09
Grudzień
2016
10:12

Lekcje stepowania - Och-Teatr - plakat - 2016. Fot. Krzysztof Opaliński

zobacz więcej zdjęć (51)

LEKCJE STEPOWANIA

Richard Harris

LEKCJE STEPOWANIA

Czas trwania: 120 minut, 1 przerwa
Data premiery: 20 grudnia 2016
Reżyseria: Krystyna Janda
Przekład: Elżbieta Woźniak
Scenografia: Maciej Maria Putowski
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Kostiumy: Krystyna Janda i Małgorzata Domańska
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Choreografia: Anula Kołakowska
Opracowanie muzyczne: Krzysztof Jaszczak
Producent wykonawczy i asystent reżysera: Alicja Przerazińska

Obsada: 

Izabela Dąbrowska, Anna Iberszer, Joanna Moro, Elżbieta Romanowska, Krystyna Tkacz, Maria Winiarska, Zofia Zborowska, Katarzyna Żak, Kamil Maćkowiak i Alicja Przerazińska oraz Jan Malawski (głos)

Bohaterami spektaklu są uczestnicy kursu stepowania. Każda z postaci uczęszcza na lekcje z innego powodu, przychodzi z własną opowieścią, osobowością i temperamentem. Sztuka Harrisa grana była na wielu europejskich scenach, a w latach 90. powstał film, w którym główną rolę zagrała Liza Minnelli. Przedstawienie łączy komedię z wątkami obyczajowymi i dużą dawką tańca. Krystyna Janda wraca do reżyserii tego spektaklu po 11 latach. W 2005 r. wyreżyserowała „Lekcje stepowania” dla Teatru Powszechnego w Łodzi.

 RECENZJE/WYWIADY:

Trudno jest milczeć

W Och-Teatrze trwają próby do „Lekcji stepowania” w reżyserii Krystyny Jandy. Premiera 20 grudnia.

Izabela Szymańska

Rozmowa z Krystyną Jandą

Izabela Szymańska: Lubi pani tańczyć?
Krystyna Janda:
 – „Nienawidzę”. Chyba nie umiem. I wstydzę się. Byłam dwa lata w studium baletowym, na szczęście okazało się że mam problemy z kręgosłupem. Kiedy dorosłam, nie tańczyłam. Podziwiam tych, którzy tańczą. Lubię taniec generalnie.
Bohaterowie wystawianej przez Panią „Lekcji stepowania” spotykają się podczas zajęć tanecznych. Jakie problemy chcą wyrazić? Czy sala ćwiczeń jest dla nich jak pokój terapeuty?

– Na terapię chodzą osobno, taniec jest dodatkiem zaleconym przez lekarza, zajęciem grupowym, które pozwoli im się otworzyć, zapomnieć, znaleźć przyjaciół. Każda z postaci ma inny problem. Sztuka Richarda Harrisa jest tekstem społecznym, interwencyjnym, jak wiele dramatów angielskich, np. „Dziewczyny z kalendarza”, wpisuje się nurt teatru, który ma pomóc bohaterom, a przez nich też widzom, pozbierać się i przewalczyć swoje problemy. W „Lekcjach stepowania” prezentowane są często w tej chwili omawiane, obecne, problemy. Jedna z postaci nie może mieć dzieci, inną bije mąż, jeszcze inna ma problemy z toksycznym związkiem, ktoś nie umie sobie poradzić z dzieckiem, ktoś nie może sobie ułożyć życia bo musi zajmować się ojcem inwalidą, jest też bardzo nieśmiały mężczyzna, któremu umarła żona, jest kobieta chora na raka, dziewczyna z mężem na bezrobociu, starsza osoba samotna. Kończy się cała ta zawiła, dość skomplikowana i równie często bardzo zabawna historia problemów i niemożności, zwycięstwem, dużym pokazem tanecznym; pomimo wszystkich problemów bohaterowie potrafią pokonać własne egoizmy, związać się w grupie i pokonać siebie i problemy.

Bardziej ruch czy wsparcie grupy toruje im drogę do celu?
– Ruch ma tylko dodatkowe, teatralne i bardzo efektowne znaczenie. Rolę Mavis, którą w filmowej wersji tego tekstu grała Liza Minelli, u nas gra Anna Iberszer, wspaniale tańcząca aktorka. Jest taka scena w połowie spektaklu, kiedy Mavis wchodzi na salę ćwiczeń i tańczy, żeby wytańczyć, czy zatańczyć stres, „zatupać” problem. I moim, reżysera zadaniem jest dopilnować, żeby widz najpierw widział problem, a dopiero potem taniec. Sam taniec bez problemu w tej sztuce nic nie znaczy. Tego tekstu nie realizuje się żeby „ efektownie tańczyć”, mimo ostatniej modzie czy popularności tańca. Raczej obok, przy okazji tej mody. Ludzi, którzy są zagubieni i nie radzą sobie w naszym świecie, przybywa. Kręgów przyjaciół, grup wspólnie myślących, działających , życzliwych sobie i się wspierających, jest coraz mniej, samotnych w tym wszystkim coraz więcej. Mamy uczucie że dobra jest coraz mniej, że każdy gest pomocy jest podejrzany. Poszukujemy recept, zasad postepowania, spokoju, szczęścia wreszcie lub choćby harmonijnego życia. Ten tekst ma na nowo o czymś przypomnieć, tylko tyle. Jeśli ten spektakl nam „wyjdzie” będzie i radością i potrzebą.

Zbliża się koniec roku, wyjątkowo rewolucyjnego. Jak Pani go zapamięta?
– Jeśli chodzi o teatr premier zrealizowaliśmy tyle ile zaplanowaliśmy, jesteśmy pod tym względem bardzo „subordynowani”, przez 11 lat nawet o dzień nie przesunęliśmy żadnej premiery. Dodatkowo, w tym roku oprócz naszych premier, jakby w prezencie dla nas, Iwan Wyrypajew zrobił w Teatrze Polonia własny tekst „Słoneczna linia” i liczę na to, że w przyszłym roku, jesienią, zrealizuje kolejny, tym razem w Och-Teatrze. Mamy publiczność i dalsze plany. Gramy codziennie. 300 świetnych aktorów z całej Polski. Zobaczymy tylko co będzie dalej. Dla mnie tylko „ciężar jest coraz cięższy” odpowiedzialność za to czego się podjęłam większa i lęk o przyszłość jest bardziej lękliwy.

A patrząc na 2016 poza teatrem?
– Chyba wszyscy zdają sobie sprawę jak wielka zmiana się dokonała, to jest inne życie, myślenie, perspektywa, horyzonty – dla mnie dużo bardziej pesymistyczne. Rozumiem że dla wielu Polaków przeciwnie, zmiany są optymistyczne, ale nie wiem jakimi drogami biegną ich myśli, tego nie pojmuję. Ja niestety sądząc po tym co już się stało i staje każdego dnia spodziewam się, że nastąpi duże ograniczenie naszej radosnej wspinaczki do góry, twórczości i poczucia wolności artystycznej, która do tej pory ograniczana była tylko finansami, wielkością sceny, opłacalnością spektaklu. Dla mnie to generalna zmiana, o 180 stopni. Staram się myśleć tak samo i być tym samym człowiekiem, ale nie ukrywam, że każdego dnia budzę się z uczuciem, że stało się coś bardzo złego. Mówię nie o teatrze, teatr jest tylko elementem, mówię o Polsce a Polska to nasze życie. Życie wspólne i każdego z nas z osobna.

Z mojej perspektywy najważniejszym wydarzeniem z Pani udziałem było zachęcenie kobiet do udziału w Czarnym Proteście.

– Dla mnie to była niespodzianka. Wspomniałam na Facebooku, protest Islandzkich kobiet sprzed lat i napisałam – a może by tak… Ale piszę tam wiele rzeczy i nagle to zostało tak podchwycone! Mam 64 lata, część z nich przeżyłam za komunizmu, część podczas walki o zmianę, i w końcu ponad 25 lat w wolności; dzisiaj jestem osobą totalnie wolną, niezdolną do pogodzenia się z ograniczeniami z którymi się nie zgadzam, jakimikolwiek zresztą, ale i bardzo ostrożną – wiele rzeczy widziałam, wielu nie potrafię jednoznacznie ocenić. Ale gdy coś rymuje się z tym co już w życiu przerabiałam to moje sądy są kategoryczne i jednoznaczne. Powiem krótko – nie jestem dziś przy nadziei. Niestety. Myślę, że to będzie szkodliwy, jałowy i smutny czas. I żeby była jasność, dla wszystkich. I dla tych co za i co przeciw.

W jakimś sensie zmieniło to moje dotychczasowe życie, człowieka 25-lecia wolności, bo takim wyróżnieniem mnie zaszczycono. Wielokrotnie dziś jestem w sytuacjach, w których muszę się wypowiadać na tematy polityczne, a niechętnie do tego wracam, myślałam że to już się dla mnie skończyło razem z nastaniem wolności. Jestem od 25 lat reżyserem, od 11 lat szefową dwóch teatrów – aktorką, mam wrażenie od zawsze, i to moje miejsce, to moja domena, opowiadam o Polsce na scenie. I marzę, żeby dalej tak było. Boję się ponadto żeby moje zaangażowanie nie zaszkodziło fundacji, bo ta władza jest mściwa, nietolerancyjna, tak mściwej nie znałam, ale trudno, trudno jest milczeć.

Czy ta sytuacja i Pani zaangażowanie ma wpływ na publiczność?
– Widzów jest jakby więcej. Nie wiem. Kiedy zobaczyłam pierwsze marsze KODu to powiedziałam: To jest niewątpliwie nasza publiczność. Nawet w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy nie zmienić linii repertuarowej i nie pójść w teatr społeczny, interwencyjny, polityczny. Teksty pisane przed chwilą, jeszcze parujące, rozgrzane do czerwoności, przychodzą teraz często. Ale oglądałam spektakl Przemysława Wojcieszka „Polska krew”, bardzo gorący, poruszył mnie, ale to nie jest propozycja do naszych teatrów. Mamy dwa teatry, jeden może dawać zapomnienie o rzeczywistości, a drugi podawać tę czarną polewkę na noc, żeby sobie zaprzątać głowę, zastanawiać nad światem. Choć, przecież gramy dużo rzeczy współczesnych, aktualnych i dziś, niewiele rzeczy gramy „po nic”.

Obserwuję publiczność podczas „Na czworakach” Tadeusza Różewicza. Odbiór jest niesamowity, bardzo żywy, każda aluzja, jak w latach komuny, chwytana w lot. Publiczność nagle znów rozumie wszystko w „nadmiarze”. Nie mówię już o „Danucie W.”. To pewnie będzie prognoza na przyszłość, ten odbiór publiczności.
Wie pani, „ Darkroom” zagraliśmy ponad 200 razy.

O przyjaźni młodego geja ze starszym panem, słuchaczem Radia Maryja. 
– W pewnym momencie, kiedy dwa lata rządził PiS chciano nam zdjąć ten spektakl, ale nie było mechanizmu, jak zdejmować. Teraz już ten mechanizm się rodzi. „Darkroom” był grany przy radości i pełnej akceptacji publiczności, bo konflikt Radio Maryja – gej jest konfliktem do rozmawiania, jest aktualny, żywy; w tekście autorstwa Przemysława Wojcieszka dochodziła jeszcze sprawa bezrobocia, poszukiwania pracy. Gdyby pojawił się nowy „Darkroom” natychmiast byśmy go zrobili, bo on pokazywał szeroko problemy społeczne. Niestety większość tekstów, które dziś dostaję nie jest doskonała, ani nawet na tyle obiecująca, by wszystko rzucić i je wystawiać, są zbyt jednostronne, czasem niezrozumiale radykalne, płaskie, napisane na jednej nucie. To manifesty a nie teksty teatralne. Choć ten krzyk jest poruszający w czytaniu.
Pamiętam nasze dylematy kiedy kręciliśmy „Człowieka z żelaza” w reżyserii Andrzeja Wajdy, sześć miesięcy po wydarzeniach; jaka wtedy była walka o ten scenariusz, o jego mądrość, argumenty, poziom, jaki to był wielki moralny problem jak interpretować dla przyszłych, to co sami widzieliśmy? Dziś zadaję sobie podobne pytania. A poza tym, umówmy się, ciągle liczę, że nie mamy po co tego robić, bo zaraz się to wszystko zmieni a w repertuarze zostanie nam ewentualnie memento mori. To trudne. Ale gdyby powstał tekst naprawdę dobry, ważny, aktualny, pond chwilę, natychmiast. Teraz ewentualnie „Lizystrata” tylko na tak wielki tytuł nas nie stać. Ale mam na oku kilka bardzo aktualnych tekstów i ich aktualność powinna potrwać.

Czego więc Pani życzyć na przyszły rok?

– Mniej czarnych scenariuszy w ogóle. Mniej czerni generalnie.

Och-Teatr „Lekcje stepowania”, Richarda Harrisa, przekład: Elżbieta Woźniak, reżyseria: Krystyna Janda, scenografia: Maciej Maria Putowski, kostiumy: Krystyna Janda i Małgorzata Domańska, światło: Katarzyna Łuszczyk, choreografia: Anula Kołakowska, opracowanie muzyczne: Krzysztof Jaszczak. Występują: Izabela Dąbrowska, Anna Iberszer, Joanna Moro, Elżbieta Romanowska, Krystyna Tkacz, Maria Winiarska, Zofia Zborowska, Katarzyna Żak, Kamil Maćkowiak i Alicja Przerazińska oraz Jan Malawski (głos). Premiera: 20 grudnia, godz. 19.30.

Gazeta Wyborcza – dodatek Co jest grane – 16.12.2016

——————————————————————————————————————————————————-

„Lekcje stepowania” w Och-Teatrze

Magdalena Kuydowicz, www.zwierciadlo.pl

Taniec to modny i aktualny temat, ale w teatrze bywa ryzykowny. Krystyna Janda jednak niczego się nie boi, przecież „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. A ten smakował mi wybornie.
Sztuka Richarda Harrisa opowiada historie nieszczęśliwych kobiet i mężczyzny, którzy w tańcu upatrują ostatniego życiowego ratunku. Poturbowani przez los, nieszczęśliwi, zakompleksieni i bez nadziei na lepsze jutro z uporem powracają co tydzień na lekcje stepowania, alby przez kilka godzin pobyć w innym, lepszym świecie. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć: „Znamy to, znamy”. Fakt! Był już film z Lizą Minelli oparty na tym tekście, podobne historie lubi amerykańskie kino. Znamy dobrze taneczne widowiska telewizyjne. Ale na scenie to wyzwanie i inna rzeczywistość do wykreowania.

Och-Teatr ma specyficzna scenę, podwójną – można na niej grać na dwie strony i pokazać układy taneczne z różnej perspektywy. W spektaklu Jandy nie ma tak bardzo ostatnio lubianej przez reżyserów projekcji tylnej, animacji i grafiki komputerowej, wszystko oparte jest na żywiołowej grze aktorek i jednego aktora. Kamil Maćkowiak, młody wykształcony w szkole baletowej łódzki artysta miał naprawdę trudne zadanie. Po pierwsze, grał z gwiazdami sceny – partnerują mu bowiem: Krystyna Tkacz, Maria Winiarska, Izabela Dąbrowska, Elżbieta Romanowska, Joanna Moro, Zofia Zborowska, Katarzyna Żak i znana już z pięknych tanecznych występów na scenie Jandy Anna Iberszer w roli instruktorki. Po drugie jako jedyny mężczyzna w sztuce musiał zagrać tragikomiczną postać tak, aby nie wybijała się ona na plan pierwszy a jednocześnie była inna, wyrazista i wiarygodna. Zrobił to z niezwykłym taktem i wyczuciem, przy okazji świetnie tańcząc. Wzruszająca jest akompaniatorka Krystyny Tkacz, a chora na raka Rose w wykonaniu Izabeli Dąbrowskiej to istny sceniczny wulkan. Brawurowo gra Elżbieta Romanowska, kpiąc z fizyczności bohaterki i naturalnie przechodząc z lekkiego tonu gry w naprawdę gęste i trudne sceny.

Kameralne sekwencje zdarzają się w tym spektaklu rzadko, zwykle na deskach„szaleją” wszystkie bohaterki. Do wyjątków należy popisowy taniec solowy Anny Iberszer i kilka krótkich miłosnych scen Maćkowiaka z Zofia Zborowską. Aktorka udowadnia, że mimo ogromnego scenicznego temperamentu potrafi także zagrać szarą mysz. Snuje się wyciszona i zahukana, nawet tańcząc, potrafi być niewidzialna. Maria Winiarska (prywatnie matka Zofii Zborowskiej) pokazała klasę.Nie boi się ośmieszenia, z wdziękiem nosi karykaturalne stroje do tańca, a w finale pokazuje prawdziwą przemianę: z przysłowiowej zołzy staję się postacią tragiczną. Śmieszne i nieco przerysowane są dziwaczka Joanny Moro i karykaturalna sprzedawczyni ciuchów Katarzyny Żak. Śmiech nieustannie miesza się z płaczem. Emocji jest tyle, że chwilami trudno złapać oddech.

Finałowa scena – pokaz tańca na gali charytatywnej, w którym biorą udział wszyscy bohaterowie, to prawdziwe teatralne show. Sama klaskałam i tupałam, z zachwytem patrząc na tak równo i z temperamentem stepujących aktorów, którzy przecież nie są zawodowcami w tej dziedzinie. Pomysł, aby na scenę wpuścić osiem kobiet i jednego mężczyznę i kazać im tańczyć i grać trudne emocjonalnie sceny przez bite trzy godziny z przerwą, mógł się udać tylko w tym teatrze. Krótko mówiąc, mamy kolejny komediowy hit w Ochu.

———————————————————————————————————————————————————-

TERAPIA STEPEM I TAŃCEM

Anna Czajkowska, www.teatrdlawas.pl

Z plakatu spoglądają na nas uśmiechnięte twarze artystów odzianych we frywolne kostiumy różowych króliczków Playboya. Czyżby Och-Teatr zapraszał widzów na kabaretowe show z udziałem znanych i lubianych aktorów, idealne na czas karnawału? Nic bardziej mylnego. „Lekcje stepowania”, najnowszy spektakl w reżyserii Krystyny Jandy, to rodzaj komedii obyczajowej. Autorem sztuki jest Richard Harris, angielski scenarzysta telewizyjny i komediopisarz, który pisząc „Stepping Out” próbował odtworzyć atmosferę panującą w małych angielskich szkółkach tańca. Harris miał okazję uczęszczać na lekcje stepu w lokalnej sali parafialnej (jego żona nakłoniła go do wzięcia udziału w kursie tańca, a on sam wybrał stepowanie), gdzie amatorzy szlifują swe umiejętności, bądź dopiero je zdobywają. Zaintrygował go stosunek kursantów do cotygodniowych lekcji, przyjemność i radość, jaką czerpali z ruchu i tańca. Czy w „Stepping Out” udało mu się pokazać subtelne odczucia, odtworzyć niecodzienne, czasem bardzo osobiste rozmowy i dyskusje pasjonatów tanecznych uniesień?

Prapremiera sztuki odbyła się w 1984 roku w Leatherhead, w miasteczku oddalonym trzydzieści kilometrów na południe od Londynu, a w 1987 roku „Stepping Out” pojawił się na Broadwayu, by w kolejnych latach podbijać sceny innych europejskich krajów. W 1991 roku powstał film, w którym rolę nauczycielki tańca zagrała Liza Minnelli. Dla Krystyny Jandy to powrót do tekstu i sztuki, którą przygotowała w 2005 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Pewne elementy wykorzystała ponownie – na przykład scenę finałową, wielkie show, którego nie ma w oryginale. Jak tym razem widownia oceni spektakl? Czy dostrzeże w nim jeszcze coś poza okazją do dobrej zabawy, śmiechu i oderwania od zimowej szarości (co jest przecież bardzo ważne i ma znaczenie dla naszego zdrowia psychicznego)?

Bohaterowie spektaklu to siedem pochodzących z odmiennych środowisk osób, z różnymi problemami, które raz w tygodniu uczęszczają na lekcje stepowania w nieco obskurnej sali, gdzieś w północnej dzielnicy Londynu. Dlaczego to robią? Ich motywacje są tak zróżnicowane, jak oni sami. Kurs prowadzi bezrobotna tancerka Mavis, urocza, ale z równie pokręconym życiorysem. Do tańca przygrywa niesamowita pani Fraser, wielbicielka Gershwina. I wszystko wydaje się kręcić wokół wystukiwania rytmu za pomocą butów podkutych metalowymi blaszkami, ale to tylko pozór. Tak naprawdę chodzi o rodzaj terapii, a raczej choreoterapii, oderwanie od szarości, rutyny i przygniatających problemów, poczucia niespełnienia. Zapomnieć o tym co kłuje i nie bacząc na obowiązki zatracić się w tańcu, mimo braku sprawności czy talentu. To dla sześciu kobiet i jednego mężczyzny rzecz najistotniejsza. Jak wiadomo taniec towarzyszy ludzkości od wieków. Naukowcy twierdzą, iż był on jedną z pierwszych form grupowego ludzkiego działania i religijno-magicznych rytuałów. Obecnie jego popularność jako forma terapii rośnie. Nic dziwnego. Niektóre problemy psychiczne wynikają przecież z trudności komunikacji na poziomie werbalnym i można odnaleźć je w ruchu, tylko nim wyrazić i wyleczyć. Podstawą tańca jest uzewnętrznienie tych wewnętrznych uczuć, które nie mogą być wyrażone w inny sposób. Ponadto niektóre techniki terapii tańcem mogą poprawić zdrowie, a fizjologiczne rezultaty ruchów w tańcu są podobne do objawów uzyskanych w stanie przyjemności. W spektaklu nikt nie rozwija tego tematu, choć każda z postaci, w taki czy inny sposób o tym wspomina. Pod płaszczykiem dobrej zabawy, rozrywkowych dialogów rodem z komedii obyczajowej, czai się smutek, rysuje obraz problemów trudnych, nierozwiązywalnych. Ani bohaterowie spektaklu, ani autor czy pani reżyser nie dają nam żadnej prostej recepty na to, jak się ich pozbyć. Happy endu nie będzie, ale nie o to chodzi. Jest wyrozumiałość, serdeczny śmiech, delikatność i wzruszenie, a co najważniejsze – radość życia. Po prostu. W postmodernistycznym społeczeństwie, dla które podstawową wartością uczyniono pieniądz, występuje powszechny problem „braku poczucia szczęścia”. Pustka i bezsens życia są przyczyną ataków lęku, depresji, a ludzie w żadnej sytuacji nie doświadczają własnej siły i czują się zagubieni. Propozycją zmierzenia się z tymi symptomami jest praca z własnym ciałem, między innymi poprzez taniec, odkrywanie nowych możliwości ekspresji, pogłębianie osobistych umiejętności ruchowych i rozwijanie indywidualnego stylu na przykład w… stepie.

„Lekcje stepowania” to dość długi spektakl, jednak o znudzeniu nie ma mowy. Aktorzy zadbali o to, zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia, gdy akcja dość często zwalnia tempo. Po przerwie rozwija się dynamiczniej, wartko płynąc prowadzi do punktu kulminacyjnego – zaostrzenia konfliktu w grupie oraz wylewnych monologów. I tu jedna uwaga – następuje to tak gwałtownie i szybko, iż staje się mało wiarygodne. Ilość dramatycznych słów, skrywanych, mrocznych dramatów, dotyczących przemocy w rodzinie, pedofilii, seksizmu i tym podobnych, spada na widzów niczym sufit na głowę. Aż trudno się w tym wszystkim rozeznać, a tym samym nie ma czasu na zastanowienie się nad sytuacją każdego z bohaterów, zagłębienie się w nią z konieczną empatią. Skumulowane emocje znajdują ujście w ciągu kilku minut. To zbyt proste rozwiązanie w przypadku dwugodzinnej akcji scenicznej. Jedyna postać, która ma czas na zapoznanie widza ze swoimi problemami to chora na nowotwór Rose, mężatka z trójką dzieci. Mimo tak poważnej choroby pozostaje pełną życia i wigoru, serdeczną, dowcipną kobietą. Tyle w niej nadziei, choć przyjdzie też zwątpienie… . Wspaniała kreacja Izabeli Dąbrowskiej, której aktorstwo cenię bardzo wysoko. Mam wrażenie, że pani Iza potrafi wiarygodnie zagrać wszystko i każdego. Jeśli scenopis tego wymaga i zajdzie taka potrzeba, z powodzeniem wcieli się nawet w… drzewo. Kochamy, wzruszamy się wraz z jej Rose. I trzymamy za nią kciuki. Nie oznacza to bynajmniej, iż pozostali uczestnicy swoistej terapii stepem są nam obojętni. Janda zaangażowała niezwykle zgrany, doświadczony zespół, a on z powodzeniem kreśli na scenie wyraziste portrety postaci. Rubaszna, prostolinijna i nieco wulgarna acz smakowita w swej roli Elżbieta Romanowska, może wywołać uśmiech na każdej twarzy (również zażenowania). Po prostu – znakomicie oddaje osobowość swej bohaterki, z wszystkimi zaletami, mnóstwem wad oraz nadprogramowymi kilogramami. Jej Sylwia szybko budzi sympatię, choć może nieco irytować. Nieśmiała, nad wiek infantylna i nieporadna Dorothy, grana przez Joannę Moro, jest nam równie bliska jak Sylwia, podobnie Maxine cudownej Katarzyny Żak, choć światy obu postaci, ich charaktery są odległe o lata świetlne. Na scenie królują jeszcze dwie panie, szczególnie wytrawne aktorsko – Krystyna Tkacz i Maria Winiarska. Krystyna Tkacz, w roli akompaniatorki – pani Fraser, to być może najlepsza kreacja tego wieczoru. Tembr głosu, dystynkcja i nieodłączny kapelusik, a do tego uszczypliwe uwagi, spojrzenie, gesty, budują pełną humoru, niezapomnianą postać. Maria Winiarska, jako Vera, raczej antypatyczna, wścibska i zadufana w sobie paniusia, której nikt nie lubi, też korzysta z dobroczynnych skutków wspólnych lekcji tańca. Bo i ona skrywa niejedną traumę. I jest potrzebna grupie. Z przyjemnością obserwowałam grę tej znakomitej artystki oraz jej umiejętność dzielenia sceny z córką Zofią. Ostatni bohaterowie, to Geoffrey i Andy, zamknięci w sobie, skryci, trochę stłamszeni przez grupę, trochę na uboczu (zwłaszcza Andy). Przyjdzie moment, że i oni w końcu wybuchną, jak pozostali. Wyborny duet Kamila Maćkowiaka, absolwenta szkoły baletowej w Gdańsku z Zofią Zborowską, potrójną mistrzynią Polski w stepowaniu, dodaje całości profesjonalnego, tanecznego uroku. A popisy nauczycielki Mavis (w tej roli Anna Iberszer, pasjonatka tańca flamenco i tanga argentyńskiego, tancerka i choreograf) wręcz porywają. Znać mistrzynię stepu, nie tylko butem podkutym gwoździkami, ale i blaszką! Bowiem ogromną zaletą tej inscenizacji jest dopieszczony, dopracowany element taneczny. Specyficzny dźwięk, tak miły dla ucha, plastyczne, czasem groteskowe ruchy dostarczają przyjemnych odczuć i mają ogromne znaczenie dla wizualnego odbioru spektaklu. I tu ukłony w stronę Anuli Kołakowskiej, autorki choreografii oraz całego zespołu aktorskiego. Końcowy popis odzianych w kostiumy króliczków „Playboya” dziewcząt i jednego pana, do tego „Billie Jean” Michaela Jacksona, to idealne zamknięcie całości oraz rewelacyjny, przezabawny mini show i szał.

Na koniec pozwolę sobie zauważyć, że „Lekcje stepowania” trafiają silniej do kobiecych dusz i serc. Bo o nich mówią. Panowie, choć nie na pewno, potraktują spektakl jako lżejszą rozrywkę, miłą komedię. Kobiety uronią łzę i ze wzruszeniem szepną – „to o nas”. Poza tym to przeważnie panie odczuwają tę szczególną pasję taneczną, instynktownie szukając różnych form ruchu. A skoro podczas tańca wyzwalane są czynniki hormonalne stymulujące uwalnianie energii oraz endorfiny – tańczmy na zdrowie!

—————————————————————————————————————————————————–MAGICZNY PRZEPIS KRYSTYNY JANDY

Maciej Łukomski,

life-style.info.pl

Kiedy 11 lat temu Krystyna Janda otwierała Teatr Polonia postanowiła, że będzie w większości grać sztuki, poruszające problemy kobiet. I tak też się stało.

W ciągu tych jedenastu lat powstało na scenie przy Marszałkowskiej kilkanaście ważnych premier, których bohaterkami były kobiety borykające się m.in. z samotnością czy niezrozumieniem przez otoczenie. Wystarczy wspomnieć takie tytuły, jak „Ucho, gardło, nóż”, „Boska !”, czy „Danuta. W”. O problemach kobiet opowiada też najnowszy spektakl w Och-Teatrze, którego premiera odbyła się kilka dni temu.

Tym razem Krystyna Janda postanowiła ponownie wyreżyserować sztukę Richarda Harrisa „Lekcje stepowania” (Stepping Out). Poprzednią inscenizację tej komedii aktorka wystawiła z sukcesem, w 2005 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Sztuka „Lekcje stepowania” miała swoją prapremierę w 1984 roku w Leatherhead koło Londynu. Potem z powodzeniem wystawiana była na West Endzie i Broadwayu. W 1991 roku na jej podstawie powstał film, w którym jedną z głównych ról zagrała Liza Minelli. Warszawska publiczność inscenizację tego tekstu przez Krzysztofa Jasińskiego, miała szansę oglądać w 2006 roku w Teatrze Komedia.

Bohaterami spektaklu są uczestnicy kursu stepowania. Taniec staje się dla nich nie tylko sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale też wytchnieniem od problemów życia codziennego. Każda z bohaterek przychodzi na kurs z własną opowieścią. Rose (Izabela Dąbrowska) choruje na raka, Andy doświadcza przemocy w rodzinie, a Vera (Maria Winiarska) ukrywa przed światem, że jej córka gwałcona jest przez ojczyma. Cotygodniowe spotkania na lekcjach stepowania są dla bohaterek nie tylko ćwiczeniem tanecznych umiejętności, ale także okazją do porozmawiania z innymi uczestniczkami o swoich problemach. Zręcznie napisana sztuka Richarda Harrisa porusza najbardziej palące problemy współczesnych kobiet: samotności, seksizmu, czy braku porozumienia z mężem. Spektakl łączy wątki obyczajowe z komedią i przedstawieniem muzycznym.

Przedstawienie zachwyca przede wszystkim wspaniałymi kobiecymi rolami w wykonaniu m.in.: Joanny Moro, Marii Winiarskiej i Katarzyny Żak. Do współpracy nad spektaklem Krystyna Janda zaprosiła znane z seriali aktorki, które oprócz grania w telewizji, występują w tanecznych show, mają swoje recitale, nagrywają płyty, czy wykładają w szkole muzycznej. Obok znanych aktorek, na scenie pojawia się Kamil Maćkowiak, absolwent łódzkiej filmówki i gdańskiej szkoły baletowej.

Znakomitą komediową rolę stworzyła Elżbieta Romanowska (Sylwia), która świetnie ogrywa swoje rubensowskie kształty i Krystyna Tkacz (Pani Fraser), która po raz kolejny udowadnia, że jest wybitną aktorką komediową. Jej pojawienie się na scenie w drugim akcie po wizycie w pubie to aktorski majstersztyk.

W finale spektaklu na scenie pojawiają się aktorki ubrane w kostiumy króliczków z „Playboya” i w rytm przeboju Michaela Jacksona „Billie Jean”, na oświetlonej na różowo scenie, stepują i kradną serca publiczności, która po chwili, zasłużenie, zgotuję im owację na stojąco.

Przedstawienie w Och-Teatrze to dwie godziny rozrywki na wysokim poziomie. Krystyna Janda spektaklem „Lekcje stepowania” po raz kolejny udowadnia, że posiada chyba magiczny przepis, jak uwieść publiczność, by wyszła z teatru zadowolona, bo każda kolejna premiera w jej reżyserii jest olbrzymim sukcesem.

—————————————————————————————————————————————————-

„LEKCJE STEPOWANIA” CZY LEKCJE WRAŻLIWOŚCI I SIŁY?

Justyna Potasiak, kulturadogorynogami.pl

Justyna: Gdyby w podejściu do Lekcjistepowania sugerować się nazwą spektaklu, można by odnieść wrażenie, że będzie to spektakl o tańcu. Na szczęście wcale tak nie jest i wbrew zasłyszanym opiniom cieszę się, że stepowanie posłużyło tu wyłącznie jako bardzo dyskretne tło do ukazania historii każdego z uczestników kursu oraz jako sposób wyrażenia skumulowanych w każdej postaci emocji. Ich spotkania zostały w pewnym momencie nazwane terapią, jednak nie oznacza to, że były wyłącznie przygnębiające, wręcz przeciwnie. Jest to typowa słodko-gorzka opowieść, gdzie znajduje się czas na śmiech oraz na naprawdę głębokie wzruszenie.

Iga: Podchodziłam do tego spektaklu dość sceptycznie. Po pierwsze – nie jestem wielką miłośniczką tańca, a na scenie od ruchu ważniejsze jest dla mnie słowo. Bałam się trochę, że w tym przypadku główną rolę odegra stepowanie. Ale – tak jak mówisz – wcale tak nie było. Były historie, bohaterowie z krwi i kości, ze swoimi problemami i ukrywanymi uczuciami. Kilka razy naprawdę się wzruszyłam, jak chociażby podczas opowieści Andy (Zofia Zborowska) o śmierci staruszki, którą się opiekowała. Prawda jest jednak taka, że sama historia nie byłaby tak wzruszająca, gdyby nie praca aktorki, która wykreowała postać ciepłą, wrażliwą, z którą łatwo – przynajmniej mnie – utożsamić się którą łatwo zrozumieć. Komedii sytuacyjnej i słownej było tutaj dużo mniej. Szczerze mówiąc, sam tekst trochę mnie rozczarował. Momentami – zupełnie niepotrzebnie – pojawiało się wiele mało śmiesznych żartów. A czasem mniej znaczy więcej.

Justyna: Faktycznie, spora część żartów – choć słyszałam na sali śmiech widowni – całkowicie do mnie nie trafiała. Gdy jednak przeanalizowałam sobie taką konstrukcję, doszłam do wniosku, że nie zawsze o głośny śmiech chodziło. Odnajduję w tym raczej fajny zabieg, jakim było stworzenie postaci zupełnie od siebie odmiennych i bardzo charakterystycznych, które tymi swobodnymi żartami sprawiały wrażenie, że faktycznie rewelacyjnie się znają i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Nierzadko żarty służyły im jako przykrywka do poważnych problemów, do łagodzenia konfliktów. Przyznam szczerze, że na szczycie listy momentów, które najbardziej zapadły mi w pamięci, był krótki monolog Geoffrey’a (Kamil Maćkowiak), który – gdy konflikt w grupie już wyjątkowo mocno się zaostrzył – odważył się powiedzieć na głos, że tak naprawdę uczestniczki kursu, tak chętnie ingerujące w jego życie i tworzące w swojej głowie swój własny obraz jego osoby, w rzeczywistości go nie znają i nic o nim nie wiedzą. Ujęło mnie takie przełamanie się tej postaci, dotychczas bardzo wycofanej i nieśmiałej, świetnie wymyślonej i zagranej przez Maćkowiaka. To uwypuklenie problemu, z jakim zmaga się grupa, akurat przez tego bohatera, było w mojej opinii bardzo poruszające.

Iga: Przesłanie spektaklu zdecydowanie do mnie przemawia. Żyjemy obok siebie, rozmawiamy ze sobą, ale tak naprawdę nic o sobie nie wiemy. Nie mamy prawa ani nikogo krytykować, ani oceniać, bo nigdy nie mamy pewności, co tak naprawdę ukształtowało danego człowieka, jakie są jego marzenia i tęsknoty. W Lekcjach stepowania niejednokrotnie zdarzało się tak, że kilka postaci mówiło jednocześnie, każdy próbował każdego przekrzyczeć (poza wyjątkiem, jaki stanowiła Dorothy grana przez Joannę Moro i wspomniany przez Ciebie Geoffrey), postawić na swoim. Ale był to krzyk bezradności. Nawet pewna siebie i wścibska Vera, w której postać wcieliła się genialna (!) Maria Winiarska, w pewnym momencie przyznaje się do własnych słabości, pozwalając sobie nawet na łzy. Pisząc o aktorach, nie sposób zapomnieć o Krystynie Tkacz. Już od dawna jestem nią zauroczona. Ten głos! W Lekcjach stepowania – moim zdaniem – to ona skradła całe show, polegające na rozbawieniu widza. W kontekście pozostałych postaci, nie była to duża rola, ale jednak prawdą jest, że nawet z małej roli, gdy tylko ma się talent, można zrobić majstersztyk.

Justyna: Pani Fraser Krystyny Tkacz to perełka, z tym trudno się nie zgodzić. Jest to wyśmienita, absolutnie urocza postać, która wnosi do sztuki tyle kolorytu! Jednocześnie jest skonstruowana dość prosto, minimalistycznie i konsekwentnie. Chciałabym obejrzeć sztukę jeszcze raz właśnie po to, by móc ponownie zaśmiać się w głos z jej monologu pod wpływem alkoholu. W ustach Krystyny Tkacz nawet wulgaryzmy brzmiały lekko i wcale nie były rażące. To chyba tworzy definicję aktorskiej klasy?

Ja jednak jeszcze na moment wrócę do Very (Maria Winiarska). Jest to postać, która tak naprawdę odegrała najistotniejszą rolę w całym spektaklu. Wywróciła ustabilizowane relacje bohaterów do góry nogami! Jej wścibskie podejście, chociaż przez całą pierwszą część wydaje się być niezwykle irytujące i trudne do zrozumienia, w rzeczywistości uruchamia skrywane uczucia bohaterów. To ona doprowadza do tego, co ja w tej sztuce lubię najbardziej: wyjściu na jaw prawdziwych emocji, dzięki czemu możliwe jest nie tylko oczyszczenie atmosfery w grupie, ale przede wszystkim – przyznanie się każdej z osób przed samym sobą, że każdy z nich posiada jakiś problem, jakieś pragnienie. Tylko dzięki temu są w stanie uwierzyć w terapeutyczną moc tańca – dzięki poczuciu jedności z jednej strony i chęci naprawy swojego życia z drugiej.

Iga: Cieszę się, że ten spektakl kończy się happy endem. Że koniec końców każdy jakoś godzi się ze swoim życiem i oddaje wspólnej pasji. Ale zanim o finale i o popisie tanecznym, muszę jeszcze raz wrócić do obsady (tak już mam – kocham pisać o aktorach…). Nie wspomniałyśmy jeszcze o Izie Dąbrowskiej, a ja uważam ją za jedną z lepszych aktorek teatralnych. W Lekcjach stepowania też stanęła na wysokości zadania. Wcielając się w rolę chorej na raka Rose, stworzyła postać wyrazistą, groteskową. Lubię, gdy w teatrze czy filmie rozmowy o śmierci przełamuje się śmiechem, kiedy patrzy się na chorobę z – pozornym – dystansem. Z takiej perspektywy ukazania ludzkiej bezsilności wynikają zazwyczaj zaskakujące przemyślenia. Rose przełamuje stereotypy o ludziach chorych na nowotwór. Ona się nie poddaje, żartuje ze swojego wyglądu (ciągle zmienia peruki), opowiada o życiu seksualnym, śmieje się. Jednak, jak każda z postaci, boi się. I przychodzi taki moment, kiedy mówi o tym strachu wprost. Dąbrowska poprowadziła swoją bohaterkę w sposób przemyślany i świadomy. Trochę rozczarowałam się natomiast Elżbietą Romanowską, grającą Sylwię – kobietę, która od lat próbuje schudnąć (co nie wychodzi jej zbyt dobrze) i która cierpi na chronicznie pusty portfel. Czegoś mi w tej postaci – no właśnie, może jednak bardziej w postaci niż w samej aktorce – zabrakło. Może wzruszenia? Ze wszystkich postaci, Sylwia była najmniej tragiczna, przez co najmniej przeze mnie zapamiętana.

Pisząc o tym spektaklu, zauważam coraz bardziej jego słodko-gorzki wydźwięk. Pamiętam, że podobnie czułam się prawie rok temu po premierze Udając ofiarę, też w reżyserii Krystyny Jandy. Spektakle reżyserowane przez Jandę często opowiadają o sprawach trudnych w taki sposób, żeby mimo wszystko znalazło się w opowieści miejsce na uśmiech, pozytywną myśl. I muszę przyznać, że lubię poprowadzone w ten sposób przedstawienia. Dla mnie ważne jest, żebym po wyjściu z teatru nie mogła uwolnić się od myśli o tym, co zobaczyłam na scenie. I nie muszą towarzyszyć temu wcale pozytywne emocje. Bywa tak, że coś właściwie nie było w moim stylu, średnio mi się podobało, ale myśl o tym wraca nieustannie i nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Lekcje stepowania pochłonęły mnie zupełnie na prawie 2 i pół godziny. Ale potem moje myśli szybko uciekły w innym kierunku. Wróciły na scenę o poranku, do poszczególnych historii: Very, Rose, Andy i Geoffrey’a.

Justyna: O tych historiach i dlaczego właśnie te konkretne zapadły mi w pamięci, rozmyślałam naprawdę długo. Dla mnie Izabela Dąbrowska stworzyła postać, która najzwyczajniej w świecie mnie wzruszyła, choć jej historia chyba z założenia do najbardziej wzruszających należała. Została – tak jak piszesz – dobrze napisana, wymyślona. Była w tym prawda i duża radość, pomimo niełatwego tematu. W trakcie spektaklu były dwa momenty, w trakcie których na twarzach ludzi, siedzących po przeciwnej stronie widowni, widziałam poruszenie – widziałam mężczyznę chwytającego dłoń swojej towarzyszki, widziałam kobietę ocierającą w pośpiechu łzę. Jednym z tych momentów był wspomniany przez Ciebie monolog Zosi Zborowskiej, drugi zaś należał właśnie do Izabeli Dąbrowskiej. Trud choroby, problem wykluczenia oraz śmierć, przemycone są w tej sztuce z dużą czułością i dbałością o każdy szczegół emocji.

Natomiast odpowiedzią na pytanie, dlaczego tylko te konkretne historie zapadły mi – i Tobie, z tego co piszesz, również – w pamięci, a inne są w niej wyłącznie tłem, dodatkiem, jest fakt, że te właśnie problemy są mi najbliższe, pokrywają się z tym czego doświadczyłam, czego byłam świadkiem; odpowiadają temu, czego sama się boję, o co walczę. Dlatego też nie mogę odnaleźć nic bliskiego ani w Sylwii, ani w infantylnej, z emocjami na wierzchu, wiecznie zalęknionej Dorocie Joanny Moro. Nawet Maxine cudownej Katarzyny Żak nie ujęła mnie tak bardzo swoją historią. Problem może stanowić też fakt, że ich losy stają się istotne dopiero w drugim akcie, na krótko przed zakończeniem, dlatego widz nie ma zbyt wiele czasu, by się tym postaciom bliżej przyjrzeć i je poczuć. Trudno oczekiwać by przy tak dużej ilości różnych osób i historii, wszystko zostało zaakcentowane tak samo intensywnie. Nie można jednak odmówić aktorom sumiennie odrobionej lekcji – nie tylko stepowania, ale przede wszystkim budowania swojej postaci oraz współpracy, czyli chowania się w cień wtedy, gdy ważniejszy staje się ktoś inny.

Różnorodność bohaterów jest wyraźna, ale to, na co chciałabym zwrócić uwagę już na koniec, to fakt jak się odczuwa ich relacje, ich bliskość. Kiedy wchodzą na początku, mniej wyraźne jest to, że są to ludzie, których coś łączy. Każdy wpada na lekcje i znika, powraca do siebie i swojego życia. Dopiero ostatnie minuty dały mi poczucie, że to naprawdę zgrana ekipa, nie wiem tylko na ile ta z tytułowych lekcji, a na ile ta aktorska, ale pokuszę się o stwierdzenie, że obydwie opcje są bardzo prawdopodobne. Scena finałowa jest niezwykle widowiskowa, zaskakuje swoim magnetyzmem. W moim odczuciu duża w tym zasługa Katarzyny Łuszczyk, odpowiedzialnej za światła. Cały spektakl krążyły mi po głowie myśli: Jak on jest pięknie oświetlony, jak to dobrze współgra ze sztuką, ale starałam się nie poświęcać technicznym aspektom zbyt wiele uwagi, gdyż jako kompletny laik w tej materii, wolę stronić od takich ocen. Ostatnia scena jednak obudziła we mnie zbyt silne oczarowanie osiągniętym efektem, bym mogła go pominąć. Trudno było oderwać wzrok od stepujących w naprawdę efektowny sposób aktorów – jeszcze pod koniec oddając ukłon choreografce Anuli Kołakowskiej.

Iga: Słowem – to była dobrze przygotowana lekcja. Lekcja wrażliwości i tolerancji…

Justyna: …wrażliwości, tolerancji, ale i siły, którą łatwiej odnaleźć w sobie dzięki drugiemu człowiekowi.

———————————————————————————————————————„LEKCJE STEPOWANIA” W OCH-TEATRZE

Witold Sadowy, www.e-teatr.pl

„Lekcje stepowania” Richarda Harrisa w reżyserii Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie ocenia przychylnie Witold Sadowy.

Krystyna Janda, moja ukochana aktorka, tytan pracy i wspaniały człowiek, przygotowała na koniec roku 2016 kolejne przedstawienie, które podobać się będzie wszystkim. Na przedpremierowych pokazach i na premierze przyjęte zostało entuzjastycznie. W angielskiej sztuce Richarda Harrisa „Lekcje stepowania” każdy znajdzie wszystko, co może go zainteresować bez nachalnej propagandy. Odetchnie od męczącej polityki i nieustających waśni. Odnajdzie w niej wzruszenie, radość i śmiech. Życzliwość i zrozumienie. Zabawę i chęć pomocy innym. Całą prawdę o naszym codziennym życiu i problemach.

Bohaterami sztuki są kobiety i jeden mężczyzna. Wszyscy zapisali się na lekcje stepowania z różnych powodów. I choć w większości mają dom i rodzinę, w gruncie rzeczy są samotni. Dopiero na lekcjach stepowania nabierają do siebie zaufania i powoli otwierają się. Do sukcesu tego przedstawienia – prowadzonego mistrzowską ręką Krystyny Jandy – przyczyniła się bezbłędna obsada aktorska. Każda z aktorek buduje precyzyjnie swoją rolę, która na długo pozostaje w pamięci widza. Co jest rzadkością w dzisiejszym teatrze, w którym aktor jest tylko elementem dekoracyjnym w tak zwanej wizji reżysera. Tu jest inaczej. Każda postać jest wyrazista i autentyczna. Nie ma tu udawania. Jest prawda. Dzięki talentom wykonawców. Anna Iberszer to nie tylko aktorka, ale także wspaniała tancerka. Rewelacyjnie przekazuje w solowym tańcu stany emocjonalne postaci, którą kreuje. Fantastyczna jest Elżbieta Romanowska. Pełna pikanterii. W cudowny sposób ogrywa swoje zaokrąglone kształty. Maria Winiarska rozśmiesza jako egzaltowana dama. Joanna Moro udowodniła, że poza urodą ma coś do powiedzenia w teatrze. Aktorstwo Izabeli Dąbrowskiej od dawna mnie zachwyca. Katarzyna Żak jest urokliwa. Zofia Zborowska wzrusza i rozczula. To świetnie zbudowana postać. W roli obrażającej się akompaniatorki wspaniale prezentuje się niezawodna Krystyna Tkacz. A Kamil Maćkowiak jako rodzynek w tym wianuszku pań jest sympatycznym i nieśmiałym młodzieńcem. Wszystkim należą się zasłużone brawa. Widać, że żyją tymi rolami. W Wielkiej Brytanii i na wielu scenach europejskich sztuka cieszyła się ogromnym powodzeniem. A w latach 90-tych na jej podstawie nakręcono film z udziałem Lizy Minelli. Do warszawskiego sukcesu poza reżyserią i aktorstwem przyczynił się też doskonały przekład Elżbiety Woźniak, świetne kostiumy zaprojektowane przez Krystynę Jandę i Małgorzatę Domańską, układy choreograficzne Anuli Kołakowskiej, światło Katarzyny Łuszczyk i opracowanie muzyczne Krzysztofa Jaszczaka.

———————————————————————————————————————-

KIEDY ZATAŃCZY NA PARKIECIE, STAJE SIĘ KIMŚ INNYM

Wojciech Giczkowski, www.teatrdlawas.pl

Krystyna Janda cały czas poszukuje sztuk, które można wystawić w Och-Teatrze. Nie jest to łatwe, ponieważ teatr ten ma niecodzienny kształt widowni. Znajduje się ona bowiem z dwóch stron sceny, a przedstawienie musi być grane przez aktorów zarówno na lewą, jak i prawą stronę. Do tego dwie zamykające części sceny po zgaszeniu świateł stają się kulisami i garderobą. Dla scenografa to mordęga, bo jeżeli zaprojektuje jakaś zabudowę sceny, to jest ona umieszczona po bokach, co pozwala niektórym widzom zobaczyć ją w całości tylko podczas przerwy. Dla aktorów to też problem, bo grają i tańczą na dwie strony, a kwestie dialogowe wygłaszają, chodząc po scenie od lewej do prawej – i do tego po skosie! Problem ten postanowiła rozwiązać sama prezes, która zna tę scenę doskonale.

Nowa produkcja Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury to inscenizacja komedii „Stepping Out” Richarda Harrisa. Sztuka ta została wystawiona w 1984 roku w Leatherhead koło Londynu. Po sukcesie na West Endzie można ją było oglądać na Broadwayu w reżyserii Tommy’ego Tune’a w 1987 roku, zanim został nakręcony w 1991 roku film, w którym swój come back zaplanowała Liza Minnelli. Jako nieznośna Vera w filmie zagrała Julie Walters.

Dla Jandy sprawa była na tyle łatwa, że już w 2005 roku wystawiła tę sztukę w Teatrze Powszechnym w Łodzi z sukcesem tak dużym, że do obecnej inscenizacji przeniosła kostiumy z finałowego show autorstwa Magdaleny Tesławskiej (zaprojektowane 11 lat temu). „Stepping Out” – czyli „Lekcje stepowania” – to ciepła i łagodna komedia społeczna. Ukazuje kilka miesięcy z życia siedmiorga uczniów, którzy pochodzą z różnych środowisk, a każdy z nich ma swoje własne powody do przychodzenia na lekcje tańca. W szkółce, którą kieruje Mavis i towarzysząca jej akompaniatorka pani Fraser, uczniowie starają się opanować podstawy tańca. Jednak kroki i zasady są tylko tłem kwestii zasadniczej, czyli relacji i interakcji rodzących się w grupie bardzo różnych ludzi. Do finałowego występu muszą nie tylko opanować pewne umiejętności taneczne, lecz także przezwyciężyć zahamowania i konflikty osobiste.

Okazuje się, że czas wpływa korzystnie na wartości społeczne przedstawienia. Problemy takie jak bezrobocie czy opieka społeczna stają się mniej ważne, a na pierwszy plan wysuwają się pedofilia, przemoc w rodzinie i tolerancja wobec mniejszości seksualnych. Łatwo zauważą to widzowie, którzy pamiętają znakomite przedstawienie Krzysztofa Jasińskiego zrealizowane w 2006 roku w Teatrze Komedia. Waga zagadnień poruszanych w sztuce dotyczy bezpośrednio dyskryminacji kobiet i seksizmu.

Do tak sformułowanych bardzo trudnych zadań aktorskich reżyserka musiała zaangażować doskonałych aktorów. W obsadzie jest tylko jeden pan, Geoffrey, czyli Kamil Maćkowiak, którego mocną stroną jest nie tylko gra aktorska, lecz także duży talent taneczny (jest w końcu absolwentem gdańskiej „baletówki”). Geoffrey i Andy to dwoje wykonawców, którzy od początku ukrywają swoje uczucia. Zofia Zborowska i Maćkowiak tworzą dwa ciekawe portrety, zwracają uwagę na szczegóły postaci, które w ich wykonaniu są wiarygodne i trzymają uwagę widzów podczas pierwszego aktu, momentami niestety nieco nudnego i płynącego dość leniwie.

W przedstawieniu można zobaczyć wszystkie najpopularniejsze obecnie aktorki znane z seriali telewizyjnych. Cała obsada gra swoje postacie na bardzo przyzwoitym poziomie, dążąc konsekwentnie do finału, który – zgodnie z autorskim założeniem – jest czystą zabawą. Fajerwerkiem radości i witalności. Zanim do tego dojdzie, poznamy świat boleśnie rzeczywisty. Katarzyna Żak kreuje postać Maxine półsłówkami, a za radosną powłoką ukrywa strach o powodzenie swojego skromnego biznesu. Mavis (w tej roli uwielbiana przez publiczność Anna Iberszer) jest dynamiczną nauczycielką z mroczną przeszłością i ukrywaną ciążą. Do tego tańczy przecudnie. Była bardzo sugestywna jako sfrustrowana instruktorka tańca, zarówno pod względem fizycznym (z łaski jej postawy), jak i z przekonania (widz czuje jej miłość do tańca). Joanna Moro zagrała skromną Dorotę, która potrafi wyolbrzymić każdy malutki problem. Okazuje się, że artystka potrafi nie tylko śpiewać, lecz także niezwykle ekspresyjnie tańczyć. Sympatię widzów pozyskała chora na raka Rose, przekonująco wykreowana przez Izabelę Dąbrowską, nierzucającą się w oczy, ale żywiołową. Salwy śmiechu potrafiła wywołać rubaszna Elżbieta Romanowska, która jest znana widzom w całej Polsce z tego, że doszła do finału konkursu tanecznego w telewizji. Jej mocno frywolne żarty mogą czasami wywołać zażenowanie u niektórych widzów, ale taka rola i taki tekst przypadły w udziale tej wspaniałej aktorce. W roli perfekcyjnej pani domu Very, ku radości wszystkich zobaczyliśmy Marię Winiarską, która przypomniała, jak wygląda aktorstwo starej szkoły – złożone z drobiazgów, drobnych gestów, nawet pochylenia głowy. Do tego tańczyła tak wspaniale jak kiedyś z siostrą w kabarecie A. Strzeleckiego „Kur”. Ciekawe było zestawienie i porównanie gry Marii Winiarskiej z jej córką Zofią. Gwiazdą, która skradła show na premierze, była aktorka wcale nietańcząca, ale grająca na klawiszach. Krystyna Tkacz cały pierwszy akt pozostawała w cieniu i tylko chwilami pokazywała tak naprawdę, na co ją stać. Jednak w drugim akcie gra scenę, gdy pani Fraser, skromna akompaniatorka, po powrocie z pubu poucza członków zespołu. Scena jest tragikomiczna, zakończona próbą zagrania muzyki poważnej. Tkacz jest wspaniała, śmieszna i szalenie dramatyczna w próbie zwrócenia na siebie uwagi. Zauważyli wszyscy – oklaski brzmiały w teatrze przez cały czas jej monologu i jeszcze długo potem.

Gratulacje dla wszystkich wykonawców za końcowe sekwencje przedstawienia. Po raz kolejny widzowie byli pod wrażeniem połączonych zdolności tanecznych całego zespołu. Czy jednak zrozumiałe jest dla młodego widza, ubranie tancerzy w wesołe, różowe kostiumy króliczków z „Playboya”? Nie wiem! Tak samo jak muzyka M. Jacksona i piosenka o Billie Jean. Choć jest ciągle rytmiczna, pozostaje tylko wspomnieniem z przeszłości, bo problemy przestawienia są jak najbardziej żywe i aktualne, dotyczą wielu kobiet. To kolorowe i dowcipne widowisko jest bowiem kierowane przede wszystkim do pań i stało się próbą przedstawienia ich ucieczki od samotnego życia w świat wykreowany przez social media.

ZAGUBIENI W RYTMIE

„Lekcje stepowania” Richarda Harrisa w reż. Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Hanna Karolak w Gościu Niedzielnym.

Czy taniec może dać zapomnienie? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Każda z bohaterek „Lekcji Stepowania” jaką oglądamy na scenie OCH -Teatru robi dobrą minę do złej gry. Z lepszym lub gorszym skutkiem . Ten kamuflaż wciąga nas bardziej niż perfekcja stepowania lub jej brak. Zagłębiamy się w zrazu niechętnie ujawniane dramaty, bolesne doświadczenia, poczucie samotności. W tej zbiorowości kobiety czują się lepiej niż pozbawione oparcia wśród rzekomo bliskich sobie ludzi, którzy już dawno nie dają poczucia bliskości.

Krystyna Janda zaangażowała do swego spektaklu aktorki, które znamy z najróżniejszych ról: Joannę Moro, która jeszcze niedawno nas wzruszała jako Anna German czy bawiła jako „Blondynka”, Izabelę Dąbrowską kreującą na wielu scenach role komediowe, tu borykającą się z chorobą. Elżbietę Romanowską pełną rubasznego humoru, tu kryjącą prawdziwe problemy życia codziennego. Katarzynę Żak, sprzedającą ciuszki by wypełnić pustkę życia, Marię Winiarską, Zofię Zborowską i tak dalej i tak dalej. Każdej z nich Janda nadała indywidualne rysy, przełamując emploi do którego nas przyzwyczaiły.

To duża sztuka, ale właśnie w tej zbiorowości kobiety uprawiające rodzaj terapii czują się sobą. Napisana w 1984 roku sztuka Richarda Harrisa „Lekcja stepowania” wystawiana jest z powodzeniem na całym świecie. Publiczność lubi się bowiem zagłębiać w drugie dno, odczytywać z półsłów prawdziwe dramaty. Przedstawienie obsypane nagrodami doczekało się adaptacji filmowej z Lizą Minelli i Julią Walters w obsadzie. W tych borykających się z codziennością, pełnych wątpliwości, co jest we mnie nie tak, że nic mi się nie udaje , rytm jaki podczas lekcji stepowania narzuca prowadząca zajęcia, świetna Anna Iberszer, na moment zagłusza wewnętrzne dramaty. Za chwilę jednak objawiają się ze wzmożoną siłą. To co przeżywają skrzywdzone dziewczęta, pozbawione ciepła mężatki, odrzucone matki uciekające od dramatów rodzinnych przywołuje problemy w większym czy mniejszym stopniu, każdej z nas. To niebanalny wieczór atrakcyjny w oprawie i odkrywający drugie dno życia.

Świetna rola Krystyny Tkacz, rodzynek w tej palecie, zagadkowy uczestnik zajęć, Kamil Maćkowiak intrygują i każą szukać dróg, które ich na te scenę zaprowadziły. Jak zawsze starannie dobrany zespół realizatorów czyni spektakl w pełni profesjonalny.

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.