i socjal­nym – degrengoladę absolutną.

Krzysztof Kolberger powinien zwra­cać pieniądze za niewywiązywanie się z podstawowego obowiązku aktora, czyli grania roli. Owszem fizycznie jest obecny, chodzi, czasem coś mówi, ale w jakiej sprawie i po co, to już jego słodka tajemnica. Maria Peszek jako nieszczęśliwa Masza chyba sobie nie­zbyt fortunnie przypomniała atmosfe­rę „Wariata i zakonnicy”; niestety, to Czechow, nie Witkacy. Doktor Dorn Jerzego Kamasa jest nawet dość za­bawny, ale na pół godziny, nie na dwie. Konstanty ŁukaszaGarlickiego mo­że by i coś zagrał, gdyby miał z kim. Niestety, świetnie napisane sceny z matką, czyli Arkadiną, są – tu winię Jandę – niewygrane i powierzchowne. Janda nie jest zła. Jest w tej roli nie­zdecydowana, nijaka i to jej największy grzech, bo w końcu sarna przyzwycza­iła widzów do innych temperatur. Jej postać wzrusza się tylko sobą, a i to na pół gwizdka. Po żałośnie słabej Lady Makbet w Powszechnym sprzed kilku sezonów, to druga jej tak nieudana rola w klasycznym repertuarze. Szkoda, bo jest aktorką genialną, w takim sensie, w jakim sto lat temu komplementowa­no tym słowem Modrzejewską. Ze szczerymi, gorącymi hołdami poczekaj­my więc do kolejnego jubileuszu.»

„Jezioro”
Hanna Baltyn
Teatr nr 1-2
01-01-2003

Komu wypchaną mewę?

«Krystyna Janda kończyła grać Arkadinę w niedzielny wieczór w Teatrze Studio ze łzami w oczach, przy owacji na stojąco. Na wi­downi byli prezydent Aleksander Kwa­śniewski i minister kultury Waldemar Dąbrowski. Znany telewizyjny prezen­ter zaprosił widzów na bankiet przygo­towany przez aktorską restaurację „Pro­hibicja” i odczytał listę sponsorów, po­twierdzającą, jak wielką gwiazdą jest wybitna aktorka. Niestety, rola o tym nie świadczyła.

Tytułową mewę zabija w dramacie Trieplew młody pisarz i obwieszcza swo­je samobójstwo. O szczęśliwej i wolnej jak mewa dziewczynie pisze opowiada­nie Trigorin. To dla niego zmarnuje ży­cie marząca o scenicznej sławie mło­dziutka Nina, nieszczęśliwie kochana przez Trieplewa. Po dramatycznej próbie doznania wielkiej miłości zostaje tylko martwe, wypchane ptaszysko. Ogląda­jąc spektakl Zbigniewa Brzozy można pomyśleć, że symbol gorzkiej porażki powinien przypaść jego autorom.

Pozornie wszystko jest w porządku, tak jak w tchnących optymizmem słowach Arkadiny, matki Trieplewa i part­nerki Trigorina. Chwali się, że ciągle coś przeżywa, jest w nieustannym ru­chu, nienagannie uczesana, ubrana. A przecież to tylko „słowa, słowa” kobiety unieszczęśliwiającej najbliższych; syna złaknionego matczynego ciepła – ego­izmem, brata opiekującego się jej ma­jątkiem – skąpstwem. Jedynie w obli­czu romansu Trigorina z Niną stać ją na pokazanie resztki ludzkich uczuć. Ale jest za późno.

Niestety, bezmiar nieszczęścia, o którym stara się zapomnieć żyjąca w świecie sztuki Arkadina, został z roli jubilatki wytarty gumką-myszką. Aż dziw bierze, że Łukasz Garlicki jako Trieplew pozwolił sobie w jednym z dia­logów na sparodiowanie maniery ak­torskiej Jandy. Ale jak kamfora wyparo­wały aluzje do toksycznych, hamletycz­nych relacji Trieplewa z matką. Nie ma pełnych goryczy zarzutów, że wybitną aktorkę można tylko chwalić i zazdro­ści wobec Niny, która dostała główną rolę w sztuce wystawianej nad jezio­rem. Po takich reżyserskich zabiegach postać interpretowana przez Jandę traci psychologiczne bogactwo i charakter, z których słyną jej kreacje. Czyżby gra­nie kontrowersyjnej bohaterki i rozra­chunek z własnym gwiazdorstwem nie licowało z atmosferą jubileuszu? Szko­da, że wybitnej artystce zabrakło odwa­gi, którą obdarzyła kiedyś Agnieszkę w „Człowieku z żelaza „.

Z inscenizacji Zbigniewa Brzozy zniknął też gorący w życiu polskiej sce­ny motyw konfliktu między teatrem tradycyjnym, banalnym a młodym, po­szukującym, drapieżnym. Być może re­żyser zamiast jątrzyć dramatem nie­spełnienia, rozpaczy, nieszczęścia każ­dego z bohaterów, wolał zrealizować spektakl w stylu telenoweli „Na dobre i na złe”. Wbrew temu, że „Mewa” jako jeden z pierwszych wielkich dramatów Czechowa pokazuje bohaterów bez­kompromisowo wyznających miłość i nienawiść, rozpalonych emocjonalnie, jak to bywa w gorące lato. A i jego nie ma w spektaklu. Od pierwszych scen zastępuje go jesienna, bura aura. Z du­cha telewizji wziął się pomysł, by na te­atralnej kurtynie pokazywać przez cały spektakl obraz jeziora i odbijające się od brzegu fale.

Była szansa na więcej niż senty­mentalne pejzaże, tym bardziej że spo­za zespołu Studia reżyser zaprosił Krzysztofa Kolbergera(Trigorin) i Je­rzego Kamasa (Dorn). Klasę trzyma Sorin AleksandraBednarza, oryginal­nych środków wyrazu poszukuje Maria Peszek(Masza). Na pierwszoplanową postać wyrasta jednak Nina. 25 lat te­mu grała ją Krystyna Janda, teraz rola przypadła AgnieszceGrochowskiej. W scenach awangardowej sztuki Trieple­wa jest piękną i wrażliwą, choć jeszcze naiwną dziewczyną, która nie rozumie­jąc do końca świata i ludzi, szuka swe­go miejsca w teatrze, gotowa na naj­większą ofiarę. I płaci najwyższą cenę. Włóczyła się z Trigorinem po tanich hotelikach, straciła dziecko, gra na za­padłej prowincji. W finale gestykuluje nerwowo, jej twarz wyszarzała, w za­padniętych oczach odbija się chorobli­wa, nieszczęśliwa miłość. Grochowska nie oszczędza się, daje z siebie wszyst­ko. Jak filmowa Agnieszka. Ciekawe, ja­ką będzie aktorką, gdy po latach przyj­dzie jej zagrać Arkadinę.»

„Komu wypchaną mewę?”
Jacek Cieślak
Rzeczpospolita nr 5
07-01-2003

Poplątane uczucia

«”MEWA” wśród dramatów Czechowa, opisujących stan ro­syjskiej inteligencji i dramat splą­tanych uczuć, uchodzi za utwór słabszy – raczej preludium póź­niejszych najdoskonalszych jego sztuk: „Wujaszka Wani”, „Trzech sióstr” i „Wiśniowego sadu”, Tym większego trudu wymaga ze stro­ny aktorów i reżysera, aby spełnić się na scenie.

Podobnie jak w przypadku po­zostałych utworów pisarza sce­niczny sukces „Mewy” zależy od ulotnego, trudnego do pochwyce­nia wrażenia unikatowości i typowości. Rzecz bowiem polega na tym, aby jednocześnie ujawnić dość typową sytuację niedowładu intelektualnego, moralnego, emo­cjonalnego inteligencji, a zarazem ukazać bohaterów dramatu jako postaci wyjątkowe, o wielkiej we­wnętrznej czujności kontempla­cyjnej, zdolne do samooceny i tra­gicznej wręcz korekty (lub przy­najmniej do zamiaru takiej korek­ty) swego postępowania, a zara­zem spętane licznymi więzami uczuć, zależności finansowych, rodzinnych, grupowych. Jeśli tak się rozumie rozwiązanie tej szara­dy, sukces wydaje się w zasięgu ręki. Pozostaje jeszcze, bagatela, umiejętność stworzenia aury.

Nie wiem, czy wybór przez Krystynę Jandę roli Arkadiny na benefis ćwierćwiecza pracy sce­nicznej był wyborem najszczę­śliwszym W każdym razie artyst­ka nie w pełni sprostała temu wy­zwaniu, dając dość powierzchow­ny wizerunek kobiety przykrej, raniącej wszystkich dookoła, po­zbawionej głębszych uczuć i tyl­ko czasem ulegającej przemożnej potrzebie odsłonięcia uczuć. Nie potrafiła ukazać dwoistości natu­ry Arkadiny, która na pozór tylko jest zimna, a tak naprawdę deli­katna, a rani niejako przez przy­padek. Rozumiem doskonale, że Janda chciała (choćby podświa­domie) zagrać na kontrze do Aleksandry Śląskiej, która umia­ła magnetyzować publiczność i partnerów (wtedy pisało się, że grała „zniewalająco”).

Spektakl ze Śląską w Ateneum sprzed 25 lat, w którym Janda grała Ninę, promieniował rolą Ar­kadiny. Śląska już samą obecno­ścią na scenie budziła napięcie, żywsze bicie serca. Tej tempera­tury zabrakło w interpretacji Jandy. Niby wszystko jest dobrze, ale nic się w tym przedstawieniu nie zgadza. Wiele tu udanych ról, zwraca uwagę pełna wewnętrz­nego napięcia rola AgnieszkiGrochowskiej (Nina), która dra­mat złej miłości narysowała prze­konująco i wzruszająco, także ro­la Marii Peszek (Maszy) bez złudzeń pogrążającej się w nieszczę­ściu czy AleksandraBednarza, poczciwego i coraz bardziej bez­radnego Piotra Sorina. Jest też bardzo interesująca oprawa mu­zyczna, ciekawie zaaranżowana przestrzeń…

Cóż z tego jednak… Zdarzają się sytuacje i sceny udane, ale w ca­łym przedstawieniu brak iskrze­nia. Może emocjonalne wystudze­nie świata przedstawionego wy­dobywa niezbyt fortunne tło (emi­towany z wideo na całą szerokość teatralnego horyzontu widok smętnego, monotonnego i posza­rzałego jeziora), może nadmierny akcent położony na nieszczęście prześladujące bohaterów. Tak czy owak, jest to Czechow jednego planu. Tymczasem prawdziwy Czechow wymaga „podwójności. Tragizm nie jest w jego drama­tach dany z góry, ale nawarstwia się, wydobywa nagle spod po­wierzchni pozornie niefrasobliwe­go życia. Wtedy naprawdę chwyta widownię za gardło.»

„Poplątane uczucia”
Tomasz Miłkowski
Trybuna nr 11
14-01-2003

Zagrać Mewę

Nina Zarieczna w „Mewie” Czechowa to rola wyzwanie. Wspaniały materiał na aktorski start. W spektaklu Krystiana Lupy w Teatrze Dramatycznym – „Mewa – niedokończony utwór na aktora. Sztuka hiszpańska” – w tę rolę wcieli się Marta Król.

Nina to młodziutka dziewczyna, która marzy o teatrze. Podczas sceny teatru w teatrze prezentuje katastroficzny tekst napisany przez Konstantego Trieplewa: „Ludzie, lwy, orły i kuropatwy… zimno, zimno, zimno… strach, strach, strach…”.

„Mordowałam się z Niną Zarieczną”, „nienawidziłam tej postaci”. „Budziłam się rano z myślą: o Boże, wieczorem znów muszę grać tę koszmarną Ninę. To była prawdziwa fizyczna męka” – pisała o tej roli Krystyna Janda, która grała Ninę Zarieczną w 1977 roku w Teatrze Ateneum. 10 lat później rolą Niny w spektaklu „10 portretów z Czajką w tle” w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego zaistniała w Teatrze Studio Joanna Trzepiecińska. Intrygującą Niną była Małgorzata Rudzka w przedstawieniu Andrzeja Domalika wystawianym na początku lat 90. w Teatrze Dramatycznym. Ostatnio w Warszawie Ninę Zarieczną zagrała Agnieszka Grochowska w spektaklu Zbigniewa Brzozy w Teatrze Studio. Marta Król jest absolwentką PWST im. Solskiego w Krakowie (wydział aktorski ukończyła w 2003 r.), ale też dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. I absolwentką Szkoły Muzycznej I stopnia im. K. Kurpińskiego w Warszawie (wiolonczela, fortepian). Krystian Lupa mówi o niej: – To moja studentka, na zajęciach wspaniale się odnajdywała. Ma wyobraźnię i dużą siłę. To nie pierwszy spektakl Krystiana Lupy, w którym wystąpi. Grała w „Wymazywaniu” w Teatrze Dramatycznym i kilka epizodycznych postaci w „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa w Starym Teatrze w Krakowie. W Teatrze Dramatycznym występowała też (Blanche, Francuzka i Bóstwo Germańskie) w „Obsługiwałem angielskiego króla” wg B. Hrabala w reż. Piotra Cieślaka oraz w „Płatonowie” Czechowa w reż. Pawła Miśkiewicza.

„Zagrać Mewę”
DOW
Gazeta Wyborcza – Stołeczna nr 73
26-03-2004

Czechow? Tak, proszę

«U Czechowa najważniej­sze jest nie to, co sta­nowi tzw. konflikt drama­turgiczny, lecz tło głównych zdarzeń. W „Mewie” nie jest zatem istotna dość ba­nalna historia romansu Trigorina z Niną Zarieczną i nie ona stanowi o wyjąt­kowości tego tekstu. Zda­rzenia prawdziwie ważne zostały przez autora ukry­te, a na scenie zaledwie zrelacjonowane. My zaś stajemy się świadkami co­dzienności złożonej z ruty­nowych zdarzeń.

Półtony

Ten „banalny tragizm” codzienności został dobrze pokazany w spektaklu Zbi­gniewa Brzozy. Osiągnięto to co najtrudniejsze w tej dramaturgii – stonowany sposób grania. Nikt tu nad nikim nie dominuje. Nawet egzaltowane okrzyki Iriny Arkadiny (KrystynaJanda ) z czasem cichną, postać zmienia się i w kolejnych odsłonach jest jej coraz mniej.

Odwrotny proces zacho­dzi u Niny Zariecznej (AgnieszkaGrochowska), która ze swojego początkowego stłumienia wchodzi w finale w stan najwyższe­go rozwibrowania emocjo­nalnego. Te procesy zacho­dzą jednak płynnie, dzieją się naturalnie.

Drugi plan też

Tak jak u Czechowa wszystko co najważniejsze dzieje się na drugim planie, tak i w spektaklu Brzozy najpełniejsze role stworzyli aktorzy drugoplanowi. Aleksander Bednarz w roli Piotra Sorina stworzył przejmująco bolesny obraz starości pełnej niespełnie­nia. I tak jak dla Arkadiny opozycję stanowi Zariecz­na, tak kontrapunktem dla Sorina jest Trieplew (Łu­kasz Garlicki). Tak jak So­rin jest starością, która nie ma już szansy na spełnie­nie, tak Trieplew jest mło­dością, która w swoje speł­nienie nie wierzy.

„Mewa” to jedno z naj­lepszych przedstawień, ja­kie w ostatnich latach przy­gotował Zbigniew Brzoza. Klasyczne, czyste, wyważo­ne.»

„Czechow? Tak, proszę”
jj
Dzień Dobry nr 2
10-01-2003

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.