02
Październik
2001
13:10

Mała Stainberg

Autor: Lee Hall
Reżyseria: Krystyna Janda
Opieka artystyczna: Zbigniew Brzoza
Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
Scenografia: Katarzyna Sobańska

Polska prapremiera 2 października 2001 w Teatrze STUDIO

Lee Hall jest jednym z najbardziej utalentowanych angielskich pisarzy, jedną ze sław literackich, a ostatnio, dodatkowo, autorem bardzo popularnym. Jego sztuka radiowa Spoonface Steinberg(polski tytuł Mała Steinberg) zdobyła trzy nagrody: nagrodęTALKIES , nagrodę Best Drama (najlepszy dramat) oraz nagrodę roku Talkie of the Year a także sztuka ta jest laureatką nagrodyWriters Guilds. Jest to nagroda za najlepszą sztukę radiową roku 1997.

Lee Hall przygotowuje się do realizacji nowych zamierzeń zarówno w tym jak i w przyszłym roku. Dla potrzeb RSC Goldonis zaadaptował sztukę Sługa dwóch panów. Inna jego sztuka Cookin with Elvis została przyjeta z dużym uznaniem na Festiwalu w Edynburgu. Sztuka ta została przekazana do WEST END na początku tego roku. Także jego adaptacja ksiażki B.Brechta Matka Courage została przedstawiona w New Ambassador i odniosła ogromny sukces. Jest to niezwykle wrażliwy, utalentowany pisarz. W Polsce Lee Hall znany jest przede wszystkim z filmu Billy Elliotdo którego napisał scenariusz. Film obsypany wieloma nagrodami na całym świcie przysporzył mu jako autorowi popularności i uznania. Drugi film Lee Halla I love you Jimmy Spud (został oparty na podstawie wielokrotnie nagradzanej sztuki radiowej pod tym samym tytułem) zaczęto kręcić przy współpracy z Michaelem Cainem.

Po pierwsze – od dawna szukałam tekstu który by mnie obchodził bardziej jako człowieka niż jako aktorkę.

Po drugie – teatr to tylko teatr, opowiedzenie historii już mnie nudzi, szukałam tekstu dla wieczoru podczas którego zapomnimy i ludzie i ja że jesteśmy w teatrze, podczas którego będzie chodziło o coś więcej, ale więcej w najprostszy sposób.

Po trzecie – marzyłam o tekście który będzie ludziom potrzebny „osobiście” i po cichu.

Po czwarte – boję się śmierci.

Po piąte – jestem ciągle w szoku poporodowym i nic na świecie nie obchodzi mnie i nie wzrusza tak jak dzieci.

Po szóste– co jakiś czas wkurza mnie artystowska postawa środowiska teatralnego.

Po siódme – …a może udałoby się dzięki temu co rozumiem, umiem jako aktorka, dzięki dwudziestopięcioletniemu doświadczeniu zawodowemu, komuś pomóc?

Po ósme – …a może warto połączyć siły teatru, fundacji, nasze, i niech sobie pomagają nawzajem w sprawie ludzkiej codziennej i powszechnej, a „SZTUKĘ” na chwilę wysłać do diabła?

Po dziewiąte – Ten tekst mnie zachwyca i wzrusza z każdym dniem coraz bardziej.

Po dziesiąte – lubię w nim i to że w dużej części go nie rozumiem tak naprawdę, tylko go przeczuwam.

Po jedenaste – Uwielbiam jak śpiewa Callas.

Po dwunaste– …..ja też uważam że smutne rzeczy są piękne i wypełniają człowieka w taki sposób w jaki wesołe nie są w stanie.

Po trzynaste – szukanie sensu własnej śmierci jest piękną ideą.

Po czternaste – ….wielką jest myśl że modlitwą może być wszystko co robimy byle robić to najlepiej jak potrafimy.

Po piętnaste– …Pewnego dnia w odpowiedzi na moje wątpliwości i niewiedzę dostałam list :

Pani Krystyno, to jest niezwykły tekst! NIEZWYKŁY! Poważny, mistyczny – wręcz kabalistyczny i znać, że autor miał wiele do czynienia z autorami takimi jak Buber, Rozencweig i innych. Książeczka, którą dostała od dr Bernsteina to filozoficzno-mistyczne dziełko, wstęp do księgi Sefer Jecira czyli Księgi Stworzenia kabalistycznego dzieła o naturze stworzenia, w którym Iskry Boże – to fundamentalna zasada.

Sprawa Iskier Bożych jest w ogóle w judaizmie fundamentalną sprawą – mam wrażenie, że to klucz do tego tekstu. Każdy człowiek został stworzony tylko i wyłącznie do wypełnienia konkretnej misji dzieła czynu i niezależnie co będzie robił na świecie to wszystko zmierza do wyszukiwania świętych iskier i kierowania ich do Stwórcy. One mieszkają, tak jak mówi Mała – wszędzie w ludziach, przedmiotach wydarzeniach o ile człowiek jest w stanie dostrzec je i wydobyć – wypełnia się sens jego życia. To co Ona mówi to mały traktat w skrócie – o nich.

Człowiek może być autystycznym dzieckiem albo fizycznym pracownikiem – misja pozostaje ta sama. Przeczytałam tekst rabinowi, jeszcze chcąc się upewnić, znawcy kabały, który to samo mi powiedział, co i ja odczułam, że tekst ten, szczególnie trzy ostatnie strony to są głębokie rozważania brzmiące nie jak przemyślenia dziewczynki ale wielkiego mędrca, który zastanawia się w godzinie śmierci, czy jego misja została wypełniona. Sens i kształt tych przemyśleń wskazują na to że Mała osiągnęła bardzo wysoki poziom widzenia świata poprzez przyjęcie świętych iskier. Rabin dodaje, że NA PEWNO swoją misję wypełniła.

Wielki Magid z Międzyrzecza twierdził, że już samo uwierzenie w obecność świętych iskier (Mała uwierzyła) wyzwala naturalną możliwość ich wydobycia. (Wydobyła cierpieniem, takim pogodnym)

W nazewnictwie mistycznym Bóg nie jest nazwany konkretnym imieniem. Jego imię brzmi Ein Sof co w wolnym tłumaczeniu brzmi – „bez początku i końca”. Rabin Szneur Zalman z Ladów stwierdził, że Bóg jest Wielkim Nic które wypełnia świat. Oznacza to, że człowiek musi się absolutnie oczyścić aby dostrzec święte iskry, niedostrzegalne dla innych. Pustka w tym rozumieniu jest czymś większym, potężniejszym od słowa „pustka” – rozumianegopotocznie, przez „nasze ubogie umysły”.

Z tekstu wynika, że Mała przeskoczyła ten próg. Nic już nie stanowi dla Niej „Nic”- pustka nie stanowi dla niej „pustki”. Pieczęcią tego wszystkiego jest kadysz, którego słowa nie żałują zmarłego ale wychwalają potęgę Stwórcy. Każdy człowiek dochodzi do tych prawd poprzez osobiste doświadczenia jedni poprzez życie w cierpieniu inni w radości ważna jest intencja z jaką się żyje. Pogodzenie się jest również pewną formą intencji w życiu Małej. To, że ona wątpi, pyta samą siebie – w świetle mistycznego judaizmu, jeszcze bardziej podkreśla fakt dobrnięcia przez Nią do oświecenia, absolutu.

W judaiźmie wyjątkowo hołubi się w pamięci rabinów, cadyków, mędrców, którzy zmagają się ze swoimi wątpliwościami, bólami. Było ich bardzo wielu!

Ostatnie trzy strony Małej – to jej moment oświecenia.

To jak ja, my – rozumiemy tę sztukę – to rozumienie to jest oparte na rozumieniu świata poprzez mistyczny judaizm. Mała Steinberg jest takim małym cadykiem, (caddik – sprawiedliwy) zmagającym się ze swoim zdrowiem, losem, pogodą i prostotą przyjęcia tego losu aby na końcu swej drogi, zagłębić się w rozważania o świętych iskrach szukając odpowiedzi na sens swojego istnienia i swojej śmierci. Ona właśnie jest przekaźnikiem tych Świętych Iskier, nie zdającym sobie nawet z tego sprawy, Ona nam przypomina, że one – są!

Taka historia jeszcze a propos słów o panu Spud, że byłoby mu przykro gdyby pani Stud nie zauważała piękna i jego natury:

Pewnego razu Baal Szem (twórca chasydyzmu) stał w oknie swojego domu przy rynku. Patrzył na biegającego w kółko człowieka – zawołał go do siebie i zapytał: Co robisz? Biegam za interesami – odpowiedział tamten. A Baal szem spytał: Czy spojrzałeś dzisiaj choć raz w niebo? Tamten odpowiedział: Rebe ja nie mam czasu muszę biegać za interesami, za pieniędzmi! Baal Szem powiedział: Człowieku, za 100 lat nie będzie ciebie, tego rynku, domu, tych ludzi i co jest w tym tak ważnego, żeby nie mieć czasu choć raz spojrzeć w niebo”

Mała spojrzała w niebo – zajęła się książką, którą dostała od swojego lekarza Bernsteina, uwierzyła.

Załączam kabalistyczną „definicję” iskier

„Duch Boży przebywa obecnie na wygnaniu. Stało się to wskutek zniszczenia „naczyń” (rozpadu materii) pod wpływem promieniowania Ein Sof (mistyczne Imię Boga) Materia upadając na dno wszechświata skupiła w sobie moce zła. Emanacja Bożą (szechina) zanurza się w świecie materii. Boskie światło (iskry) popada w niewole mocy ciemności. Rzeczy świata znajdują się w stanie wygnania. Tworzą dramatyczny Izrael Bytów (naród obecności Bożej) w diasporze. I odtąd całe stworzenie wymaga odkupienia, powtórnego włączenia w nurt życia. W tym kosmicznym dziele najwazniejsza rola przypada człowiekowi. Jego posłannictwem i rolą każdej istoty we wszechświecie staje się restytucja porządku świata. Przywracanie mu jego struktury zamierzonej przez Boga. Zbieranie rozproszonych wśród materii iskier szechiny (Świętych Iskier) i oddzielanie ich od zła (o tym mówi Mała, ona oddziela dobro od zła swoim pogodnym przyjęciem losu)”

Talmud twierdzi, że każda wydobyta święta iskra jest to cegiełka z której budowana jest świątynia w niebiosach. Mała przyczyniła się do tego swoim ja.

Nie wiem, na ile jasno się tutaj wyraziłam, tekst jest wzruszający niezwykle, bardzo mądry i piękny. Chętnie – jeśli nie wystarczająco jasno – wyjaśnię – może bardziej? Proszę napisać. Pozdrowienia przesyłam wielkie.

M.B.

Po piętnaste i pół – opowiadano mi że ten tekst był najpierw słuchowiskiem radiowym, nagrała ten monolog mała dziewczynka, kiedy go emitowano w radio w całej Anglii zjechały ciężarówki na pobocza bo kierowcy chcieli go w spokoju wysłuchać. Potem zrobiono film telewizyjny na podstawie tego słuchowiska, też z dzieckiem w roli głównej. Dopiero na końcu tekst trafił do teatru i tu odniósł prawdziwy sukces.

Po szesnaste – Po kilku wizytach w ośrodku i obserwacji dzieci chorych ich zachowań i zachowań rodziców, zrozumiałam że porywam się na coś co daleko przekracza moje możliwości i kompetencje aktorki. A mimo to pomyślałam że może warto…

Po siedemnaste – Agata- 17 letnia dziewczyna autystyczna z którą się zaprzyjaźniłam umyła pierwszy raz włosy od roku i zmieniła ubranie na cześć pójścia do teatru.

Po siedemnaste– w ośrodku pomocy dzieciom autystycznym i ich rodzinom, ośrodku fundacji Synapsis, ośrodku podczas budowy którego byłam obecna przy wkopywaniu kamienia węgielnego, to ja z ówczesnym prezydentem Warszawy wieszałam wiechę na więźbie dachowej, i ja w końcu przecinałam wstęgę otwierając pierwszy skromny pawilon, w tym ośrodku spotkałam się na nowo ze światem ludzi dobrych, miłych, przychylnych światu i bezinteresownych. Dla których pomoc innym jest sensem życia. Za to spotkanie jestem bardzo wdzięczna bo zapomniałam już że taki świat, w tak czystej formie, istnieje.

Po osiemnaste – Trafiłam przypadkiem interesując się tematem autyzmu, na angielski film dokumentalny „ Historia małego Tito” który moim zdaniem oglądał Lee Holl i zainspirowany nim napisał ten tekst. Film pokazuje zupełnie wyjątkowego, 12- letniego autystycznego chłopca, żyjącego w Indiach . Dziecko o nadzwyczajnych zdolnościach literackich, zdumiewająco rozwiniętego intelektualnie i o wielkiej wrażliwości. Jest to także film o jego matce. Postanowiłam wziąć za mój wzór przy pracy nad tą rolą Tito, a także jego matkę. To niezwykły film.

– Mężczyźni i kobiety zachodzą w głowę co robię. Lekarze Używają różnych terminologii żeby mnie opisać. A ja po prostu się zastanawiam, lecz myśli mnie przerastają. Każdy mój ruch pokazuje jak bardzo jestem schwytany w pułapkę. Mój świat jest światem wątpliwości, ,światem zmierzającym pędem do zagubienia.

– Kiedyś powiedział do mnie : -Mamo nie czuję swojego ciała….Miał problem z odczuwaniem bólu. Widziałam jak upadł i zranił się w kolano lecz kiedy go zapytałam gdzie go boli nie potrafił mi pokazać. Zrozumiałam że on nie ma żadnego wyobrażenia o swoim ciele i zaczęłam go uczyć przed lustrem gdzie jest jego twarz, ręka, dłoń. Innym razem poskarżył mi się : – Gdy widzę przestaję słyszeć, gdy słyszę nie widzę.

Oglądałem program o czarnych dziurach

I porównałem je do pewnych obsesji mojego umysłu.

Gdy umysł jest tak bardzo zaabsorbowany jedną myślą

Inne jakby zostały schwytane w swoją własną czerń.

Gdy próbujesz myśleć na niebiesko

A pojawia się kolor czarny

Jesteś sfrustrowany

Wciąż mi się zdarza że jestem bezradny.

Ale wtedy wstaję i się obracam.

Obracanie porządkuje moje myśli

Pozwala odwirować te czarne

Im szybciej się obracasz tym szybciej odrzucasz czerń.

A gdy jestem pewien że znikła ostatnia plamka czerni

Zaczynam wirować w przeciwną stronę

I wciągam w siebie myśli niebieskie.

Jeśli chcę mieć ich więcej musze obracać się szybciej.

Kłopot z tym że po zatrzymaniu moje ciało i myśli się rozsypują.

Trudno znów je pozbierać.

– On uwielbia muzykę , spędza całe godziny słuchając jej. Daje mu ona jakby poczucie bezpieczeństwa , spełnia rolę uspakajającą. Autystycy postrzegają świat zupełnie inaczej niż my, żyją w ciągłej obawie bo nie potrafią przewidzieć co będzie się działo w każdej kolejnej minucie. Pewnego dnia napisał:

W ciągu minuty tyle może się wydarzyć

To lub tamto

Trochę tego i trochę tamtego.

Całe to i nic tamtego.

Lub całe tamto i nic tego.

Ponieważ to ty decydujesz co jest ważne

To czy tamto

– Kiedyś nagle wyznał: – Kiedy marzenia się rozpadają to boli. Innego dnia powiedział :- ¬le wyglądam . Nie mogę sprawiać żeby moja twarz wyglądała dobrze. Nie lubię zniekształceń a jestem zniekształcony. I pytał : – Czy ludzie się ze mnie śmieją? Czy jestem śmieszny? Czy wyglądam na wariata? Martwię się swoim wyglądem i sposobem mówienia.

Dawno , dawno temu

Gdy jeszcze nic nie było

A Bogu się nudziło

Wtedy zrobił wszystko.

Potem znudził się

Tym wszystkim

Co było idealne

I postanowił niektóre rzeczy zdeformować.

Zrobił trochę takich jak ja

Którzy podobno stracili rozum.

On ma problemy nie tylko z porozumiewaniem się ale także z wytworami swojej wyobraźni.A ja z kolei żyję w ciągłym leku że on się zamknie. U autystyków umysł może w każdym momencie się zatrzasnąć i przestać odbierać zupełnie bodźce z zewnątrz.

Po dziewiętnaste – wstydzę się próbować te rolę. Wstydzę się przed samą sobą . Będę wstydziła się to grać. Jest w tym coś nienaturalnie, nieteatralnie intymnego.

Po dwudzieste – widziałam spektakl londyński grany też przez aktorkę w moim wieku. Ludzie słuchali jej, śmiali się i płakali . Patrzyłam na tę salę zdumiona. Ona nie robiła nic specjalnego, właściwie nie w ogóle nie robiła nic tylko mówiła. Dlatego się odważyłam.

Po dwudzieste pierwsze – kończę tę bezradną pisaninę, wierszem Tito. Bezradną wobec zadania które przede mną stoi.

W miejscu zwanym „Gdzieś” mieszkało szczęście.

To „Gdzieś” było rajem.

Lecz pewnego dnia , do miejsca zwanego „Znikąd” przyszedł smutek.

Szczęście porosiło smutek aby opuścił miejsce zwane „ Gdzieś” .

Smutek wrócił do „Nikąd” i zamieszkał w sercach ludzi dobrych i litościwych.

Ponieważ oni nigdy nie odmawiają nikomu miejsca.

Jeśli więc czujesz cierpienie człowieka który stracił rozum.

Jeśli boli cię serce na temat łzy w czyichś oczach.

Jeśli jesteś gotów przyjąć taką osobę i jej pomóc.

Możesz być pewien że nosisz w sercu smutek.

Teatr Studio w Warszawie.

4 września 2001 roku.

Na 25 dni przed planowaną premierą.

Warszawa. Mała Steinberg po raz setny

Krystyna Janda [na zdjęciu] po raz setny wystąpi dw środę [22 czerwca] (godz. 20) w teatrze Studio, w słynnym monodramie „Mała Steinberg” Lee Halla – opowieści o dziesięcioletniej autystycznej dziewczyce.

«Bohaterką sztuki brytyjskiego pisarza Lee Halla (to on jest autorem scenariusza m.in. do filmu „Billy Elliot”) jest dziesięcioletnia dotknięta autyzmem i tocząca walkę z rakiem dziewczynka. W tę tragiczną postać znakomicie wcieliła się (i przygotowała spektakl od strony reżyserskiej) Krystyna Janda.

Aktorka przez ponad godzinę snuje po dziecinnemu naiwny i do bólu szczery monolog o sobie, rodzicach, swojej inności oraz miłości do muzyki Marii Callas. Sama Janda od lat interesuj się dziećmi chorymi na autyzm i wspiera Fundację Synapsis.»

„Mała Steinberg po raz setny”
Życie Warszawy nr 140/18-19.06
22-06-2005

Zupełnie inna Janda

«Wielu sponsorów ma to przedstawienie. Jest też dużo chętnych do jego oglądania. Ale mata scena Teatru „Studio” może pomieścić niewielu widzów. Nic więc dziwnego, że zajęty jest każdy centymetr teatralnej podłogi.

Miesiące przygotowań poprze­dziły to niewątpliwie wydarzenie teatralne, Krystyna Janda, reżyser­ka spektaklu przeczytała wiele książek na temat autyzmu. Spoty­kała się z chorymi dziećmi i ich rodzicami by dojrzeć do rozmowy z widzami na ten (jeszcze drażli­wy w Polsce) temat na teatralnej scenie. Aktorka sama wybrała przepiękną muzykę, zagospoda­rowała scenę, wyreżyserowała tekst Lee Hall i zagrała „Małą Steinbearg”.

Bohaterką spektaklu jest dzie­sięcioletnia dziewczynka chora na autyzm, żyjąca w swoim ste­rylnym świecie. Ten świat tworzy skromna i oszczędna scenogra­fia. Podest, trochę przezroczystej folii i bariera, która być może ma tu wymowę symboliczną ( odgradza bohaterkę od otaczającego świata ). Krystyna Janda bez śladu makijażu ubrana jest w kraciastą szaro-białą piżamę i czerwone skarpety. Na głowę ma mocno nasuniętą białą czapkę, spod której widoczny jest bandaż. Istotnie robi wrażenie chorej, zagubionej, wyalienowanej dziewczynki.

Ale świat bohaterki, który tworzy Janda, wcale nie jest smutny. Dziewczynka kocha wiatr i deszcz, wyciąga z poduszki piórka. One fruwają, imitują płatki śniegu i symbolizują lekkość trudnego dramatycznego życia. Bohaterka wielokrotnie powtarza, że trudne bywa piękne.

I choć rodzinę spotkało nieszczęście z powodu narodzin niepełnosprawnej dziewczynki, choć ojciec znalazł kochankę i odszedł od rodziny, a tragizm zwięk­szył nowotwór mózgu, na który dziewczynka zachorowała, to co oglądamy na scenie nie wywołuje w nas uczucia litości. Mało tego, w wielu momentach tej dramatycznej opowieści uśmiechamy się. Zarówno autor jak i aktorka nie chcą przerażać widza chorobą, która dotyka dzieci. Z autyzmem trzeba nauczyć się żyć. I można się tego nauczyć. Ale wymaga to wiele pracy i cierpliwości.

Aktorstwo Krystyny Jandy sprawia, że nie tylko poznajemy ten dziwny, choć może niezwykły świat alienacji, ale przez blisko półtorej godziny uczymy się go zaakceptować i zrozumieć.

Spektakl w „Studio” pokazuje zupełnie inną Jandę. Bez nerwowego roze­drgania, skupioną i wyciszoną. I choć biega, choć usiłuje wydobywać z siebie głośne operowe dźwięki, wszystko jest niezwykle ciche i ciepłe. Tak pokazany dramat przestaje być okrutny.

Ileż kunsztu aktorskiego zawarła Janda chociażby w nerwowym porusza­niu palcami. Jak dużo ciepła pokazuje w fascynacji muzyką. Ile humoru jest w opowieściach o zdradach rodziców…

Nic więc dziwnego, że spektakl grany jest z częściowym dochodem na rzecz Fundacji „Synapsis” zajmującej się dziećmi autystycznymi.

Sztuka na Zachodzie poruszyła widzów. Stanie się tak na pewno i w Pol­sce. Spektakl już stał się sukcesem frekwencyjnym. I nie pozostawia widzów obojętnymi.»

„Zupełnie inna Janda”
Marzena Rutkowska
Tygodnik Ciechanowski nr 44
30-10-20

Lekcja zrozumienia

«Kolejny wieczór na VI Fe­stiwalu Kultury Chrześci­jańskiej dostarczył wi­dzom kolejnej dawki nie­zapomnianych przeżyć. Sprawczynią teatralnego katharsis była tym razem KrystynaJanda, która na scenie Teatru im. Stefana Jaracza zaprezentowała monodram „Mała Stein­berg” Lee Halla.

Przedstawienie zagra­ne i reżysersko przygoto­wane przez Jandę (pod ar­tystyczną opieką Zbignie­wa Brzozy) jest widowi­skiem porażającym. Ak­torka wciela się w 10-letnią dziewczynkę dotkniętą autyzmem, dodatkowo to­czoną przez postępujący nowotwór. Przez ponad go­dzinę snuje po dziecinne­mu naiwny i do bólu szcze­ry monolog o sobie, rodzi­cach, swej inności i miłości do muzyki boskiej Callas, omijając rafy taniego sen­tymentalizmu i czułostko­wości.

Piekielnie trudny egza­min Krystyna Janda zdaje koncertowo i udowadnia, że wizerunek, do którego zdążyliśmy się przyzwy­czaić, to tylko jedna z jej wielu twarzy i ma dla nas jeszcze niejedną niespo­dziankę. W „Małej Stein­berg” przez ponad godzinę aktorka niemal nierusza-jąc się z miejsca przykuwa uwagę widzów, którzy w skupieniu chłoną każdy jej szept, grymas, tik, ruch ręki układającej pierze. Sama oszczędnie dozując swe emocje, wprawia pu­bliczność w najwyższy stan uniesienia, pozwala­jąc to przeżywać dramat, to znów odreagować wzru­szenie śmiechem..

W sztuce, której boha­terem jest człowiek cier­piący, nie da się uniknąć zewnętrznych oznak cho­roby. Janda od wielu lat wspiera ośrodek fundacji „Synapsis” dla dzieci nie­pełnosprawnych, gdzie miała możliwość obserwo­wać zachowania zarówno pacjentów, jak i ich rodzi­ców. Te doświadczenia po­zwoliły jej wykreować na scenie dyskretną, ale jak­że wyrazistą gamę zacho­wań człowieka dotknięte­go autyzmem – aktorka przez cały czas przebiera palcami w nerwowym ti­ku, wodzi tępym spojrze­niem, zarzuca głową, zaci­na się, powtarza kwestie, wpada w podniecenie, by za chwilę zapaść w siebie. Nie jest to jednak epato­wanie efektownymi scen­kami rodzajowymi, ale niezbędny dodatek do te­go, co jej bohaterka ma do powiedzenia.

Ustami małej dziew­czynki Janda daje widzom przepiękną, bardzo pro­stą, a jednocześnie głęboko poruszającą lekcję tolerancji, miłości i zrozumie­nia. Przypomina, że poję­cie normalności jest bar­dzo szerokie, a zgoda na inność automatycznie tę inność oswaja i przyczynia się do jej akceptacji. „Mała Steinberg” to także opo­wieść o bólu i śmierci, o oswajaniu nieuniknione­go i godzeniu się z wyroka­mi (Boga czy też losu).

Widzowie nagrodzili Jandę burzą oklasków i owacją na stojąco. Wzru­szona aktorka uciszyła pu­bliczność i wyznała, że za-

zwyczaj nie odbiera takich hołdów, ponieważ w sto­łecznym Teatrze Studio, gdzie zazwyczaj gra „Małą Steinberg”, po spektaklu z widzami spotykają się terapeuci i rozmawiają o autyzmie.»

„Lekcja zrozumienia”
Monika Pietras
Dziennik Łódzki nr 260
07-11-2002

Jandy gra o wszystko

«NAJPIERW JEST BUNT.

Pomysł, aby aktorka, nawet tak świetna, wcielała się w dziesięcioletnią dziew­czynkę, wydaje się niesto­sowny. Co więcej, drażni, że aktorka naśladuje (prze­drzeźnia?) chorą na raka au­tystyczną bohaterkę. Po co te nadruchy rąk, po co ząjąk­nienia, po co niespójne za­chowania, biegnące swoim torem, niemal niezależnie od tekstu? Czy nie lepiej było opowiedzieć to wszystko „na biało”, bez żadnej charakte­ryzacji i udawania?

Potem jest stan równowa­gi. Może rzeczywiście tędy droga. Teatr to nie radio. Ani film. Domaga się kreacji. Mo­że właśnie ten „fałsz” jest prawdą? Może tylko tak można zbliżyć się do świata tak odrębnego, jak świat bo­haterki sztuki Lee Hall „Ma­ła Steinberg”?

A potem widz się poddaje. Ten tekst i ten sposób gra­nia, właśnie taki, obarczony szalonym ryzykiem, z nie­bezpieczeństwem osunięcia się w strefę dwuznacznego udawania, okazuje się naj­lepszą metodą zbliżenia do prawdy. Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gar­dło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrzą­sającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej sa­motności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia.

Krystyna Janda stworzyła wielki i ważny spektakl, któ­ry jest czymś więcej niż tylko zwykłym przedstawieniem. Jest rodzajem manifestu ar­tystki, która chce zrozumieć i traktuje sztukę jako meto­dę zbliżenia się do zrozumie­nia innego człowieka. To spektakl o potrzebie tole­rancji, o potrzebie wycho­dzenia naprzeciw wszystkim z pozoru „obcym”, którzy inaczej, po swojemu, odczu­wają świat.

Mówi o tym wszystkim sa­ma Janda w teatralnym pro­gramie, w którym w 21 punk­tach opisała swój pogląd na tę sztukę. W punkcie pierw­szym powiada: „Od dawna szukałam tekstu, który by mnie obchodził bardziej jako człowieka niż jako aktorkę”. Widzów ten tekst obchodzi także bardziej niż teatr – bo jest wypowiedzią, bardzo osobistym przesłaniem. Nie to chciałem powiedzieć: wi­dzów ten tekst obchodzi właśnie tak, jak teatr powi­nien obchodzić, kiedy nie jest sztuką zapatrzoną samą w siebie.

Można nie wiedzieć, że Krystyna Janda od lat wspiera tych wszystkich, którzy pomagają dzieciom autystycznym i ich rodzi­nom. Ale nie można nie za­uważyć, że tym spektaklem aktorka otwiera przed na­mi pełen dramatu i pełen miłości świat autyzmu. I uczy pokory.»

„Jandy gra o wszystko”
Tomasz Miłkowski
Trybuna nr 243
17-10-2001

Intymne spojrzenie

«Lee Hall, znany u nas głównie jako autor scenariusza filmu „Billy Elliot”, w 1997 r. napisał radiową sztukę „Spoonface Steinberg” (polski tytuł „Mała Steinberg”), która w Wielkiej Brytanii biła rekordy popu­larności i zdobyła wiele nagród. Dwa lata później została wystawiona w te­atrze w Sheffield i na innych scenach świata. Z poruszającą historią, opowie­dzianą z punktu widzenia dziewięcio­letniej autystycznej dziewczynki umie­rającej na raka, w Polsce jako pierwsza zmierzyła się Krystyna Janda.

Nie jest łatwo uporządkować uczu­cia, które wiążą się z tym przedstawie­niem. Podziw dla odwagi aktorki sąsia­duje z poczuciem pewnej niestosowno­ści związanej z wchodzeniem w intym­ny świat człowieka bezbronnego, choć daleki jestem od radykalizmu „Daily Telegraph”, który zarzuca sztuce, że jest „obrzydliwie sentymentalna i ma­nipulująca uczuciami aż do mdłości”.

Krystyna Janda od lat interesuje się losem dzieci z autyzmem oraz po­maga Fundacji Synapsis, wspierającej rodziny z problemami zdrowotnymi, opiekuńczymi i edukacyjnymi. Wśród powodów, które zdecydowały o podję­ciu przez nią wyzwania, na pierwszym miejscu wymienia poszukiwanie tek­stu, który obchodziłby ją bardziej jako człowieka niż aktorkę. W ostatnim, 21punkcie przyznaje się do bezradności wobec zadania, które przed nią stoi.

Do bezradności wobec autyzmu – choroby centralnego układu nerwowe­go, o tajemniczej i niejasnej etiologii – przyznają się nawet lekarze specjali­ści. Powoduje ona uszkodzenie mó­zgu. Obraz choroby jest swoisty dla każdego przypadku. Typowym proble­mem osób autystycznych jest trud­ność nawiązania kontaktu z innymi. Są samotne, zamknięte w sobie, nie­kiedy wykazują nadprzeciętne zdolno­ści plastyczne, muzyczne czy – jak Mała Steinberg – matematyczne.

Krystyna Janda gra rolę dziew­czynki nie zmieniając głosu na dziecinny. Opowieści jej bohaterki – o skłóconych rodzicach: ojcu filozofie i matce, która zaniedbała naukową ka­rierę, topiąc bezradność w alkoholu, o swej fascynacji muzyką operową, o po­bytach w szpitalach, o chemioterapii – wypowiada z wysiłkiem, jak człowiek wyniszczony chorobami, zacinającym się głosem. Beznamiętność, naiwna szczerość tych kwestii, czyni je od­krywczymi, porażającymi, wielkimi.

Sztuka miała dla mnie moc oczyszczającą, w sporej mierze dzięki niebanalnemu aktorstwu Krystyny Jandy. Bez wątpienia zagrała rolę, któ­ra stanowi przełomowy punkt w jej ar­tystycznej biografii.»

„Intymne spojrzenie”
Janusz R.Kowalczyk
Rzeczpospolita nr 232
04-10-2001

To już nie jest dramat

«”Mała Steinberg” została przez Lee Halla napisana zapewne z cynicznym założeniem, że podziała na ludzkie emocje i wrażli­wość. Autystyczne żydowskie dziecko umierające na raka – to ludzie zawsze kupią. A kto nie kupi, ten jest zimnym sukinsynem.

Krystyna Janda, może obawiając się posądzenia o manipulowanie emocjami widzów, snuje swą opo­wieść bardzo oszczędnie i bez efek­ciarskich chwytów. Podobno na londyńskich spektaklach ludzie płakali przeżywając historię zwykle pogodnej a okrutnie dotkniętej przez los dziewczynki. Na polskiej widowni nie słychać po­chlipywania. Pytanie, czym staje się w takim wypadku inscenizacja „Małej Steinberg”?

Tekst, pomyślany jako materiał na słuchowisko, to artvstvczne zero. W jednym z wy­wiadów aktorka opowiadała, że w Anglii wstrzą­śnięci kierowcy ti­rów zjeżdżali na pobocza, by wy­słuchać historii do końca. Z całym szacunkiem dla pogromców szos, ich żarliwy odbiór audycji nie ozna­cza jeszcze, że tekst wart jest teatru. Jest to bardzo prosty, naiwny mono­log, miejscami niewiarygodnie brzmiący w ustach małoletniej, nie­dorozwiniętej bohaterki. Dzieci spe­cjalnej troski są często wynagrodzo­ne przez los jakimś szczególnym pojmowaniem świata, więc można ostatecznie zgodzić się na pewne kwestie przerastające intelekt zdro­wej dziewięciolatki. Brak dramaty­zmu i napięcia daje się jednak we znaki scenicznej realizacji. Jedynym wartym uznania pomysłem Lee Halla jest przełożenie ciężaru śmierci z dziewczynki na głos Marii Callas, której przepiękne arie „umierania” brzmią nad głową dziecka niezwy­kle przejmująco. Dzięki temu zabie­gowi mała przeżywa zbliżającą się śmierć w sposób pogodny i czysty, choć nie pozbawiona jest świadomości swego odchodzenia.

Kolejny raz Janda uwiarygodnia grafomanię świetnym aktorstwem. W tym wypadku jest to techniczna wirtuozeria. Czy da się zapomnieć o tym, że dojrzała kobieta wciela się w rolę dziewczynki? Trzeba. Inaczej rodzi się w widzu poczucie zażeno­wania, że bierze udział w projekcie mającym może szczytny cel, ale przekraczającym „wszelki teatralny rozsądek” (słowa Krystyny Jandy). Aktorka siedzi po­środku przeszklo­nego podestu, wy­glądającego jak ogromne, szpitalne łóżko, którego część gdzieś umyka, jakby znajdowała się już „po drugiej stronie”. Pusta, zasnuta folią, nie­bieskawa przestrzeń wokół sprawia, że postać na nim wydaje się bardzo drobna i bardzo samotna. Mała Ste­inberg ubrana jest w obszerną piża­mę, czerwone skarpetki i głęboko naciągniętą na oczy białą czapecz­kę, spod której wyziera bandaż. Przez cały spektakl bawi się piórka­mi wyciągniętymi z dużej, nieprzytulnej poduszki, jedynego, bardzo ładnie zresztą ogrywanego, rekwi­zytu. Janda doskonale opracowała zachowanie dziecka lekko upośle­dzonego – jego w pół urwane gesty, paroksyzm ukryty w ciele, chowa­nie się w sobie. Poszła jeszcze dalej: historię krótkiego, kruchego życia mała opowiada zacinając się i jąka­jąc, co na widzu wymusza pokorę i cierpliwość – w teatrze mało kto jest na to przygotowany. W ten spo­sób znika Janda, którą tak doskona­le znamy i której żywiołowa osobo­wość nieraz góruje nad odgrywaną przez nią postacią.

Wypracowana przez lata pozycja pozwala aktorce na prezentowanie widzom tego, co jej się żywnie po doba. Niepokojące jest jednak wy- znanie, że kompletnie nie interesuje jej ocena artystyczna spektaklu. Nie można zapomnieć, że rzecz się dzie je w teatrze, do którego widzowie są wpuszczani na podstawie zakupionego w kasie biletu. Wyjęte z portfela pieniądze nie są datkiem na cele charytatywne.»

„To już nie jest dramat”
Iza Natasza Czapska
Życie Warszawy nr 236
09-10-2001

Janda ma dziesięć lat

«Krystyna Janda zagra dziesięcioletnią dziewczynkę. Premiera „Małej Steinberg” 2 października w warszawskim Teatrze Studio.

Katarzyna Szczerbowska: W „Małej Steinberg” Lee Halla, autora m.in. scenariusza do filmu „Billy Elliot” wcieli się Pani w autystyczną dziew­czynkę. Jaka jest ta dziewczynka?

Krystyna Janda: Po pierwsze chora, po drugie radosna, po trzecie inteligentna i zabawna. Po czwarte w cudowny dzie­cięcy sposób rozumie swoją chorobę i ten świat. Lubię ją nadzwyczajnie, a tekst jest jednym z tych, które zrobiły na mnie wrażenie piorunujące i dlatego postano­wiłam się nim zająć. Już nie mogę się doczekać, kiedy w imieniu tej małej opo­wiem to wszystko, co ona ma do opowie­dzenia ludziom.

Jak to jest grać dziecko, będąc doj­rzałą kobietą?

Tu nie chodzi o dziecko, a raczej o kolej­ną charakterystyczną rolę w moim repertuarze. Nie zamierzam realistycz­nie grać ani dziecka, ani autyzmu. Naj­ważniejsza jest sprawa, o której mówię i sposób w jaki to dziecko formułuje swój los i przeznaczenie.

Stałą garderobę ma Pani w warszaw­skim Teatrze Powszechnym. Czy są jakieś przedmioty, które musiała Pani stamtąd zabrać do Teatru Stu­dio? Czy takie przedmioty dające bezpieczeństwo nosi Pani na przy­kład w kieszeni albo w torebce?

Od jakiegoś czasu gram też dość czę­sto w warszawskim Teatrze Komedia. Tak naprawdę jednak częściej wystę­puję gdzieś w Polsce niż w Warszawie. Dlatego też mam od dwóch lat meta­lowe, profesjonalne pudło walizkę na szminki, pudry, talizmany. Podpisa­łam ją Krystyna Janda i tam schowa­łam się cała ze swoimi przedmiotami. Ale w Powszechnym mam ciągle tę kanapę, poduszkę, koc i miejsce, gdzie uczę się tekstów do innych teatrów także.

Gra Pani ze swoją córką w „Opowia­daniach zebranych” Donalda Margu­liesa, sztuce, którą sama Pani reżyse­rowała w Teatrze Komedia. Czy dobrze mieć w rodzinie aktorkę? Jak się z nią pracuje? Czy wspólna praca pomaga bardziej poznać swoje dziecko?

To dużo poważniejszy dla mnie temat niż sugeruje pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć ot tak sobie. Ale jedno jest jasne, to wspaniale móc pracować razem, że zmagania nie są daremne i że oczywiście poznałyśmy się nie tyle lepiej co inaczej.

Jakiej najważniejszej wskazówki jej Pani udzieliła, a czego nauczyła się od niej?

O, wielu wskazówek, ale myślę, że naj­większą dla niej nauką była obserwacja moich zmagań z rolą i mojej bezradności związanej z tym tematem. Od niej nie nauczyłam się niczego, ale podoba mi się jej stosunek do pracy, zawodu i swojego miejsca w naszym świecie, środowisku. Z zachwytem patrzyłam na jej gotowość do wszelkich poświęceń, oddanie sprawie, rzetelność i zaniżone poczucie własnej wartości i talentu. Z tego może być chleb, jak się to ładnie mówi. Nauczyłam się wiele o niej, ale to zupełnie inna sprawa.

Po pracy nad Pani „Pestką” Daniel Olbrychski, który grał jedną z głów­nych ról, powiedział o Pani: „Jest na pewno zawodowcem, szalenie czu­łym dla swoich aktorów. Myślałem, że będzie ostra, nerwowa. A ona zaskakiwała nas łagodnością, wyro­zumiałością i nieprawdopodobną wiedzą o zawodzie reżysera”. Czy rzeczywiście jest Pani łagodnym reżyserem? Dlaczego poszła Pani tą drogą?

Jestem, myślę, reżyserem, który po pierwsze wie, czego chce, a to od razu jest prościej dla aktorów. Umiem im to wyłożyć, wyeksplikować precyzyjnie i wyraźnie, wobec czego nie ma tu niedo­mówień, a w związku z tym konfliktów wynikających z niewiedzy . Dlaczego reżyseruję? Bo mam coś do powiedzenia od siebie i czasem dzielenie się tym czymś z innym reżyserem jest mi nie po drodze. Chcę coś naprawdę opowiedzieć sama.

Czy uważa Pani, że zawód aktorki jest dobry dla kobiety?

Tak samo jak każdy inny. Myśli Pani, że dla mężczyzny jest lepszy?

Grała i gra Pani wiele bardzo różnych kobiet. Była Pani Medeą, Heleną Modrzejewską, Agnieszką z „Człowieka z żelaza”. Bywa Pani Marleną Dietrich, Marią Callas, Shir­ley Valentine i Karlą z „Nocy Helvera”. Które z tych kobiet najbardziej Pani lubi i dlaczego?

Nie spodziewa się chyba ani Pani, ani czytelnicy, że na tak sformułowane pyta­nie zacznę wyczerpująco odpowiadać, bo na „dlaczego?” nie wystarczyłoby miejsca w tym wydaniu. Lubię wszyst­kie, bo to po części moje jakby twory, odpryski mnie. Uformowałam je tak, żeby mi się podobały, z jednymi mi to wyszło lepiej z innymi gorzej, ale w każ­dej jestem częściowo ja.

Bardzo rzadko się zdarza, żeby kobiety lubiły kobiety? Czy jest Pani wyjątkiem?

Uwielbiam kobiety.

W „Shirley Valentine” na scenie smaży Pani jajka. Co najczęściej gotuje Pani w domu? Słyszałam, że lubi Pani warzywa i że robi Pani wspaniale sałatki.

W ogóle nie gotuję w domu, bo ciocia która się tym u nas zajmuje, odebrałaby to jak zniewagę. Raz chciałam coś ugoto­wać, to mimo że mi się niespecjalnie udało, ciocia i tak popłakiwała po kątach.

Prowadzi Pani internetowy dzien­nik. Podobno zdradza w nim Pani anegdoty ze sceny teatralnej, opisuje życie w domu w Milanówku, pisze o ludziach, którzy są Pani bliscy. Dla­czego Pani to robi i gdzie szukać tego pamiętnika?

Najlepiej to przeczytać www. krystyna-janda.com

Bardzo dużo Pani pracuje. W jaki sposób regeneruje Pani siły? Czy umie Pani oszczędzać energię? Jeśli tak, to jak Pani to robi? Czyli innymi słowy: co zwykle robi Pani w weekend?

Regenerując się w innej pracy, np w innym teatrze, na.innych próbach. Nie umiem oszczędzać energii, bo jestem we wszystko zbyt zaangażowa­na emocjonalnie. W weekend? Często pracuję, jak to aktorka. Odpoczywam z dziećmi i rodziną. Wyjeżdżamy regu­ralnie na półtoramiesięczne wakacje letnie i dwa razy do roku na narty. To dużo. Nie znam nikogo w moim oto­czeniu kto sobie na takie wakacje i tak reguralnie pozwala.»

„Janda ma dziesięć lat”
Katarzyna Szczerbowska
Życie
27-09-2001

Godzina czułostkowości

«Janda i Teatr Studio robią teatr w szlachetnej sprawie. Ale w teatrze najważniejsza jest sztuka.

Tematem sztuki „Małej Steinberg” jest autyzm, wyobcowanie i śmiertel­na choroba czternastoletniej dziew­czynki. „Oxford Student” dojrzał w niej „wywierający wrażenie scena­riusz i poruszające aktorstwo”. W te­atralnym sprawozdawcy „New Am­bassadors” dramat „pozostawił dziw­ne uczucie szczęścia i smutku”. I tyl­ko recenzent „Daily Telegraph” oka­zał się w tym gronie czarną owcą. „Uważam tę sztukę za nie do przyję­cia. Jest obrzydliwie sentymentalna i manipulująca uczuciami aż do mdłości” – brzmiał wyrok teatralne­go outsidera. Jak każdy odstępca i on miał rację.

Radio z podświetloną podłogą

„Mała Steinberg” pierwotnie przeznaczona była dla radia. Ten ra­diowy charakter czuje się w przedstawieniu Teatru Studio, w którym podjęto się realizacji monodramu. Radio miewa magiczną moc zmusza­nia odbiorcy do współpracy. Słu­chacz musi stworzyć sobie do końca świat, o którym właśnie mu się opo­wiada, który sugeruje się tylko – gło­sem, dźwiękiem, szeptem.

Niestety, w Teatrze Studio zdecy­dowano, że widzowi trzeba wszystko pokazać. I dlatego, aby uatrakcyjnić opowieść umierającej dziewczynki, zainstalowano na scenie futurystycz­ną scenografię z podświetlaną podło­gą, kojarzącą się z dyskoteką z „Go­rączki sobotniej nocy”. Bardzo to na­wet ładne, tylko że taka dekoracja może służyć do wszystkiego i nieko­niecznie trzeba mieszać w to auty­styczne dzieci. Jarzeniówki skutecz­nie odwracają uwagę od monologu Krystyny Jandy, która w Studio gra swoją, jak wielokrotnie zaznaczała w wywiadach, wymarzoną rolę.

Trzeba przyznać, że aktorka ro­bi co może, by wypełnić widzom tę godzinę spędzoną w teatrze: drobi pierze z rozprutej poduszki, prze­wraca się po świecącej podłodze, obchodzi scenę intensywnym mar­szem, a nade wszystko – jąka się, zacina, powtarza nieskładnie wyra­zy. Są to oczywiście naturalistycz­nie odtworzone objawy dysfunkcji mózgu, scena nie jest jednak pod­ręcznikiem medycyny.

Konfrontacja gwiazd

Naturalizm tej roli niczego nie otwiera. Krystyna Janda pozostaje na poziomie klinicznej obserwacji określonego przypadku chorobowe­go, co nie może wzbudzić niczego poza obojętnością. Przez większą część spektaklu monologowi Jan­dy towarzyszy w dodatku śpiew Marii Callas. Z tej mimowolnej konfrontacji obronną ręka wychodzi jednak wielka operowa diwa.

Sztuka bezpieczna

Istnieje pewna kategoria działań, które mimo wątpliwego artystycz­nego wyniku z góry skazane są na sukces. Wrzawa uczyniona z odpo­wiednim wyprzedzeniem w me­diach, kilka wypowiedzi artystki – to wszystko ma wytworzyć swoistą „zasłonę dymną”. Niegdyś mówiono: „To słabe, ale jakie słuszne!”. „Mała Steinberg” jest taką właśnie „sztuką słuszną”, choć dziś lepiej nazwać ją „przedsięwzięciem bardzo bezpiecz­nym”. Janda i Teatr Studio robią teatr w szlachetnej sprawie: uwrażliwiają na cierpienie, wzbudzają litość i wzruszenie, a pewnie i wołają o to­lerancję. W ten sposób wytrącają broń z ręki wszystkim tym, którzy będą w razie klapy zgłaszali swoje wątpliwości. Niestety, w teatrze naj­ważniejsza jest sztuka. Pamiętając o tym, po warszawskiej premierze z przykrością wypadnie mi przyznać rację krytykowi „Daily Telegraph”, który swego czasu oskarżył autora „Małej Steinberg” o manipulowanie uczuciami widzów. Może jestem skończonym łotrem, ale ja się zmani­pulować nie dam!»

„Godzina czułostkowości”
Tomasz Mościcki
Przekrój nr 44
04-11-2001

Mały Hiob

«Jak grać na scenie niepełnosprawnych? Naśladować chorych?

Czy tylko opowiadać o chorobie, pozostawiając resztę wyobraźni widzów?

Takie pytania rodzi najnowsza rola Krystyny Jandy w sztuce Lee Halla

Jestem zdania, że realistyczne udawanie w teatrze kalectwa jest zawsze podszyte fałszem. Przekonali mnie o tym niepełno­sprawni aktorzy z teatru Workshop w Edynburgu, którzy co roku wystawiają na festiwalu spektakle o swoim życiu. Je­den z nich, Mat Fraser, aktor cierpiący na niedorozwój kości (ma ręce o połowę krótsze niż zdrowy człowiek) powiedział mi kiedyś, że gardzi hollywoodzkimi arty­stami, którzy otrzymują Oscary za role niepełnosprawnych na przykład w filmach ,,Moja lewa stopa” czy, „Rain man”. – Dla­czego mi nie dadzą, jestem od nich znacz­nie lepszy – mówił, machając kikutami.

Dlatego spektaklu Krystyny Jandy „Mała Steinberg” nie potrafię ocenić w kategoriach artystycznych. Janda gra w nim siedmioletnią dziewczynkę chorą na autyzm. Na scenie demonstruje obja­wy tej strasznej choroby, która izoluje dziecko od otoczenia – nieskoordynowa­ne ruchy, jąkanie się, powtarzanie w kół­ko tych samych gestów i czynności ta­kich jak zabawa pierzem z rozdartej po­duszki czy bieganie w kółko. Na ogół jed­nak siedzi nieruchomo i tylko nerwowe ruchy palców świadczą o nasilającej się chorobie.

Kunszt aktorski Jandy, która zmienia się na scenie z pięknej kobiety w skulone, za­mknięte w sobie dziecko, stawia recen­zenta w niewygodnej sytuacji. Czy mam oceniać, na ile to, co pokazuje aktorka, jest bliskie autentycznej chorobie? Kry­tykować za nie dość częste jąkanie się i zbyt sprawne ruchy? Lepiej by było dla sztuki, gdyby Janda odrzuciła ten naturalizm, ktory zamiast pomagać przeżyć i zrozumieć historię autystycznej dziew­czynki, zasłania ją teatralną formą. Bo choroba w teatrze w wykonaniu zdrowych aktorów jest tylko formą, udawaniem.

A sztuka Lee Halla wcale nie jest for­malna. Została napisana jako słuchowi­sko radiowe i w tej formie wyemitowana w radiu BBC w 1997 roku. Surowy, oszczędny kształt słuchowiska najlepiej pasuje do wstrząsającego monologu cho­rego na autyzm i raka dziecka, które wię­cej rozumie ze swojego losu, niż podej­rzewają opiekunowie. Jest to bowiem nie tyle pamiętnik choroby, ale mały traktat o śmierci z punktu widzenia dziecka. Ma­ła Steinberg opowiada o kolejnych wy­niszczających terapiach, stawiając pyta­nia, na które odpowiedzi szukają od wie­ków filozofowie i teolodzy: po co żyje­my, jaki sens ma cierpienie, co się z na­mi stanie po śmierci. Tym samym sied­mioletnia dziewczynka zmienia się we współczesnego Hioba niezasłużenie do­świadczanego przez Boga. I to w epoce, w której wydawałoby się, rozwiązaliśmy wszystkie problemy, złamaliśmy kod ge­netyczny i zbudowaliśmy tomografy komputerowe. Ten świetny tekst uzmy­sławia nam kruchość cywilizacji, którą tak się szczycimy.

O ile kształt teatralny”Małej Steinberg” w Studio jest kontrowersyjny, o tyle sa­ma idea wystawienia takiego dramatu nie podlega dyskusji. W kraju, w którym ka­lectwo wyklucza ze społeczeństwa, ni­gdy dość powtarzania, że niepełnospraw­ni są także ludźmi. Janda daje kolejny raz dowód artystycznej i obywatelskiej od­wagi – po roli Karli, opiekunki niepełno­sprawnego chłopca w sztuce Ingmara Villqista „Noc Helvera”, sięga po kolej­ny społeczny dramat, który odsłania bo­gactwo duchowego i emocjonalnego ży­cia chorego dziecka. Razem z innymi wstałem więc, kiedy aktorka wyszła do oklasków, bo za odwagę i zaangażowa­nie po stronie słabych i odrzuconych na­leży się jej uznanie.»

„Mały Hiob”
Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza nr 232
04-10-2001

Teatr nieobojętny

«W programie, w któ­rym Krystyna Janda uzasadnia wybór sztuki Lee Halla pt.”Mała Steinberg”, jako pierwsze pada ta­kie oto zdanie: „od dawna szukałam tekstu, który by mnie obchodził bardziej jako człowieka niż jako aktorkę”.

Już samo to sformułowanie zwiastuje temat dramatu, a zaraz za nim i przed­stawienia pokazywanego w Teatrze Studio, jego wagę i rangę, artystyczną jakość przesuwając niejako na dalszy plan. Nie sposób nie uznać gestu się­gnięcia po sztukę o autystycznej dziewczynce, której upośledzenie po­zostaje wielką niewiadomą dla medy­cyny, a dla rodziny i społeczeństwa -trudnym do zaakceptowania wyzwa­niem. W Polsce problemu osób do­tkniętych autyzmem przez lata nie dostrzegano. W rzeczywistości był skrzętnie skrywanym i zrzucanym na margines społecznych zainteresowań wstydliwym problemem wąskiego grona najbliżej zainteresowanych.

W tym kontekście (choć i tak kon­tekst na szczęście trochę się ostatnio zmienił i zmienia wciąż na lepsze) i wobec społecznej obojętności monodram Krystyny Jandy wydaje się, jak już powiedziałam, faktem nie do przecenienia. Jednocześnie też w ja­kimś stopniu zamyka usta krytykom.

Byłam ciekawa przedsięwzięcia w Teatrze Studio bardziej jako człowiek niż jako krytyk. Świat autystycznego dziecka ukazany w poprawnie skrojo­nej sztuce bulwarowej wydał się nieste­ty nieco uproszczony. Spiętrzenie nie­szczęśliwych wypadków (autyzm, cho­roba nowotworowa dziewczynki, roz­bita rodzina, matka-alkoholiczka) niosło coś niepokojąco sztucznego i niepo­trzebnie melodramatycznego. W gęstej od wydarzeń, relacjonowanych urywa­nym głosem przez Steinberg, historii życia brakowało chwilami tajemnicy, która najlepiej określa istotę autyzmu. Ów wręcz mistyczny sekret, noszony często przez genialne, lecz pozbawione (przynajmniej z pozoru) kontaktu z otoczeniem dziecko, jest granicą -najbardziej dramatyczną, bolesną i fa­scynującą zarazem – bo nie do prze­kroczenia – dzielącą dwa światy. Z dru­giej jednak strony myślę, że jeśli choć cząstka albo zarys nieznanego, obcego zwykłym ludziom świata została odda­na w naturalistycznej grze w sposób szczery i przejmujący i jeśli choć jedna myśl czy emocja przeniknęła do świadomości przypadkowego widza, to Krystyna Janda dopięła swego, torując drogę do ludzkiej wrażliwości ważkiej sprawie. Odważnie, z niezwykłą siłą, wręcz z determinacją. Nie bojąc się ukazania twarzy ateatralnej, pozbawio­nej charakteryzacji, w mlecznym świe­tle jarzeniówek ujawniającej chorobli­wie poszarzałą skórę. Jej postać była niezgrabna, tragicznie śmieszna w po- wtarzających się tych samych ruchach, w skupieniu wzroku na unoszących się wokół płatkach pierza; odziana w kra­ciastą piżamę i zarazem jakby naga, skulona w embrionalnej pozycji, skaza­na na nieustanne podglądanie, „prze­świetlenie” od dołu i od góry – najbar­dziej bezbronna i nieatrakcyjna figura, jaką można sobie wyobrazić. Chwała za to aktorce! Można mieć nadzieję, że cel ludzko-aktorskiego wysiłku został osiągnięty: widzów, którzy przyjdą na przedstawienie, opuści lęk przed nie­poznanym, a obojętność zastąpi uwaga. Dochód ze stu przedstawień zostanie przekazany Fundacji Synapsis.»

„Teatr nieobojętny”
Aleksandra Rembowska
Teatr nr 11
01-11-2001

Lakcja szacunku

«Niektórym pomysł pokazywania na scenie umierającego dziec­ka może wydać się niesmaczny. Ła­two przecież popaść w skrajny sen­tymentalizm i drażniącą naiwność. Na szczęście wzięła się za to aktor­ka o dużym doświadczeniu.

Dziewięcioletniej Steinberg los nie oszczędza. Choruje na raka. W dodat­ku jest autystycznym dzieckiem, a jej rodzice rozeszli się. Dziewczynka uwielbia śpiew Marii Callas i ma niez­wykły zmysł obserwacji. Bezbłędnie odczytuje relacje między dzicami, trafnie osądza rzeczywistość i nad wyraz dojrzale pojmuje świat.

Temat sztuki jest dość ryzykowny, bo jak tu przekonująco pokazać umie­rające autystyczne dziecko? Krystyna Ja nda mimo to podjęła się tego trud­nego zadania i trzeba przyznać, że wyszła z niego obronną ręką. Zaryzy­kowała wiele, bo jakże łatwo wpaść w takiej sytuacji w banalną ckliwość. Aktorka zrezygnowała z dosłownego udawania chorego dziecka, postano­wiła jedynie zasugerować stan Małej – nerwowe ruchy dłoni, powtarzalne gesty, problemy z artykulacją.

Akcja przedstawienia rozgrywa się w przestrzeni przypominającej szpital­ną salę – chłód koloru i materii, steryl­na czystość, jasne światło. Na środku sceny stoi podświetlany podest, który może uchodzić za wielkie szpitalne łóżko z metalowymi poręczami. Leżą­ca na nim aktorka wydaje się niezwy­kle mała, krucha i drobna. Ubrana w kraciastą piżamę, z naciągniętą na oczy czapką, opowiada historię swoje­go krótkiego życia. Sztuki, chociaż nie pozbawionej celnych i zabawnych spostrzeżeń oraz wzruszających momentów, nie można jednak zaliczyć do wielkich dzieł dramatycznych. Sporo tu po­wierzchowności i odkrywania prawd dawno odkrytych. Bohaterka wyide­alizowana jest ponad miarę – pomi­mo swoich dziewięciu lat wdaje się w dyskurs z Bogiem, rozumie istotę śmierci i życia. Jednak spektakl jest wielką lekcją tolerancji, szacunku i pokory. Zwraca uwagę na obszary, o których zdajemy się na co dzień zapominać, które pomijamy milcze­niem i obojętnością. I chociażby dla­tego trzeba docenić wysiłek twórców przedstawienia oraz aktorki, której mimo wszystko udało się stworzyć kolejną wartą zauważenia kreację.»

„Lekcja szacunku”
Dorota Mrówka
Gazeta w Katowicach nr 249
24-10-2001

Podglądałam Jandę

«Mam na imię Kasia. Uczę się pracy operatora filmowego. Ja i moi dwaj koledzy dostaliśmy w szkole zadanie: zrobić film o niezwykłym spektaklu teatralnym Krystyny Jandy pt. „Mała Steinberg”. To było przeżycie, którego długo nie zapomnę. Opowiem Warn całą historię.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie: interesowałam się filmem, pracą w operatora i dlatego postanowiłam studiować na Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie.

Z 200 OSÓB WYBRALI MNIE

Chodziłam na zajęcia, zrobiłam kilka amator­skich filmów dokumentalnych… Nic wielkiego. Cały czas marzyłam o czymś poważnym. Aż pewnego dnia zadzwonili do mnie ze szkoły. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Spytano, czy nie chciała­bym nakręcić filmu dokumentalnego o spekta­klu teatralnym, w którym główną bohaterką jest dziewczynka autystyczna umierająca na raka. Gra ją Krystyna Janda. Film ma być wy­emitowany w telewizji publicznej. Do tego za­dania wybrano trzy osoby: Adama, Tomka i mnie. Pamiętam jak dziś, byłam zaskoczona, dumna, szczęśliwa, wszystkie te uczucia mie­szały się we mnie. Rany! Przecież w szkole uczy się około 200 osób. Z pewnością wiele z nich jest bardziej doświadczonych niż ja. Po­za tym operator, to męski zawód. Zawsze ktoś kto ma do wyboru między kobietą a mężczyzną operatorem, decyduje się na mężczyznę. Zgo­dziłam się więc bez wahania. Po chwili rado­ści, dotarło do mnie jak wielka to odpowie­dzialność. Zaczęłam obawiać się, czy poradzę sobie ze wszystkim, na przykład z ustawieniem światła. Nie wiedziałam czy będę miała statyw, jaką kamerę.

SPOTKANIE Z JANDĄ

Dręczyło mnie pytanie, jak będzie się pracowa­ło z Jandą – doświadczoną aktorką, która na co dzień ma do czynienia z najlepszymi profe­sjonalistami. Jak potraktuje nas amatorów? Dodatkowo paraliżowała mnie świadomość, że film ma zostać wyemitowany przez telewizję publiczną. W ciągu dnia chodziłam oszołomio­na, a w nocy nie mogłam spać. Wreszcie mam coś poważnego do zrobienia. Nie miałam wiele czasu na strach. Wszystko działo się tak szybko… Nadszedł dzień, którego najbardziej się oba­wiałam: pierwsze spotkanie z Krystyną Jandą. Ona: energiczna, zdecydowana, ale spokojna i opanowana. Ja: podniecona, sparaliżowana strachem. Tymczasem wystarczyła mi i kole­gom krótka rozmowa z aktorką, żeby poczuć jak rozluźniają się nam napięte mięśnie. Pomy­ślałam sobie: „Ona rzeczywiście traktuje nas poważnie!” Nie było czasu na sentymenty. Jan da, krótko wyjaśniła o co chodzi jej w tym fil­mie, a my mieliśmy zabrać się do roboty. Jed­nym słowem: rzucili nas na głęboką wodę. Przed wejściem na scenę z kamerą wyobraża­łam sobie siebie podczas pracy, wszystkie de­koracje, grę świateł. Wychodzę… i co? Znowu szok. Pusta scena, na środku poduszka i kilka rozrzuconych piórek. Jak tu kręcić, kiedy nie ma żadnego tła? Ale po chwili wiem, że naj­ważniejsza jest Janda, czyli mała Steinberg, jej twarz, mimika.

PIERWSZY DZIEŃ PRACY

Początek był dla mnie koszmarny. Janda miała próbę, kolega kręcił kamerą ze statywu, ja z rę­ki. Przez cały czas musiałam trzymać sprzęt, który stawał się coraz cięższy. To co nakręci­łam tego dnia było do niczego. Obraz się trząsł tak jak moja zmęczona ręka. Ale wrażenia po zobaczeniu próby spektaklu nie zapomnę. Wy­szłam z teatru i czułam kołatanie serca, ogromny smutek i samotność tej dziewczynki. Ma 12 lat, jest autystyczna i umiera na raka. Wrażenie jest piorunujące. Szłam do domu jakbym była w amoku. Drugi dzień był już lepszy. Po wspólnej nara­dzie wiedzieliśmy jak lepiej ustawiać lampy, jak powinniśmy poprowadzić kamery. Wszyst­ko szło sprawniej. Musieliśmy jeszcze dobrze nagrać dźwięk, wywiad z aktorką i nakręcić premierę. Wydawać by się mogło, że wszystko to jest proste, wystarczy ustawić kamerę i już. Jednak podczas pracy wcale nie było różowo i nie była to tylko jedna wielka przygoda. Wszystkie pomysły omawialiśmy wspólnie. Konsultacje bywały burzliwe. Wyszło to na do­bre i nam, i filmowi. Cały materiał był już za­brany, ale ja wiedziałam, że czegoś jeszcze nam brakuje. Czułam niedosyt. Nagle dozna­łam olśnienia: ważne są przecież reakcje pu­bliczności po premierze i spotkanie Jandy z widzami oraz zaproszonymi dziećmi auty­stycznymi. By złapać najciekawsze ujęcia i wy­powiedzi, biegaliśmy z kamerą wśród tłumu znanych ludzi, terapeutów, chorych dzieci, ich rodziców. Nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, na środek sali wyszła autystyczna dziewczynka i zaczęła śpiewać coś pięknym, czystym gło­sem. Wszyscy znieruchomieli, ja miałam gęsią skórkę. Pomyślałam: „Teraz mamy już cały ma­teriał, możemy pakować sprzęt.” To tyle? Nie! Przecież wszystko musimy zmon­tować w całość. Czeka nas jeszcze wiele go­dzin pracy przy stole montażowym. Ale już wiem, że było warto.

Z Jandą o spektaklu i autyzmie…

Czy wcześniej interesowała się Pani autyzmem?

Sześć lat temu zwróciła się do mnie Fundacja Sinapsis, która zajmuje się osobami autystycz­nymi. Są w niej ludzie, którzy poświęcili życie, by stworzyć jedyny w Polsce szpital, w którym chore dzieci mogłyby otrzymać pomoc. Naj­pierw kładłam kamień węgielny pod ten szpital, potem wieszałam wiechę, a na końcu otwiera­łam pierwszy pawilon.

Skąd pomysł na wystawienie „Małej Steinberg”?

Trafiłam na sztukę Lee Halla „Mała Steinberg”. To monolog dziecka autystycznego. W Anglii było takie słuchowisko radiowe. Gdy je emito­wano, kierowcy zjeżdżali na pobocza i słuchali. Potem dowiedziałam się, że wystawia to jeden z brytyjskich teatrów, a bohaterkę gra aktorka w moim wieku. Wsiadłam w samolot, by to zo­baczyć. Ogromne wrażenie. Publiczność była jak zahipnotyzowana. Co więcej, zobaczyłam, że po spektaklu nikt nie wychodzi z sali.

Dlaczego ludzie tak reagują na tę sztukę?

Ten tekst niesie ze sobą optymizm i wiedzę, które są im potrzebne. W „Małej Steinberg” moim zadaniem jest, by widownia wyszła ze spektaklu poruszona. Używam do tego tekstu, który jest prosty, nawet banalny i naiwny. Ta sztuka nie ma „wyższych ambicji”. Ma tylko jed­ną, by ludzie zrozumieli problem tego dziecka, z czym się zmaga i z czym w końcu się godzi – z chorobą i śmiercią.

Skąd pomysł na takie środki wyrazu jak czapka, drżące dłonie…?

Skąd czapka? Bo dziewczynka chora na raka jest łysa. Z kolei drżenie rąk zaobserwowałam u kilkorga chorych dzieci w szpitalu. Jest to bardzo trudne do zagrania, bo ruchy te nie są połączone z pracą mózgu. Pierwsze próby, w cza­sie których musiałam odłączyć ciało od głowy, były straszne. Dzieci autystyczne mają też inne natręctwa, np. przekładają coś z miejsca na miej­sce, liczą. W Anglii przez cały spektakl aktorka układała 30 łyżek. Ja zamieniłam je na piórka.

Rozmowa na podstawie materiałów Akademii Filmu i Telewizji.»

„Podglądałam Jandę”
Katarzyna Cegłowska
Filipinka nr 1
01-01-2002

Nie zamierzam udawać dziecka

«Dla dojrzałej aktorki rola dzie­sięcioletniej, autystycznej dziew­czynki to ogromne wyzwanie. Sztuka jest monodramem. Jak zamierza pa­ni wiarygodnie przedstawić małą Ste­inberg?

KRYSTYNA JANDA: Nie zamierzam udawać dziecka. Nie będę też starała się precyzyjnie przedstawiać choroby. Ma ona tak indywidualny przebieg i obraz, że myślę, iż moje starania byłyby bezcelowe. Widziałam dużo auty­stycznych dzieci, uważnie się im przy­glądałam. Przestudiowałam też filmy dokumentalne. I stwierdziłam, że re­alistyczne potraktowanie tego tematu jest niemożliwe i niepotrzebne. Ważne jest, co ta mała mówi oraz jaki ma sto­sunek do ludzi, świata, Boga i swojej choroby. To jeden z najcudowniejszych tekstów, jakie miałam w ręku.

Które z przemyśleń bohaterki najbar­dziej panią zaintrygowały, urzekły?

Tekst jest afirmacją przeznaczenia, wiarą, że śmierć ma sens. To niepraw­dopodobne zadanie dla aktorki, w za­sadzie wybiegające poza zwykłe obo­wiązki zawodowe. Ale myślę, że wielu ludziom potrzebne są te słowa, że po wysłuchaniu ich będzie im lżej, lepiej, jaśniej, spokojniej. Takie jest zresztą moje marzenie. Po to to robię. W tym widzę sens swojej pracy.

Jak sztukę Lee Halla przyjmowano w Anglii?

Niezwykle. Najpierw była przed­stawiana jako słuchowisko radiowe. Podobno, gdy czytano monodram na antenie, samochody zjeżdżały na pobocza dróg. Kierowcy chcieli wysłu­chać go w spokoju. W radiu tekst mó­wiła dziewczynka dziesięcioletnia. Potem był film telewizyjny, w którym też grało dziecko. Ja widziałam „Małą Steinberg” w dużym teatrze londyń­skim New Ambassadors, graną przez aktorkę mniej więcej w moim wieku, wspaniałą Kathryn Hunter. Widow­nia na przemian śmiała się i wzru­szała. Mnie najbardziej poruszyła prostota tego tekstu. Ma siłę sam w sobie.

Czy w Polsce sztuka może spotkać się z podobnym przyjęciem?

Nie wiem. Wiele zależy ode mnie, ale nie wszystko. Autyzm jest chorobą bardzo mało znaną. To nie będzie zwykłe przedstawienie teatralne. Nie chodzi o mnie i moją rolę, ale o po­moc całej sprawie, chorym dzieciom, fundacji. Pomoc, na jaką stać teatr jednego wieczora, więc chociażby próbę zapoznania publiczności z pro­blemem. Powiedziano mi, że liczba dzieci chorych na autyzm w Polsce jest trudna do ustalenia, ponieważ to choroba bardzo trudno rozpoznawal­na, często nawet przez lekarzy. Pew­nie takich biednych, cierpiących dzie­ci, gdzieś na wsiach i w małych mia­steczkach, jest wiele i nikt ich nie r

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.