06
Lipiec
2006
07:07

Magazyn Feniks – lipiec 2006

Magazyn Feniks – lipiec 2006

Mój teatr widzę ogromny…
Z Krystyną Jandą, aktorką oraz założycielką i dyrektorem Teatru Polonia, rozmawia japońska dziennikarka Chihiro Ishida.

Chihiro Ishida: Jesienią zeszłego roku dokonała pani czegoś wielkiego:
otworzyła pierwszy w Polsce prywatny teatr. Serdeczne gratulacje!

Krystyna Janda: Dziękuję, ale do końca remontu jeszcze bardzo daleko, na razie
działa tylko maleńka scena w holu.

C.I.: I żeby ten teatr mieć, sprzedała pani dom.

K.J.: No tak… Ale to był drugi dom, warszawski, droższy, nie ten w Milanówku, w którym od kilkunastu lat mieszkamy. (śmiech) Najważniejsze, żeby powstał ten teatr!

C.I.: A co na to rodzina, trudno było ją do tego pomysłu przekonać?

K.J.: Nie. Nie wahali się nawet przez sekundę. Tak po prostu trzeba było zrobić. Bardzo jestem wdzięczna przede wszystkim mojemu mężowi za to, że nie miał najmniejszych zastrzeżeń, że zainwestował ?we mnie? bez żadnych wątpliwości.

C.I.: Czy to znaczy, że rodzina zawsze aprobowała pani niezwykłe pomysły?

K.J.: To znaczy tyle, że moja rodzina wie, iż mój zawód, między innymi teatr, to moje życie. Tak się stało, że nie miałam w Warszawie miejsca, w którym mogłabym grać, a już na pewno miejsca, w którym mogłabym realizować swoje artystyczne pomysły. Najbliżsi zrozumieli, że widocznie ma to być ten nowy teatr!

C.I.: Kobietom trudniej niż mężczyznom realizować własne pasje. I w Japonii, i w Polsce tradycja nakazuje kobiecie myśleć przede wszystkim o rodzinie, a o sobie jak najmniej; żona i matka powinna ofiarować siebie bliskim. A pani, chociaż żona i mama trójki dzieci, zawsze realizowała własne pomysły i ideały. Jak to było możliwe?

K.J.: Rodzinę założyłam, zanim zostałam aktorką. Córkę urodziłam, będąc na studiach. A właściwie wszystko to stało się jednocześnie i jakoś się udawało. Nigdy nie stanęłam przed wyborem albo?albo, bo od początku bardzo dużo pracowałam i od początku miałam obowiązki rodzinne. Ale też zawsze do pomocy byli rodzice, gosposia, no i przede wszystkim mąż; zawsze przy mnie, zawsze bardzo aktywny i pomocny w sprawach rodzinnych i zawodowych.

C.I.: Czy nie przejmuje się pani swoim wiekiem? Po pięćdziesiątce chyba trudno podejmować tak rewolucyjne decyzje, jak właśnie tworzenie własnego teatru. W tym wieku poszukuje się raczej stabilizacji?

K.J.: W tym sensie wiekiem się w ogóle nie przejmuję.

C.I.: A w jakim sensie ma on dla pani znaczenie?

K.J.: Na przykład przy wyborze ról. Wielu już bym nie zagrała, choćby mi je proponowano, bo uważam, że jestem do nich za stara. Za to mogę zagrać inne, których nie zagrałabym jeszcze kilka lat temu. Moje dzieci dorastają, powoli przestają być absorbujące. Synowie mają 14 i 16 lat, to dość trudny wiek, ale już za chwilę przestanę im być potrzebna. Więc kiedy myślę o upływającym czasie, to z nadzieją, że niedługo będę go miała dużo, dużo więcej. (śmiech) Dla mnie wiek nigdy nie był jakimś trudnym progiem, przeszkodą, bólem… Fakt, że nie mogę już zagrać ról młodszych kobiet też nie jest dla mnie żadnym problemem. Pewnie dlatego, że nigdy nie byłam amantką, tylko aktorką raczej charakterystyczną.

C.I.: Odnoszę wrażenie, że Polacy w ogóle boją się nowości…

K.J.: Niestety tak, taką mamy mentalność. Ludzie nie rozumieją, dlaczego angażuję prywatne pieniądze w teatr, który z założenia jest niedochodowy. Zresztą ja też nie bardzo to rozumiem… (śmiech) Ale ponieważ lubię grać i marzyłam od pewnego czasu o własnym teatrze, koszty nie mają znaczenia.

C.I.: Z tego wynika, że jeśli czegoś bardzo się pragnie, to marzenia się spełniają.

K.J.: Tyle tylko, że zawsze miałam marzenia na rozsądną miarę, a teraz, jak mi się zdaje, przesadziłam. A że zdecydowałam się na to w trudnych czasach? Wynikło to z faktu, że przez ostatnie lata miałam kłopoty z graniem tego, na co miałam ochotę, realizowaniem tego, co wydawało mi się słuszne i wartościowe. Zamiast wynająć jakiś teatr, co byłoby chyba bardzo trudne, postanowiłam się ?wybić na niepodległość?. I tyle.

C.I.: To znaczy, że jednak bardziej jest pani pragmatyczką, która po prostu realizuje swoje wizje, niż marzycielką.

K.J.: Jestem realistką. Jeśli widzę, że czegoś zupełnie nie da się wykonać, to oczywiście rezygnuję. Ale jeśli w coś wierzę, widzę jakąkolwiek nadzieję, nie można mnie powstrzymać. Jeśli się okaże, że się pomyliłam i nie zrobię tego teatru, wynajmę go komuś innemu, wycofam się. Ale na razie myślę, że mój teatr ma szanse. Teraz czuję się, jakbym była jego więźniem, ale kiedyś uporamy się z wszystkimi problemami. Myślę, że czekają mnie jeszcze dwa, trzy lata takiej intensywnej pracy.

C.I.: Czy pani się w ogóle czegokolwiek boi?

K.J.: Boję się o rodzinę, boję się, że ktoś zachoruje i ja nie będę mogła sobie z tym poradzić. Boję się zdarzeń losowych, na które nie mam wpływu. Tego wszystkiego, co może się zdarzyć nagle…

C.I.: A mimo to wygląda pani na bardzo szczęśliwą!

KJ: Bo to prawda. Jestem bardzo szczęśliwa!

C.I.: Dziękuję za rozmowę.

www.magazynfeniks.pl

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.