26
Kwiecień
2007
08:04

„Który patrzy”

„Który patrzy”
„Który patrzy”

Jacek Kopcinski

Beckett, „Szczesliwe dni”, koncówka pierwszego aktu; Winnie robi „dluga pauze”, po czym nagle stwierdza: „Dziwne uczucie: jakby ktos na mnie patrzyl”. W jednej chwili kazdy z nas czuje sie przylapany i zdemaskowany! Przeciez to my patrzymy na Winnie, prawie od godziny wsluchujemy sie w jej glos i slowa, obserwujemy gesty, analizujemy mimike. Wiadomo, ze to tylko teatr, ale ona tam jest (ta kobieta), zywa i wystawiona na nasze spojrzenia!

Winnie nas jednak nie dostrzega, patrzy ponad glowami widzów i jakby do wewnatrz. Przez chwile przypomina slepca, który tylko wyczuwa obecnosc patrzacego, za to swietnie rozpoznaje jego nastawienie, stosunek, wplyw. „Jakby czyjes oko spogladalo na mnie i widzialo mnie: najpierw wyraznie, potem niewyraznie, a potem w ogóle; i znowu niewyraznie, i znowu wyraznie, i tak w kólko, to jasno, to mgliscie, to wcale”. W tej zagadkowej kwestii Winnie odzywa sie dawno juz zapomniana wiara w boza Opatrznosc, czyli milosne spojrzenie, które podtrzymuje ludzi przy zyciu (duchowym). Nieruchomy i kochajacy Bóg widzi czlowieka „wyraznie”, gdy ten znajduje sie blisko niego, „mgliscie”, gdy czlowiek sie od niego oddala. Kiedy wychodzi z zasiegu bozego spojrzenia – umiera.

Czy jestesmy w stanie potraktowac te nagla intuicje Winnie powaznie, nie zironizowac jej i nie odwrócic? Beckett nam tego nie ulatwia. Mysl egzystencjalistów o Bogu demonicznym, takim, który szyderczo mruzy oczy, skazujac czlowieka na smierc, jest mu blizsza, a dla czlowieka wspólczesnego bardziej kuszaca. Choc wtraca go w rozpacz, zwalnia zarazem z odpowiedzialnosci…

Ale zostawmy teologie – w teatrze to my jestesmy bogami! To my patrzymy na te kobiete, która szczesliwie jeszcze zyje. Kogo w niej dostrzegamy? Jak ja oceniamy? Co wydobywa nasze spojrzenie, a co przegapia?

Spektakl,czyli narracja

Pierwszy na Winnie spojrzal ten, który ja wymyslil. Spojrzal bardzo uwaznie, o czym w „Szczesliwych dniach” swiadcza nadzwyczaj precyzyjne didaskalia. Jezeli Winnie bierze do reki kartke, to wiadomo, którymi palcami, jezeli sie modli – ile czasu zajmuje jej ta czynnosc. Didaskalia Becketta to prawdziwa narracja, z powodów czysto formalnych utrzymana w konwencji uwag i awiasowych wtracen. Ukryty w nich glos nie nalezy ani do autora (mówiacego doinscenizatora), ani do inscenizatora (mówiacego do czytelnika). Nalezy do swiadka zdarzenia, które jest spektaklem. Wlasnie tym spektaklem, który Beckett wymyslil niczym powiesciowy swiat, i przy którego realizacji teatralnej niekiedy towarzyszyl. Winnie budzi sie dopiero po drugim, krótszym dzwonku, a obudziwszy sie, patrzy przed siebie, bo wlasnie tak jest w tym
ciagle aktualizujacym sie w naszej lekturze swiecie „Szczesliwych dni”. Mniejsza o techniczny jezyk, jakim zostaja opisane jej zachowania i czynnosci. Wazne, ze tak wlasnie sie dzieje i nikt nie moze tego zmienic. Narracja Becketta ma taka sama wartosc jak narracja Manna, Joyce’a czy Musila, rózni sie tylko czasem. Tamci wspominaja to, co bylo, ten relacjonuje to, co jest. Czyli
to, co widac na scenie.

Wierna inscenizacja sztuk Becketta polega wiec na odtworzeniu jego spojrzenia i jest w gruncie rzeczy wznowieniem spektaklu, który opowiedzial nam autor. Zmieniaja sie rezyserzy i wykonawcy, a przedstawienie trwa – historia teatru zna takie wyjatkowe sytuacje. Beckett wyjatek zapragnal uczynic regula. Relacjonujac sekunda po sekundzie zdarzenie zwane spektaklem, pozostawil je nam w stanie teatralnej potencji. Zapisane, czeka na swojego rezysera, tj. kogos, kto ponownie, z wielka pieczolowitoscia zamieni je w fakt sceniczny o takiej samej wartosci jak oryginal.

Mistrzostwo w takiej rezyserii osiagnal u nas Antoni Libera, który nie tylko swietnie przetlumaczyl teatralna narracje Becketta, ale takze od lat z powodzeniem reaktywuje ja na scenie. Wiadomo, ze jego spektakle nie sa identyczne z wymyslonym pierwowzorem (niczym klony), ale sa z nim tozsame (niczym potomkowie tego samego przodka). Wystarczy obejrzec spektakle Libery, zwlaszcza te najlepsze: „Ostatnia tasme” z Tadeuszem Lomnickim czy Zbigniewem Zapasiewiczem, „Szczesliwe dni” z Maja Komorowska, „Czekajac na Godota” z Zamachowskim i Malajkatem, by wiedziec, jak patrzyl Beckett…

Im jednak dluzej przygladam sie przedstawieniom Libery, tym bardziej mnie kusi, by inaczej wyostrzyc spojrzenie na swiat Becketta. „Wyraznie” ujrzec bohaterów i dramat zapisany w ich niesamowitych monologach, „mgliscie” natomiast sam spektakl, czyli teatralna narracje, która zawsze wydawala mi sie nazbyt arbitralna.

Ironia,czyli racjonalnosc

Przeciez w „Szczesliwych dniach” czy „Koncówce” scenografia spektaklu opisuje egzystencjalna sytuacje bohaterów zanim ci wypowiedza chocby jedno slowo! Gdy wreszcie to uczynia, ta sama scenografia – kopiec z piasku, kubly na smieci- bedzie kompromitowac ich swiadomosc, a wlasciwie jej brak. Co myslimy o kobiecie, która zakopana „po pas” w ziemi wypowiada takie oto zdanie:”I znowu cudowny dzien”? Myslimy, ze jest kims, kto absolutnie nie potrafi rozpoznac swojej sytuacji, jest istota kompletnie nieswiadoma, a przez to zalosna.Winnie zapewnia nas, ze kolejny dzien jej zycia jest „cudowny”, Beckett natomiast – ze jest potworny. I to jego racja okresla nasze spojrzenie. Golym okiem widac, ze Winnie zapada sie, znika, nic nie uratuje jej od ostatecznego rozpadu, tymczasem oglasza swiatu swój zachwyt i zabiera sie
do szczotkowania zebów. Co chwila tez odkrywa cos, co jest w tym potwornym swiecie „cudowne”. Nazwie tak nawet wlasna bezsilnosc!

Winnie uwaznie obserwowana przez Becketta zyje nierzeczywistoscia, czyli pozorem
szczescia, a jej slowa brzmia falszywie. Prawdziwe i rzeczywiste sa tylko niektóre gesty zapadajacej sie kobiety, a zwlaszcza jej nagle zamilkniecia. Slowa Winnie odciagaja ja od prawdy, pauzy do niej przyblizaja. Ruch ku naocznej prawdzie jest u Becketta ruchem ku ciszy, cisza zas oznacza w jego teatrze rozpacz i smierc. Na scenie symbolizuje ja pustynia.

Ale spróbujmy przez chwile spojrzec na Winnie inaczej, tak, by nie dostrzec tej jalowej ziemi, która od poczatku otacza bohaterke „Szczesliwych dni” i rozstrzyga o sensie spektaklu. Spróbujmy wiec nie poddac sie tej naocznej, zracjonalizowanej interpretacji Becketta, a jedynie wsluchac sie w chaotyczny monolog Winnie. Nie oceniac jej, ale z nia byc. Szerzej otworzyc oczy i skrócic dystans. Jak wtedy zabrzmia pierwsze slowa Winnie? Jak zabrzmia kolejne partie monologu tej starzejacej sie kobiety, jej krótka modlitwa (z poprawka), jej wezwania kierowane do siebie i meza, wspomnienia, relacje, mysli, ulamki wierszy wydobywane z pamieci? Byc moze tak, jak zabrzmialy w uszach Cieplaka, który wydobyl Winnie z kopca i ta jedna decyzja nieortodoksyjnego inscenizatora sztuki Becketta zdjal z bohaterki „Szczesliwych dni” ogromny ciezar – ciezar autorskiej ironii.

Winnie w jego spektaklu siedzi nieruchomo, a jej nogi przykrywa starannie wielka bezowa kapa. Ta kobieta jest sparalizowana. W pierwszym akcie dramatu Winnie kilka razy wspomina o swoim unieruchomionym od pasa w dól ciele. Cieplak odczytuje jej slowa wprost, jako wzmianke o chorobie i bedzie to jego stala praktyka. Z monologu Winnie wydobywa i konkretyzuje wszystko, co pozostaje chocby sladem jej zywego, ludzkiego doswiadczenia. Nie tylko cierpienia, takze radosci, nie tylko zwatpienia, takze nadziei, nie tylko samotnosci, takze milosci. Zdecydowanie natomiast oslabia sile scenicznej wizji Becketta, choc o niej pamieta. Brzegi materialu okrywajacego nieruchome nogi kobiety ukladaja sie przeciez w ksztalt przypominajacy góre piasku… Winnie uwiera ziemia, Cieplaka – arbitralnosc teatralnej metafory autora, który pozwolil swoim bohaterom mówic, ale skutecznie ich zagluszyl, jakby uniewaznil.
Rezyser „Szczesliwych dni” zachowuje sie subtelniej: niczego nie zaklada z góry, nie narzuca i nie rozstrzyga, raczej czeka, az mu sie samo pokaze…

Winnie, czyli osoba

Przede wszystkim Cieplak wierzy Winnie, choc nie jest naiwny i potrafi odróznic
szczerosc od udawania. Wierzy, ze siedzac w fotelu sparalizowanego, mozna witac kolejny dzien slowem „cudowny” i wyrazac nim prawde ludzkiego doswiadczenia, a nie jej pozór. W inicjalnej kwestii bohaterki „Szczesliwych dni” uslyszal spontaniczna pochwale codziennego trudu, który, wlasnie dlatego, ze absurdalny, okazuje sie najmocniejszym dowodem na istnienie niewidzialnego pomocnika. Tego, który na samo slowo „cudowny” natychmiast wyostrza swój wzrok… Obdarzona przeczuciem jego obecnosci, bohaterka „Szczesliwych dni” przestaje byc marionetkowa idiotka w czerwonym toczku (przeobrazajaca sie w drugim akcie w mechanicznie monologujacego potwora o trupiej twarzy). Staje sie osoba.

Cieplak spojrzal na Winnie inaczej niz Beckett, lagodniej, ze wspólczuciem, choc nie bez humoru. O nic tez Winnie nie oskarza, ani jej nie kompromituje. Przeciwnie, rozumie potrzebe jej niekonczacej sie gadaniny, rozpoznaje jej ukryte zranienia, zna tesknoty, przede wszystkim jednak nie lekcewazy jej przeczuc. I ona o tym wie! A dokladniej, wie to Janda, która w roli Winnie jest naturalna, zywa, otwarta, wolna od przerysowań, które projektowal autor sztuki, a przy tym zna swoje granice, nie naduzywa glosu, pilnuje mimiki i kazdego gestu. „Dlugi usmiech” Winnie nie jest tym swietnie znanym, zmyslowym i nieco zawadiackim usmiechem Jandy, choc trzeba przyznac, ze wlasnie z usmiechem (i w ogóle ze smiechem, zdradzajacym
temperament aktorki) ma ona na scenie najwiecej problemów. Smiech wtraca ja w prywatnosc, której Janda w swoich licznych solowych rolach próbuje sie pozbyc, ale czyni to tak forsownie, ze wpada w sztucznosc. Cieplak uchronil ja od obu niebezpieczenstw i oto widzimy aktorke,
która na naszych oczach osiaga prawdziwa dojrzalosc, a w akcie drugim, kiedy przyszlo jej zagrac agonie Winnie, mistrzostwo.

Winnie Jandy nie jest wiec teatralnym symbolem absurdu ludzkiego istnienia, ale zwykla, chora kobieta o nieslychanej intuicji. Jej egzystencja – zapisana w mowie tak zdegradowanej – na naszych oczach wypelnia sie bogactwem uczuc i doswiadczen, takze tych naj trudniejszych, jak smierc, by w pewnym momencie odslonic swój transcendentny ksztalt.

Swiat, czyli hotel

Swiat Winnie i Williego Cieplak szkicuje bardzo cienka kreska, scenografia w jego spektaklu jest prosta i delikatna. Fotel Winnie stoi w miejscu, które budzi dalekie skojarzenia z tarasem w domu starców, szpitalu, moze skromnym pensjonacie. W glebi pustej sceny, pod wysoka, jasna sciana bez okien, czeka meski rower, na który tylko wsiasc i jechac… Ten rower to rezyserska sygnatura, znak, ze jestesmy w swiecie,który Cieplak kreuje od lat, nazywajac go czasami „Hotelem pod aniolem”. W hotelu mieszka dwoje ludzi, malzenstwo. Ich wspólne zycie w kazdym z przedstawien Cieplaka jest ciezka próba ludzkiej dojrzalosci, której nie sposób przebyc bez udzialu aniola, czyli… milosci. Po raz pierwszy mieszkanców hotelu Cieplaka spotkalismy chyba w „wyprawach krzyzowych” wedlug Bialoszewskiego, potem zjawili siew „Takiej balladzie”. W tym drugim spektaklu Cieplak zbudowal na scenie symboliczna kamienice, jakby przygladal sie przez okno sasiadom z przeciwka. Byly wsród nich dwa malzenstwa.
Ci z dolu, mlodzi, wlasnie sie rozstawali, ci z góry, starzy, po latach na nowo sie odnajdywali. Malo kto pamieta, ze mloda kobieta z parteru swoja kamienna rozpacz wypowiadala glosem, który Beckett zapisal w „Kolysance”, niewielkim dramacie z 1981 roku. Milczacy mezczyzna nie umial jej wtedy pomóc. Trwajac w nienawistnym milczeniu, nie spotkal sie ze swoim aniolem… Inaczej w „Szczesliwych dniach”, które zdaja sie wienczyc hotelowy cykl Cieplaka.

Boczne sciany tarasu, na którym siedzi Winnie, równie wysokie i jasne, wyposazone
zostaly w duze okna, przez które wpadaja promienie sloneczne: o wschodzie z lewej, o zachodzie z prawej strony. W poludnie taras „nasloneczniony” jest jasnym, ostrym swiatlem rzuconym z góry.W ciagu pierwszego aktu przedstawienia ziemia obraca sie wiec o sto osiemdziesiat stopni.
Akt drugi rozgrywa sie po zmierzchu, w o wiele szybszym tempie. Dzien Winnie ciagnie sie jak jej dlugie zycie, noc jest krótka jak agonia. O poranku budzi sie ona wprost na tarasie, Willie – dlugo wywolywany – przychodzi do niej z niewidocznego pokoju usytuowanego po prawej stronie, w glebi. Winnie, choc sparalizowana, jest o wiele bardziej zywotna niz Willie. Przez caly dzien metodycznie grzebie w swojej wielkiej czarnej torbie, wykonujac mnóstwodrobnych czynnosci, które wypelniaja jej czas. Dba o ducha – odmawiajac krótka modlitwe, recytujac wiersze, po swojemu roztrzasajac filozoficzne problemy, i o cialo – myjac zeby, zazywajac lekarstwo i obcinajac paznokcie. Jest radosna, po chwili watpi, cierpi, odzyskuje nadzieje i „tak w kólko”. Stale sie trudzi i stale mówi, zwracajac sie do milczacego zazwyczaj meza. Swiadomosc,
ze jest, podtrzymuje ja przy zyciu i pozwala wytrwac jeszcze jeden dzien.

Starszy od niej Willie – w tej roli ujrzal Cieplak Jerzego Trele – odzywa sie tylko pólslówkami, naj chetniej cytujac gazete. On tez sumiennie wypelnia codzienny program pensjonariusza, ale w wersji minimum. Przed poludniem wychodzi na taras w szlafroku, ze slomkowym kapeluszem na glowie i bialym stoleczkiem w reku. Smaruje kremem swoje blade, chude nogi, wyciaga je do slonca i czyta gazete. Gdy slonce zaczyna zbyt mocno przypiekac, chowa sie do cienia, czyli do pokoju. Porusza sie powoli, ale nie poddaje zniedoleznieniu. Jest tylko coraz slabiej obecny w tym hotelowym swiecie. Od czasu do czasu spelnia prosby zony. Cierpliwy i wbrew pozorom bardzo czuly, wie, kiedy chora Winnie go potrzebuje. Gdy jest z nia bardzo zle, potrafi jej zaspiewac milosna piosenke.

Pamietamy te scene – Cieplak i Trela nadali jej zupelnie wyjatkowa wartosc. U Becketta Winnie nakreca pozytywke, by pocieszyc sie melodia starego walca. Na jej twarzy pojawia sie szczescie, spotegowane reakcja meza, który zza kopca „intonuje na moment” te sama melodie. Pomiedzy szczesciem Winnie i „ochryplym glosem” Willi ego, który – wiecznie odwrócony – wydaje z siebie tylko pojedyncze dzwieki, znowu pojawia sie rysa. Beckett nie umie mówic o szczesciu bez ironii. Cieplak to potrafi, poniewaz ludzkie cierpienie, ból, lek, rezygnacja, nawet nienawisc, nie wywoluja w nim buntu, lecz wspólczucie. W spojrzeniu,które kieruje na swoich bohaterów, nie ma wiec oskarzenia i szyderstwa- jest cierpliwosc. Dlatego w jego przedstawieniu Willie wychodzi ze swojego ciemnego pokoju i staje tak, by zona mogla go dostrzec.

Nieruchomo, w lekkim pochyleniu, spiewa Winnie cala zwrotke jej ulubionej arii. Wysilek, jaki wklada w te czynnosc, nie pozwala watpic o jego milosci. Cieplak unika taniego sentymentalizmu, uparcie jednak dokopuje sie do ludzkich uczuc, które zaglusza starosc, rezygnacja, zobojetnienie. Kiedy wiec Winnie odpowie Williemu tym swoim sakramentalnym: „No, no, to bedzie dopiero szczesliwy dzien” – wierzymy im obojgu. Podobnie zreszta, gdy oboje smieja sie ze swoich dowcipów. Wolni od autorskiej ironii potrafia byc autoironiczni!

Smierć, czyli wyjscie

W drugim akcie „Szczesliwych dni” koldra Winnie otula ja jak calun. Kobieta budzi sie i zasypia, potem znowu sie ocyka, mówi, by za chwile z powrotem zapasc w krótki, goraczkowy sen. Jej urywana teraz mysl wraca do poczatku, do narodzin, dziecinstwa, mlodosci. Agonia jest rekapitulacja zycia, jego scisnieta do kilkunastu minut, bardzo intensywna powtórka. W zanikajacejswiadomosci Winnie zycie walczy ze smiercia, ale ten agon, ta walka nie jest rozpaczliwa. Pobladlej twarzy Jandy nie znieksztalca grymas bólu, jej slowa nie sa jekiem, choc
niektóre z nich rozpadaja sie nagle na czastki, a sama ich artykulacja swiadczy o wysilku umierania. Na moment przypomina sie „Pani Koch” Bialoszewskiego – ta „gloskowa” partytura choroby, smierci i milosnej troski, która Cieplak zainscenizowal ponad dziesiec lat temu. Aktorka nie placze, nie krzyczy, nie wychodzi z siebie w jakiejs smiertelnej ekstazie. Ona sie zapada – dokladnie tak, jak chcial tegoBeckett. Nie w ziemi jednak, alew swoim ciele, które z minuty na minute staje sie coraz bardziej obce, przypomina niepotrzebna skorupe, motyli kokon. Kiedy sparalizowana Winnie sprawdza, co jeszcze z siebie moze dostrzec, widzimy, ze jest kims od ciala odrebnym, kims, kto mieszka juz tylko w oczach umierajacej i za chwile odfrunie.

Wlasnie wtedy wraca do niej umarly wczesniej Willie. Nie pelznac, jak w sztuce Becketta, ale – spadajac z nieba! Ubrany w czarny garnitur i biala koszule, Trela wyskakuje nagle z ciemnego pokoju jakims dziwnym krokiem ladujacego na ziemi pegaza. Albo aniola. Staje w miejscu, a potem rusza niepewnie w strone rampy. Ta zadziwiajaca choreografia umarlego i powtórnie wcielonego – miesnie i kosci stawiaja opór, krok aktora jest chybotliwy, jego gest bolesny – trwa kilkadziesiat sekund i konczy sie naglym upadkiem. Ale Willie nie rezygnuje,
zaczyna sie czolgac w strone zony, która go widzi i jak niegdys delikatnie dopinguje.Z ogromnym wysilkiem zbliza sie do niej, staje na nogi, prostuje, a potem pochyla sie nad nia i caluje. W tym momencie blade swiatlo gasnie.

Wrazenie jest niesamowite, jak niesamowita jest ambiwalencja, która Cieplak zawarl w finalowej, „migajacej” znaczeniami scenie „Szczesliwych dni”. Pocalunek Williego jest przeciez jednoczesnie pocalunkiem smierci i milosci, jakby dopiero w smierci milosc mogla sie dopelnic, dopiero w zaswiatach zaistniec naprawde. Slowem tego nie wyrazisz, choc wielu próbowalo… Na widok tych dwojga, którzy spotkali sie po smierci, przypominaja mi sie slowa tajemniczej piesni, która Bialoszewski nucil w swoim teatrzyku na zakonczenie „Osmedeuszy”:
„jedna tylko jest/ nie odrodzi sie/ spod grobu wyjdzie / dosiegnie ciebie”.

Cieplak „Osmedeuszy” jeszcze nie wyrezyserowal, ale przeciez pamieta to „dziadowskie” oratorium, a przynajmniej jedna scene, w której umarli malzonkowie spotykaja sie w zaswiatach. I oto do braw Janda i Trela wychodza na czarno, jakbyw zalobie po zmarlych bohaterach. Po chwili jednak dostrzegamy, ze sukienka aktorki ma slubny krój, jej welon zapowiada wesele! Tak, ci dwoje to nadal Winnie i Willie, ale juz inni, przemienieni. Ona swobodnie kroczy obok meza, piekna i smukla, on towarzyszy jej pewnie, wreszcie obecny. Oboje wydaja sie mlodsi! Udalo sie, przeszli te próbe pomyslnie, to byl naprawde ich szczesliwy dzien…

Empatia

Cieplak nie zdekonstruowal „Szczesliwych dni” jakims ideologicznym narzedziem, ani ich nie „przepisal”, co teraz w modzie. Odmówil natomiast realizacji spektaklu, który niegdys zrodzil sie w wyobrazni Becketta. Inaczej bowiem spojrzal na dramat jego bohaterów i na nich samych.
Bez unicestwiajacej wszystko ironii, ale z cierpliwoscia i empatia, która przywraca zyciu sens. Po prostu uwierzyl w tych dwoje i w tym momencie pustynia, na której samotnie umierali, stala sie hotelem, skad po latach trudu wraca sie do domu.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.