01
Styczeń
1999
01:01

Felieton - Uroda, nr 1/1999

zobacz zdjęcie

Ludzie! Kochajcie swoje dzieci, bo wyrosną na reżyserów filmowych

Ten felieton nie będzie miał formy, konstrukcji czy specjalnej myśli. Jest tylko i wyłącznie wynikiem mojej głębokiej depresji w którą wpędziło mnie młode światowe niezależne kino.

Jestem od ośmiu dni na Festiwalu Filmowym w Manncheim- Heidelbergu. Oglądam jako członek jury po trzy, cztery filmy dziennie. Filmy reprezentujące młode, zaangażowane kino światowe. Doprowadziło mnie to skrajnego stanu rozpaczy, smutku i przygnębienia. Myślę, że ci, którzy muszą obejrzeć wszystkie te filmy jednocześnie, powinni dostać rekompensatę za utratę zdrowia, albo bezpłatne leczenie psychiatryczne.

Przede mną jeszcze, sześc filmów, nie wiem czy to przetrzymam, a i reszta członków jury nie czuje się najlepiej. Zdarza się niektórym z nich wyjść z projekcji, mówią potem nad kieliszkiem wina, że był to piękny i ważny film, ale nie wytrzymali psychicznie a zaznaczam ze niektórzy z nic są młodzi.

Nie wiem, jakie zadanie ma dziś sztuka i czy je w ogóle ma, wiem za to, że w sztuce nie ma reguł, a jeśli są to warto je łamać. Warto tez mieć odwagę, jeśli naprawdę chce się powiedzieć cos ważnego. Ale wiem także, albo tak mi się dotąd wydawało, że twórca chce się jednak porozumieć z publicznością. Ci jednak, z których filmami spotykam się tutaj , a w każdym razie większość z nich, zrobili wszystko żeby do kina nikt nie przyszedł.

Cóż za niezależność, pomyślałam w pewnej chwili, polscy reżyserzy sięgają po najbardziej niewybredne sposoby, aby ludzi ściągnąć do sal, żeby ludzie zapłacili pieniądze za bilet, są całkowicie zależni od sukcesu mierzonego tylko i wyłącznie ilością publiczności oglądającej ich filmy- Ci widocznie nie muszą.

Ale dzisiaj po ośmiu godzinach projekcji, cierpień i samotności w kinie, infantylnych mrocznych miłości, przemyślnych morderstw, brutalnych aktów seksualnych odbywających się na oczach dzieci, hektolitrów przelanej krwi w każdym filmie, deszczów, wiatrów, błota, twarzy aktorów nie wyrażających nic oprócz kresów jakichkolwiek nadziei, ewentualnie wyjących albo rzężących o tym ze są samotni i niekochani, i dlatego tez nie kochają, nie są zdolni do miłości….MAM DOSYĆ. PROTESTUJĘ. DŁUŻEJ NIE MOGĘ. NIE CHCĘ. Tym bardziej że nie możemy się przejąć losem ludzi na ekranie bo reżyserzy nie dają nam nawet najmniejszych szans ich naprawdę poznać, polubić czy przywiązać się do nich choćby na moment.

Z całej tej masy filmów fabularnych, filmów krótkich i dokumentarnych, wynika jedno- Wszyscy reżyserzy byli niekochani przez rodziców i w dzieciństwe niepotrzebni nikomu. To jeden wielki krzyk pretensji do rodziców, losu , świata i społeczeństw za brak miłości. A TE FILMY TO KARA. ONI ZA TO KARAJĄ TEN ZŁY ŚWIAT SWOIMI FILMAMI!

Ludzie całego świata! Kochajcie swoje dzieci! – Bo wyrosną z nich nie tylko mordercy i ludzie bez serc, ale także awangardowi reżyserzy i będziemy musieli oglądać ich filmy!

Niewątpliwie jest to jakiś problem, przede wszystkim pokoleniowy, młodość to protest, ale do tego wszystkie te leki wynikające z samotności, braku uczuć, ten przerażający smutek, dotyczy reżysera amerykańskiego, estońskiego, bułgarskiego, słowackiego czy francuskiego w równym stopniu. A naprawdę zumiewajace jest również to ze z wiekszkosci tych filmów również wynika, że winę za to ponoszą RODZICE i ma to korzenie w dzieciństwie. Coś w tym jest.

Przy tym wszystkim nie są to filmy złe, co więcej jest w nich masę nadzwyczajnych pomysłów formalnych, narracyjnych, są jednolite stylistycznie itd., itd., ale prawie wszystkie czarno białe, mimo że nie wie wszystkich krajach jest to tańsze. I prawie we wszystkich grają udręczone dzieci.

Co za męka!

Wczoraj słanajace się z bólu egzystencjalnego jury, przyznało nagrody. Pojawiły się jednak w tym czarnym świecie filmy zupełnie nadzwyczajne, czy po prostu ważne. Poziom festiwalu, jeśli chodzi o sprawy warsztatowe był bardzo wysoki. Na szczęscie.

Mnie najbardziej poruszył godzinny dokument młodego japończyka, który przy pomocy kolegi z kamerą rejestruje swoje upiorne życie seksualne z przygodnymi partnerami w zakamarkach nocnych ulic Tokio, po czym prowadzi wstrząsające rozmowy przed kamerą ze swoim ojcem, którego widzi pierwszy raz po wielu latach, ojczymem i matką. Zadając im proste pytania dojrzałego już i nigdy nie kochanego dziecka. Ojciec odpowiada na pytania odwracając się do kamery tyłem, ojczymowi nie zależy na niczym, śmieje się głupkowato i lekceważąco cały czas, matka nie umie sobie poradzić ani z pytaniami ani z kamerą, a scena, w której chłopach wyznaje jej, że jest gejem jest wstrząsająca. Kładą się razem do łóżka i matka długo kołysze go zwiniętego z bólu na jej piersi. Nie zapomnę tej sceny nigdy.

Na koniec chłopiec pokazuje kamerze pokryty bliznami tors i na naszych oczch, rani się nożem. Krew płynie po jego torsie a on wyjaśnia kamerze że robi to żeby sprawdzić czy jeszcze żyje, bo często nie czuje już nic.

Chłopiec jest studentem Tokijskiej szkoły filmowej. Zapytałam go, jaki zrobi następny film. Odpowiedział mi że nie wie.

Na uroczystość zakończenia festiwalu, podczas której odczytywałam w imieniu jury werdykt, z depresji założyłam granatowe pończochy do czarnej sukni. Nie zdarzyło mi się to nigdy. Nie cierpię granatowego z czarnym.

Boże, jaka ja jestem szczęśliwa!

Ps: W nagrodzonym przez nas wspaniałym filmie „ Max i Bobo” belgijskiego reżysera Frderrica Fonteyne, pojawił się cud tego festiwalu, młody aktor, debiutant, Jan Hammenecer, dla tej roli warto było tam jechać, i wytrzymać te wszystkie cierpienia.

Uroda, nr 1/1999

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.