14
Styczeń
2007
05:01

MAXmagazine- Szczęśliwe dni.

 

Szczęśliwe dni to na razie drugie przedstawienie na dużej scenie Pani teatru. Poprzednio reżyserię powierzono słynnej Natashy Parry, teraz Cieplakowi.

Jakimi kryteriami się Pani kieruje?

 

Z wyborami i tytułów i realizatorów bywa bardzo różnie. O Czechowie zawsze myślałam wyobrażając sobie otwarcie naszej dużej sceny a o pani Nataszy Parry jako reżyserze, pomyślałam dlatego że uważam Ją za najwybitniejszą europejska interpretatorkę Czechowa. Z Beckettem i panem Piotrem Cieplakiem, było troszkę inaczej, od dawna bardzo chciałam się z Nim spotkać, a śledząc od kilku lat Jego kolejne prace reżyserskie, zauważyłam potyczki z tekstami Becketta. Pomyślałam ze spotkanie Piotr Cieplak- Beckett- Szczęśliwe dni- Teatr POLONIA, może być wielce interesujące. I tyle.

Właściwie każdy projekt układa się inaczej, bo przynosi innego rodzaju wyzwania. Odpowiedzi na pytania jak, i kto przynosza podejmowane tytuły , tematy. Moje wybory zależą od wielu czynników, kieruje się dobrem kolejnego projektu i teatru, tylko i wyłącznie. Niebagatelne jest też to że od 30 lat pracuję jako aktorka i od 15 lat reżyseruje, znam środowisko, artystów, ich marzenia, zamierzenia i gusty a także chyba możliwości.

 

Dlaczego Beckett? I dlaczego z jego wielkiego dorobku wybrano właśnie „Szczęśliwe dni”?

 

To rola, którą chciałam zagrać od dawna. Przymierzałam się do niej już wcześniej, nawet kilkakrotnie, ale wydaje mi się, że nigdy nie było dobrego pomysłu, to nie były te momenty. „Chwila” przyszła dopiero z Piotrem Cieplakiem, nie wiem czy robilibyśmy w rezultacie tego właśnie Becketta, gdyby nie On.

 

 

Nawiązując do treści sztuki, jak Pani sądzi, czy istnieje szczęśliwa starość ?

 

Oczywiście. Jest tylko wiele warunków do spełnienia. Mądrość, umiejętność doceniania każdej mijającej chwili, świadomość, że samo życie, drobiazgi, chwile, mogą dawać szczęścia, no i bliska, kochana osoba u boku niewątpliwie może być fundamentem szczęścia, do końca życia. To oczywiście banały, jak i to że szczęśliwa starość zazwyczaj zdarza się po udanym , satysfakcjonującym życiu. Nie mniej zdarza się a różne ma oblicza. Zresztą i szczęście dla każdego znaczy co innego.

 

 

Jak współpracuje się Pani z Jerzym Trelą, ponoć ostatnio pracowali Państwo razem 30 lat temu.

 

O tak , lata temu zagraliśmy razem w filmie „ Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego, ale nie spotkaliśmy się na planie. Teraz to nasze pierwsze spotkanie teatralne. Jerzy Trela jest jedną z największych legend polskiego teatru. To także kamień milowy, w historii aktorstwa polskiego, kolumna, na której opierały się największe, najbardziej znaczące, legendarne polskie inscenizacje. To, że gra w teatrze POLONIA, że zgodził się zagrać Willego w naszych „ Szczęśliwych dniach” jest dla mnie, dla nas, dla warszawskiej widowni, prawdziwym szczęściem.

 

 

Jak budowała Pani swoją postać? Kim jest Winnie?

Człowiekiem przede wszystkim, kobietą w dalszej kolejności. Unieruchomionym istnieniem, walczącym o każdą kolejną chwilę życia. Istnieniem, to chyba najlepsze określenie. Bojącym się samotności, przemijania, nieważności zdarzeń i chwil. Ludzkim istnieniem ze wszystkim co to przynosi, ze sobą bycie człowiekiem, lękami, fobiami, radościami, słabościami, nadziejami, naiwnościami….wszystkim. Jest jedną z nas.

A postać budowałam myśląc o tej sytuacji Beckettowskiego uwięzienia i związku z Willym, całkowicie realistycznie, jak chciał reżyser zresztą. Dwoje ludzi samotnych w jakimś wyizolowanym świecie- mieszkaniu, pustce, zawieszeniu, przy czym ona unieruchomiona i potrzebująca opieki i pomocy. Sytuacja, częsta, wręcz codzienna.

 

 

Choć to kino dało Pani olbrzymią popularność, „odeszła” Pani od niego, kierując się raczej w stronę teatru. Czym jest dla Pani obecność na scenie?

 

Pracuję 30 lat. Pierwsze 10 lat nie schodziłam z planów filmowych, następne 10 dzieliłam równo między teatr i film, teraz nie schodzę ze sceny. W między czasie zaczęłam reżyserować, głównie dla teatru telewizji zresztą co jakby łączy teatr z filmem. Zrobiłam przez ostatnie lata 10 tytułów. Ale wiąz jestem czynną aktorką i filmową i telewizyjna i teatralną tyle ze w innych proporcjach. To naturalna droga, nie ma w niej nic ani dziwnego ani oryginalnego. Aktorki w pewnym wieku nie są potrzebne w kinie często, za to teatr ofiarowuje im wiele, literatura teatralna. W teatrze, na scenie od lat jestem szczęśliwa, i teraz to niewątpliwie mój świat. Nie odeszłam od niego zresztą nigdy, zawsze od początku, robiąc rolę filmową za rolą, jednocześnie zawsze grałam w teatrze i w telewizji zresztą także.

Czym jest dla mnie scena? Egzaltowanie o tym mówiąc i myśląc – światem, który rozumiem i kocham. I co więcej czuję się w nim bezpiecznie, czego nie mogę powiedzieć o tym świecie na zewnątrz.

 

 

Według Pani, świat bez teatru to

….taki sobie świat.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.